czwartek, 13 listopada 2014

4. LUBOŃSKI BIEG NIEPODLEGŁOŚCI. HMM...

Od czego by tu zacząć. Niefajnie pisze się relacje z biegów, w których nie pobiegło się na miarę swoich możliwości, lub te możliwości okazały się nie na miarę swoich chęci... Ale co tu dużo mówić. Że nie jestem w formie - wiedziałam. Że jestem zmęczona i że czuję się słabo - wiedziałam. Że boli mnie lewe pasmo, choć o tym wcześniej nie wspominałam - wiedziałam. Że swoje w tym roku zrobiłam, i to jak na moje możliwości całkiem sporo - też wiedziałam. Jednak pewien niedosyt pozostał, bo przydałoby się jakoś ładniej zamknąć ten zajebisty sezon. Ale no nie dało się.


Do Lubonia jechałam pogodzona ze swoim brakiem sił i z myślą o pobiegnięciu na czas 49:XX, w porywach 48:XX. Pogoda tego dnia dopisała aż nadto. Wyjątkowo nam zresztą tej jesieni dopisuje, na maratonie ciepło, na połówce w Szamo ciepło, tym razem nie inaczej. Choć rano piździło, że człowiek się nad długimi legginsami i rękawiczkami zastanawiał, to gdy wyszło słońce, bez zastanowienia rozebrałam się do krótkiego rękawka, czyli do koszulki Smashing Pąpkins. Po rozgrzewce ustawiona na starcie, włączyłam garmina... A lubońskiej tradycji tradycji i tak stało się zadość... 

Na starcie staliśmy dość długo. Odśpiewaliśmy hymn, wszystkie cztery zwrotki, choć przypadku tej ostatniej słowo 'odśpiewaliśmy' jest dużym nadużyciem. W końcu zaczęło się odliczanie do startu, a mnie olśniło: garmin! Przecież odkąd go włączyłam, minęły wieki! Szukał sygnału na nowo i oczywiście nie mógł znaleźć. Znalazł gdzieś po 250m. Dokładnie tak samo jak rok temu. Co za oferma ze mnie...

Biegłam od początku z zamiarem utrzymania tempa w przedziale 4:50 - 5:00, i jak wystarczy sił, przyśpieszenia w końcówce. Plan z pozoru łatwy i wykonalny. Ból nad kolanem, który od pewnego czasu mi towarzyszy pojawił się już na samym początku. Potem pasmo się rozbiegało i do końca biegu nie dokuczało (teraz za to daje mi się we znaki z nawiązką). 

Trzymałam się swoich założeń tempowych do 7. kilometra, choć brak mocy zaczęłam odczuwać już w okolicach 2 - 3. kilometra. Jednak uznałam, że tempo niewiele poniżej 5:00 powinnam jakoś utrzymać. Przecież połówkę w tym tempie przebiegłam, drugi zakres robiłam, no przecież powinnam dać radę. 

uśmiech przez łzy - foto: Wybiegany

Na 8. kilometrze bezwiednie zwolniłam na podbiegach, które też są lubońską tradycją. Rok temu dały w kość, w tym roku mimo zmiany trasy dużo lepiej nie było. Zwolniłam i nie próbowałam nawet walczyć. I tak do końca biegłam, nie idąc w żadnego trupa, ale czułam się, jakby ktoś powietrze ze mnie spuścił, a moje nogi przebierały jak w smole. Mało tego, nie widziałam swojego czasu biegu przez ekscesy z garminem na początku. Gdybym wiedziała, że jestem kilka sekund powyżej 50. minut, zmobilizowałabym się na ostatnim kilometrze. Choć byłam słaba, tyle sił bym znalazła... A tak wyszło 50 minut i haratające w gały 4 sekundy.

9. km, nie wiem skąd u mnie ta radość :) foto: Emi

O tym, że poszło mi słabo nie musiałam sobie nawet pomyśleć. Nie zdążyłam. Usłyszałam to zaraz za metą, od tych, którzy nabiegali życiówkę. Nie ruszyło mnie to jednak specjalnie, liczył się rogal i przeogromna chęć zdjęcia z siebie przepoconej koszulki Smashing Pąpkins. Krew, pot, łzy, ładnie to wymyśliliście! :) A pot lał ze mnie strumieniami jeszcze przez dobry kwadrans... Jednak sporo mnie kosztował ten bieg.

I co teraz... Koniec z bieganiem, do czasu oczywiście. Choć nie mam wstrętu do biegania, to mój organizm powiedział dość. Wyraził to poprzez spadek formy, zmęczenie, a ostatnio też niestety kontuzję, bo odezwało się długo milczące lewe pasmo biodrowo - piszczelowe. Boli, chwilami nawet całkiem przyjemnie. Najbardziej przy zginaniu i na schodach. Mogę być mu wdzięczna temu pasmu, że dopiero teraz, że postanowiło przemilczeć moje poprzednie tegoroczne harce przed maratonem, przed Poz Tri, te wszystkie dzikie zakładki, tempówki, długie wybiegania... Dopiero jak poluzowałam i postanowiłam sobie nieco pobiegać, odezwało się ono. 

Nie mam zatem wielkiego wyboru, odpoczynek jest zarówno wskazany jak i wymuszony. Nawet trochę mnie to cieszy. Jeszcze jedna poważna robótka na szydełku i audiobooki czekają. Fizjobrat zacierający ręce nad kozetką też (auuu!). I jeszcze inne, dużo poważniejsze przedsięwzięcie... I jest okazja żeby przeprosić się w końcu z pływaniem.


niedziela, 9 listopada 2014

SCHYŁEK SEZONU

To taki trochę smutny moment dla mnie, bo fajny czas ma się ku końcowi - czas startów i życiówek. Wszystkie cele zrealizowane, zatem trenować nie trzeba. Ba! Nawet już nie można. Mój organizm chyba jednak miał dość wszystkiego jak mu zafundowałam półmaraton tydzień po maratonie, i w momencie wyczerpania był gotowy łapać każde choróbsko. Przerwa ponadtygodniowa była, ale chyba jednak za krótka, stwierdzam na podstawie ostatnich treningów, bo mocy brakuje mi bardzo. Jakby ze mnie powietrze uszło, jak z opon w moim bajku ostatnio. Choroba minęła, ale osłabienie pozostało, bo nawet przeczłapanie 9km w tempie 5:57 to dla mnie ostatnio nie lada wyczyn.


Czuję się, jakby maraton wycisnął ze mnie ostatnie soki, a połówka tydzień po nim ostatecznie dobiła. Utwierdził mnie w tym wtorkowy trening, kiedy próbowałam biegać kilometrówki w tempie na dychę, ale każda próba zejścia poniżej 4:40 mnie zabijała. A przed maratonem biegałam w tym tempie dwukilometrówki i tak źle nie wyglądałam jak tym razem. Na jednym podejściu z trzech udało mi się zejść do 4:37 i to jakim kosztem! No ale czego ja się właściwie spodziewałam, przecież nie zrobiłam żadnej dłuższej przerwy w bieganiu, cały rok na takich wysokich obrotach, to się musiało w końcu zemścić. Mój organizm musiał mieć w końcu dość. Daj mi kobieto odpocząć, krzyczał za każdym razem, gdy bezowocnie zmuszałam go do wejścia w tempo poniżej 4:40. Chyba czas go posłuchać na poważnie...

Przede mną jeszcze ostatni podryg tego sezonu - Bieg Niepodległości w Luboniu. I choć po maratonie, nabuzowana pozytywną energią i chęcią rozpierdalania kiosków, mówiłam sobie, że musi być życiówka i chciałam w tym celu żyłować kilometrówki, tak teraz wiem, że nie ma na to szans. Jestem zbyt zmęczona, nie czuję się kompletnie na siłach, aby pobiec 10 km w tempie poniżej 4:40. No nie dam rady :( I chyba mi się nawet nie chce.


Koniec sezonu to też czas na myślenie o kolejnym. Pewne pomysły chodzą mi już po głowie, i wiem, że jeżeli chcę się za ich realizację zabrać, musiałabym od grudnia brać się do pracy. Plany mają więc miesiąc, aby się wykrystalizować, a ja na to żeby solidnie wypocząć. 

Muszę przyznać, że udało mi się w tym roku jedno: nie złapać żadnej kontuzji. Uważam to za cud, bo obciążenia treningowe wzięłam na siebie nieporównywalne z sezonem poprzednim. Nie chciałabym tego schrzanić, więc ten odpoczynek jest dla mojego organizmu niezbędny, to jedno, a drugie, to muszę przeprosić się z ćwiczeniami wzmacniającymi. Rok temu zasuwałam ostro z pĄpami, deskami, beretem, taśmami fitness, brzuchami, a przez ostatnie miesiące kompletnie NIC w tym kierunku nie robiłam. 

Jeszcze wracając do tego kreślenia planów na przyszły sezon, to wiem jedno, że będzie TRI i że będzie RUN ;) I FUN oczywiście też, bo bez tego nie ma to wszystko sensu.

Tri na pewno będzie w Poznaniu, bo już jestem zapisana i opłacona na dystansie olimpijskim non - drafting. W ogóle to ten dystans jest niemalże skrojony dla mnie: dużo pływania, mało roweru i na szczęście non drafting, bo będę raczej jechać z lemondką, a w drafcie nie umiem ;)
 
Poza Challenge Poznań, bo tak się teraz ta impreza nazywa, będzie 1/4 IM w Sierakowie, zakochałam się w tej imprezie i wiem, że sobie jej nie odpuszczę. Poza tym co chodzi mi po głowie? Żeby znów wziąć udział w połówce ajrona, ale jeszcze nie wiem gdzie. Myślę o Borównie lub Przechlewie. Ze wskazaniem na Przechlewo. Chciałabym również zawitać w Bieszczady, popływać w lodowatych wodach Jeziora Myczkowskiego i na bajku śmignąć po zaporze, czyli wziąć udział w Zaporowym Triathlonie u Matki Derektorki. Nie wiem jeszcze na jakim dystansie, ale raczej 1/4IM.
 
I chciałabym również pobiec coś dłuższego, może maraton, a może coś w terenie, a może w górach, tu właśnie mam najwięcej do przemyślenia. Bo wszystkiego się nie da i nie chcę przypadkiem za dużo na siebie wziąć. W ogóle to taką sobie próbuję wdrożyć zasadę, aby nie nie rozdrobnić na zbyt dużą ilość startów. Niech zostanie coś na kolejne lata, bo przecież nie planuję pożegnania ze sportem w wieku... ekhem, z końcem 2015 ;) A poza tym chcę mieć trochę normalnego życia poza nim.
 
Bo jakoś tak dobrze mi się teraz zrobiło, gdy nie musiałam się z niczym śpieszyć. Wiem, że jeszcze trochę i znów w ten reżim treningowy wskoczę, ale jeszcze chwilkę muszę sobie poleżeć, z książką, z szydełkiem, z audiobookiem w uchu, obejrzeć kilka filmów, zjeść kilka misek popcornu, poeksperymentować w kuchni... Jeszcze moment chcę zostać na wyspie zwanej 'nicniemuszę' bo, o dziwo, tutaj też jest całkiem fajnie :)

wtorek, 4 listopada 2014

MOJE SPOSOBY NA DYNIĘ - CZ. 3

W części pierwszej napisałam jak zrobić puree z dyni, następnie przedstawiłam przepisy na mus z dyni i prażonych jabłek oraz pesto z dyni. W części drugiej przytoczyłam przepis na pyszny razowy chlebek dyniowo - bananowy. A dzisiaj przyszła kolej na... 

DYNIOWO - KORZENNE SMOOTHIE


W zasadzie trudno powiedzieć, który smak w nim dominuje, bo fajnie przeplatają się wszystkie: od mleka kokosowego, przez banana po cytrusową nutę pomarańczy i cytryny. Smak podkreślają cynamon i imbir, jednak warto uważać, żeby z nimi nie przesadzić, zwłaszcza z cynamonem, bo może zdominować smak. Na wierzch możemy wrzucić łyżkę ubitej na sztywno kremówki i posypać cynamonem, jeżeli np. chcemy to podać jako deser lub gdy mamy znaczny ubytek kalorii i chcemy je uzupełnić ;) 




Składniki:

  • 1 szklanka puree z dyni
  • 250 ml mleka kokosowego
  • pół szklanki soku z pomarańczy (może być też z jabłek lub winogron, ja dałam świeżo wyciśnięty z pomarańczy)
  • pół dojrzałego banana
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki imbiru w proszku
  • 1 i 1/2 łyżki syropu klonowego lub brązowego cukru

Składniki wrzucamy do blendera, miksujemy, rozlewamy do szklanek i gotowe :) Smoothie można pić od razu lub wstawić na kilka godzin do lodówki, wtedy zgęstnieje i zrobi nam się 'pudding' (ja właśnie wolę tę drugą opcję). 





Smacznego!

Link do oryginalnej strony z przepisem:

http://www.kwestiasmaku.com/zielony_srodek/dynia/pumpkin_spice_smoothie/przepis.html


Gdybyście szukali innych przepisów z dynią w roli głównej, polecam bardzo stronę kwestia smaku. Sama często z niej korzystam w poszukiwaniu nowych inspiracji.

poniedziałek, 3 listopada 2014

MOJE SPOSOBY NA DYNIĘ CZ. 2

W części pierwszej pisałam o tym, jak można zrobić puree z dyni, następnie podałam przepis na pesto z dyni i mus dyniowo - jabłkowy, które przyrządza się na bazie tego puree. Gdyby ktoś nie widział, zapraszam tu <klik>.

A tym razem chciałam Wam przedstawić kolejny przepis, w którym wykorzystuje się puree z dyni, tym razem będzie to:


RAZOWY CHLEB DYNIOWO - BANANOWY


Uwielbiam tego typu wypieki, słodkie, ale bez przesady, jednocześnie zdrowe i pożywne. Chlebek jest sycący, idealny na drugie śniadanie lub do kawy. Łatwy do zrobienia i zawsze wyrasta. Ciasto jest dość wilgotne, z dużą dawką płatków owsianych, delikatnie wyczuwalny jest w nim miód. Nie wymaga użycia miksera, co uważam za duży plus.

Składniki:

  • 150 g puree z pieczonej dyni (wychodzi około 2/3 szklanki, o tym, jak zrobić puree, pisałam tu)
  • 2 szklanki mąki (rodzaj dowolny, można dać 1 szklankę zwykłej i 1. razowej, lub pomieszać różne rodzaje razowej, ja ostatnio dałam pszenną razową)
  • 1 i 1/2 szklanki płatków owsianych + ewentualnie do posypania formy
  • 1/2 szklanki cukru (najlepiej brązowego)
  • 2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
  • pół łyżeczki cynamonu
  • 50 g masła roztopionego 
  • 1/4 szklanki dobrej oliwy 
  • 1/3 szklanki płynnego miodu
  • 2 czubate łyżki dżemu (lub innej konfitury, ja raz użyłam powideł śliwkowych, a kolejnym razem musu, o którym pisałam w poprzednim poście)
  • 2 jajka
  • 1 duży i dojrzały banan
  • 3 łyżki pestek dyni do posypania


Blachę keksówkę o wymiarach wg oryginalnego przepisu 8,5cmx27cm (ja użyłam kilka cm dłuższej, bo ciasto wyrasta i bałam się wylania poza blachę) smarujemy masłem i posypujemy mąką razową pomieszaną z płatkami owsianymi, lub wykładamy papierem.

W jednej misce mieszamy płatki owsiane, cukier i mąkę przesianą z sodą i cynamonem. 
W drugiej misce mieszamy roztopione i przestudzone masło, oliwę, jajka, miód, dżem lub konfiturę, puree z dyni oraz poduszonego widelcem banana. 
Łączymy zawartości obu misek i mieszamy łyżką do połączenia składników. 
Ciasto wykładamy na blachę, posypujemy pestkami z dyni. 

Pieczemy 45 minut w temperaturze 170 stopni. Po tym czasie wyciągamy chlebek z piekarnika, wykładamy z blachy i jeszcze raz wkładamy do wyłączonego już piekarnika, kładąc na tzw. kratce. Trzymamy go tam około 15 minut (koniecznie przy wyłączonym piekarniku). Będzie dzięki temu bardziej wypieczony z wierzchu, a w środku pozostanie wilgotny.


Smacznego! 

Dodam tylko, że chlebek przypadł do gustu osobom, które niekoniecznie gustują w tzw. zdrowych wypiekach ;)


Linki do oryginalnej strony z przepisem:
http://www.kwestiasmaku.com/zielony_srodek/dynia/chleb_dyniowo_bananowy/przepis.html