piątek, 11 października 2013

MARATON - TO JUŻ ZA CHWILĘ...

Przedmaratoński tydzień zleciał równie szybko, jak ostatnie miesiące. Poniedziałek i wtorek były zwariowane, środa już nieco spokojniejsza. W czwartek i piątek starałam się mieć przedstartowy chillout. Jestem objedzona węglowodanami na maksimum. Glikogen kipi ze mnie uszami i oczami. Piję hektolitry wody. Strój startowy jest już prawie gotowy (w tym sensie, że wiem co ubrać). W ramach "relaksu i odstresowania" robię przegląd ajpoda, wywalam osłuchane piosenki i dokładam nowe. Należę do osób, którym muzyka pomaga w biegu. 
Sobotę w zasadzie mam zaplanowaną od rana do wieczora, więc pewnie przeminie zanim się zorientuję :) I nadejdzie niedziela. Godzina "zero" czyli 9:00.
No dobra, denerwuję się. Strach mnie chwilami oblatuje. Po mojej głowie krąży dziesięć tysięcy pytań: czy dam radę tyle przebiec? Czy dam radę utrzymać tempo? Czy nie dopadnie mnie (tfu, tfu) ściana? Czy nie porzygam się żelem? Czy nie odezwie się kontuzja? Jest czego się bać... Ale jednocześnie nie mogę się też doczekać. Widoku rzeszy ludzi. Rydwanów ognia na starcie. Odliczania. Biegu. Atmosfery. Kibiców. Spotkania z ludźmi, których znam tylko z blogosfery i fejsbuka :)
Nie będę podsumowywać mojego okresu przygotowawczego, wolę sobie nie przypominać, ile treningów mi wypadło. Ile dni przerwy zaliczyłam. Ilu podbiegów nie zrobiłam. Ile treningów w drugim zakresie tętna "przeczłapałam". Nie będę oceniać mojej formy, bo tak naprawdę nie wiem jaka ona jest. Nie sprawdziłam jej na połówce w Pile. Mogę sobie jedynie powtarzać, że ładnie wykonałam (prawie) wszystkie długie wybiegania. Było i 28km i 30km, na końcu było moje najszybsze wybieganie w życiu - 25km. Było dużo gimnastyki, rozciągania. Wzmocniłam swoje mięśnie - widzę to chociażby po tym, że ćwiczenie - deskę, które kiedyś wytrzymywałam zaledwie 30 sekund, teraz wytrzymuję półtorej minuty :)
Niestety w trakcie przygotowań byłam też blisko kontuzji i gdyby nie szybka pomoc fizjo - brata oraz fizjo - znajomych, przerwa w bieganiu i rolowanie do upartego, mogłoby być źle. Lewe pasmo biodrowo - piszczelowe, które się zbuntowało, wydaje się być rozluźnione i już nie daje się we znaki. Od dłuższego czasu nie boli podczas rolowania, a na początku ból był nie do zniesienia. Na wszelki wypadek dam sobie jutro to pasmo profilaktycznie okleić. 
Podczas okresu przygotowań, podczas "walki" z przeciążonym pasmem otrzymałam wiele słów wsparcia i otuchy. To bardzo pomagało i w chwilach zwątpienia we własne możliwości, mobilizowało do działania. Dotrwałam do tego momentu, w którym jestem teraz i stanę w niedzielę na starcie. Wierzę, że uda mi się ten cholerny maraton przebiec. 
I chcę poczuć w końcu jak to jest - zostać maratończykiem. Magiczne 42 195. Takie wyzwanie sobie rzuciłam i teraz muszę temu podołać. Bo takie marzenie urodziło się niegdyś w mojej głowie, a w najbliższą niedzielę sobie je spełnię. Kiosku może nie rozpierdolę, jak zwykło się mawiać ;) ale dam z siebie wszystko.




9 komentarzy:

  1. I tak pozytywnie ma zostać :D powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Choć to mój drugi maraton, czuję się jakby był pierwszym. Minęło tyle lat. Powodzenia Marysiu i udanego startu!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętaj, że maraton biegnie się w dużej mierze głową! Nie myśl już o tym co wypadło, a co wpadło, jesteś dobrze przygotowana i wszystko się uda! Powodzenia! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. TRZYMAM KCIUKI, trenujesz przykładnie, wszystko będzie super!

    OdpowiedzUsuń
  5. zazdroszczę, moje kolana nadal dają znać o sobie, ale ja już marze o kolejnym maratonie....

    OdpowiedzUsuń
  6. Marysiu, moje gratulacje! Super wynik:)

    OdpowiedzUsuń