poniedziałek, 22 grudnia 2014

GIENEK, DELFIN I RÓŻOWE BUTY ;)

Wracam. Do biegania wracam, rzecz jasna. W końcu, bo już się zaczęłam martwić o to, że nie będę umiała biegać i będę musiała uczyć się tego od początku, kilometr po kilometrze. I w końcu, bo zaczęłam przybierać na wadze, mój nieposkromiony apetyt niestety znalazł swoje dosłowne odzwierciedlenie w okolicach tyłka i nie tylko, odkąd przestałam bieganie trenować. I z lekkim strachem wracam, bo jak to przeważnie po kontuzji, towarzyszą mi myśli typu będzie bolało, czy nie, albo czy to boli, czy się tylko zdaje. I wracam, bo nowe butki czekają, różowe, ale tym razem marki Adidas, postanowiłam zerwać z marką Asics, bo miałam wrażenie, że z każdą kolejną parą biegało mi (nam) się coraz gorzej. A stan moich paznokci u stóp zasługuję na odrębnego posta, ale może lepiej nie ;) W każdym razie pod moimi skarpetkami kryje się masakra. Więc wracam, do biegania, pisałam już. Powoli na razie, nie rzucam się jeszcze na żadne interwały czy podbiegi, wszystko w swoim czasie, a póki co, uskuteczniam moją ulubioną jednostkę treningową, czyli rozbieganie 'tup-tup'.

I kręcę. I w domu i w tak zwanym outdoorze. W domu szosa, czyli Grześ, został wmontowany w uprząż, czyli trenażer, i na nim sobie kręcę, utrzymując jedyną i słuszną wysoką kadencję. I czasami sobie na jedną nogę pokręcę, dziwne to, i trudniejsze, niż myślałam. A skoro trudne, to warto uskuteczniać. Może będą efekty. A jeżeli chodzi o tak zwany outdoor, to w lesie sporo kręcę, przeprosiłam się z moim starym góralem, Gienkiem. Wyprowadzam go na spacer przeważnie w weekendy. Traktuje to jako nowy bodziec treningowy, a ja takich bodźców, jeżeli chodzi o kolarstwo, potrzebuję. Na Gienku kręcę zazwyczaj powyżej półtorej godziny, więc odpada mi długie siedzenie na trenażerze. Poza tym na Gienku jeżdżę w terenie tzw. trudnym, bo po lesie, gdzie zwykle występują nierówności, piach, korzenie, zjazdy, podjazdy. Nie ma mozolnego kręcenia i ujeżdżania asfaltu w towarzystwie aut, gdzie kilometry nie odróżniają się od siebie, za to jest natura, świeże powietrze i żadnych złorzeczących kierowców za plecami. Dopiero teraz odkryłam jaka to zupełnie inna specyfika jazdy jest. Że im grubsze opony tym lepiej, i w odróżnieniu do szosy, nie pompujemy ich ma maksa. I że dobre amortyzatory to ważna rzecz, zwłaszcza jak się jeździ po dziurach i korzeniach. I że czujnym trzeba być cały czas, bo tu dziura, tam gałąź, a zaraz zacznie się piach i trzeba porządnie kręcić i przerzutkami regulować, żeby w tym piachu nie zaryć. I siłę przede wszystkim potrenuję, a to mi się przyda. I co najważniejsze, sprawia mi to ogromną frajdę, ale przy okazji wierzę, że jak wyjadę wiosną na asfalt, to mi się to zwróci. Może to po prostu krok ku szybszemu jeżdżeniu? 

UAHA, rowery dwa ;)
Jedno jest tylko 'ale', taki problem, który w przypadku szosy praktycznie nie występuje. Wiecznie ugnojony rower. Oblepiona błotem rama, opiaszczony napęd i koła. Tak jak koła i rama już mnie teoretycznie nie ruszają (poza histerią, jak ja tego brudasa do domu wpuszczę, aaaaa!), to ten napęd muszę w końcu obczaić, jak się czyści. Może jako tri nie powinnam się do tego przyznawać, ale ja o czyszczeniu napędu i łańcucha bladego pojęcia nie mam, bo nigdy tego nie robiłam ;) Łańcuch sobie jedynie umiałam nasmarować, ale mówią, że źle...

I nowa miłość jest. Delfin.
Jezzzu, jak jak lubię być w czymś dobra! A w delfinie zanosi się, że jestem. Mój instruktor, Karol, mówi, że to będzie jeden z lepszych delfinów w jego instruktorskiej karierze. Że zrobił ze mną na pierwszych dwóch lekcjach tyle, co z innymi w pół roku. I że zdolna jestem ponoć. Tylko mnie to zachęca do dalszej pracy i składam mniej lub bardziej poradnie te moje delfinowe ruchy, oprócz pływania kraulem, rzecz jasna. Tak bardzo polubiłam to falowanie pod wodą, że uskuteczniam je ostatnio po prawie każdym odbiciu od ściany, niezależnie jakim stylem płynę. I po cichu wierzę, że ten delfin sporo korzyści przyniesie. Wzmocnię brzuch i górne partie ciała, będę jeszcze bardziej rozpływana i poprawi mi się wydolność. I przede wszystkim, będę znała już chyba wszystkie style, czyli żabę, kraula zwykłego i grzbietowego, delfina, pieska, i... chyba wszystkie wymieniłam, nie? Tymczasem, ostatnio próbowałam znów ogarnąć nawroty w kraulu. Bo wszechstronna pływaczka powinna umieć wszystko. No i tu nie jest już tak pięknie, bo mój błędnik pod wodą nadal szaleje. Ale poddać tak łatwo się tym razem nie zamierzam...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

PODSUMOWANIE SEZONU 2014!

Lubię podsumowywać. Przypominam sobie wtedy krok po kroku, co się działo, zwłaszcza jak ma się wrażenie, że od niektórych startów minęły wieki. A tyle się przecież wydarzyło...

Wchodząc w sezon ledwo co pływałam kraulem, nie umiałam jeździć w butach spd i dopiero zaczynałam się oswajać z bieganiem w tempie 5:00, które przyprawiało mnie o zawał. Zabrałam się mocno do pracy, całą sobą zaangażowałam się w projekt swim-bike-run. Odkryłam, że uprawianie trzech dyscyplin mi służy, czułam, że jestem w swoim żywiole a moja forma mocno na tym zyskała.

Niewinnie zaczęło się w marcu. W dość osobliwych warunkach, niekoniecznie sprzyjających, nabiegałam nową życiówkę na moim niekoniecznie ulubionym dystansie 10km, 46:55. Nie poprawiłam tego rezultatu do dziś.


W kwietniu, idąc za ciosem nabiegałam nową życiówkę w półmaratonie. I choć miałam zakusy na łamanie 1:45, to z wyniku 1:45:04 byłam zadowolona, bo poprawiłam swoją poprzednią życiówkę o 12 minut (ale te PIĘĆ sekund...).


Po wiosennych poznańskich startach nadszedł dla mnie moment przełomowy - zaczęłam jeździć na moim bajku, Grzesiu. Zostałam szosonem. Może takim jeszcze niepełnym, bo poza kaskiem i spodniami z pieluchą to pedałowałam w biegowych ciuchach. I trochę zbyt wolno.

A jak już się rozkręciłam na bajku, przyszedł czas na pierwszy trening zakładkowy rower/bieg. Odkryłam, że moje ciało świetnie znosi bieganie po zejściu z roweru. To utwierdziło mnie w tym, że mój krok w stronę tri był słuszny.

W maju zaliczyłam nieudany start na dychę w Swarzędzu. To były pierwsze zawody, na których nie zrobiłam życiówki. Dało mi to w kość, ale nie podłamało, raczej wkurzyło.

Z kolei moją pewność siebie, jeżeli chodzi o pływanie, podważyła pierwsza próba pływania w otwartym akwenie na tydzień przed tri debiutem. Co ja wtedy wyczyniałam! Mało co nie wpłynęłam w pomost, błądziłam w tej wodzie jak dziecko we mgle.


mój pierwszy raz w strefie zmian ;)

W końcu w Dzień Dziecka, bo 01.06. stanęłam po raz pierwszy na starcie triathlonu. Spodziewałam się wszystkiego, łącznie z podtapianiem (było), problemami z nawigacją (były), złapaniem gumy (nie było), wywrotką na bajku (nie było), rzyganiem (nie było) i zataczaniem się (nie było). Poszło mi całkiem nieźle, udało mi się złamać 3 godziny, a na ostatnim etapie biegłam z niemalże wypisanym na twarzy 'I love tri!'. Ups, bo zaraz wyjdzie, że się opierdzielałam ;)


wyluzowani z Michałem PO ;)

Między jednym tri startem a drugiem wzięłam udział w Ekidenie, czyli sztafecie maratońskiej na poznańskiej Malcie. Reprezentowałam barwy Blogaczy, a część z nich miałam okazję poznać osobiście ;)

fot. Gosia Monczyńska - chyba? ;)

Zdecydowanie mniej się opierdzielałam pod koniec czerwca w Pniewach, startując w tri na dystansie olimpijskim, gdzie udało mi się stanąć na podium w kategorii wiekowej. Dałam z siebie prawie wszystko w wodzie, więcej niż wszystko w biegu, natomiast, już chyba tradycyjnie, słabo pojechałam na bajku.


wyjście orki ;)

W końcu został miesiąc do najważniejszego startu w moim życiu ever. Zaczęły się wyjazdy rowerowe na dystansach przyprawiających o ból dupy. Na zakończenie jednego z takich wyjazdów zagapiłam się, wjechałam w krawężnik a resztę znacie. Rany leczyłam długo, a blizny mam do dzisiaj i chyba zostaną ze mną na zawsze. Nie mogłam chodzić na basen, więc pływałam od czasu do czasu w jeziorze. Opłaciło się, bo w Poznaniu nie miałam żadnych problemów z nawigacją.

Nadszedł w końcu ten dzień. Zawody mojego życia, Poznań Triathlon na dystansie 1/2 Ironman. 1,9 km pływania, 90 km kręcenia na bajku i 21,1 km biegu. Tego dnia miało wyjść na jaw, czy faktycznie jestem tak dobrze przygotowana, jak mi się wydawało. A żeby było trudniej, miałam to wszystko zrobić w pełnym słońcu i ponad 30. stopniowym upale. I zrobiłam to. Poniżej 6 godzin, z czasem 5:50:53 :)


Pełnia szczęścia została osiągnięta. Plan na ten rok wykonany, zdawałoby się. Ale mi było mało. Czułam, że chcę więcej, że potrzebuję tej kropki nad i. Miałam dość roweru i pływania, za to dopadł mnie głód biegania. Cel nakreślił się sam, postanowiłam dołączyć do K. w przygotowaniach do maratonu, a tydzień po maratonie pobiec połówkę w Szamo. Plan był szalony, ale nie licząc późniejszej kontuzji, to się udał ;)


Zwłaszcza udał mi się maraton. Do tej pory nie ogarniam tego, jak udało mi się wykręcić życiówkę 3:46:42. Średnie tempo 5:18 przez ponad 42 kilometry, oczywiście były szybsze i (sporo) wolniejsze, ale rok wcześniej w tempie kilka sekund szybszym to ja biegłam na dychę ;) 

A tydzień później wystartowałam w półmaratonie, u siebie, na swoim podwórku, w Szamotułach. Aktem rozsądku to nie było, ale nie mogłam przesiedzieć tej imprezy, od której się wszystko zaczęło, to całe moje bieganie. Mocy przez maraton mi sporo ubyło, ale emocje mnie poniosły do mety i pobiegłam tylko 46 sekund wolniej od życiówki. A po tym wszystkim poczułam się naprawdę zmęczona...


Organizm miał dość, do tego dopadło mnie przeziębienie i zaczęła się dawać we znaki kontuzja. Do Biegu Niepodległości w Luboniu zgłosiłam się już dużo wcześniej, a właściwie to zostałam zgłoszona. Zapisy trwały godzinę i dzięki czujności K. się załapałam. Wiedziałam jednak, że czasu dobrego ku chwale ojczyzny nie wykręcę. Czułam, że uleciały ze mnie już ostatnie opary formy, do tego pasmo bolało coraz bardziej. Ostatecznie nie złamałam nawet 50. minut. Zabrakło mi 5. sekund. Znów te PIĘĆ sekund...



Skończyłam ten sezon maksymalnie wymęczona i kontuzjowana. To może oznaczać jedno: nie opierdzielałam się. Nie czuję niedosytu, wręcz przeciwnie, musiałam po tym wszystkim odreagować, dać sobie sporo luzu. Potrzebowałam tego i potrzebowało tego moje pasmo. 

Teraz, gdy czuję się już wypoczęta, gdy noga przestała boleć, natrętne myśli o tri wracają. I te marzenia, których się boję, ale których już nie skreślam i nie mówię im NIE. Nauczyłam się jednego, aby nie zarzekać się, że czegoś nigdy nie zrobię. Bo kiedyś mówiłam, że nigdy w życiu przebiegnę maratonu. Że połówka ironmana to już w ogóle jakieś totalne ekstremum i szaleństwo, a żeby tyle trenować, co ja w tym roku, to trzeba mieć świra. 

Zaczynam bać się swoich marzeń. Niemniej, jestem pewna, jak nigdy, że triathlon to jest to. Że nie potrafię i nie chcę bez niego żyć, że chcę znów się włączyć w tryb swim-bike-run. Bo teraz czuję, że brakuje mi tego. 

Pełna pozytywnych myśli, kreślę sobie powoli plan na przyszły rok :)