piątek, 29 listopada 2013

PODSUMUJMY ZATEM SEZON...

Jeszcze nie skończył się ten rok kalendarzowy, jednak uznałam, że jest to dobry moment na podsumowanie. Już w żadnym znaczącym biegu nie wezmę udziału, a wszelkie trudy treningowe, jakie podejmuję, są już z myślą o roku przyszłym.

A to było tak:

W styczniu powróciłam na tory regularnego biegania z myślą o półmaratonie poznańskim. Zapisałam się na tenże półmaraton, przy okazji poczyniłam zapis na Maniacką Dziesiątkę, ponieważ wówczas marzyłam o złamaniu godziny na 10km. Również w styczniu pojawił się pomysł założenia bloga, który natychmiast zrealizowałam. Czułam już, że moje bieganie to nie przelewki. Ono stało się tak absorbujące, że chciałam się swoimi przeżyciami i przemyśleniami dzielić z ludźmi, którzy mają podobną pasję. Poza tym, ile można zamęczać gadaniem o bieganiu najbliższych, którzy już tylko wyrozumiale kiwali głowami... Tak więc od początku roku sobie piszę tutaj, na tym blogu, dzięki któremu poznałam wielu fajnych ludzi, zakręconych na punkcie biegania i czasami też triathlonu! :)

W lutym legło w gruzach moje regularne bieganie. Działo się dość sporo, niekoniecznie związanego z bieganiem. Dodatkowo zdziesiątkowała mnie choroba, powodując poważne plamy na moim treningowym planie... 

W marcu, pozbierana po chorobie, pobiegłam Maniacką Dziesiątkę w czasie 54:28 netto. Ku własnemu zdziwieniu - byłam bliżej 50 minut niż godziny ;) Dobrze mi ten wynik zrobił, bo wcześniej byłam przekonana, że biegam wolno jak żółw i nigdy dobrych wyników osiągać nie będę. Pojawiają się już coraz bardziej natarczywe myśli o maratonie. Marzec się kończy, irytująco długa zima niestety nie.

I tak, w kwietniu, w zimowych temperaturach przyszło mi pobiec półmaraton poznański. Bieg ten zapamiętam na całe życie, bo nie mając nawet takiego zamiaru, kompletnie nie wierząc, że to się może udać, złamałam 2 godziny. Mój wynik netto to: 1:57:10. Wtedy do mnie dotarło, że mnie stać na więcej niż myślę, że ja po prostu z czasem będę lepiej biegać. Wtedy już wiedziałam na 100%, że chcę pobiec maraton w październiku.

Kwiecień mijał błogo, biegałam sobie kiedy chciałam, czyli dość często, ale żeby było jeszcze lepiej w końcówce miesiąca poprawiłam we Wrześni moją Maniacką życiówkę na 10 km - 52:24. Wysoko postawiłam sobie poprzeczkę przed kolejną dychą... 

Maj minął zupełnie beztrosko, ale myślami byłam już przy przygotowaniach do maratonu. W czerwcu niestety zaczęły pobolewać mnie kolana i pojawiły się pierwsze czarne myśli - bo jak tu przygotowywać się do maratonu, skoro kolana szwankują. Koniec miesiąca spędziłam na wakacjach, a po powrocie diagnoza fizjo: rzepki przeciążone

Lipiec minął pod znakiem pobolewających kolan, które na szczęście odpuściły. Jednak plamy na planie pojawiły się przez te kolana dość znaczne i nie dawały mi spokoju. 

Sierpień dla odmiany był najbardziej wybieganym miesiącem w moim życiu. Przebiegłam grubo ponad 200km i dało mi to w kość... Pewna startu w maratonie, w końcu miesiąca zapisałam się nań i opłaciłam swój udział. Niestety chwilę po tym, wybiegany sierpień się zemścił. Zemsta padła na lewe pasmo biodrowo - piszczelowe, które się na szczęście "tylko" przeciążyło. 

Początek września zamiast wcześniej zaplanowanego startu w pilskim półmaratonie, przyniósł mi ponad tydzień niebiegania z powodu awarii pasma, a przy okazji też nerwów i łez. Bo chwilami byłam wręcz pewna, że nie wypali ten maraton. Jednak wróciłam do biegania, choć na każdy trening wychodziłam z duszą na ramieniu. Czasami bolało po bieganiu, więc rolowałam jak głupia to pasmo dzień w dzień. I to chyba poskutkowało najbardziej, bo ból przestał wracać. W końcu wróciło już dawno zapomniane uczucie "świeżości w nogach", mimo tego, że w międzyczasie zrobiłam pierwszą i jedyną "trzydziestkę" na treningu.

Październik. Pojawił się stres, jakby dopiero do mnie dotarło, że maraton to 42195m. Jak z Szamotuł do Poznania i jeszcze trochę. Stres objawiał się różnymi stanami emocjonalnymi, dziwnymi chorobami, ogólnie trudno było ze mną wytrzymać. Każda z osób, które miały ze mną styczność na co dzień, modliła się o to, żeby było już po maratonie.

Dzień przed maratonem wzięłam udział w Pasta Party w blogaczowym gronie, na którym miałam okazję poznać innych blogerów - biegaczy w rzeczywistości. Pozytywna energia na dzień przed maratonem była bardzo potrzebna :)

13.10.2013 r. Doczekałam się w końcu tego dnia. I przebiegłam maraton, w "tym lepszym" wariancie czasowym, który zakładałam: 4:17:52 netto. Za rady, aby pobiec na "ten lepszy czas" jestem winna podziękowania: Emilii i Bartkowi. Sama gotowa byłam chwilami biec na 4:30. Za metą maratonu poczułam: spokój, szczęście i spełnienie. A potem oczywiście przyszła chęć na więcej. W końcu ten triathlon chodził za mną od jakiegoś czasu. Może by tak przestać myśleć, a zacząć działać? Przecież przebiegłam maraton, to ja mogę wszystko.

Do końca października byłam w okresie roztrenowania, więc biegałam bardzo mało. Zaprzyjaźniłam się za to z pływalnią i pod okiem instruktora (^^) zaczęłam się uczyć kraula. Na początku szło tragicznie. Potem już trochę lepiej.

W listopadzie wróciłam do nieco bardziej regularnego biegania, chwilowo odstawiłam długie dystanse, katowałam krótsze, za to z większym impetem. Bawiłam się w przyspieszenia, kilometrówki. Spodobało mi się szybsze bieganie. Na zachętę, w Biegu Niepodległości w Luboniu poprawiłam moją wrzesińską życiówkę na 10km - 51:20. Choć lekko nie było ;)

I tak powoli kończy się listopad tego pięknego roku 2013. Kraul w końcu zaczął jakoś wychodzić, a w pokoju stoi trenażer, weń wpięty rower z barankiem na przedzie i znacząco patrzą w moją stronę. Koniec roku będzie pod znakiem pływania i kręcenia na tym trenażerze. I oczywiście biegania. Co przyniesie rok następny? Strach się bać :D


niedziela, 24 listopada 2013

RAZ GORZEJ, RAZ KRAULEM

Bardzo lubię wodę, mogłabym pływać godzinami, niekoniecznie jeszcze kraulem. Jednak muszę przyznać, że coraz lepiej mi ten styl wychodzi. Przynajmniej w porównaniu do tego, co było na początku. Przede wszystkim wyszłam już z etapu brodzika (normalnie oklaski). Przepłynę kilka długości pełnym stylem, czyli pracując rękoma i nogami mniej więcej prawidłowo. Pisząc 'prawidłowo' mam na myśli to, że nie młócę już rękoma wody jak wiatrak a nogami nie pracuję jak przy żabce (taki był mój pierwotny "kraul"). Oczywiście technika jest dopiero w miarę poprawna, dużo trzeba jeszcze szkolić. Dlatego moje obecne treningi na basenie wyglądają tak, że czystego kraula nie ma prawie wcale, za to cały czas tłukę pod okiem instruktora K. technikę za pomocą deski, ósemki czy płetw. Moim mankamentem są jeszcze nogi, które czasami wciąż bardziej przeszkadzają niż pomagają. 

Jednak mimo tego, że kraul jest dość wymagającym stylem i nie daje się łatwo poznać, to czuję że mnie wciąga. Korci mnie, żeby pływać nim coraz więcej, żeby go ujarzmić a potem się nim bawić. Widzę siebie oczyma wyobraźni, jak bezszelestnie, rozciągnięta niczym struna, wykonując te kilka magicznych odepchnięć, przecinam tor. Jedynie na wyobrażenia mogę sobie pozwolić, bo póki co, jeszcze mi bliżej do etapu młócenia. Ostatnio dobitnie odczułam, jaki wczesnoszkolny jest mój poziom kraula, gdy obok na torze trenował pan - triathlonista. W czasie, gdy ja męczyłam jedną długość, on robił trzy. I te jego nawroty, omatkoboska, ja też tak chcę umieć! Wiem, że nawrót na triathlon nietenteges, no bo od czego się w tych otwartych wodach odbijać (może od pośladków łydek innych triathlonistów), ale to takie fajne jest! Tak się odbijasz i tniesz tę wodę niczym strzała, wynurzając się gdzieś w połowie basenu. Też tak kiedyś będę.

Na zajęciach staram się być cierpliwa, słucham instruktora i wykonuję lepiej lub gorzej jego polecenia, choć nie raz pod wodą zaklnę. Oczywiście tak, żeby K. nie widział, jaka to ja nerwowa jestem. A nie raz dostaję szału, jak mnie wyprzedza dziewczę, na torze obok płynące żabką. Nobojak! To ja zawsze wyprzedzałam. Ty uważaj kogo wyprzedzasz! Jeszcze Ci pokażę! I młócę, młócę, tę deskę trzymając, i jakbym w miejscu stała. Zło. W płetwach się odegram. A kiedyś również bez.

Ale nie, nie jest przecież tak źle. Żebym nie wyszła zaraz na kompletną kraulową niedorajdę. Coś tam już umiem i po cichu się przymierzam do tego, aby samej próbować ćwiczyć. Oprócz tego, że z instruktorem, rzecz jasna. Po prostu słyszę, jak mój wewnętrzny głos mi podpowiada, żeby więcej czasu temu kraulowi poświęcać, to on wtedy łatwiej da się okiełznać. A.

Jedna rzecz mnie doprowadza do szału. Żeby nie było. Po każdej wizycie na basenie mam zmasowany atak kataru siennego. Pół nocy nie śpię, bo mam dynię zamiast głowy i nos zakorkowany jak butelka z winem. Więc przez te pół nocy aplikuję sobie jakieś magiczne krople i produkuję obok łóżka everest zużytych chustek do nosa. Natomiast na drugi dzień rano mam potężny atak kichania. To mija po paru godzinach, ale od rana zdążę z parędziesiąt razy kichnąć i to tak, że mną rzuca. Już w pracy nawet "na zdrowie" nie mówią, no bo ile razy można. Z początku myślałam, że to kwestia przyzwyczajenia się do basenu, w końcu dawno nie chodziłam. Jednak, gdy po miesiącu regularnych wizyt w królestwie chloru te stany nie mijają, to coś jest na rzeczy. Podejrzewam, że to z mojej strony jakaś reakcja uczuleniowa na chemię w wodzie. Próbowałam już różnych kropel, płukania nosa wodą morską i na nic wszystko, bo to pomaga tylko bardzo doraźnie, a problem cały czas jest. Szukam więc dalej jakiegoś sensownego rozwiązania problemu, zanim moje drogi oddechowe się wykończą i zastrajkują jakimś dłuższym nieżytem. A przecież nie mogę przestać chodzić na basen. No bo jak.

piątek, 15 listopada 2013

ON CHODZI ZA MNĄ...

On chodzi wciąż za mną i mówi "spróbuj mnie, spróbuj". Jest strasznie natrętny, ciągle siedzi w mojej głowie i nie daje od siebie odpocząć. Najchętniej wziąłby dla siebie większość mojego czasu. Problem w tym, że jest też całkiem atrakcyjny i ciężko mu się oprzeć. Jednym słowem, kusi drań.


ON: W końcu pływanie, rower i bieganie to trzy dyscypliny, które przewijały się przez Twoje życie. Dlaczego nie połączyć ich w jedno? 

JA: Zgadza się, kocham biegać, kocham pływać, z rowerem przyjaźniłam się, gdy byłam młodsza... Jednak gdy przyjrzę się dokładnie każdej dyscyplinie z osobna, tak optymistycznie to nie wygląda. Na przykład jeżeli chodzi o pływanie: mogę płynąć bez końca, ale żabką. A żabka nie jest dobrym stylem do pływania triathlonów. Uczę się kraula, ale do mojej żabki dużo mu brakuje. Niby już jakoś płynę, ale robię dużo błędów. Mam wciąż spięte nogi, a ręce też jakoś nie tak. Gdybym mogła płynąć w płetwach, albo z ósemką...

ON: Oj tam, marudzisz. Nie pękaj, tylko zepnij się i ćwicz tego kraula, nogi i ręce do bólu. Teraz jest na to czas, dopóki masz luz, jeżeli chodzi o bieganie i na bajku jeszcze aż tyle nie kręcisz. Jeżeli w niecały miesiąc opanowałaś podstawy i jako tako już płyniesz tym kraulem, to pomyśl, co będzie za kilka miesięcy! Zresztą - podobno szybko łapiesz (^^). Tylko masz się nie zrażać na początku i mimo niepowodzeń próbować, aż się uda.

JA: No właśnie, a propos bajku... Rower owszem kiedyś lubiłam, ale ostatnio jestem z nim w separacji, poza tym całe życie jeździłam tylko rekreacyjnie na góralu. Owszem, kilometraże były czasem niemałe (dawno temu w trawie), jednak ze ściganiem się to nie miało nic wspólnego. Poza tym nigdy jechałam na rowerze, na którym bym siedziała mając dupę wyżej niż głowę! Mam wrażenie, że byle podmuch wiatru, byle nierówność, zakręt na drodze, a ja się na tej cienkiej szosówce wyłożę. Ba, ja mam nawet problem, żeby na takiej usiąść i ruszyć! Przy normalnych pedałach, a co będzie jak dojdą buty spd!

ON: Spokojnie, nauczysz się. Postaraj sobie tę szosówkę skombinować wcześniej, żeby pierwsze próby kręcenia były na trenażerze. Jak w miarę oswoisz się z pozycją, wyjedziesz w teren. I choć nigdy nie marzyłaś o tym, aby zostać "szosonem", to na pewno szybka jazda Ci się spodoba. A wpinanie się w pedały, no cóż... Nie raz się wyłożysz, to ci gwarantuję. Ale nie jeden triathlonista przez to przechodził, nie martw się. Nie będziesz w tym odosobniona.

JA: No dobrze, ale jeszcze bieganie... Wiem, że biegam dużo, kilometrów w nogach mam sporo, jednak o bieganiu po zejściu z roweru nie wiem nic. Poza tym biegam wolno. Po zejściu z roweru to chyba będę ledwo wlec za sobą nogi.

ON: Nie no, co za marudna baba! Przebiegłaś maraton, ogólnie dużo biegasz, może nie jesteś gazelą, ale nad tym można popracować. Wiesz już, że jesteś wytrzymała, że masz mocną głowę, że podchodzi Ci długotrwały wysiłek. Skup się zatem teraz na prędkości. Pobiegaj interwały albo kilometrówki. Wpleć podbiegi. Zapomnij na jakiś czas o długim i żmudnym klepaniu kilometrów, pójdź w jakość. Na wiosnę zrób porządne życiówki na dystansie półmaratonu i dychy. Potem wprowadzisz tak zwane treningi zakładkowe - one mają za zadanie przyzwyczaić nogi do biegania po zejściu z roweru. Będzie ciężko, zwłaszcza na początku, ale z treningu na trening będzie Ci szło lepiej. Poza tym - przecież nie lubisz jak jest łatwo :P Jesteś dobrą organizatorką swojego czasu, więc na pewno pogodzisz życie i pracę z trenowaniem. Zawsze przecież tak było, że im więcej miałaś na głowie, tym lepiej Ci wszystko wychodziło. Poza tym pamiętaj! Wszelkie granice istnieją tylko w naszych głowach. One zaczną znikać, gdy się do nich zbliżysz. Musisz tylko wyjść poza strefę swojego komfortu, zmęczyć się, zgnoić, ale Ty to kochasz. Do tej pory wprawdzie w wymiarze biegowym, ale w wydaniu moim, czyli triathlonowym, też pokochasz. Więc?

JA: Więc przekonałeś mnie. Przekonałeś mnie ostatecznie, zapisałam się i opłaciłam start w Sierakowie na dystansie 1/4 Ironman. Myślę, że na tym jednym triathlonie nie poprzestanę. Bardzo poważnie rozważam jeszcze Poznań. Bardzo poważnie. Więc będzie się działo! :)

wtorek, 12 listopada 2013

3 BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W LUBONIU. ŻYCIÓWKA Z PRZYGODAMI.

Hmm, jak ja to mówiłam: "nie cierpię startów na dychę". Po lubońskim biegu nic się w temacie nie zmieniło, nadal nie cierpię ;) Bieg do przyjemnych nie należał, zwłaszcza po 6. km, gdzie w głowie odliczałam minuty i (kilo)metry do końca. Do tego jeszcze sama zapewniłam sobie atrakcje na początku biegu... Ale po kolei:

Do Lubonia dotarliśmy dość wcześnie, miałam sporo czasu na odebranie pakietu, decyzję co założyć, rozgrzewkę. Było dość zimno, bo około 3 stopnie na plusie.


mina podczas przypinania nr - u zdradza całą moją "sympatię" do dyszki

Ustawiłam się do startu kilka minut wcześniej. Zanim ruszyliśmy, został odśpiewany hymn z chórem. Gdy zaczęło się odliczanie i wystrzał startera nagle mnie olśniło: "garmin!!!". Włączam, ale wiem, że nie ma szans na złapanie sygnału przez pół minuty - bo tyle minęło zanim przekroczyłam linię startu. Zła na siebie byłam i kompletnie mnie to zdekoncentrowało. Biegłam "na czuja" i zdecydowanie za wolno, ale trudno było wyprzedzić kogokolwiek, bo było po prostu ciasno (przydałby się podział na strefy czasowe przy starcie).

Garmin załapał sygnał gdzieś po około 600m i jak pokazał mi tempo 6:25 to zabrałam się do roboty: zaczęłam wyprzedzać, nie miałam wyboru, trzeba było nadrobić stratę. Kolejne kilometry upływały mi zadziwiająco dobrze, chociaż biegłam nieco za szybko. Tempo poniżej 5:00min/km teoretycznie nie jest mi jeszcze pisane, ale utrzymałam je przez kilka kilometrów przy wcale nie szalejącym tętnie. Wtedy myślałam, że jak tak dalej pójdzie, to ładną życiówkę wykręcę (tyle już biega, a taka naiwna...). 

Niestety po 6. km zaczęły się schody... a raczej podbiegi. Ja zapamiętałam dwa podbiegi, były długie i uciążliwe. Tam już moje tętno skoczyło powyżej 170 i o utrzymaniu ładnego tempa nie było mowy. Za to był "głęboki" dialog wewnętrzny: "już mniej niż połowa", "jeszcze tylko 2km", "jeszcze tylko 10 minut męczarni", "jeszcze tylko 5...". (To ta cenzuralna część dialogu).

Na 9. km nie miałam siły woli, żeby podkręcić tempo. Kibicujący Night Runners krzyczeli do nas, że mamy przyspieszać, bo to już końcówka. Ja nawet nie chciałam słyszeć o przyspieszaniu. Wymusiłam finisz dopiero jakieś 200m przed metą, gdy zobaczyłam zegar z czasem 51:XX, bo wówczas dotarła do mojego mózgu informacja, że mimo wpadki z garminem, straty na pierwszym kilometrze, dzikiej szarży na kolejnych i kryzysu na podbiegach, właśnie poprawiam swój personal best

to ten finisz mój właśnie (^^)

Mój wynik to 51:20 netto (52:11 brutto). Celem było zejście poniżej 52 minut (udało się), a dodatkowym marzeniem zbliżenie się do 51 minut (prawie się udało).




Na mecie czekał piękny medal (najładniejszy jaki mam!) i pyszny rogal (chyba najlepszy, jaki jadłam w całej WLKP!).



Po biegu nasuwają mi się następujące wnioski
nr 1: Z garminem mam nauczkę, dzięki której będę - już mam nadzieję - zawsze pamiętać, aby włączać go na kilka minut przed startem. Pamiętać o tym. Pamiętać. Pamiętać. I jeszcze raz pamiętać.
nr 2: Za szybkie kilometry od 2 do 5: nie wiem, czy w przypadku tego biegu to mi nie pomogło w uzyskaniu dobrego czasu, bo na podbiegach i tak bym zwolniła. Jednak w przyszłości na bardziej płaskich trasach (np. Maniacka Dziesiątka w Poznaniu) muszę zdecydowanie bardziej pilnować tempa, a najlepiej ułożyć je sobie wcześniej w głowie co do kilometra i tego się trzymać.
nr 3: Popracować nad głową, abym umiała wykrzesać z siebie więcej sił na finisz. Powinnam przyspieszyć na całym ostatnim kilometrze a nie ostatnich 200m. Uważam że miałam jeszcze zapas, tylko najzwyczajniej zabrakło mi siły woli, aby się zebrać w sobie.
nr 4: Buty. Na szybsze starty warto ubierać lekkie buty. Ubrałam niedawno kupione Pumy Faas 350 i nie żałowałam, bo biegło mi się bardzo lekko a amortyzacja (której te buty za bardzo nie mają) nie zżerała dodatkowej energii.
nr 5: Muzyka, a raczej jej brak. Miałam ze sobą sprzęt grający, ale ani razu na trasie go nie włączyłam. Starałam się być maksymalnie skoncentrowana na biegu i oddechu i myślę, że to pomogło mi w osiągnięciu wyniku. Więc myślę, że przyszłości, przynajmniej na krótszych dystansach, będę rezygnować z dopingu muzycznego.




I to chyba tyle. Tym lubońskim startem, moim ostatnim w kategorii K20 (chlip...), kończę biegowy sezon 2013 i wszystko, co teraz będę robić, będzie z myślą o roku przyszłym :)

środa, 6 listopada 2013

BĘDĘ MOCNA, BĘDĘ SZYBKA!

Dawno nie biegałam "szybko". "Szybko" to jest w moim przypadku nadal tempo poniżej 5:40 min/km. Od wiosny tego roku moje "szybko" się zbytnio nie zmieniło. Nie robiłam treningów szybkościowych, skupiałam się cały czas na maratonie a co za tym idzie - treningach długich i wolnych. Brakowało mi "akcentów", tych szybkościowych zwłaszcza. Teraz, gdy czuję się zregenerowana i wypoczęta, uznałam, że czas to w końcu zmienić. 

Symbolicznym krokiem ku zmianom ma być Bieg Niepodległości w Luboniu 11.11.2013 r. Będzie to bieg na 10km. I już zaczynam gadać jak Gargamel. Jego tekst: "jak ja nie cierpię smerfów" powtarzam, tylko w nieco innym wydaniu, a dokładnie takim: "jak ja nie cierpię biegania na dychę". No bo nie lubię. Nie lubię i już. Wiem, że przez (niecałą) godzinę będę się męczyć i dyszeć jak lokomotywa. Będę czerwona jak burak, z miną, jakby mnie katowali. Już tak mam, że zdecydowanie bardziej leżą mi długie dystanse. Wolę długi wysiłek na nieco niższym tętnie, niż krótszy, a bardziej intensywny. Dlaczego w takim razie startuję na dychę, skoro tak tego nie cierpię? Po pierwsze: żeby się sprawdzić i mieć życiówkę na tym dystansie. Po drugie: traktuję to jako dobry trening szybkościowy - bo na normalnym treningu nie zmobilizuję się do tak mocnego biegu przez dłuższy czas. I po trzecie: żeby mieć przez kolejne dni zaciesz z życiówki (jeżeli takowa się przydarzy).

Na mój najbliższy start w Luboniu zapatruję się z umiarkowanym optymizmem. W kwietniu we Wrześni udało mi się nabiegać 52:24 i czuję w nogach, że ciężko będzie mi ten wynik poprawić. Co oczywiście nie znaczy, że nie spróbuję. Będę próbowała zejść poniżej 52 minut (kurde, wypadałoby...), moim marzeniem byłoby przybliżyć się maksymalnie do 51. Złamanie "50" jest w tej chwili poza moim zasięgiem.

Jak zaznaczyłam, ten start będzie dopiero wstępem do dalszych działań mających na celu poprawienie mojej szybkości. Mam zamiar wejść w przyszły sezon z dobrymi wynikami na dystansach dychy i półmaratonu. Od tego tygodnia zaczęłam wplatać w trening bieganie po 1000m w tempie dychy lub trochę szybszym. To tempo mam zamiar sobie delikatnie, acz systematycznie podkręcać. Wrócę też do podbiegów. Już nawet znalazłam idealną górkę, w miejscu, w którym biegałam wielokrotnie, ale dopiero ostatnio mnie olśniło (gdy biegłam tam), że nachylenie terenu jest idealne do ćwiczenia siły biegowej. 

Jeżeli chodzi o ćwiczenia siłowe, to praca wre, że tak powiem ;) Katuję deskę, której podobnie, jak biegów na dychę, nie lubię. Już tak chyba mam, że jak czegoś nie lubię, to ze złością się na to uwezmę i poprawię. I tym sposobem deskę wytrzymuję ostatnio nawet 2 minuty (oczywiście cedząc brzydkie słowa pod nosem). Do tego wzmacniam poślady, uda, łydki nawet (!). A na berecie robię przysiady na jednej nodze i już tylko czasem się spektakularnie glebnę. Zdarzało mi się robić pompki, bo to fantastyczne ćwiczenie wzmacniające całą górną część ciała. To przydaje się zarówno w bieganiu (trzymanie prawidłowej postawy) jak i w ostatnio ćwiczonym przeze mnie kraulu. Ostatnio dołączyłam do wyzwania pompkowego, jakie na fejsbuku rzucił Krasus. Pompki będę zatem robić regularnie i raczej już "te męskie". I nie będzie zmiłuj ;)