środa, 12 lutego 2014

MOICH SPOSTRZEŻEŃ I DZIWNYCH MYŚLI KILKA

Ostatnio wydłużyłam czas trwania mojej doby. Taka jestem zdolna. Bo to jest tak: dzień następny zaczynam wieczorem dnia poprzedzającego, innymi słowy, jutro zaczyna się dziś, a dziś trwa od wczoraj. Dni nakładają się na siebie, a noce są zdecydowanie zbyt krótkie, więc czuję, jakby ich w ogóle nie było. Skoro dni się ze sobą zlewają, jedyna odczuwalna jednostka czasu dla mnie to tydzień. Jak się łapię w tym, który mamy dzień tygodnia? Na przykład myślę sobie: dzisiaj interwały, czyli mamy środę. Choć to też nie do końca, bo czasem wprowadzam zmiany w grafiku. Ostatnio nawet często. I wtedy dopiero mi się miesza. Nic z tego nie rozumiecie? Ja też nie. To całe czasowe zamieszanie spowodowane jest tym, że gdy planuję następnego dnia rano wstać na basen, wieczorem dnia poprzedzającego muszę:
  • uszykować torbę na basen, zapakowaną w komplecie, nie na zasadzie "dopakuję rano", bo na bank czegoś zapomnę. Z rzeczy, których udało mi się zapomnieć, to - póki co - "tylko" szczotka do włosów. Problem o tyle, że jakoś trzeba było te długie pióra ujarzmić z pomocą samych rąk, aby nie wyglądać w pracy jak strach na wróble (swoją drogą, długie włosy i basen to istna katorga. Jeszcze mam cierpliwość, ale nie wiem na ile mi jej wystarczy, na to rozczesywanie i suszenie),
  • pamiętać nie tylko o sprzęcie basenowym, ale o czymś, czym by można po basenie na szybko oko przed pracą zrobić (choć smoky eyes mam gratis w pakiecie z oksami),
  • uszykować rzeczy do ubrania, takie, żeby się w miarę sprawnie ubrać po basenie, ale też takie, żeby wyglądać w pracy jak człowiek. Wystarczy, że podkrążonymi oczami straszę. Ślad po okularach znika dopiero gdzieś około południa. A rzeczy szykuję wieczorem, bo o 6. rano nie mam czasu na spędzanie kwadransa przed szafą, myśląc "co na siebie włożyć" (a dylemat ten do sporadycznych nie należy),
  • uszykować sobie śniadanie do pracy, a wiadomo, w pracy odżywiam się zdrowo, więc szał gotowania, robienia sałatek tudzież innych dań, krojenia owoców, trwa w najlepsze,
  • sprawdzić czy naczynia, w których rano będę przyrządzać płatki, są czyste. Najczęściej nie są, więc czeka mnie mycie tychże naczyń, po czym układam sobie je już tak, żeby rano tylko wrzucić w nie owies. Wiem, że niektórzy na basen rano mogą bez śniadania lub o jednym bananie, ale ja nie potrafię wyjść z domu bez zjedzenia czegoś konkretnego. No tak już mam.
Tym sposobem jutro zaczęło się wczoraj (a może dziś?). Jak już to wszystko skrupulatnie poszykuję, do tego ogarnę siebie, dom, internety, wyczeszę futrzaka, to w końcu kładę się spać. Niestety nie zawsze o 22.

Czy bywam zmęczona? Ano, bywam. Ostatnio stwierdziłam, że muszę być zmęczona, skoro zdarzyło mi się dwa razy zaspać. Raz zaspałam na basen. Budzik nastawiony na 6. rano zadzwonił, po czym ja tak umiejętnie "włączyłam drzemkę", że już powtórnie mi nie zagrał "Bad" Michaela Jacksona (tak, taki mam budzik, nie ma jak się dobrze nastroić od rana, co nie?). Jak już się obudziłam, to była taka godzina, że mogłam się tylko spokojnie do pracy szykować. Drugi raz identyczna sytuacja, z tym że tym razem zaspałam do pracy. Ciężko mają tam ze mną. Jak nie spóźnia się przez basen, to zasypia. I jakaś taka zmęczona, potargana, z sinym okiem przychodzi. I wcale jej ten makijaż na to oko nie pomaga.

A mój drugi budzik oba te razy zastrajkował. Bo to jest taki nietypowy budzik. Zazwyczaj budzi mnie wtedy, kiedy mogę spać, a gdy jest przydatny, to sam śpi jak suseł. To taka sprytna bestia, ten budzik. Jak on chce mnie obudzić, to doskonale wie, że trzeba się położyć pyszczkiem mniej więcej 5 cm od mojej twarzy, tak, żeby mnie jego długie wąsiska połaskotały. Z najgłębszego snu mnie to wyrwie. Łagodniejszy wariant budzenia to "ugniatanka łapkami". Łagodniejszy, dopóki pamiętam, żeby temu budzikowi pazury przyciąć. Tak, bo ten budzik to mój kot. Ten puszysty, futrzak, co się nawet na basen ostatnio spakował ;)


A skoro już wcześniej krążyliśmy koło tematu jedzenia... Matko, ile ja ostatnio jem! W pracy na mnie dziwnie patrzą, gdy jedno pudełko z czymś wyciągam, potem drugie, a jeszcze coś podjadam w międzyczasie, jakieś orzechy lub inne pestki, co zawsze leżą na biurku. "O, drugie śniadanie?" "Nie, trzecie." "?!" A najlepsze jest to, że ciągle mogłabym jeść, wcale nie czując się specjalnie głodna. Plusem trenowania jest to, że wszystkie hurtowe ilości jedzenia i tabliczki czekolady pochłaniane w mig, uchodzą na sucho. Póki co, nie idzie w tyłek, w cycki też nie ;) Ponoć nawet wyszczuplałam, ale nie wiem na ile to prawda, gdy ktoś wciąż powtarza "ty znowu schudłaś". No bo jakbym tak za każdym razem "znowu schudła", to chyba by mnie już nie było. 

Ale jest też w tym wszystkim haczyk. Mój brzuch jakby bardziej wrażliwy się zrobił - pewnych rzeczy nie przyjmuje, od pewnych rzeczy boli. Wszystko co jem, musi być lekkostrawne. Nie każde warzywo mu leży, na przykład ostatnio protestował przeciwko brokułom. Bardzo też ograniczyłam podaż mięsa. Nie jest to chyba do końca dobre, nie planowałam być wege, ale jak 1-2 razy w tygodniu zjem jakieś mięso, i to jedynie drób, to jest święto. Szkoda, że na słodycze się ten mój żołądek nie uwrażliwił. Jakoś je, kuźwa, przyjmuje bez problemu.

A w zasadzie to miałam napisać zupełnie o czymś innym. Następnym razem :)

13 komentarzy:

  1. Fajny wpis!:-). Podziwiam Cię Za sile i wytrwałość.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja teraz mam dosłownie żadne obciążenie treningowe, a i tak lepiej mi się dni układają jeśli wieczorem naszykuję sobie np. jedzenie na kolejny dzień, wszystko zaplanuję. A co dopiero przy przygotowaniach do triathlonu!
    A co do basenu: niestety to mnie w dużym stopniu zniechęca. Człowiek musi nosić cały ten majdan ze sobą, a suszenie długich włosów to już prawdziwy dramat. No ale widać można.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noszenie majdanu jeszcze nie jest złe, jak się jedzie autem - nie noszę tego na szczęście ze sobą, tylko wrzucam na tylne siedzenie. No ale włosy to dramat, cały czas się przymierzam do obcięcia, tylko nie mam pomysłu jak ;)

      Usuń
  3. Jak ja Cię podziwiam za ten poranny basen. Ostatnio część treningów biegowych znowu robię rano i to już jest dla mnie hardkorem, a co dopiero zanurzanie się w chlorze po 6. Mój patent na długie włosy na basenie jest taki: nakładam na włosy maskę albo odżywkę (pomijając nasadę włosów, bo wtedy czepek się ześlizguje, związuję ciasno i wysoko, na to czepek i tak idę pływać. Po basenie myję włosy delikatnym szamponem bez SLS i innych detergentów, które nie neutralizują działania maski i gotowe. Do tego olejek do rozczesywania i Tangle Teezer, który rozczesze wszystko i tak włosy ogarniam w jakieś dwie minuty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja z kolei nie mogę się przełamać do porannego biegania, takiego w okolicach godz. 6. Jakoś basen łatwiej mi podchodzi :)
      Co do patentu, dzięki za podpowiedź, na pewno wypróbuję z tą maską, a olejku do rozczesywania to już używam, bo bez tego za chiny nie rozczeszę włosów ;)

      Usuń
  4. oj skąd ja to znam;)

    Mała wskazówka, która bardzo ułatwiła mi życie: przestałam robić sałatki w domu! W pracy trzymam półprodukty i tam robię sobie żarełko z tego co jest. Oczywiście zawsze ktoś mi wsadza nos w miskę, ale co tam, da się przyzwyczaić;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ten nos w misce i ciekawość, która nie zna granic ;) zdarza mi się pichcić coś w pracy, jak w domu nie zdążę ;)

      Usuń
  5. Czasem zastanawiam się kiedy jakaś wytwórnia czekolady zrobi bocznicę pod mój dom, bo tyle tego idzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. szykowanie wszystkiego wieczorem to idealne rozwiązanie! ja rano jestem na tyle nieprzytomna, że lepiej, żebym nad niczym nie myślała, a już zwłaszcza nad tym, co ubrać, bo mogłabym wyjść ubrana jak pajac - po prostu:) no i zapomniałabym mojego jedzenia, a jak to bez jedzenia? :) co do wrażliwego żołądka i słodyczy - te są chyba niezwykle delikatne, takie mam wrażenie:) ale nie martw się, przy takiej ilości treningów w tym basenie, na pewno nie jest źle, że je jesz:) wiesz, że jesteś wielka z tym porannym basenem? pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. A jak futrzak się wabi? Rudy Mundek, Marii druh? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może Ziutka? ;) Nie jest rudy i wabi się Muffi :)

      Usuń
  8. Twój kot jest najlepszy :D podziwiam Twoje zorganizowanie i chęć przygotowywania zdrowych posiłków do pracy - pora zacząć brać przykład :)

    OdpowiedzUsuń