wtorek, 21 kwietnia 2015

OKO TYGRYSA I KROK PUMY, CZYLI PIERWSZY START MOJEGO TATY!

Mój tata pewnego dnia postanowił, że będzie biegał. Było to krótko po Nowym Roku. A z tym Nowym Rokiem i noworocznymi postanowieniami to wiadomo jak jest. Jednak nie tym razem. Tata postanowił, że będzie biegać i nawet kupił sobie buty. A jak już kupił buty, to kupił pełen outfit, marki Kalenji, jak na początkującego biegacza przystało. I naprawdę zaczął biegać. Zimą! Jeżeli takowa była... Następnie założyłam tacie konto na endo, żeby mógł sobie przede wszystkim mierzyć dystans. Dzięki temu moja mama odetchnęła z ulgą, no bo będzie można go namierzyć jak się zgubi, albo jak mu się coś stanie w lesie. Nietypowe to dość, wiele kobiet z takim małżeńskim stażem wiele by dało, aby stary w lesie się zgubił... W każdym razie tata biega z endo, i to coraz dłuższe dystanse (15km już stuknęło), a ja kontroluję jego wykresy. I widzę tendencję do szybkiego startu i utraty tempa pod koniec. No u mnie było na początku odwrotnie. Tylko ja jakieś 25 lat młodsza jestem...

Pewnego dnia tata powiedział, że chce pobiec w zawodach, na 10km, że mam jakieś znaleźć i nas zapisać. No to znalazłam Bieg Papieski w Obornikach. Termin pasuje, nie trzeba daleko jechać, rach ciach ciach i jesteśmy na liście startowej.

Śledziłam taty poczynania na endo i głowiłam się, jak tu go w tym biegu poprowadzić. Tempo na treningach miał przeważnie w okolicach 6:30 - 6:40, czasami zjeżdżało do 7:00, choć i zdarzało się tacie omsknąć o 6:00 ;)

W końcu nadszedł ten dzień. I tu zonk, bo dzień wcześniej obudziłam się z bólem głowy, a potem doszła cała reszta: ogólne robicie, kaszel, drapanie w gardle. Czułam się krótko mówiąc paskudnie i normalnie bym nie biegła nigdzie. Ale no jak, teraz tacie powiedzieć że z nim nie pobiegnę... No way! Zebrałam się w sobie, próbowałam też stworzyć w głowie koncepcję na ten bieg. Bo tata, choć w formie, swoje lata ma, nie mogę go zajechać na tej trasie. Stwierdziłam w końcu, że najbezpieczniej będzie pobiec na czas 1:05, i wystartować w tempie 6:20, ewentualnie zobaczyć co dalej...
na starcie fot. Ka.

No więc wystartowaliśmy punktualnie o 11 z obornickiego Rynku. I tata się puścił ostro, jak ogier. Na garminie widziałam tempo 5:20 i krzyczałam, żeby zwolnił. "Ale mi się dobrze biegnie". "Dobra, dobra, zwolnij, musisz jeszcze 10km przebiec" Udało mi się tatę wyhamować do 6:00, ale dalej już nie szło ;) Tata się uparł, że w tym tempie mu się dobrze biegnie i koniec. A tata jest człowiekiem upartym, jeszcze bardziej niż ja, wiedziałam, że nie będzie łatwo nim pokierować. Całe pierwsze 5 km go spowalniałam, żeby nie schodził poniżej 6:00, bo zakusy na przyspieszanie miał non stop. Czuł się dobrze. To ja mu tym 'wolniej, wolniej' przeszkadzałam.

początek drugiej pętli, fot. Ka.
Wiedziałam, że przez to szalone, jak na jego możliwości tempo, druga piątka dla niego nie będzie łatwa. Na 6. i 7. kilometrze zaczęło pojawiać się zmęczenie, ale tata dzielnie trzymał tempo, nawet pod wiatr. Oko tygrysa i krok pumy, takie nam się wtedy urodziło hasełko bojowe;) Ale na 8. kilometrze już widziałam po tacie, że ma kryzys. Starałam odwracać jego uwagę od zmęczenia, opowiadając różne pierdoły. Mam charakter taty, więc starałam się gadać to, co mnie by podniosło do walki w trakcie biegu, albo też chwilami nic nie mówić. Nie wiem, na ile to wszystko podziałało, bo na 9. kilometrze było mu naprawdę ciężko, ja tylko zerkałam na garmina i obliczałam, ile mamy jeszcze zapasu do złamania godziny. Bo już wierzyłam, że tata jest w stanie to zrobić. I tu muszę powiedzieć, że wgląd w czas i tempo miałam tylko ja, tata nie wiedział jakim tempem biegnie. Miał włączone endo na swoim smartfonie, ale schowane głęboko w saszetce. Byłam perfidnym mózgiem tej akcji. 
W końcu, gdy zaczynał się ostatni kilometr, zapytałam tatę:
- wiesz na ile biegniemy?
- no na 'godzinę pięć' - ledwo wysapał,
- tata, jak utrzymamy tempo, to złamiesz godzinę - jego mina w tym momencie bezcenna. Jednak po chwili lekko zwątpił w siebie, był już mocno zmęczony:
- nie dam rady, nie utrzymam tego tempa - tu mnie tata trochę zmartwił, no ale od czego byłam tam z nim,
- dasz radę, wystarczy że będziesz biegł jak teraz. Oko tygrysa i krok pumy! - a oczywiście wiedziałam, że lekko trzeba będzie docisnąć na końcu. I czułam, że tłum i emocje poniosą tatę. Nie zawracałam mu głowy więc żadnym przyśpieszaniem do mety, to po prostu wyszło samo.

Ale byłam gotowa robić wszystko, żeby wlać w niego siłę, otuchę, wiarę w siebie. Szukałam kontaktu z kibicami, których było całkiem sporo, niech klaszczą, niech krzyczą, widzę, że to tacie pomaga.
'Tata, dajesz' fot. Ka.

Po chwili krzyczę: tata, zobacz, widać już Rynek, jesteśmy w strefie finiszu! Jesteś zwycięzcą! (swoją drogą, krzyczeć do własnego ojca 'jesteś zwycięzcą' albo 'dajesz tata dajesz!!!' na ostatniej prostej, no nie jest to chyba powszechne zjawisko ;) )

Ale mój tata został tego dnia zwycięzcą. Przez duże ZET. Duma mnie roznosiła, zwłaszcza że wiem, jak niedługo biega. I że paręnaście miesięcy temu zadatków na biegacza nie miał absolutnie żadnych. Figury biegacza też raczej nie ;) A teraz pobiegł dychę w czasie netto 59:55 i mimo zmęczenia na trasie, po biegu szybko doszedł do siebie. 

Zwycięzca :) fot. Ka.
A co dalej tata ma w planach? Oczywiście, półmaraton. I oczywiście, w Szamotułach :) Pewnie już nie będziemy biegli go razem, ale nie zdziwię się, jak pierwszy raz na tym dystansie pobiegnie lepiej, niż ja w swoim debiucie. 
A start w Obornikach pomógł mu niewątpliwie, bo przed nim mówił: 'chciałbym ten półmaraton w czasie poniżej 2:30 pobiec', natomiast po starcie w Obornikach już mówi: 'myślę, że ten półmaraton na 2:15 pobiegnę'. 

HE HE ;)

A co do mnie, oczywiście start w Obornikach odbił się lekko na moim zdrowiu. Choć nie biegłam na miarę swoich możliwości, to tego dnia czułam się tak, że nie powinnam pobiec wcale. Skutki czuję do teraz (kaszel, ból gardła). Oby przeszło szybko, bo dużo roboty mam, a co najważniejsze, chce mi się! Bardzo! 

PS Na ewentualnie pytania, czy mój biegający tata, śladem innych biegających ojców, zacznie również o tym bieganiu blogować, odpowiadam, że choć nic nigdy w życiu nie wiadomo, to raczej nie sądzę ;)

piątek, 17 kwietnia 2015

TEN PIERWSZY KROK W GÓRĘ...

Źródło: National Geographic - miejsce mej męki (podwójnej!)

Wiem, że należałoby powoli, stopniowo, bo to przecież zupełnie inne bieganie, nieznane mi wcześniej. Mi, mieszkającej na terenie nizinnym, z dala od gór, w sercu Wielkopolski, w miasteczku zlokalizowanym na morenie dennej (ha! powtarzamy gegrę ;)). Tu, gdzie mieszkam, jest obrzydliwie płasko. Na szczęście zdążyłam już na tyle rozeznać pobliskie lasy, że mogę z powodzeniem biegać tzw. crossy aktywne i naprawdę się zmachać. Że gdyby mi się zachciało poćwiczyć bieganie z kijami, to mam w Puszczy takie pagóry, że mogę sobie tam z powodzeniem używać. Tylko schodów mi trochę brakuje, mieszkam w dwupiętrowym bloku, więc za bardzo się nie nabiegam po nich. A w tym obrzydliwie płaskim mieście, w tzw. przestrzeni miejskiej, o porządne (czytaj: wielostopniowe) schody ciężko. 

Niemniej.

Wzięłam głęboki oddech. Postanowiłam zmienić zupełnie swój "pomysł" na trenowanie w tym roku. Przede wszystkim (na pewien czas, ofkors) odrzucam to, co mnie przez ostatni czas odrzucało - czyli asfalt. Naprawdę mam go dość, jeżeli chodzi o bieganie oczywiście. Bo na szosie to ja asfalt kocham, pod warunkiem, że jest równy i wiatr wieje w plecy. Przed połówką z trudem przychodziło mi bieganie drugiego zakresu, kilometrówek. Zmuszałam się do nich, co oczywiście jest kompletnym nieporozumieniem w amatorskim bieganiu. Wynik wynikiem, ale musi być przyjemność i satysfakcja, a tego u mnie zdecydowanie zabrakło. Co z tego, że dałam radę zrobić wszystkie treningi zgodnie z założeniem, skoro nastawienie w mojej głowie było nie takie. To wyszło na połówce, musiało wyjść... 

Na start w Karko zapisałam się już wcześniej, ale nie pisałam o tym, w końcu numerem jeden była poznańska połówka. Jej wynik tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że decyzja o starcie w górach była słuszna. Nawet jeżeli obrałam start nieco ponad moje możliwości. Bo 35 km po górach z przewyższeniem 2000 m, gdzie będę musiała dwa razy wdrapać się na Śnieżkę, na którą kiedyś ledwo wlazłam, będzie mnie bolało. To musi boleć:

Źródło: strona www.3razysniezka.pl

Start jest już w pierwszy weekend lipca, więc czasu zbyt wiele nie mam i muszę go dobrze wykorzystać. A mój plan na trenowanie jest taki:

- biegać po lesie kiedy tylko się da. W zasadzie każdy trening robić po nawierzchni terenowej, z wyjątkiem biegania w zakładkach, które też niedługo zacznę (yupi!). Bieganie w terenie przyda mi się bardzo pod kątem tri w Sierakowie, gdzie trasa wiedzie przez las i płaska nie jest. Wszystko ładnie mi się zgrywa ;)

- trenować podbiegi wraz ze skipami. Wczoraj miałam pierwszą próbę 'skipów' tego roku i... jest nad czym pracować. Do wieloskoków nawet nie doszłam ;)

- trenować tzw. schoding, który z lekka do tej pory bojkotowałam. Choćby w tym moim niskim bloku. Lepsze to niż nic... 

- wrócić do Puszczy i poćwiczyć wdrapywanie się na ostre górki i przede wszystkim poćwiczyć zbiegi.

- wzmacniać się, ćwiczyć. Teraz już muszę... Mam twarde postanowienie, żeby wrócić do pompek, do ćwiczeń na berecie i na piłce, stabilizacja w górach to podstawa.

- na rowerze nie omijać podjazdów i robić je na pełnej mocy, na stojaka.

- dużo pływać grzbietem i delfinem. Grzbiet świetnie wzmacnia kręgosłup i ramiona, natomiast delfin wzmacnia wszystko, łącznie z flakami, a każda dodatkowa moc się przyda. A kto nie widział mojego delfina, może zobaczyć - tak wyglądał na początku stycznia: (teraz biorę oddech "na dwa")




Jako, że start w 3xśnieżka będzie już 4 lipca, zostaną mi potem jeszcze całe dwa miesiące na przygotowanie się do połówki ajrona w Przechlewie. Nadrobię sobie latem te długie rowerowe wyjazdy i zakładki. I wtedy prawdopodobnie też wrócę na asfalt lub bieżnię i popracuję nad szybkością. Siłę będę już mieć wypracowaną :)

Nigdy nie brałam udziału w biegu górskim, więc powoli rodzą się dylematy i pytania. Pierwszy, uwaga, to nie jest jakie buty. Czy z kijkami czy bez. Czy mieć pas z bidonem czy lepiej plecak z bukłakiem. Ile ciuchów na zmianę. Dylemat nr 1 jaki powstał w mojej głowie to ile zabrać jedzenia i jak się z nim zapakować. Bo przecież ja konia z kopytami na tej trasie pochłonę!

wtorek, 14 kwietnia 2015

8 POZNAŃ PÓŁMARATON. ZGRZYT.

Pół roku przed startem
Styrana po maratonie i szaleńczej połówce tydzień po nim, byłam zmuszona odpuścić, bo dopadł mnie znany już wcześniej syndrom pasma i zbuntował się jeden z pośladkowych. Organizm wymusił przerwę, ja bez dyskusji mu ją dałam.

3. miesiące przed startem
Nieśmiało zaczęłam wracać do biegania. Czuję, że uleciała moja forma sprzed maratonu. Ale wierzyłam, że uda się jeszcze wszystko odbudować, że jak zakasam porządnie rękawy i mocno ruszę dupsko to i może 1:40 połamię. Ech...

Miesiąc przed startem
Po dwóch miesiącach dość solidnej roboty i wypruwania flaków już wiedziałam, że o łamaniu 1:40 nie mam co marzyć, a i o 1:45 mogę się ledwie otrzeć. Minął niestety w moim życiu czas poprawiania życiówek o minut x - dziesiąt, naście. Trzeba sobie powiedzieć prawdę w oczy: realny wynik połówki to 1:43-44. I o to postanowiłam powalczyć. Pracowałam dalej na kilometrówkach, dwu, trzy...Niby dawałam radę na treningach. Niby.

Tydzień przed startem
Zostało już tylko dać nogom załapać nieco świeżości. Mimo nowej lemondki powstrzymałam się od jeżdżenia na rowerze. Poza tym była Wielkanoc i pilnowanie wagi, która i tak zdążyła mi się już wcześniej rozjechać. Miałam mimo wszystko jakiś taki spokój wewnętrzny, że to 1:45 to ja na pewno połamię...

połamana ja. fot. Ka.

Dzień startu


Zgrzyt #1
Chciałam się dobrze ustawić na starcie, najlepiej gdzieś między zającami 1:40 a 1:45. Chciałam zacząć w 5:20, potem już do końca trzymać 4:50. Stoję (stoimy) obok linii startu, patrzę (patrzymy), gdzie to powinnam się zgodnie z zasadami kulturalnego biegacza ustawić, ale za cholerę żadnego podziału na strefy nie widzę. Rozglądam się więc za zającami, przeklinając, dlaczego nie założyłam soczewek, bo znów nic, kurde, nie widzę... W końcu, gdy już stoję w tłumie, rozglądam się po współtowarzyszach i móżdżę, stoję za blisko czy za daleko? W końcu postanowiłam iść do przodu, na maksa... I słyszę odliczanie do startu.

Zgrzyt #2
Co z tymi rydwanami ognia? Nagle załączył się jakiś beznadziejny bit a la zgrzyt, który momentalnie rozproszył cały urok tego utworu. No tak, idziemy w masowość, komercję, big shit event. Nie lubię, bardzo nie lubię. Źle się to zaczyna. I coś za długo idę do tej linii startu. Już wiem, że stałam zdecydowanie za daleko.

Biegnę, w zasadzie próbuję biec. Bo w tłumie to nie takie łatwe. Cały pierwszy kilometr to jedno kombinowanie jak przebiec pomiędzy ludźmi, gdzie uda się wyprzedzić jezdnią, a gdzie trzeba poboczem, jedyna myśl w mojej głowie to "nie wyrżnij o krawężnik". Około trzeciego kilometra wyprzedzam, o zgrozo, balony na 1:55... Matko, a gdzie 1:45??? W jakiej dupie ja utknęłam za przeproszeniem???

Zgrzyt #3
Gdzieś za 5. kilometrem dopadłam pacemakerów na 1:50 i... poczułam że coś jest nie tak. Ze mną. Już czuję, że życiówkę, jeżeli poprawię, to o sekundy. Ale i to będzie megatrudne zadanie. Robi mi się niedobrze, przesadziłam ze śniadaniem... Wyobraźnia, rzecz jasna, pracuje. Jej oczyma widzę siebie rzygającą, opartą o słup. Lub wiatę przystankową. Widzę rozstępujących się kibiców z pełnym obrzydzenia wzrokiem, słyszę dziecko mówiące do matki 'mamo, a ta pani zyga', na co matka odpowiada 'nie rzyga, tylko wymiotuje, nie patrz synku'. Zastanawiam się, że jak po takim rzyganiu dam radę wrócić do tempa 4:50, móżdżę, jak dokonał tego Wybiegany na maratonie (mryg:) )

Ale nie biorę pod uwagę opcji zejścia z trasy. Jednego jestem pewna, prędzej padnę, niż się świadomie zatrzymam i podziękuję temu półmaratonowi. Wtem przypomina mi się, że nie wypełniłam numeru startowego, tych miejsc na rewersie, gdzie podaje się namiary osób, które powiadomić w razie czego. Wyobraźnia pracuje nadal, tym razem jej oczyma widzę siebie, jak mnie znoszą z trasy na noszach. Leżę na nich, ale na szczęście jestem na tyle przytomna, że podaję numer do...

W międzyczasie mijam bufet na 10. km, postanawiam zapomnieć, że mi niedobrze i wmuszam w siebie izo i łyk wody. Rzyg rzygiem, ale bez elektrolitów na pewno na metę nie dobiegnę. Chciałam ten łyk wody wypluć, ale takie ciacho stało obok, że jakoś tak głupio mi było. (A innym razem przy dzieciach już się nie krępowałam) (bieganie jest piękne).

Opis biegu na odcinku między 10. a 15. km chyba powinnam sobie darować... Naprawdę nic godnego uwagi się na tym etapie nie działo. Biegłam zrezygnowana, resztką sił, czułam się bezsilna, bez formy. Tempo - szkoda nawet mówić. Grubo powyżej 5:00.

Przebłysk #1
Na punkcie odżywczym na 15. km niespodziewanie wyskoczył spod stołu zając. Dosłownie. Patrzę na balon, a pomazgane '1:45'. Nie ogarniam tego w ogóle, skąd on tu, umiem jeszcze w miarę trzeźwo ocenić, co mi pokazuje garmin, całego tego biegu zresztą nie ogarniam. Wiem, że stratę do 1:45 mam sporą, bez szans na odrobienie. Mimo to postanawiam się pod tego niespodziewanego zająca podczepić, jak tonący brzytwy. Przynajmniej nie musiałam patrzeć na garmina. Bardzo tego nie lubię i często źle to na mnie działa (tak mam już, nie wiem dlaczego, zapewne ma to jakieś podłoże psychologiczne).

Biegłam z zającem gdzieś do 17. km, potem go wyprzedziłam i obrałam metodę na "nie dać się mu złapać". Zaczął się 18. km a ja zaczęłam się rozglądać na boki. Na Moście Rocha miał stać Wybiegany z Żoną. Są. W ostatnim momencie ich widzę. Ten mój niezdarny ruch ręką to była próba machania :) 

Teraz już tylko skupiam się na utrzymaniu tempa. Biegnę już nieco szybciej i do mety (nie licząc podbiegu na Baraniaka) będę przyśpieszać. Czuję się słabo, ale zaciskam pięści, zęby w asfalt i dajesz ofermo. Ostatni kilometr z górki ledwo pamiętam, jedyne skojarzenie to przeogromne pragnienie mety. I ta ogromna ulga na mecie, że nie muszę już biec, jezó, jeszcze przenigdy takiej nie czułam! Ale gdy patrzę na garmina i widzę czas 1:46:13, poczucie ulgi zamienia się w poczucie smutku i bezsilności. Najwyraźniej nie stać cię teraz na lepsze wyniki, chlip, chlip, nie stać cię... Ten bieg to obraz twojej nędznej, chlip, chlip, formy. Chlip, chlip. 


Ten ostatni kilometr... Fot. Ka.


Zgrzyt #4
Oddaję chipa i czym prędzej wychodzę ze strefy. Patrzę na Maltę, gdzie w lipcu zeszłego roku płynęłam w PozTri. Łza mi się kręci w oku, gdy widzę miejsce dawnej strefy zmian. I wtedy, gdy biegłam w tym sakramenckim upale jakoś lepiej psychicznie się czułam, niż dziś...


"no poka się do zdjęcia" fot. Ka.
Wniosek #1
Za mało ćwiczeń. Zdecydowanie tego zabrakło. Brak pĄ, brak brzÓ, 60 sekund deski od święta, to wszystko się mści. W zeszłym roku dużo więcej ćwiczyłam, no i wyniki były inne. 

Wniosek #2 
Schudnąć 2-3 kg. Niestety tu sobie pofolgowałam, w zasadzie to zimą sobie pofolgowałam, a teraz męczę się, żeby to zgubić. I gubię, tylko powoli. A każdy nieproszony kilogram w biegu czuć, niestety.

Wniosek #3
Iść za głosem serca. Zacząć trenować skutecznie, ale też w sposób dający więcej satysfakcji. Jeżeli kocham las, podbiegi, to może powinnam uderzyć właśnie w tę stronę? Dać sobie spokój z piłowaniem asfaltu, skoro mnie to tak męczy i żadnej przyjemności już nie daje? To na pewno jest myśl, a zarazem plan na najbliższe miesiące. No i w końcu wrócić do pływania, bo lekarz dał zielone światło.

Wniosek #4
Brońboże nie rozkminiać tego startu. Było, minęło. Nie ogarniam tej połówki i już raczej nie dojdę do tego, co się stało. Mogło zadziałać wiele czynników, a może po prostu źle się ustawiłam na starcie? Zabawa w zgadywankę... A przecież kolejne cele czekają, muszę stawić im czoła. I wziąć się do roboty. 

Mocy, przybywaj! fot. Ka.

środa, 1 kwietnia 2015

PODSUMOWANIE MARCA

Gdybym miała krótko opisać marzec pod względem trenowania: NO swim, wybuch miłości do dwóch kółek (hehe, a jednak!) i biegajta, co chceta. A obrazkowo wyglądało to tak:


czegoś tu notorycznie brakuje...
SWIM

A w zasadzie to NO SWIM... Przez cały marzec nie pływałam ani razu. Ani jednego wejścia do wody, ani jednego ruchu kraulem. Z przyczyn zdrowotnych musiałam omijać basen baaardzo szerokim łukiem. Z pływalnią jest mi, ogólnie rzecz ujmując, bardzo nie po drodze. Miałam już nawet myśli typu, że kolejny trening pływacki zrobię dopiero w jeziorze, ale jest nadzieja, że uda się jednak wcześniej. Po cichu się łudzę, że jeszcze w kwietniu wrócę do kraula, może nawet w połowie miesiąca. Z samym pływaniem na szczęście tak źle u mnie nie jest, to była ta moja "mocniejsza" strona tri. W razie czego z tym etapem sobie zawsze jakoś poradzę... No najwyżej nie połamię tych 20 minut na 950m, a mój skromny świat się przez to nie zawali. Choć, żeby nie skłamać, dostaję trochę na łeb z braku pływania i żal mi tego, co już zdążyłam przed "awarią" wypracować. Opanowany delfin i nawroty. Kraul bardzo podciągnięty technicznie. Mocno poprawiona wydolność i siła. Grrr... Nie będę więcej pisać o tym, bo się jeszcze bardziej zdenerwuję... Lepiej wsiądźmy na rower.

BIKE

Spotkania z ludźmi są cenne. Czasami pojawiają się na naszej drodze i... dzięki nim następuje przełom, rodzi się nowa motywacja. U mnie zadziałało to tak, że powróciłam na szosę wcześniej, niż zamierzałam. Na pewno nie bez znaczenia też był brak pływania - jakoś trzeba było spożytkować tę niewykorzystaną energię, skupić się na czymś innym. Wystarczyło między jednym podbiegiem a drugim spotkać człowieka, którego dyscypliną nr 1 jest kolarstwo. O tym jak zaczęłam już nie tylko jeździć, ale i trenować na rowerze, i jak podczas tych rowerowych treningów dochodzę do prawie takich zgonów w biegu, mogłabym napisać odrębnego posta. I tak chyba zrobię :) Powiem tylko, że jak dobrze pójdzie, to bardzo poprawi się moja jazda na rowerze i nauczę się jeździć w peletonie. I jeszcze zacznie mi w tym towarzyszyć pani na Le. ;)
Nie zapomniałam oczywiście o Gienku. Już nie potrafię żyć bez kręcenia i biegania po lesie. Robię to dla przyjemności, ale staram się, aby ta frajda stanowiła też uzupełnienie treningu rowerowego. Staram się tak układać trasę, żeby zahaczyć o kilka podjazdów. Zjazdy wybieram te po piachu, żeby ćwiczyć pozycję i równowagę. Staram się jechać dobrym tempem i wybierać ścieżki te bardziej wyboiste.
tu jeszcze sam na sam z Fioletowym...
RUN

A biegowo marzec był... no właśnie, jak miałam dobry dzień, byłam w stanie robić dwukilometrówki w tempie po 4:45 z przerwą 500m i nie umierać, innego dnia po prostu człapałam se po lesie w tempie 6:00 i zabiłabym, gdyby ktoś kazał pobiec mi szybciej. I to niekoniecznie zmęczenie decydowało, co i jak biegłam, bo z uwagi na to, że nie pływam, czułam się najbardziej wypoczęta w życiu. Raczej decydowała głowa i chęci. A nie zawsze mi się chciało zapierdalać, krótko mówiąc.
A moja biegowa forma to jedna wielka niewiadoma, choć wszystkie cyferki na endo mówią, że jest dobrze. Nawet bardzo, lepiej niż przed maratonem. Z drugiej strony, jak sobie pomyślę o zapierniczaniu tej połówki na krawędzi trupa to mi słabo. Najchętniej ustawiłabym się za zającem na 2:00. No dobra, 1:50 też by mogło być. A tu sobie ktoś życiówkę wymyślił, że trzeba zrobić. Po kiego grzyba? W ogóle prawda jest taka, że nie miałam biec tej połówki. Zapisałam się dla towarzystwa... A teraz na placu boju zostałam sama. 

PS A połówka już 12.04. Tak naprawdę to będę się starała zrobić życiówkę i połamać w końcu to nieszczęsne 1:45, do którego mi rok temu 5. sekund zabrakło. Choć marudzę, to dam z siebie wszystko. Bo wiem, że inni daliby wszystko, żeby w ogóle pobiec...