wtorek, 12 listopada 2013

3 BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W LUBONIU. ŻYCIÓWKA Z PRZYGODAMI.

Hmm, jak ja to mówiłam: "nie cierpię startów na dychę". Po lubońskim biegu nic się w temacie nie zmieniło, nadal nie cierpię ;) Bieg do przyjemnych nie należał, zwłaszcza po 6. km, gdzie w głowie odliczałam minuty i (kilo)metry do końca. Do tego jeszcze sama zapewniłam sobie atrakcje na początku biegu... Ale po kolei:

Do Lubonia dotarliśmy dość wcześnie, miałam sporo czasu na odebranie pakietu, decyzję co założyć, rozgrzewkę. Było dość zimno, bo około 3 stopnie na plusie.


mina podczas przypinania nr - u zdradza całą moją "sympatię" do dyszki

Ustawiłam się do startu kilka minut wcześniej. Zanim ruszyliśmy, został odśpiewany hymn z chórem. Gdy zaczęło się odliczanie i wystrzał startera nagle mnie olśniło: "garmin!!!". Włączam, ale wiem, że nie ma szans na złapanie sygnału przez pół minuty - bo tyle minęło zanim przekroczyłam linię startu. Zła na siebie byłam i kompletnie mnie to zdekoncentrowało. Biegłam "na czuja" i zdecydowanie za wolno, ale trudno było wyprzedzić kogokolwiek, bo było po prostu ciasno (przydałby się podział na strefy czasowe przy starcie).

Garmin załapał sygnał gdzieś po około 600m i jak pokazał mi tempo 6:25 to zabrałam się do roboty: zaczęłam wyprzedzać, nie miałam wyboru, trzeba było nadrobić stratę. Kolejne kilometry upływały mi zadziwiająco dobrze, chociaż biegłam nieco za szybko. Tempo poniżej 5:00min/km teoretycznie nie jest mi jeszcze pisane, ale utrzymałam je przez kilka kilometrów przy wcale nie szalejącym tętnie. Wtedy myślałam, że jak tak dalej pójdzie, to ładną życiówkę wykręcę (tyle już biega, a taka naiwna...). 

Niestety po 6. km zaczęły się schody... a raczej podbiegi. Ja zapamiętałam dwa podbiegi, były długie i uciążliwe. Tam już moje tętno skoczyło powyżej 170 i o utrzymaniu ładnego tempa nie było mowy. Za to był "głęboki" dialog wewnętrzny: "już mniej niż połowa", "jeszcze tylko 2km", "jeszcze tylko 10 minut męczarni", "jeszcze tylko 5...". (To ta cenzuralna część dialogu).

Na 9. km nie miałam siły woli, żeby podkręcić tempo. Kibicujący Night Runners krzyczeli do nas, że mamy przyspieszać, bo to już końcówka. Ja nawet nie chciałam słyszeć o przyspieszaniu. Wymusiłam finisz dopiero jakieś 200m przed metą, gdy zobaczyłam zegar z czasem 51:XX, bo wówczas dotarła do mojego mózgu informacja, że mimo wpadki z garminem, straty na pierwszym kilometrze, dzikiej szarży na kolejnych i kryzysu na podbiegach, właśnie poprawiam swój personal best

to ten finisz mój właśnie (^^)

Mój wynik to 51:20 netto (52:11 brutto). Celem było zejście poniżej 52 minut (udało się), a dodatkowym marzeniem zbliżenie się do 51 minut (prawie się udało).




Na mecie czekał piękny medal (najładniejszy jaki mam!) i pyszny rogal (chyba najlepszy, jaki jadłam w całej WLKP!).



Po biegu nasuwają mi się następujące wnioski
nr 1: Z garminem mam nauczkę, dzięki której będę - już mam nadzieję - zawsze pamiętać, aby włączać go na kilka minut przed startem. Pamiętać o tym. Pamiętać. Pamiętać. I jeszcze raz pamiętać.
nr 2: Za szybkie kilometry od 2 do 5: nie wiem, czy w przypadku tego biegu to mi nie pomogło w uzyskaniu dobrego czasu, bo na podbiegach i tak bym zwolniła. Jednak w przyszłości na bardziej płaskich trasach (np. Maniacka Dziesiątka w Poznaniu) muszę zdecydowanie bardziej pilnować tempa, a najlepiej ułożyć je sobie wcześniej w głowie co do kilometra i tego się trzymać.
nr 3: Popracować nad głową, abym umiała wykrzesać z siebie więcej sił na finisz. Powinnam przyspieszyć na całym ostatnim kilometrze a nie ostatnich 200m. Uważam że miałam jeszcze zapas, tylko najzwyczajniej zabrakło mi siły woli, aby się zebrać w sobie.
nr 4: Buty. Na szybsze starty warto ubierać lekkie buty. Ubrałam niedawno kupione Pumy Faas 350 i nie żałowałam, bo biegło mi się bardzo lekko a amortyzacja (której te buty za bardzo nie mają) nie zżerała dodatkowej energii.
nr 5: Muzyka, a raczej jej brak. Miałam ze sobą sprzęt grający, ale ani razu na trasie go nie włączyłam. Starałam się być maksymalnie skoncentrowana na biegu i oddechu i myślę, że to pomogło mi w osiągnięciu wyniku. Więc myślę, że przyszłości, przynajmniej na krótszych dystansach, będę rezygnować z dopingu muzycznego.




I to chyba tyle. Tym lubońskim startem, moim ostatnim w kategorii K20 (chlip...), kończę biegowy sezon 2013 i wszystko, co teraz będę robić, będzie z myślą o roku przyszłym :)

19 komentarzy:

  1. Maria
    gratulacje wielkie za życiówkę.
    Co do wniosku nr. 5 to ciekawe spostrzeżenie.
    Co do nr. 3 to zatem złamanie 51m masz na "wyciągnięcie ręki"

    pozdrawiam i gratuluję :)
    Piotr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Sama nie pomyślałabym kiedyś, że przebiegnę cały dystans bez muzyki. A jednak :) Nie włączałam jej, bo bałam się, że "zaburzy mój rytm" i przez to popsuję to, co wypracowałam na pierwszych kilometrach. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Mari
      piszesz"Starałam się być maksymalnie skoncentrowana na biegu i oddechu i myślę, że to pomogło mi w osiągnięciu wyniku."
      moim zdaniem, to bardzo pomogło :)
      I jak widać z tego co napisałaś powyżej opłaca się eksperymentować :)
      pozdrawiam :)
      Piotr

      Usuń
  2. Gratuluję życiówki. piękne zamknięcie sezonu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Trochę smutno, że sezon już się kończy, ale trzeba myśleć o następnym ;)

      Usuń
  3. Myślę, że gdybym biegła jakąś dyszkę jest wielce prawdopodobne, że moja relacja byłaby bardzo podobna. Zawsze zapominam włączyć (i wyłączyć) Garmina, lecę za szybko, umieram i dyskutuję sama ze sobą ;) Gratuluję życiówki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) z tym garminem to kwestia mojego roztrzepania ;) a dyskusje wewnętrzne podczas dyszki są zupełnie inne niż podczas maratonu, powiedziałabym, że bardziej burzliwe ;)

      Usuń
  4. Też to mój pierwszy i ostatni sezon w K20 :(((

    Gratuluję życiówki! Mi od startu do przekroczenia mety wyszło sporo ponad minutę :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Katia, gratulacje! Widziałam u Ciebie w relacji, że miałyśmy niemal identyczny rozkład tempa :) (u mnie wolniejszy był tylko 1km)

      Usuń
    2. Muszę spróbować zaczynać wolniej a kończyć szybciej, ale zawsze boję się, że to nie zda efektu :)

      Usuń
  5. ten medal wygląda jak maratoński:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję życiówki i zazdroszczę tak pięknego medalu :) muszę też kiedyś spróbować biec bez muzyki, ale ciężko mi to sobie wyobrazić - to moje uzależnienie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Moje też, na dłuższym dystansie nie wiem, czy bym wyrobiła bez muzyki, ale na dyszce można spróbować - nie trwa długo i można się bardziej skupić na biegu (jeżeli chce się podbiec na życiówkę oczywiście).

      Usuń
  7. Gratulacje!! :)) Co do muzyki to pamiętam jak na początku biegania nie umiałam się skupić na biegu, muzyka wybijała mnie z rytmu, gubiłam płynność oddechu, teraz już mi to nie przeszkadza, ale myślę, że na krótkie biegi bym muzyki nie brała :) pozdrawiam!

    ps.zapisałam się na mój pierwszy start w styczniu :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak czytałam posta miejscami chciałam krzyczeć - też tak mam! Bo nie lubię biegać na dychę. Właściwie to chyba po prostu nie potrafię tego robić, bardziej komfortowo czuję się z dystansem powyżej 21 km. Obiecałam sobie, że w zimie popracuję trochę nad szybkością i taktyką na krótki dystans i w przyszłym sezonie zaplanuję tez starty na dychę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolę zdecydowanie długie dystanse, ale te krótkie pomagają nam pracować nad szybkością. Więc z całą swoją antypatią do dyszek, polecam je biegać :)

      Usuń
  9. Grunt, że jest życiówka, bo przygody zawsze są!

    OdpowiedzUsuń