piątek, 5 kwietnia 2013

OSTATNI "ODDECH" PRZED PÓŁMARATONEM POZNAŃSKIM



Czas niewątpliwie szybko leci. Jeszcze niedawno podjęłam decyzję o zgłoszeniu się do Półmaratonu, a on już w najbliższą niedzielę! Przed udziałem w biegach, przychodzi zazwyczaj taki moment, kiedy zaczynamy podsumowywać nasze przygotowania, wyliczać sobie, co zrobiliśmy, czego niestety nie... Początkowe oczekiwania względem siebie muszą zmierzyć się z rzeczywistością. Na początku roku ambitnie planowałam, żeby się naprawdę przyłożyć do treningów i spróbować złamać te symboliczne "2" godziny. Bo biegam owszem z natury wolno, ale widzę też po sobie, że regularnie trenując robię szybkie postępy. Niestety - nastąpiły okoliczności, które pokrzyżowały mój misterny plan. Remont mieszkania, który miał wstępnie odbywać się w czerwcu, spadł nam na głowę w styczniu, więc z organizacją czasu nie było łatwo. Potem lekka "awaria" kolan i konieczność poluzowania kilometrażu i prędkości. W końcu choroba, która mnie siłą wepchnęła na tydzień do łóżka i zmusiła do brania antybiotyków. Po chorobie, jak już doszłam do siebie, to dały mi się we znaki nowe buty. W życiu żadne buty nie urządziły mi tak stóp. jak moje "Lunary". Na szczęście (musi być jakiś pozytyw!) pobiegłam ładnie Maniacką Dziesiątkę, a tydzień później na treningu przebiegłam półmaraton. Jak nabrałam takiej pewności, że nic się nie może stać, że do startu została już ostatnia prosta, to w święta mój organizm postanowił się zbuntować i złapał jakieś przeziębienie - temperatura 37, kaszel... Z planowanego na niedzielę biegu wyszły nici, całe święta poświęciłam na testowanie domowych sposobów leczenia przeziębień - i chyba poskutkowało, bo przeszło. We wtorek i czwartek już spokojnie mogłam wyjść na trening, testować nową spódniczkę do biegania z Lidla :) 

W każdym razie podsumowując treningi: przebiegłam mniej kilometrów niż zamierzałam, głównie mam na myśli wybiegania. Początkowo planowałam przebiec kilka razy powyżej 20 km, tak dla siebie, bo wiem, że przed półmaratonem to nie jest konieczne. Nie wyszło. To znaczy, wyszło tylko raz - 21,1. No i zdecydowanie za mało podbiegów i siły biegowej (skipów) - bo raz na dwa, trzy tygodnie to za mało. A z interwałów to w ogóle mogę sobie wystawić pałę. 

A nad wszystkim rozpościera się czarne widmo nieprzemijającej zimy, która doprowadza mnie do szału, żeby opisać co czuję, gdy wychodzę na trening i widzę śnieg, albo jeszcze zawiewa mi w twarz tym śniegiem - musiałabym tu użyć słów niecenzuralnych, więc się powstrzymam... 

Niemniej - półmaraton w niedzielę, cieszyć się z tego należy, choć czasem o optymizm ciężko. Adrenalina przedstartowa już daje się we znaki, bo na czwartkowym treningu biegłam, jakby mi nogi powiązało. Do niedzieli się rozplączą. Pakiet startowy odebrany, numer jeszcze nie przypięty, bo nie zdecydowałam w czym biegnę. Obawiam się, że prędko nie zdecyduję. Czekam na ostatnie prognozy pogody i mam nadzieję, że nie będzie wiatru ani śniegu...

A cel na najbliższą niedzielę wyznaczam sobie następujący: pobiec przede wszystkim mądrze. Nie za asekuracyjnie, ale i nie za szybko, żeby się na początku nie spalić. Chcę jak najmocniej zbliżyć się czasowo do tej magicznej bariery "2h". Ale przede wszystkim chcę zdrowa dobiec do mety i po cichu poczuć atmosferę październikowego maratonu...



5 komentarzy:

  1. adrenalina Cię poniesie :) będzie dobrze!

    OdpowiedzUsuń
  2. Powodzenia! 3mam za Ciebie i wszystkich startujących kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki ;) adrenalina to moja ostatnia deska ratunku ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Dzięki! Ja za Ciebie również :D

      Usuń