niedziela, 28 lipca 2013

I POGOŃ ZA WILKIEM. RE(WE)LACJA :)

Zbieg, podbieg, zbieg, podbieg, długi zbieg, ciężki podbieg, meta. Jakby ktoś mnie zapytał, jak wyglądała trasa Pogoni za Wilkiem - to właśnie tak. Muszę przyznać, że nie doceniłam tego biegu zawczasu. Zamierzałam go potraktować z lekkim przymrużeniem oka, zakładałam, że będzie miło, przyjemnie, że pobiegniemy rekreacyjnie - a tu trzeba było walczyć, aby zmieścić się w godzinie. Trasa okazała się bardzo wymagająca. Na mnie w trakcie biegu mściły się wszystkie niewykonane z powodu kontuzji podbiegi... Ale od początku. 

Bieg był organizowany po raz pierwszy. I jak na pierwszy raz organizacyjnie było naprawdę dobrze. Obsługa biegu chętna do pomocy, informowała o wszystkim. Pakiet startowy obejmował koszulkę, izotonik i spam. Początkowo ucieszyłam się na koszulkę, jednak przedwcześnie, bo po rozpakowaniu okazało się, że dostałam rozmiar L (rozmiary były na chybił trafił), w dodatku brakuje mi na niej logo biegu. Nie ma na całej koszulce wzmianki o Pogoni za Wilkiem, tylko wielka nazwa sponsora. Plus za to, że techniczna a nie bawełniana. Ale nie koszulka jest istotna.

Bieg rozpoczął się z kilkuminutowym poślizgiem, bo długo trwało wydawanie pakietów startowych. Organizator przed startem powtarzał wielokrotnie, że należy uważać na liczne wystające konary, szyszki, piasek, że trasa jest wymagająca i są liczne podbiegi. Że zwłaszcza trudny jest podbieg na końcu. Ok. To ruszyliśmy. Biegliśmy z bratem praktycznie cały czas razem. Raz ja nadawałam tempo, raz on. Odczuliśmy dość szybko trudność trasy, bo pierwszy podbieg był niedługo po starcie. Prawie od początku biegliśmy zmęczeni, po każdym podbiegu walcząc o wyrównanie oddechu i uspokojenie tętna. Wcześniej myśleliśmy, żeby pobiec spokojniej pierwsze 5km i potem docisnąć buta. Trasa zweryfikowała ten plan - zaczęliśmy biec w ten sposób, aby siłami gospodarować spokojnie, mieć zapas na podbiegi, po podbiegach na chwilę zwolnić aby organizm się uspokoił i nadrabiać na zbiegach, których też na szczęście było sporo. Gdy dobiegliśmy do punktu z wodą przed 6 km, brat powiedział, że od 7 spróbujemy pocisnąć. Tylko jak dotrwaliśmy do tego 7km, dopadł nas kryzys i mocno zwolniliśmy. Gdy tak człapaliśmy, Michał spotkał na trasie kolegę z lat liceum i zaczął ku mojemu zdziwieniu rozmawiać, gdy chwilę wcześniej obydwoje nie mogliśmy złapać tchu. Biegłam sobie za nimi tak do 8 kilometra i potem ich wyprzedziłam, bo jakoś doszłam do siebie. Poza tym oznaczenie "8km" w biegach na dychę działa na mnie nakręcająco - zwiastuje rychły koniec. Zaczęłam więc biec szybciej, zwłaszcza, że zaczęło być cały czas z górki i chciałam to wykorzystać. Po chwili brat z kolegą się zreflektowali i podążyli za mną. 9km - w mojej głowie pojawiła się myśl "zepnij się jeszcze bardziej i but do mety" - no więc but był na początku bo było z górki. Potem ku mojemu przerażeniu wyłonił się podbieg, największy na tej trasie. No nic, myślę sobie, końcówka, nie możemy odpuścić. Wzdłuż trasy pojawili się już kibice, co oznaczało bliskość mety. Produkuję się więc na tym podbiegu, wypluwając płuca, jestem już na górze, myślę "uff koniec", na trasie pojawia się zakręt, a za zakrętem patrzę - podbieg trwa nadal, drugie tyle... Chwilowo się podłamałam, ale biegnę, przecież nie zatrzymam się choćby nie wiem co, choć ledwie już oddycham. Słyszę już konfenansjera na mecie, ludzie krzyczą i dopingują, no to walczę z podbiegiem. Widzę nagle Pawła który robi zdjęcia, mam w dupie jak wyjdę na zdjęciu, walczę dalej z podbiegiem. Widzę metę i czas 59:2X, walczę z podbiegiem, żeby zmieścić się w godzinie. Dobiegam. Nie wiem jakiem sposobem w lewej ręce mam wodę Staropolankę, w prawej różę a na szyi medal. Odwracam się i widzę, że dobiega Michał. Udało się nam. Mama może być dumna ze swoich dzieci :)

Jeżeli chodzi o brata, to był jego pierwszy udział w imprezie biegowej. Wcześniej nie biegał regularnie, ale jako student awf - u miał dużo do czynienia ze sportem, poza tym sporo chodził po górach. Osiągnął czas 59:15 netto, na dość wymagającej trasie. 

Imprezę oceniam bardzo dobrze, nie brakowało wody, kawy, herbaty, do jedzenia było mnóstwo wypieków (pączki, muffinki, placek), których nikt nikomu nie wyliczał, czy chleb ze smalcem, jak ktoś lubi. Panowała rodzinna atmosfera, były organizowane również biegi dla dzieci. Trasa była obstawiona wolontariuszami, zwłaszcza w newralgicznych miejscach, nie sposób było się zgubić lub pomylić drogę w lesie.

Mój czas to 59:10 netto. Byłam 16 na 45 kobiet w kategorii K25. 


No dooobra, biegniemy... 



gdzieś w połowie trasy 






niedziela, 21 lipca 2013

SAMOTNOŚĆ DŁUGODYSTANSOWCA KONTRA WSPÓLNE BIEGANIE


Ten utwór to obowiązkowa pozycja na moim biegowym ajpodzie:


Muszę się przyznać, że choć biegam już prawie 2 lata i przez ten czas zaliczyłam wiele treningów i kilometrów to dopiero w ostatnim czasie zdarzyło mi się biegać nie-samej. Ponieważ mój brat Michał postanowił pobiec ze mną w Pogoni za Wilkiem, musiał przypomnieć sobie jak się biega (biegał kiedyś, gdy mi bieganie było jeszcze obce, potem zaprzestał i poświęcił się sportom walki). Umówiliśmy się więc na wspólny trening. 
Do tej pory biegałam zawsze sama, z muzyką na uszach, ceniłam sobie ten czas spędzony tylko i wyłącznie ze sobą, dostosowywałam tempo do własnych możliwości i chęci i podkręcałam muzykę w ajpodzie. Nie wyobrażałam sobie biegania z kimś, chociażby dlatego że odpada słuchanie muzyki no i czasami trzeba pogadać a jak tu gadać w biegu! Przecież umrę z zadyszki! Gdy brat postanowił biegać, pojawił się impuls do spróbowania czegoś nowego :)
Wybraliśmy się zatem na przebieżkę, ajpod powędrował do kieszeni a my zajęliśmy się bieganiem i rozmową :) okazało się, że w trakcie biegania DA SIĘ rozmawiać, dla mnie to nie lada odkrycie :) oczywiście biegliśmy w takim tempie, w którym rozmawiać się dało - czyli w tzw. tempie konwersacyjnym ;) tematów do rozmów i śmiechu było co nie miara, nigdy się tak nie ubawiłam na treningu ;) chociaż wiem, że w trakcie tych mocniejszych treningów muszę się skupić, trochę bardziej zmęczyć to od czasu do czasu taka odskocznia i bieganie w towarzystwie to naprawdę fajna sprawa ;)

PS. Pogoń za Wilkiem już za tydzień - dobrze że jestem taką minimalistką startową, bo  nie mogę się doczekać do każdego startu. Robienie przerw pomiędzy imprezami biegowymi to dobry sposób na to, żeby zdążyć zatęsknić za startową adrenaliną i atmosferą ;)

czwartek, 11 lipca 2013

MÓJ PLAN NA MARATON

Maraton.

Na pewno chcę go przebiec. Przebiec, a nie przejść, przeczłapać, "przemarszobiec". Od startu do mety to ma być bieg, ewentualna kilkusekundowa przerwa wchodzi w grę na picie, lub banana/żel.

Jeżeli chodzi o czas, to nie chcę narzucać sobie konkretnych założeń czasowych, takich, że jak nie pobiegnę x:xx:xx to się pochlastam. To będzie mój debiut i po prostu nie wiem, co mnie czeka (zwłaszcza powyżej 30 km). Realnie patrząc na moje dotychczasowe wyniki, ale także to, że kawał pracy przede mną - powinnam biec na 4:15.

Jeżeli chodzi o mój plan przygotowań, to jego założenia są następujące: biegać 4 razy w tygodniu, w tym jedno długie wybieganie, podbiegi, jeden trening na luzie i jeden w drugim zakresie lub w narastającym tempie.

Dodatkowo 2 razy w tygodniu mam zamiar wykonywać ćwiczenia siłowe na mięśnie grzbietu, brzucha, nóg, stabilizację.

Plan ubrany w tabelkę, już wisi w widocznym miejscu w kuchni (tam, gdzie najczęściej przygotowuję jedzenie, czyli żebym dbała o to co jem:)). Plan powstał na bazie planu ze strony www.kobietkibiegaja.pl - plan na maraton dla początkujących. Zastanawiałam się pomiędzy planem "pierwszy maraton" a "dla początkujących" - ten pierwszy wydawał mi się zbyt lekki, drugi z kolei zbyt ambitny jak na moje możliwości. Postanowiłam ostatecznie poluzować nieco ten drugi i wyszło, co wyszło :) 
Do planu podchodzę w ten sposób: jest wymagający jak na mój staż biegowy, więc nie będę się o każdy kilometr tego planu zabijać. Najważniejsze są wybiegania i je muszę wykonać rzetelnie.  Do tych wybiegań z "3" na początku już się mentalnie przygotowuję. Natomiast jeżeli chodzi o pozostałe treningi - zachowam czujność i gdy poczuję zbytnie zmęczenie czy przeciążenie, ograniczę ilość kilometrów lub podbiegów. Zwłaszcza ostrożna będę z podbiegami, bo choć je lubię, to dzięki nim prawdopodobnie przeciążyłam ostatnio rzepki.

Oto plan :)

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to we wrześniu planuję start w półmaratonie (Piła) z zamiarem nabiegania nowej życiówki. Ponadto w lipcu postanowiłam wystartować w "Pogoni za wilkiem" na terenie Wielkopolskiego Parku Narodowego w okolicach Lubonia, bo chodziło za mną już dłuższy czas, aby wystartować w biegu przełajowym. To ma być przyjemny start, towarzysko, bo pobiegnę razem z bratem, na łonie przyrody, bez pogoni "za trupem" i życiówką ;) ("trup" ma być w Pile).

Jak widać, czeka mnie dużo pracy. Ale mam mnóstwo zapału, chęci do działania. Czuję się, jakby mnie czekała przygoda mojego życia. W końcu to maraton. Jeszcze jakieś dwa lata temu maratończyków uważałam za kosmitów z innej galaktyki, w głowie mi się nie mieściło że można tyle przebiec. A teraz ja sama planuję zostać taką kosmitką. Czasami mam wrażenie, że to wszystko mi się śni... (proszę mnie nie szczypać :))


wtorek, 9 lipca 2013

KORFU I POWAKACYJNE BADANIE KOLAN

Po nieco długiej przerwie jestem tu znowu  i mam się dobrze :) z dwóch powodów: pierwszy to udane wakacje, które mam za sobą, drugi to wizyta u fizjoterapeuty, który zbadał moje kolana i nie stwierdził żadnego poważnego urazu czy kontuzji, ufff......

WIZYTA U SPECJALISTY I BADANIE KOLAN


Do fizjoterapeuty trafiłam za sprawą brata, który z zawodu też jest fizjo, ale nie zajmuje się sportowcami, ma natomiast dobrych kolegów po fachu. Tym sposobem znalazłam się w gabinecie jednego z nich. Moje kolana zostały obejrzane z każdej strony, były uciskane, masakrowane, wykręcane, okazało się że więzadła mam jak facet, z łąkotką też wszystko ok. Pan fizjo stwierdził, że te bóle, które mi doskwierały to jest typowe przeciążenie rzepek spowodowane mocniejszymi akcentami w treningu (prawdopodobnie podbiegi). Ale same rzepki też są w porządku, nie osiągnęłam nawet pierwszego stopnia chondromolacji. Ufff. Mogę biegać, tylko dostałam zestaw czynności do wykonywania w domu:
- uciskanie kciukami mięśnia pod brzuchatym łydki tak do bólu (pan fizjo robił mi to do zajebistego bólu, ja tak sobie nie umiem zrobić, ale będę się starać albo brat mi w tym pomoże),
- uciskanie kostkami palców czworogłowego nad kolanem w zewnętrznej części,
- kilka razy dziennie na miękkim podłożu typu mata, karimata robić przysiady na jednej nodze takie do lekkiego zgięcia nogi (w wolnym tempie, żeby wolno się opuszczać i podnosić),
- rozciągać czworogłowy - to ćwiczenie akurat znałam wcześniej, teraz mam je wykonywać częściej: stać na jednej nodze, drugą nogę zgiąć do tyłu, chwycić za stopę i przyciągać do siebie abym czuła jak mi się mięsień rozciąga.
Ogólnie pan fizjo był osobą obdarzoną ciekawym poczuciem humoru, na przykład: gdy uciskał mi jakieś miejsce i mówiłam, że boli, odpowiadał: "i po co było tyle biegać? po co?". Gdy uciskał mi nogę w jednym miejscu i powiedziałam, że czuję ból z drugiej strony nogi, odpowiedział: "obcy się przemieszcza". Takie klimaty.
Najważniejsze, że jest zielone światło, mogę wrócić do mojego planu na maraton. Oczywiście będę czujna i będę uważać, zwłaszcza przy mocniejszych akcentach. Mam podbiegi wpisane w plan, ale znacznie ograniczę ich liczbę i prędkość wykonywania. Z tym większą chęcią wracam do planu, bo ostatnio miałam odpoczynek od biegania...

KORFU 


Byłam na Korfu przez tydzień, ale biegałam tylko jeden jedyny raz, jeżeli to w ogóle można nazwać bieganiem... Wyszło około 3-4 km, nie miałam endo, bo zapodziałam gdzieś w bagażu mój armbag. Jedyna pora, kiedy temperatura była znośna i można było liczyć na mały ruch turystyczno - uliczny, to był poranek, więc zerwałam się przed 8 rano. U nas o 8 rano jest pełno ludzi na ulicach i korki - każdy się gdzieś spieszy. Tam - cisza jak makiem zasiał. Miasto, które dzień wcześniej tętniło życiem, było jak wymarłe. Oczywiście nikt poza mną nie biegał. Gdy wychodziłam w sportowych ciuchach i różowych butach z hotelu, pani w recepcji zrobiła oczy jak talerze. Nieliczni ludzie, którzy krzątali się koło domów patrzyli na mnie i mieli nie lada atrakcję. Widok osoby, raz że biegającej, dwa że tak wcześnie rano, był dla nich zapewne rzadki. Sądzę, że tam nikt lub prawie nikt nie biega. Tam po prostu nie ma na to warunków - kto miał okazję być kiedyś w Grecji, zapewne wie, jak wyglądają drogi i jazda tamtejszych kierowców, chodniki to absolutna rzadkość (jak już są to przeważnie zajęte przez tawerny i stragany), wzdłuż dróg praktycznie nie ma poboczy, jeżeli są to służą do jazdy wolniejszym kierowcom lub za parkingi. Ogólnie drogi i jeżdżenie autem na Korfu to osobny temat. 
Muszę przyznać, że urzekło mnie Korfu. Palące słońce, którego nie czuć, bo cały czas wieje wiatr. Zapach ziół i zieleni. Wszędzie albo morze, albo góry, albo zieleń. Pełno zieleni. Połowa wyspy to gaje oliwne albo lasy, tylko trochę inny drzewostan niż u nas. Jechałam tam z myślą, że nic mnie bardziej niż Kreta nie powali. Ale Korfu mnie zachwyciło totalnie, zakochałam się w tym miejscu, mimo całego greckiego bajzlu (czytaj: drogi o których już wspomniałam, zero ładu przestrzennego i wszechobecnego siga siga). 
Uwaga - fotki: :)












W następnym poście będzie już stricte o planie na maraton :)