piątek, 30 stycznia 2015

STYCZEŃ - PODSUMOWANIE

Wracam do swoich comiesięcznych podsumowań. W końcu ruszyły moje, ekhem, oficjalne przygotowania do sezonu. Jest pływane, jest kręcone, jest biegane, jest... no dobra, ćwiczone nie jest :( Albo przynajmniej nie jest tyle, ile powinno być. Czasami ruszę się i przez kwadrans porobię jakieś wygibasy na tyłek, od czasu do czasu przypadkowa deseczka się wślizgnie, jednak tego jest tyle, co mój coraz grubszy ostatnio kot napłakał, że żal.pl i aż wstyd takie coś na endo wrzucać.

zielono mi znów...

SWIM

Mimo, że nie wypływałam dużo, jeżeli chodzi o kilometraż, to jestem w miarę zadowolona, z tego co udało mi się zrobić: nauczyłam się delfina, choć do ideału jeszcze sporo mi brakuje. Wzięłam się też za kraula, Karol dołożył mi nowe, trudniejsze ćwiczenia, które niemalże wyprawiają mnie na tamten świat, ale chyba o to chodzi. Bez trupa nie ma efektu. No i w końcu nauczyłam się nawrotów! Zawzięłam się na maksa, ćwiczyłam z ósemką i bez, robiłam dziwne rzeczy, typu szuranie tyłkiem o dno lub wypływanie na torze obok, traciłam orientację, nie trafiałam nogami w ścianę... Naprawdę dziwne rzeczy wyczyniałam. Zaczęłam poświęcać przynajmniej kwadrans treningu na samo ćwiczenie nawrotów, powtarzałam je do upadłego z ósemką za plecami i bez, i w końcu koziołek 'się wyrobił' ;)
A kto nie widział nawrotu by Mari na moim fejsbukowym wallu, może zobaczyć tu, oczywiście robi to na własną odpowiedzialność ;)



BIKE

Z kręceniem na bajku też wygląda to całkiem miło, mimo że w drugiej części miesiąca wywaliłam z tygodniowego rozkładu jeden trening na trenażerze na rzecz biegania. Udaje mi się średnio raz na tydzień kręcić na Gienku w terenie i to nie są lekkie, przyjemne przejażdżki. Albo moknę, albo się cała ubłocę, albo mnie wywieje gdzieś w polu, albo zmarznę, dwie pary skarpetek i trzy rękawiczek to mój podstawowy ekwipunek (no i snickers na drogę;) ). Kręcę po terenie pofałdowanym i byłam już na niektórych górkach bliska łez (i pawia). A po każdej pokonanej górce, jak już dojdę do siebie, to sobie myślę, że musi się ten trud zwrócić na wiosnę, niekoniecznie w postaci pawia, raczej w postaci 30km/h na szosie. Boże, ależbym tak chciała... Sporo jeszcze górek i podjazdów przede mną :/

a w tle mój coraz grubszy kot, który, jak widać, trenażera się nie boi ;)
RUN

Z biegania początkowo nie byłam zadowolona, Długa przerwa zrobiła swoje, niestety. Każde zejście poniżej 6 min/km było dla mnie jak wejście w drugi zakres tętna. Żeby się więc dodatkowo nie dołować, unikałam treningów typu kilometrówki, a WB2 unikam nadal. W końcu w połowie miesiąca powiedziałam dość, postanowiłam biegać 4 (zamiast 3) razy w tygodniu, bo to jedyna droga, żeby uratować życiówkę na kwietniowej połówce Poznaniu. Przełamałam się i zaczęłam robić kilometrówki. Początkowo nie było lekko, potem się trochę rozkręciłam i łyknęłam zbyt dużą dawkę pewności siebie, bo za szybko podeszłam do dwukilometrówek i nie dałam im rady :( 
Robiłam podbiegi na górce saneczkowej w Szamo, która jest na to zdecydowanie za stroma i za krótka (90m). Męczy cholernie i na pewno wtłoczy w moje uda sporo mocy. Dzięki tej stromiźnie po trzeciej próbie już nie wiem, gdzie jestem, a ostatnio powtórzeń zrobiłam 15 :) Do końca lutego chciałabym dojść do 20.
No i wróciłam do długich dystansów. Pierwsze przebiegnięte od miesięcy 20km, po asfalcie, w średnim tempie 5:37 - bajka! Kolejne 20 km, tym razem po lesie, tam, gdzie jeżdżę na Gienku - średnie tempo 5:46, a w terenie zazwyczaj człapię i sapię. Aż nie mogłam uwierzyć w to, że tak ładnie dałam radę! Więc może będzie jednak ta życiówka w Poznaniu? :)


Ale wcale tak fajnie nie jest. Narzekanie zostawiłam sobie na koniec... Bo nie widzę lutego. I kolejnych miesięcy też. Nie wyobrażam sobie, jak ja to wszystko pogodzę - pracę na etat, rozkręcanie własnej firmy i trenowanie trzech dyscyplin. Mam nadzieję, że są to tylko niewinne objawy paniki z mojej strony i że dam sobie (jak zwykle...) radę. I że nie będę musiała ani razu zrezygnować z pójścia na basen, z kręcenia na trenażerze, z wyjazdu z Gienkiem. No i z biegania rzecz jasna, jak to miało miejsce nie dalej jak wczoraj, bo stres i zmęczenie tym razem wygrały :(

7 komentarzy:

  1. A zacznij luty i jeśli za dużo będzie wszystkiego, dostosujesz plany zawodowe, sportowe i inne do możliwości. Świat się od drobnych zmian w planie nie zawali, życiówki nie uciekną. I na pewno wszystko ogarniesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki właśnie mam plan, dzień po dniu, tydzień po tygodniu robić swoje. Najwyżej wprowadzę modyfikacje, mam nadzieję, że na drobnych się skończy ;)

      Usuń
  2. Zastanawiam się, czy nie wymagasz od siebie zbyt wiele. Nie sądzę, że to sprawa ambicjonalna, ale wydaje mi się, że powinnaś skupić się na jednej dyscyplinie, którą lubisz najbardziej (bieganie?). Pozostałe dwie dołącz jako trening uzupełniający. Nie uprawiaj pseudo zawodowstwa, bo to kiedyś (na tak zwane stare lata) da o sobie znać. Chyba, że się mylę co do Twoich możliwości. Bo zdolna jesteś niesamowicie. Podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Lepiej wymagać od siebie za dużo niż za mało :) No a z tym wyborem jednej dyscypliny jako głównej to jest dobry pomysł, tylko trudno mi się zdecydować na jedną ;)

      Usuń
  3. Mam - jeśli mogę - podpowiedź: w zawodach w pływaniu raczej masz mniejsze szanse na osiąganie takich wyników, jak w bieganiu; w tri podobnie - a więc wypada na bieganie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, a ja czuję odwrotnie: że mam większe predyspozycje do pływania niż do biegania, i że prędzej dobre wyniki osiągnę właśnie w tri niż w bieganiu :) Ale póki co tak wypada, że biegania jest najwięcej, a na odstrzał przez brak czasu idą rower i pływanie... :)

      Usuń
  4. Obserwuję Twoje postępy - poczyniłaś ogromne od czasu, kiedy męczyłaś bieżnię stadionu. Niewątpliwie w pływaniu również. Przypuszczam, że Twoje plany startowe pójdą jednak w kierunku triathlonu. Bieganie i jazda rowerem będą jednym ze środków do osiągnięcia celu. Ważne, by nie zatracić samego siebie, rodziny i najbliższych i mieć na uwadze swoje realne możliwości. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń