poniedziałek, 1 grudnia 2014

PODSUMOWANIE SEZONU 2014!

Lubię podsumowywać. Przypominam sobie wtedy krok po kroku, co się działo, zwłaszcza jak ma się wrażenie, że od niektórych startów minęły wieki. A tyle się przecież wydarzyło...

Wchodząc w sezon ledwo co pływałam kraulem, nie umiałam jeździć w butach spd i dopiero zaczynałam się oswajać z bieganiem w tempie 5:00, które przyprawiało mnie o zawał. Zabrałam się mocno do pracy, całą sobą zaangażowałam się w projekt swim-bike-run. Odkryłam, że uprawianie trzech dyscyplin mi służy, czułam, że jestem w swoim żywiole a moja forma mocno na tym zyskała.

Niewinnie zaczęło się w marcu. W dość osobliwych warunkach, niekoniecznie sprzyjających, nabiegałam nową życiówkę na moim niekoniecznie ulubionym dystansie 10km, 46:55. Nie poprawiłam tego rezultatu do dziś.


W kwietniu, idąc za ciosem nabiegałam nową życiówkę w półmaratonie. I choć miałam zakusy na łamanie 1:45, to z wyniku 1:45:04 byłam zadowolona, bo poprawiłam swoją poprzednią życiówkę o 12 minut (ale te PIĘĆ sekund...).


Po wiosennych poznańskich startach nadszedł dla mnie moment przełomowy - zaczęłam jeździć na moim bajku, Grzesiu. Zostałam szosonem. Może takim jeszcze niepełnym, bo poza kaskiem i spodniami z pieluchą to pedałowałam w biegowych ciuchach. I trochę zbyt wolno.

A jak już się rozkręciłam na bajku, przyszedł czas na pierwszy trening zakładkowy rower/bieg. Odkryłam, że moje ciało świetnie znosi bieganie po zejściu z roweru. To utwierdziło mnie w tym, że mój krok w stronę tri był słuszny.

W maju zaliczyłam nieudany start na dychę w Swarzędzu. To były pierwsze zawody, na których nie zrobiłam życiówki. Dało mi to w kość, ale nie podłamało, raczej wkurzyło.

Z kolei moją pewność siebie, jeżeli chodzi o pływanie, podważyła pierwsza próba pływania w otwartym akwenie na tydzień przed tri debiutem. Co ja wtedy wyczyniałam! Mało co nie wpłynęłam w pomost, błądziłam w tej wodzie jak dziecko we mgle.


mój pierwszy raz w strefie zmian ;)

W końcu w Dzień Dziecka, bo 01.06. stanęłam po raz pierwszy na starcie triathlonu. Spodziewałam się wszystkiego, łącznie z podtapianiem (było), problemami z nawigacją (były), złapaniem gumy (nie było), wywrotką na bajku (nie było), rzyganiem (nie było) i zataczaniem się (nie było). Poszło mi całkiem nieźle, udało mi się złamać 3 godziny, a na ostatnim etapie biegłam z niemalże wypisanym na twarzy 'I love tri!'. Ups, bo zaraz wyjdzie, że się opierdzielałam ;)


wyluzowani z Michałem PO ;)

Między jednym tri startem a drugiem wzięłam udział w Ekidenie, czyli sztafecie maratońskiej na poznańskiej Malcie. Reprezentowałam barwy Blogaczy, a część z nich miałam okazję poznać osobiście ;)

fot. Gosia Monczyńska - chyba? ;)

Zdecydowanie mniej się opierdzielałam pod koniec czerwca w Pniewach, startując w tri na dystansie olimpijskim, gdzie udało mi się stanąć na podium w kategorii wiekowej. Dałam z siebie prawie wszystko w wodzie, więcej niż wszystko w biegu, natomiast, już chyba tradycyjnie, słabo pojechałam na bajku.


wyjście orki ;)

W końcu został miesiąc do najważniejszego startu w moim życiu ever. Zaczęły się wyjazdy rowerowe na dystansach przyprawiających o ból dupy. Na zakończenie jednego z takich wyjazdów zagapiłam się, wjechałam w krawężnik a resztę znacie. Rany leczyłam długo, a blizny mam do dzisiaj i chyba zostaną ze mną na zawsze. Nie mogłam chodzić na basen, więc pływałam od czasu do czasu w jeziorze. Opłaciło się, bo w Poznaniu nie miałam żadnych problemów z nawigacją.

Nadszedł w końcu ten dzień. Zawody mojego życia, Poznań Triathlon na dystansie 1/2 Ironman. 1,9 km pływania, 90 km kręcenia na bajku i 21,1 km biegu. Tego dnia miało wyjść na jaw, czy faktycznie jestem tak dobrze przygotowana, jak mi się wydawało. A żeby było trudniej, miałam to wszystko zrobić w pełnym słońcu i ponad 30. stopniowym upale. I zrobiłam to. Poniżej 6 godzin, z czasem 5:50:53 :)


Pełnia szczęścia została osiągnięta. Plan na ten rok wykonany, zdawałoby się. Ale mi było mało. Czułam, że chcę więcej, że potrzebuję tej kropki nad i. Miałam dość roweru i pływania, za to dopadł mnie głód biegania. Cel nakreślił się sam, postanowiłam dołączyć do K. w przygotowaniach do maratonu, a tydzień po maratonie pobiec połówkę w Szamo. Plan był szalony, ale nie licząc późniejszej kontuzji, to się udał ;)


Zwłaszcza udał mi się maraton. Do tej pory nie ogarniam tego, jak udało mi się wykręcić życiówkę 3:46:42. Średnie tempo 5:18 przez ponad 42 kilometry, oczywiście były szybsze i (sporo) wolniejsze, ale rok wcześniej w tempie kilka sekund szybszym to ja biegłam na dychę ;) 

A tydzień później wystartowałam w półmaratonie, u siebie, na swoim podwórku, w Szamotułach. Aktem rozsądku to nie było, ale nie mogłam przesiedzieć tej imprezy, od której się wszystko zaczęło, to całe moje bieganie. Mocy przez maraton mi sporo ubyło, ale emocje mnie poniosły do mety i pobiegłam tylko 46 sekund wolniej od życiówki. A po tym wszystkim poczułam się naprawdę zmęczona...


Organizm miał dość, do tego dopadło mnie przeziębienie i zaczęła się dawać we znaki kontuzja. Do Biegu Niepodległości w Luboniu zgłosiłam się już dużo wcześniej, a właściwie to zostałam zgłoszona. Zapisy trwały godzinę i dzięki czujności K. się załapałam. Wiedziałam jednak, że czasu dobrego ku chwale ojczyzny nie wykręcę. Czułam, że uleciały ze mnie już ostatnie opary formy, do tego pasmo bolało coraz bardziej. Ostatecznie nie złamałam nawet 50. minut. Zabrakło mi 5. sekund. Znów te PIĘĆ sekund...



Skończyłam ten sezon maksymalnie wymęczona i kontuzjowana. To może oznaczać jedno: nie opierdzielałam się. Nie czuję niedosytu, wręcz przeciwnie, musiałam po tym wszystkim odreagować, dać sobie sporo luzu. Potrzebowałam tego i potrzebowało tego moje pasmo. 

Teraz, gdy czuję się już wypoczęta, gdy noga przestała boleć, natrętne myśli o tri wracają. I te marzenia, których się boję, ale których już nie skreślam i nie mówię im NIE. Nauczyłam się jednego, aby nie zarzekać się, że czegoś nigdy nie zrobię. Bo kiedyś mówiłam, że nigdy w życiu przebiegnę maratonu. Że połówka ironmana to już w ogóle jakieś totalne ekstremum i szaleństwo, a żeby tyle trenować, co ja w tym roku, to trzeba mieć świra. 

Zaczynam bać się swoich marzeń. Niemniej, jestem pewna, jak nigdy, że triathlon to jest to. Że nie potrafię i nie chcę bez niego żyć, że chcę znów się włączyć w tryb swim-bike-run. Bo teraz czuję, że brakuje mi tego. 

Pełna pozytywnych myśli, kreślę sobie powoli plan na przyszły rok :)

6 komentarzy:

  1. Czy to jest w ogóle jeszcze społecznie akceptowalne, żeby komentować tu, a nie na fb? W każdym razie Królik jest pod wrażeniem Twoich tegorocznych dokonań. I życzy więcej w 2015!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komentowanie pod postem jak najbardziej wskazane :) Dziękuję Królikowi!

      Usuń
  2. Dobry sezon, gratuluję udanych startów :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dałaś czadu Mari w tym roku - i fajnie że na tyle Ci się to spodobało, że chcesz więcej. Znaczy się, był to krok w dobrą stronę :) A w 2015 obie złamiemy te 46 na dychę, mówię Ci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 46 połamiemy, kto jak nie my ;) A krok w stronę TRI to była jedna z bardziej udanych decyzji w moim życiu ;)

      Usuń