czwartek, 23 października 2014

IV SAMSUNG PÓŁMARATON. POWRÓT DO KORZENI :)

Gdy dwa lata temu stałam na Rynku w Szamotułach przed pierwszym startem w moim życiu, i to w połówce, przepełniały mnie emocje i strach. Żeby tylko mądrze pobiec, żeby mi prądu nie odcięło, żeby nie zacząć za szybko. 21.1 km całkiem mnie przerażało. Aura była wtedy wyjątkowo tajemnicza - mgła spowijała wszystko, zakręty, ludzie, punkty odżywcze 'wyłaniały się' w ostatniej chwili, nie było widać długich prostych, z których trasa się składa. Nie wiedziałam zupełnie, co mnie czeka na trasie. 

Jak wygląda trasa tego półmaratonu, zobaczyłam dopiero podczas tej edycji, podczas której pogoda dopisała aż za bardzo - było (za) ciepło, świeciło słońce, na niebie ani jednej chmurki. Było widać długie proste, wioski, ludzi, gnój na polach i pasące się nieopodal trasy krowy ;)

W tym roku na start przybiegłam w ostatnim momencie. Naprawdę mam fajnie z tą połówką pod domem. Mogę sobie odebrać sobie pakiet dzień wcześniej, w dzień startu do oporu spać, nie muszę wsiadać w auto i jechać do innego miasta, martwić o to, gdzie zaparkuję, czy znajdę depozyt, mogę ostatnią toaletę zaliczyć w domu, wyjść w ciuchach startowych na moment przed i slalomem w targowo - kościelnym tłumie (zawsze o tym marzyłam!) pobiec na start. 

Choć, muszę się przyznać, ta bliskość imprezy tak mnie rozleniwiła, że wyszłam z domu ciut za późno i leciałam na start w tempie prawie WB2, bo musiałam jeszcze przekazać pakiet startowy Emi, która, cud, że mnie nie zjadła ;) Sprawę nieco wydłużyło też moje przebieranie się na moment przed wyjściem, bo się zrobiło gorąco i zdecydowałam, że inny outfit jak letnio - upalny absolutnie nie wchodzi w grę. Niestety koszulkę pĄmocy z wielkim żalem musiałam zostawić w domu, a nie chciałam jej ciąć... (za to łeb mi ucięli ;) )

Wystrzał do startu dała Pani Irena Szewińska. Nic, tylko biec! Zaczęło się jak dwa lata temu, kostka brukowa ulicy Wronieckiej w końcu zamieniła się na asfalt i przez pierwsze 3 km kluczyliśmy po ulicach Szamo. Mieszkańcy wyszli pokibicować i to było bardzo miłe. W końcu na wylocie z miasta, gdy mijałam dom rodziców, dałam Mamie bluzkę, którą wzięłam w razie gdyby mi było chłodno na starcie i której, rzecz jasna, w ogóle na siebie nie założyłam. Krzyknęłam jeszcze, że jest bardzo ciepło. Bo było. Słońce przygrzewało dość mocno jak na drugą połowę października. 


Do 8. km nogi podawały bardzo ładnie. Szłam na życiówkę, bo wydawało mi się, że będę w stanie ją zrobić (tiaa, tydzień po maratonie, głupia!). W jednej z wiosek stała grupka kibicującej młodzieży, na oko w wieku gimnazjum. Od jednej z dziewczyn usłyszałam, że 'fajną masz bluzkę', chciałam odkrzyknąć, że z Lidla, ale szkoda mi było tracić siły. Chwilę dalej jeden z chłopaków do mnie powiedział 'ale pani jest ładna'. No teraz to raczej nie, ale całkiem miłe to było ;)

Około 10. km poczułam, że lekko jednak nie będzie, nogi coraz bardziej ciążyły i przypomniały mi delikatnie, co ja tydzień wcześniej biegłam. Postanowiłam więc 'zwolnić' do tempa 5:00, i to tempo utrzymać do 15. km po czym przyśpieszyć do 4:50. 
Naiwnaś!, pomyślałam, gdy po 14. km wybiegliśmy na drogę Szamotuły - Obrzycko, która była dłuuugą prostą, ciągnącą się do samych Szamotuł, przez około 4km. Z prawej pole, z lewej pole, zero zabudowy, żadnych drzew. Przecież nigdy tędy na bajku nie wracałaś do domu, bo tu zawsze STRASZNIE WIAŁO! Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? 

Więc się zaczęło... Zjazd do tempa w okolicach 5:16, 5:23 i dramatyczne próby powrotu do 5:00 (no nie dało się). Chowanie się za Dużym Panem i dialog wewnętrzny, w którym doszłam do wniosku, że głupia byłam, myśląc, że dam radę zrobić życiówkę tydzień po maratonie, zwłaszcza, że poprzednia jak na moje możliwości, była dość wyśrubowana. Trzymałam się kurczowo za Dużym Panem, niestety nie dałam rady utrzymać jego tempa, Pan uciekł, a ja dalej walczyłam samotnie. Myślałam już jedynie o tym, żeby bardziej nie zwolnić i BYLE dobiec do miasta, bo będzie zabudowa i nie będzie już tak wiało.

W końcu moim oczom ukazały się Szamo. Gdy zobaczyłam pierwsze budynki, przypomniało mi się jak dwa lata temu leciałam tu na skrzydłach, zmierzając na metę swojego pierwszego półmaratonu. No nie mogę biec w takim fatalnym stylu jak teraz, muszę się zebrać i jakoś ładnie skończyć ten bieg, choćby moje nogi zagroziły pozrywaniem ścięgien.

Powolutku przyśpieszając wróciłam do tempa 4:50. Biegłam ulicą Długą, która straszy z nazwy, ale ja tu często biegam i wiem, że przebiec ją to chwila moment. W celu utrzymania tempa, obrałam metodę "na Bo": wyszukiwać dziewczyny i je wyprzedzać ;) No więc najpierw ta w różowym. Uczepiłam się jej i w końcu minęłam. Potem taka jedna w czarnym i jeszcze inna, też w czarnym. 

W końcu dotarłam do zbiegu na końcu ulicy Długiej i wyleciałam na ostatnią prostą do mety. Na garminie pojawiło się tempo 4:35. Sił już nie miałam, ale obudziło się we mnie znajome zwierzę, trochę szkoda, że dopiero teraz. 

Nagle dogonił mnie Duży Pan, za którym próbowałam się chować przed wiatrem. Eeej, chwila, jak to dogonił, skoro mi uciekł? Nie próbowałam tego jednak rozkminiać, biegliśmy kawałek razem, wspólnie stwierdzając, że to już 'prawie meta', choć jeszcze około 600m do tego magicznego punktu nam brakowało. Ale ja tamtędy czasami biegam, i wiem, że pokonanie tego odcinka to pryszcz ;) 

ta ostatnia prosta ;) i te długie legginsy..
Nagle zostawiłam Dużego Pana i pognałam na oparach sił w kierunku mety. Po drodze wygłupiałam się do obiektywów, śmiałam się i rozglądałam po ludziach, czy licho jakieś znajomych tu nie przyprowadziło. Nie dostrzegłam niestety nikogo, a ponoć byli ;) Gdy wpadłam na metę, paręnaście sekund za Panem Stefanem Dobakiem, usłyszałam, jak wyczytywane jest moje nazwisko, TAKI FEJM ;) (potem w pracy usłyszałam, że jestem 'lokalną gwiazdą'). Dostałam wodę, folię i wpadłam na czekającego K., który bez większych problemów machnął życiówkę, no ale w jego przypadku to była niemalże formalność ;) Mi do życiówki zabrakło dokładnie 46 sekund. Gdybym nie zwolniła pod ten wiatr...

wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale tu pierwszy raz w życiu piłam piwo po zawodach :)
Ten start miał dla mnie szczególne znaczenie. To tu, w tym miejscu się wszystko zaczęło. Tu urodziło się marzenie, aby przebiec półmaraton, tu przebiegła mi przez głowę pierwsza myśl o maratonie, tu rok temu gryzłam palce ze złości, że nie zdecydowałam się pobiec tydzień po debiucie w maratonie. Tu biegam na co dzień i większość ulic znam na wylot. To MOJE ŚMIECI, często nienawidzone, ale jednak mimo wszystko kochane. Wiedziałam, że w tym roku, choćbym miała tę trasę przeczłapać, tego startu sobie nie odpuszczę. 

Próba atakowania życiówki tydzień po maratonie była dość niemądra z mojej strony. Moim nogom odcięło prąd w okolicach połowy dystansu i przez to nie miałam siły walczyć z przeciwnościami, jakie zaserwowała pogoda. Ale zdobyłam się na mocny finisz, a ten element dotychczas u mnie zawodził. Dużą rolę odegrały w tym wszystkim emocje związane ze startem właśnie tu, ale chciałabym tak kończyć już zawsze, a już na pewno za 3 tygodnie w Luboniu. A poniżej dowód na to, że naprawdę każdy może szybko biegać, potrzeba tylko trochę pracy i uporu ;)



Jeszcze na koniec dodam, że byłam 3. kobietą w powiecie szamotulskim. PĄdium nie było, bo nagradzana była tylko pierwsza biegaczka (swoją drogą - Aga, 1:39:35, jeszcze raz GRATY!). Byłam też 10. w kategorii wiekowej. Nigdy specjalnie na te miejsca nie patrzyłam, ale te liczby bardzo się pomniejszyły w stosunku do tego, co było kiedyś, gdy tu zaczynałam :) I nie ma bata, za rok na trasę Samsung Półmaratonu wracam, po życiówkę moich marzeń, która już mi się śni po nocach ;)

Jestem jeszcze winna informację o Stefanie Dobaku, o którym wcześniej wspomniałam - pochodzący z Szamotuł biegacz, maratończyk, Mistrz Polski Weteranów w maratonie (kat. 65-69), biega od ponad 50 lat. Imponuje wysoką formą mimo wieku. Półmaratony biegał regularnie poniżej 1:40, tym razem w osiągnięciu takiego wyniku przeszkodziła mu kontuzja i pobiegł 'jedynie' W 1:45:35, a ja miałam szczęście wpaść ma metę chwilę po nim.

11 komentarzy:

  1. Pocieszyłaś mnie:) Ja na razie biegam cały czas wolno i nie mogę sobie wyobrazić biegu 4:xx. Jak na razie tempo komfortowe to 7:00 :) a już przy 6:00 serce wali mi 170-175:) Ciężko mi sobie wyobrazić jakbym miał nawet takie ślimacze tempo utrzymać na 21 km :) Pierwsza połówka jeszcze przede mną, ale pewnie będzie w okolicach 2:15-2:30

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele czasu i kilometrów minęło, zanim tempo 6:00 stało się dla mnie konwersacyjnym. Pierwszą połówkę też obstawiałam, że pobiegnę w czasie 2:20-2:30, pobiegłam w 2:12, bo na zawodach biega się po prostu szybciej, ale to na pewno sam niedługo odkryjesz :) Powodzenia!

      Usuń
    2. Anonimowy - tak, jak Maria napisała - wiele czasu i kilometrów. Przecież nie od razu Rzym zbudowano :) Każdy od czegoś zaczyna.

      Maria
      to taki bieg z wyjątkowym sentymentem był :)
      Gratulacje za ten progres :)

      Usuń
    3. Oj tak, z sentymentem ;) dzięki!

      Usuń
  2. Powiem szczerze że plan miałaś ambitny i trochę szalony bo połówka na maxa tydzień po maratonie to jednak chyba za szybko "po", chociaż pewnie zregenerowana w dużym stopniu już byłaś tylko że tempo 1/2 a tempo maratonu to dwie inne historie. W każdym razie jak widać niewiele zabrakło czyli jesteś mocna i masz mocną głowę (powrót do 4:50 i szybciej). Na moje oko, ta życiówka pęknie spokojnie jak tylko będziesz już bardziej wypoczęta :) Grtatulacje !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Czułam w nogach, że będę w stanie poprawić życiówkę, ale tydzień po maratonie to było dla mnie za wcześnie, nie byłam zbyt zregenerowana ;) 2-3 tygodnie później byłoby w sam raz. Ale poprawianie życiówki jednak sobie odłożę na przyszły rok, będzie lepiej smakować ;)

      Usuń
  3. Szaloną kobietą jesteś. Próbować wykręcić życiówkę tydzień po maratonie. Niesamowite.

    Ja się szykuję na jakiś 1/2 w przyszłym roku. Muszę potrenować, bo głupio byłoby zejść z trasy, a na dzień dzisiejszy nie czuję się gotów. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trening to podstawa, a jak będziesz dobrze przygotowany, to zejście z trasy raczej Ci nie grozi! Powodzenia :)

      Usuń
    2. No właśnie dlatego muszę ćwiczyć, bo nie chciałbym, żeby zabrakło mi mocy. Na szczęście jestem bardzo zawzięty jak coś robię i raczej nie zdarza mi się odpuszczać, póki nie osiągnę tego co założyłem. Więc przyszłoroczna połówko, bój się. :P

      Usuń
    3. Super! I tak trzymać! :)

      Usuń
  4. super, że macie siłę tak trenować i biegać. ja ciągle się nie mogę za siebie zabrać

    OdpowiedzUsuń