wtorek, 21 kwietnia 2015

OKO TYGRYSA I KROK PUMY, CZYLI PIERWSZY START MOJEGO TATY!

Mój tata pewnego dnia postanowił, że będzie biegał. Było to krótko po Nowym Roku. A z tym Nowym Rokiem i noworocznymi postanowieniami to wiadomo jak jest. Jednak nie tym razem. Tata postanowił, że będzie biegać i nawet kupił sobie buty. A jak już kupił buty, to kupił pełen outfit, marki Kalenji, jak na początkującego biegacza przystało. I naprawdę zaczął biegać. Zimą! Jeżeli takowa była... Następnie założyłam tacie konto na endo, żeby mógł sobie przede wszystkim mierzyć dystans. Dzięki temu moja mama odetchnęła z ulgą, no bo będzie można go namierzyć jak się zgubi, albo jak mu się coś stanie w lesie. Nietypowe to dość, wiele kobiet z takim małżeńskim stażem wiele by dało, aby stary w lesie się zgubił... W każdym razie tata biega z endo, i to coraz dłuższe dystanse (15km już stuknęło), a ja kontroluję jego wykresy. I widzę tendencję do szybkiego startu i utraty tempa pod koniec. No u mnie było na początku odwrotnie. Tylko ja jakieś 25 lat młodsza jestem...

Pewnego dnia tata powiedział, że chce pobiec w zawodach, na 10km, że mam jakieś znaleźć i nas zapisać. No to znalazłam Bieg Papieski w Obornikach. Termin pasuje, nie trzeba daleko jechać, rach ciach ciach i jesteśmy na liście startowej.

Śledziłam taty poczynania na endo i głowiłam się, jak tu go w tym biegu poprowadzić. Tempo na treningach miał przeważnie w okolicach 6:30 - 6:40, czasami zjeżdżało do 7:00, choć i zdarzało się tacie omsknąć o 6:00 ;)

W końcu nadszedł ten dzień. I tu zonk, bo dzień wcześniej obudziłam się z bólem głowy, a potem doszła cała reszta: ogólne robicie, kaszel, drapanie w gardle. Czułam się krótko mówiąc paskudnie i normalnie bym nie biegła nigdzie. Ale no jak, teraz tacie powiedzieć że z nim nie pobiegnę... No way! Zebrałam się w sobie, próbowałam też stworzyć w głowie koncepcję na ten bieg. Bo tata, choć w formie, swoje lata ma, nie mogę go zajechać na tej trasie. Stwierdziłam w końcu, że najbezpieczniej będzie pobiec na czas 1:05, i wystartować w tempie 6:20, ewentualnie zobaczyć co dalej...
na starcie fot. Ka.

No więc wystartowaliśmy punktualnie o 11 z obornickiego Rynku. I tata się puścił ostro, jak ogier. Na garminie widziałam tempo 5:20 i krzyczałam, żeby zwolnił. "Ale mi się dobrze biegnie". "Dobra, dobra, zwolnij, musisz jeszcze 10km przebiec" Udało mi się tatę wyhamować do 6:00, ale dalej już nie szło ;) Tata się uparł, że w tym tempie mu się dobrze biegnie i koniec. A tata jest człowiekiem upartym, jeszcze bardziej niż ja, wiedziałam, że nie będzie łatwo nim pokierować. Całe pierwsze 5 km go spowalniałam, żeby nie schodził poniżej 6:00, bo zakusy na przyspieszanie miał non stop. Czuł się dobrze. To ja mu tym 'wolniej, wolniej' przeszkadzałam.

początek drugiej pętli, fot. Ka.
Wiedziałam, że przez to szalone, jak na jego możliwości tempo, druga piątka dla niego nie będzie łatwa. Na 6. i 7. kilometrze zaczęło pojawiać się zmęczenie, ale tata dzielnie trzymał tempo, nawet pod wiatr. Oko tygrysa i krok pumy, takie nam się wtedy urodziło hasełko bojowe;) Ale na 8. kilometrze już widziałam po tacie, że ma kryzys. Starałam odwracać jego uwagę od zmęczenia, opowiadając różne pierdoły. Mam charakter taty, więc starałam się gadać to, co mnie by podniosło do walki w trakcie biegu, albo też chwilami nic nie mówić. Nie wiem, na ile to wszystko podziałało, bo na 9. kilometrze było mu naprawdę ciężko, ja tylko zerkałam na garmina i obliczałam, ile mamy jeszcze zapasu do złamania godziny. Bo już wierzyłam, że tata jest w stanie to zrobić. I tu muszę powiedzieć, że wgląd w czas i tempo miałam tylko ja, tata nie wiedział jakim tempem biegnie. Miał włączone endo na swoim smartfonie, ale schowane głęboko w saszetce. Byłam perfidnym mózgiem tej akcji. 
W końcu, gdy zaczynał się ostatni kilometr, zapytałam tatę:
- wiesz na ile biegniemy?
- no na 'godzinę pięć' - ledwo wysapał,
- tata, jak utrzymamy tempo, to złamiesz godzinę - jego mina w tym momencie bezcenna. Jednak po chwili lekko zwątpił w siebie, był już mocno zmęczony:
- nie dam rady, nie utrzymam tego tempa - tu mnie tata trochę zmartwił, no ale od czego byłam tam z nim,
- dasz radę, wystarczy że będziesz biegł jak teraz. Oko tygrysa i krok pumy! - a oczywiście wiedziałam, że lekko trzeba będzie docisnąć na końcu. I czułam, że tłum i emocje poniosą tatę. Nie zawracałam mu głowy więc żadnym przyśpieszaniem do mety, to po prostu wyszło samo.

Ale byłam gotowa robić wszystko, żeby wlać w niego siłę, otuchę, wiarę w siebie. Szukałam kontaktu z kibicami, których było całkiem sporo, niech klaszczą, niech krzyczą, widzę, że to tacie pomaga.
'Tata, dajesz' fot. Ka.

Po chwili krzyczę: tata, zobacz, widać już Rynek, jesteśmy w strefie finiszu! Jesteś zwycięzcą! (swoją drogą, krzyczeć do własnego ojca 'jesteś zwycięzcą' albo 'dajesz tata dajesz!!!' na ostatniej prostej, no nie jest to chyba powszechne zjawisko ;) )

Ale mój tata został tego dnia zwycięzcą. Przez duże ZET. Duma mnie roznosiła, zwłaszcza że wiem, jak niedługo biega. I że paręnaście miesięcy temu zadatków na biegacza nie miał absolutnie żadnych. Figury biegacza też raczej nie ;) A teraz pobiegł dychę w czasie netto 59:55 i mimo zmęczenia na trasie, po biegu szybko doszedł do siebie. 

Zwycięzca :) fot. Ka.
A co dalej tata ma w planach? Oczywiście, półmaraton. I oczywiście, w Szamotułach :) Pewnie już nie będziemy biegli go razem, ale nie zdziwię się, jak pierwszy raz na tym dystansie pobiegnie lepiej, niż ja w swoim debiucie. 
A start w Obornikach pomógł mu niewątpliwie, bo przed nim mówił: 'chciałbym ten półmaraton w czasie poniżej 2:30 pobiec', natomiast po starcie w Obornikach już mówi: 'myślę, że ten półmaraton na 2:15 pobiegnę'. 

HE HE ;)

A co do mnie, oczywiście start w Obornikach odbił się lekko na moim zdrowiu. Choć nie biegłam na miarę swoich możliwości, to tego dnia czułam się tak, że nie powinnam pobiec wcale. Skutki czuję do teraz (kaszel, ból gardła). Oby przeszło szybko, bo dużo roboty mam, a co najważniejsze, chce mi się! Bardzo! 

PS Na ewentualnie pytania, czy mój biegający tata, śladem innych biegających ojców, zacznie również o tym bieganiu blogować, odpowiadam, że choć nic nigdy w życiu nie wiadomo, to raczej nie sądzę ;)

5 komentarzy:

  1. Taka Córka, to prawdziwy Skarb. Jeszcze raz gratuluję nie tylko tacie, ale i trenerowi :). Niezły duet.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdrówka dla Ciebie. I wielkie gratulacje dla taty! Prawdziwy wojownik!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahaha... Tata sie rozchochocil... Teraz pol maraton, tylko patrzec jak maratony bedzie smigal jak ta torpeda :) Z calego serca gratuluje, podziwiam i trzymam kciuki za nastepne starty.
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje dla Was, Twój Tata dał czasu!Super przygoda:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluje! Oby utrzymać dalej taką motywację, to półmaraton na luzie do przebiegnięcia :D

    OdpowiedzUsuń