poniedziałek, 6 stycznia 2014

MOJE NIEDOSZŁE POSTANOWIENIA NOWOROCZNE

Nigdy nie robiłam sobie postanowień noworocznych, uważam, że to bez sensu. Równie dobrze można się za siebie zabrać każdego dnia o każdej porze roku. Jeżeli oczywiście zależy nam na zmianie, bo jak nie, to zawsze wypatrzymy sobie jakiś początek roku, tygodnia, miesiąca, a może inną odległą datę, byle-nie-teraz, tym sposobem oddalając od siebie ten okropny dzień, kiedy będę musiała, tudzież musiał, się do czegoś zmusić. Do czegoś, czego chyba w sumie nie chcę. Bo wiadomo - uwaga slogan - jak już człowiek dojrzeje do pewnej decyzji, zazwyczaj wciela ją w życie od razu, a nie czeka z tym do dnia X. 

Co mnie tak nagle naszło... Bo tak sobie myślę, że znalazłoby się kilka rzeczy - które mnie we mnie wkurzają i wiem, że powinnam coś z tym zrobić. A i oczywiście nic z tym nie robię. Stanowią dobry materiał na takie właśnie postanowienia noworoczne. Non stop się łapię na tych samych zachowaniach, chciałabym je zmienić, a jakoś tak brakuje mi samozaparcia i najzwyczajniej w świecie chęci.

Gdybym układała sobie postanowienia noworoczne, byłyby one takie:

1. Organizacja czasu: tu chwilami leżę i kwiczę, choć czasami endomondo stwarza inne pozory. Notoryczne grzebanie się rano, wskutek czego przed pracą udaje mi się popływać tylko pół godziny zamiast 50 minut. Długie zbieranie się do biegania, wskutek czego zamiast biegać np. o godzinie 19, biegam po 20, a potem z nadmiaru endorfin nie mogę spać. A potem wskutek tego, długo wstaje na basen i błędne koło się zamyka ;) Już nie mówiąc o tym, że tracę czas, który mogłabym wykorzystać na inne rzeczy, bo nie samym bieganiem i pływaniem człowiek żyje (a by chciał). Więc postanowienie powinno brzmieć: nie trać czasu, nie grzeb się, lepiej się organizuj. E?

2. Sen... Jest bardzo ważny w życiu sportowca, a trenującego do triathlonu to już w ogóle. Jak przygotowywałam się do maratonu, bolało mnie chwilami wszystko, organizm sam prosił się o regenerację. Wtedy wyrobiłam sobie nawyk, że codziennie z zegarkiem w ręku, najpóźniej o 22 szłam spać. I chodziłam wyspana. Niestety po maratonie po tym dobrym nawyku pozostało jedynie wspomnienie. Myślę, że niedługo będę musiała go znów wprowadzić w życie. Żeby było łatwiej ów nawyk wprowadzić, musiałabym zrealizować postanowienie nr 1. Lepiej, żeby nastąpiło to prędzej, niż organizm sam się o to dopomni. Taaa.

3. Słodycze... Ech, moja zmora, za którą chwilami dałabym się pokroić. Zaliczam na tym polu zarówno sukcesy, jak i porażki. Mój ostatni "sukces" to taki, że zamiast mlecznych czekolad wsuwam gorzkie (gorzka nie wchodzi cała na "raz"). To już coś jak na mnie. Listopad był takim miesiącem sukcesu, bo ani kawałka słodkiego nie miałam w ustach. I zauważyłam wówczas, że im dłużej człowiek nie je słodyczy, tym mniej o nich myśli. Jednak grudzień był już porażką: najpierw urodziny, potem Mikołaj, imieniny, Gwiazdka. Weszło dużo. I aż mi źle z tym teraz. Inna sprawa, że przez tę ilość treningów, jakie robię ostatnio to apetyt mam naprawdę zacny, a po słodycze sięgnąć jest najłatwiej. Postanowienie brzmiałoby więc tak: "nie jedz słodyczy, a jak poczujesz głód między posiłkami sięgaj zawsze po rzeczy wartościowe". Ekhem ekhem.

4. Mierzenie tętna. Nie cierpię biegać z paskiem. Mam wrażenie, że mi się zsunie, że jakoś mi szybciej się robi gorąco, gdy go mam (choć nie wiem, gdzie w nim te właściwości grzewcze), a jak go zakładam, to jest paskudnie zimny. Prawie tak zimny, jak woda na basenie. Więc najczęściej go nie zakładam i biegnę na tzw. czuja. Jedyny wyjątek to trening w drugim zakresie tętna, którego już sama nazwa mi mówi "załóż ten cholerny pasek". Więc wtedy zakładam, a poza tym to nie. I w sumie to błąd, bo dobrze byłoby kontrolować tętno na podbiegach, czy na wybieganiach. Więc jakie powinno być postanowienie? Będę zakładać pasek do mierzenia tętna. (już to widzę...)

5. Nawadnianie. Podobno powinno się wypijać 1,5 - 2 litry wody dziennie. Zwłaszcza, jak uprawia się sport. U mnie pewnie wyjdzie 1,5 litra, jak wliczę w to wszystkie kawy i herbaty :/ I znów sięgam pamięcią do czasu "przed maratonem", kiedy wyrobiłam sobie dobry nawyk nie ruszania się nigdzie bez butelki wody. Po maratonie mi przeszło, a szkoda. Jak się nie poprawię, to w końcu padnę gdzieś na pysk z odwodnienia. Zatem postanowienie jest takie: nawadniaj się, pijąc co najmniej 1,5 litra dziennie, oczywiście wody mineralnej :)

6. Ilość posiłków w ciągu dnia. Tu leżę w całej okazałości (i kwiczę). Do tej pory nigdy nie udało mi się wyrobić nawyku jedzenia większej ilości mniejszych posiłków, w porywach doliczę się czterech, najczęściej trzech, a czasami o zgrozo dwóch. Teoretycznie powinno być 5. Dobrze by było, gdyby normą u mnie chociaż były te 4, jednak i to jest rzadkość. Zatem jest sporo do poprawy w mojej organizacji jadłospisu. Moje postanowienie brzmiałoby zatem: jedz co najmniej 4, a najlepiej 5 posiłków dziennie, oczywiście umiarkowanych ilościowo ;) I oczywiście, już czarno to widzę.

Ale, jak zaznaczyłam na wstępie, postanowień noworocznych nie robię, wyżej opisanych nie wpisuję na listę i nie wieszam na lodówce z dopiskiem 'obowiązują od teraz', jednak z czasem liczę na sukcesywną poprawę i wdrażanie tych punktów w życie :) 

8 komentarzy:

  1. Większość rzeczy miałaś poukładane przed maraotnem, wystarczy wrócić. Yes, U can!:))) A sen to absolutna podstawa. Nigdy nie spałem tyle co teraz, odkąd zacząłem trenować do tri.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to ja tak właśnie miałam przed maratonem: nigdy nie spałam tyle, co wtedy. Ale to pewnie wróci niedługo :)

      Usuń
  2. Jest mi niezmiernie miło, że znalazłam bratnią duszę blogową w kwesti nieogranięcia okołotreningowego (punkt 1). A tak serio - mam identycznie i strasznie mnie to denerwuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. nawadnianie jest bardzo istotne sama walczę z tym i staram się więcej pić

    OdpowiedzUsuń
  4. Wygląda na to, że większość z nas boryka się z podobnymi problemami ;-)
    Ad. 1: Tak, mam podobnie, albo rano nie mogę się zebrać i potem nie mogę się wyrobić, dajmy na to aby Córkę Starszą do przedszkola odstawić, albo za późno wychodzę wieczorem (a Dziewczyny zasypiając przed 22-gą wcale mi nie pomagają) i potem nie mogę zasnąć. A potem wstać rano... A wystarczyłoby gdybym wstawał jak tylko zadzwoni budzik.
    Ad. 2: Podobno lepiej ustalić stałą porę wstawania, zamiast kładzenia się spać. Jak już organizm nauczy się wstawać o stałej godzinie, sam powie Ci, że już czas na sen. Podobno, bo sam próbuję (wciąż "próbuję") to wprowadzić w życie ;-)
    Ad. 3: Witaj w klubie. Ja na razie próbuję trzymać się zasady, by jeść wyłącznie słodycze domowej roboty. Ale też nie zawsze wychodzi...
    Ad. 4: Tu na szczęście nie mam problemów. Bez paska raczej się nie ruszam (choć zdarza mi się zapomnieć).
    Ad. 5: Tjaaa, 1,5 litra dziennie. To musiałbym się przerzucić na bieganie, ale ciągłe. Do kibla :-I
    Ad. 6: I nad tym też pracuję - z różnymi efektami. Najgorzej jest, gdy nie mam wpływu na ilość i czas posiłków...

    Reasumując, życzę nam powodzenia ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pocieszające jest to, że nie tylko ja mam problem ze zbyt krótką dobą, ociąganiem, o niestałych porach i ilościach posiłków, słodyczach, czy wciąż za małej ilości wody nie wspomnę ;) Też próbuję z tym walczyć, powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. @Bartek, @Ala - w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć sobie nawzajem powodzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. To są problemy które ma większość z nas - spokojnie sobie mogę 4 z nich przypisać. Więc nie ma się co martwić - nic co ludzkie nie jest nam obce, aczkolwiek wiadomo, że trzeba walczyć żeby było lepiej - podobnie jak Ty nie znoszę biegać z paskiem i pić dużo wody ;-)

    OdpowiedzUsuń