poniedziałek, 25 sierpnia 2014

DWIE TRZECIE LENIA

Muszę Wam się do czegoś przyznać: odpuściłam sobie ostatnio. Po prostu nie chce mi się i nie walczę z tym jakoś specjalnie. Jestę lenię. Jak mi się nie chciało rano wstawać na basen, to nie wstawałam. Jak mi się nie chciało jeździć na rowerze, to nie jeździłam. A jak widziałam, że za oknem hula wiatr to już definitywnie z bajku rezygnowałam. I muszę się przyznać, że dobrze mi z tym. Nie mam wyrzutów sumienia, nie martwię się, że gdzieś ucieknie wcześniej wypracowana forma i będę musiała ją odbudowywać. Najwyżej się odbuduje, a jak nie, to przecież też nic się nie stanie, nie jestem w końcu zawodowcem. Jak już, to zawodowym leniem :)

A bo chyba może mi się nie chcieć? Wolę sobie odpocząć, niż mimo braku chęci sięgać po bajk, czy po łapki i pullbuoya, wbrew własnej woli wciągać sexy (mrrryg) arenę, czy rowerowe rajty, zmuszając się, mogę to sobie jedynie obrzydzić. A tak, skoro nie muszę, to chyba warto wykorzystać czas na przerwę i życie bez dzikiego pośpiechu. (Jestem pewna, że w końcu mi to lenistwo przejdzie, głód się we mnie zbierze i z pełną parą ruszę do pracy, ale to jeszcze nie teraz)

Wyjątek stanowi bieganie. Jedyne co mi się chce, to biegać i to też właśnie robię. Nawet nie demotywuje mnie mój brak mocy. 

A szukam tej mocy w bieganiu wb2 i jedynie wątłe resztki znajduję. Idzie mi słabo w porównaniu do wiosny, dużo słabiej... Jak ja tę połówkę przebiegłam w 1:45 to za cholerę nie wiem. Teraz mam problem z utrzymaniem tempa ok. 4:55 - 5:00 przez 9 km! A kilka miesięcy temu drugi zakres robiłam w tempie około 4:45 - 4:50! Popsułam się na maksa i muszę się teraz naprawić.


A co z ewentualnym roztrenowaniem? W zasadzie to powinien być w życiu każdego biegacza, triathlonisty, tudzież innego sportowca taki okres w roku jak roztrenowanie. I dużo sobie nad tym myślałam ostatnio: czy powinnam sobie takowe zarządzić, od kiedy do kiedy, i właściwie jak to powinno u mnie w praktyce wyglądać, bo w końcu uprawiam dyscyplinę nie jedną, a trzy. I wymyśliłam sobie coś takiego, że teraz jest moment roztrenowania jeżeli chodzi o pływanie i rowerowanie, zgrywa się to idealnie czasowo z moim rozpasłym leniem. A że biegowo jestem niewyżyta, to sobie potrenuję właśnie bieganie, wycisnę je zapewne do bólu na maratonie i może poprawię jeszcze połówką w Szamotułach. Po tym wszystkim bieganie powinno mi już wystarczająco obrzydnąć, więc wtedy nawrócę się na pływanie. 
Przede wszystkim kusi mnie nauka delfina, którą już sobie wcześniej na jesień zaplanowałam, jaram się na to jak dzieciak, ale wiadomo jak będzie, nie raz się podtopię, wypiję pół basenu, radość szybko przejdzie, przyjdzie frustracja, złość, czyli to, co choć fajne nie jest, to często w sporcie mnie napędza i mobilizuje. Zołzowatość przydaje się w sporcie, a i w życiu czasem. 
Gorzej będzie z rowerem, bo zima, wiadomo, zostaje trenażer albo spinning, o którym coraz poważniej myślę, bo jak sama się nie umiem dobrze zmęczyć, to może inni mnie zmęczą. A może jeszcze trochę, zanim przyjdzie zima, uda mi się pojeździć?


A muszę się jeszcze czymś pochwalić: znalazłam fajne miejsce do biegania, a właściwie to do wdrapywania się na górki, gdzieś w Puszczy Noteckiej, i nie mam tam jakoś strasznie daleko, więc od czasu do czasu zdarzy mi się tam pojechać. 
Jednymi z moich biegowych startów marzeń są Maraton Gór Stołowych i Bieg Marduły. Już nie mam wykrętu, że nie mam się gdzie do nich przygotować, bo podbiegi w tym lesie, a co za nimi idzie, a raczej zwykle w naturze występuje, czyli zbiegi, są ostre i wymagające. Bez ćwiczeń na stabilizację nie mam co do nich podchodzić, bo łatwo sobie coś uszkodzić. Ale ja przecież z beretem jestem pogodzona, na piłce robię deski i inne ćwiczenia, podpatrzone u Kasi, z zachowaniem równowagi jako tako nie mam problemów. 
Tak więc urozmaicam sobie trening bieganiem pomieszanym z wdrapywaniem się na górki i próbą zwinnego zbiegania z nich, ale oczywiście nie oznacza to, że w kolejnym sezonie wystartuję w biegu górskim, jeżeli już to 2016 rok wchodzi w grę (chyba...).





niedziela, 10 sierpnia 2014

CZY Z PALCEM W PĄ...?

Minęło kilka planowych dni absolutnego nic-nie-robienia, planowych, ponieważ obiecałam sobie przed Poz Tri, że po starcie porządnie sobie odpocznę. Przez okrągłe osiem dni nie robiłam nic, bo open water w stroju niekoniecznie sportowym, i niekoniecznie marki Arena, czy BlueSeventy, bez czepka i oksów, podczas plażingu, się nie liczy. I chyba potrzebowałam takiego odpoczynku, totalnego sportowego lenistwa, bo zregenerowały się nie tylko moje umęczone kończyny, ale i głowa. A mojej głowie najbardziej potrzebny był odwyk od wiecznego pośpiechu i ciągłego kombinowania, jak upchnąć przydługawy trening na bajku pomiędzy pracę, a inne obowiązki. 

Teraz czuję, jak bardzo brakowało mi takiej szarej 'codzienności'. Jak dobrze mieć w końcu posprzątane w mieszkaniu, czyste auto, i w ogóle mieć więcej czasu na domowe czynności, za którymi normalnie nie przepadam, a teraz sprawiają mi radość. Sielanka trwa, ale niedługo ją zburzę, bo już czuję, że mnie nosi, rower do mnie powoli mrrryga, torba basenowa wygląda znacząco z szafy, ale najbardziej z niecierpliwością przebierają buty do biegania.

Czas powoli ruszyć skostniałe, lekko rozleniwione cztery litery i udać się na trening. No właśnie, tylko jaki, po co... Bo wszystkie starty, które miałam w swojej rozpisce, mam za sobą. Żadnego tri już nie mam w planach. Ale no jak to? Bez porannego wstawania na basen? Bez długich wyjazdów na bajku? (choć to mnie akurat nie martwi) Ale bez zakładek? No jak!!!

No więc, jak żyć, pyta Mari, i natychmiast znajduje odpowiedź. A może byś tak pobiegała? Forma ci spadła, ta z wiosny jest już tylko pięknym wspomnieniem, więc jest nad czym pracować. Hmm. To byłby powrót córy marnotrawnej. Przypomniałoby sobie dziewczę, jak to jest trenować jedną dyscyplinę.
I wrócić do regularnego biegania, może nawet 4 razy w tygodniu, oczywiście nie zapominając o pływaniu i kręceniu, jednak te ostatnie bez napinki, tylko po to, żeby utrzymać formę i nie zapomnieć jak to się robi? To jest myśl. No więc bieganie. W końcu będę regularnie biegać, o! A może nawet według jakiegoś planu? Nie, no trochę się teraz rozpędziłam, ale rozkład treningów, i to taki z sensem, dobrze byłoby sobie może nawet na kartce, w formie tabelki, rozpisać.

A jeszcze muszę się pochwalić, że po Poz Tri o dziwo nic mnie nie bolało i nie boli (poza zakwasami oczywiście). Jest w tym trenowaniu trzech dyscyplin jedna fajna rzecz - trudniej się przetrenować, niż trenując zawzięcie tylko jedną. Nie wymagałam żadnych poważnych fizjo - interwencji. Nawet ramię, które dokuczało mi przed startem się uspokoiło. I dalej nic. Jestem cała, zakres ruchu mam pełen, a jak sobie przypomnę, co się ze mną działo rok temu, w trakcie przygotowań do maratonu, ojojoj... Żebyś tego jeszcze nie odszczekała ;)

skoro bieganie, to obowiązkowy 'lans na dzielni' w koszulce z Poz Tri ;)

 Zatem, gdy teraz zamierzam wziąć się za bieganie, muszę odkurzyć beret, taśmy do ćwiczeń na odwodziciele, przypomnieć sobie, jak się robiło przysiady, deski... No i obrać cel. Realny i konkretny, nie tam jakieś pitu pitu. I w zasadzie to ten cel sam się nasuwa - październikowy 15. Poznań Maraton i poprawa życiówki z debiutu. 4:17:55. Powinnam poprawić, nie? Z palcem w dupie, a właściwie w pĄdupie, chciałoby się napisać, ale trochę pokory też by się dziewczęciu przydało, wszak z maratonem nie ma żartów, przed tym dystansem zawsze należy mieć respekt. Czasu do 12 października jest sporo, mam zapas niedziel na długie wybiegania, zresztą takowe na szczęście zdarzyło mi się w lipcu poczynić. Poza tym muszę zabrać się za bieganie w drugim zakresie tętna, za siłę biegową, czyli znowu las i moje górki, a we wrześniu zamiast górek, kilometrówki, a może nawet takie 'dwu', bo słyszałam że 'dobrze robią' przed maratonem.

i węgli sobie przynajmniej nie muszę ograniczać (tu: penne z łososiem i rukolą)
A zatem jest cel. I to taki całkiem, całkiem. Pobiec maraton, na jaki rezultat jeszcze nie wiem, muszę oszacować, na ile będzie mnie stać i ile mi się będzie chciało, ale na pewno będę celować poniżej '4'. I będzie mała Mari kontra maraton. Oby tylko zdrowie dopisało, kolana siedziały cicho i wróciła forma z wiosny :)