wtorek, 18 lutego 2014

O TYM, ŻE PŁYWAĆ LUBIŁAM ZAWSZE

W czasach błogiego dzieciństwa, wakacje przeważnie spędzałam nad jeziorem. Nie bałam się wody, wchodziłam doń bez najmniejszych oporów. Pływać żabką nauczyłam się w wieku 10 lat i gdy tylko załapałam, o co w niej chodzi, potrafiłam pływać długo i bez przerwy. O dziwo, moja żabka od razu była kryta, a nie krajoznawcza, czy jak inni zwą, sanatoryjna. Z zanurzaniem głowy nigdy nie miałam problemu. Tylko moja mama stała na brzegu zdenerwowana i bezradnie patrzyła, jak jej dziecko, niczym nakręcona maszynka, pływa od pomostu do pomostu i nie chce przestać. Próbowałam również z pomocą taty nauczyć się podstaw kraula, jednak ten styl wymagał większej cierpliwości i nakładu pracy, i to mnie wówczas przerosło. 

Wakacje nad jeziorem to była jedyna okazja, aby popływać. W moim mieście nie było jeszcze pływalni. W tych "pradawnych czasach" pływalnie dopiero co zaczynały powstawać. A potem przestaliśmy jeździć nad jezioro i przygoda z pływaniem na dobrych kilka lat się skończyła. Nawet, gdy w końcu w moim mieście powstał basen, pojawiałam się tam bardzo sporadycznie.

W końcu kilka lat temu, niespokojny duch ukryty we mnie zaczął domagać się ruchu. Miałam dość bogaty w stres moment w życiu i wtedy pływanie do upadłego było dla mnie ukojeniem. Pokonywałam jednorazowo po 1,5 - 2km, czasem nawet 3km. Wtedy już objawiło się moje skrzywienie w stronę długich dystansów. Przy pomocy filmów instruktażowych na "jutub" doprowadziłam moją żabkę, czyli styl klasyczny, nazwijmy to ładniej, prawie do perfekcji. Tak naprawdę nie powinnam mówić, że pływam żabą, przecież ja panicznie boję się żab!

Myślałam też sobie wówczas, że może by tak spróbować kraula lub delfina, skoro ten klasyk tak ładnie wychodzi. I jak to przeważnie w życiu bywa, na myśleniu się skończyło. W końcu monotonne zasuwanie żabą od ściany do ściany najzwyczajniej mi się znudziło i krótko później rozpoczęła się era biegania.

Pływanie wróciło jak bumerang wraz z cichym marzeniem o starcie w triathlonie. W końcu stanęłam pod murem, jeżeli chodzi o kraula. Myślałam sobie tak: na dystansie 1/4 ironman to może jeszcze klasyk by dał radę (950m), ale skoro chodzi mi po głowie 1/2 IM, czyli 1900m wpław, to o żabce powinnam zapomnieć. To trzeba płynąć kraulem, nie ma zmiłuj. Więc tak zaczęła się moja przygoda z Panem Kraulem. 

Teraz, gdy Pan Kraul został jako tako opanowany, śmiało mogę powiedzieć, że go już "tylko doskonalę", a nie "wciąż się uczę". Nie wiem jak mogłam tyle lat pływać tylko klasykiem! Różnica pomiędzy tymi stylami jest u mnie taka: żabą osiągnęłam już swój prawie - max: technicznie nie ma wiele do poprawienia, prędkości też już nie zyskam. Natomiast jeżeli chodzi o kraula, mimo że idzie mi już całkiem dobrze, to wiem, że mogę pływać jeszcze szybciej, lepiej technicznie, ekonomiczniej. Rezerwy są i to spore.

I zauważyłam jeszcze jedno: służą mi długie treningi i długie dystanse. Tak, ewidentnie mam długodystansowe skrzywienie. Im większe dystanse pływam na treningach, tym bardziej przekłada się to na większą prędkość na krótszych odcinkach, poprawia się moje tzw. czucie wody, bardziej panuję nad ciałem i każdym jego ruchem (już nie wspominając oczywiście o poprawie wydolności).

Kadr z filmu - jak dobrze, że rozmazany ;) by Karol

Oczywiście, instruktor, pod okiem którego od czasu do czasu jeszcze pływam, zawsze wynajdzie mi odpowiednie ćwiczenie, owinie w makarony, wciśnie ciężarki w dłonie, żebym się pogubiła w ruchach, napiła wody, obróciła wokół osi i poszła na dno. Lub nakaże pływanie sprintów (50m, 100m) do granicy puszczenia pawia. Lub nagra filmik jak płynę i potem pokaże błędy. Nie ma więc lekko, ale to mi się właśnie w pływaniu podoba. Oprócz tego, że są postępy i to dość szybkie, to zawsze się znajdzie coś do poprawy. Czasem wystarczy poprawić szczegół, a to od razu przekłada się na lepszą prędkość i mniejsze zmęczenie.


Za to od pływania w jeziorze odwykłam zupełnie. Nie weszłam do żadnego przez ładnych kilka lat, z różnych powodów: muł, żaby, glony, "ciemność, widzę ciemność". Open water mnie więc lekko straszy. Czeka mnie dużo pracy, nad własną głową przede wszystkim. Na pewno nie jeden trening w otwartym akwenie przed tri-startem muszę wykonać.

Odchodząc już od tematyki od triathlonu, cieszy mnie sam fakt, że pływam kraulem. Nie wiem, czemu ja tyle lat kurczowo trzymałam się żaby! Gdyby mnie ktoś zapytał, co bym teraz chciała w kraulu osiągnąć, odpowiedziałabym: przepłynąć 3km w godzinę. Tak, chciałabym to zrobić :)


PS Co do żab... Na samą myśl o tych stworzeniach mam dreszcze. Nienawidzę ich i lepiej żeby w trakcie triathlonu żadna mi się nie pokazała, a broń borze o mnie otarła! Bo inaczej narobię paniki w wodzie i szybko zakończy się moja tri-kariera. Przysięgam! Z powodu głupiego płaza, ale bez sensu... 

PPS Delfin też mi nie ucieknie :) Obiecałam sobie, że się go nauczę. Może jeszcze nie teraz, bo kraul to moje obecne primo, ale na jesieni, po sezonie, włączam tryb delfina! :) 
 

5 komentarzy:

  1. Gratulacje za postępy w kraulu! Kraul i żaba to faktycznie dwa światy. To ile jeszcze brakuje do tych 3km w godzinę? Królik poleca dużo, jak najwięcej, popływać na otwartej wodzie, bo to zupełnie inna inszość niż pływanie na basenie – temperatura wody, fala, inna wyporność, konieczność nawigacji, brak odpoczynku przy nawrotach (na dłuższych odcinkach mogą naprawdę zacząć boleć plecy, w szczególności, że głowę trzeba trzymać wyżej). I trzeba się oswoić z tą ciemnością pod spodem, nieprzezroczystością wody, nieskończonością nad głową :)) I w ogóle w naturze jest piękniej… Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na treningu 3 km przepływałam w około 1h:10m-1m:12h, z tym że nie bez przerwy, tylko: raz spokojnie, raz szybciej, raz z ósemką itp. - jak to na treningu ;)
      Wody otwarte - na pewno gdy tylko zakupię piankę, zacznę się z nimi oswajać ;)

      Usuń
  2. Też jestem samoukiem :-) Tyle, że ja wychowałem się w miejscowości, w której był tzw. zalew (czyli sztuczne jezioro), więc niemal każdy dzień od czerwca do sierpnia spędzaliśmy nad zalewem. Tam nauczyłem się pływać żabką (jako przedszkolak praktykowałem najpierw żabkę chodzoną po dnie, a potem z kołem) i bardzo nietechnicznego kraula. Ten drugi styl zacząłem dopracowywać, gdy postanowiłem posmakować tri ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Drproctor miałem podobnie .. z tym, że ja nie zalew a typowo nad jeziorkiem się uczyłem, a później już szło z górki z każdym dniem :)
    No ale ja nauczyłem się pływać w wieku 16 lat :)

    OdpowiedzUsuń