środa, 1 kwietnia 2015

PODSUMOWANIE MARCA

Gdybym miała krótko opisać marzec pod względem trenowania: NO swim, wybuch miłości do dwóch kółek (hehe, a jednak!) i biegajta, co chceta. A obrazkowo wyglądało to tak:


czegoś tu notorycznie brakuje...
SWIM

A w zasadzie to NO SWIM... Przez cały marzec nie pływałam ani razu. Ani jednego wejścia do wody, ani jednego ruchu kraulem. Z przyczyn zdrowotnych musiałam omijać basen baaardzo szerokim łukiem. Z pływalnią jest mi, ogólnie rzecz ujmując, bardzo nie po drodze. Miałam już nawet myśli typu, że kolejny trening pływacki zrobię dopiero w jeziorze, ale jest nadzieja, że uda się jednak wcześniej. Po cichu się łudzę, że jeszcze w kwietniu wrócę do kraula, może nawet w połowie miesiąca. Z samym pływaniem na szczęście tak źle u mnie nie jest, to była ta moja "mocniejsza" strona tri. W razie czego z tym etapem sobie zawsze jakoś poradzę... No najwyżej nie połamię tych 20 minut na 950m, a mój skromny świat się przez to nie zawali. Choć, żeby nie skłamać, dostaję trochę na łeb z braku pływania i żal mi tego, co już zdążyłam przed "awarią" wypracować. Opanowany delfin i nawroty. Kraul bardzo podciągnięty technicznie. Mocno poprawiona wydolność i siła. Grrr... Nie będę więcej pisać o tym, bo się jeszcze bardziej zdenerwuję... Lepiej wsiądźmy na rower.

BIKE

Spotkania z ludźmi są cenne. Czasami pojawiają się na naszej drodze i... dzięki nim następuje przełom, rodzi się nowa motywacja. U mnie zadziałało to tak, że powróciłam na szosę wcześniej, niż zamierzałam. Na pewno nie bez znaczenia też był brak pływania - jakoś trzeba było spożytkować tę niewykorzystaną energię, skupić się na czymś innym. Wystarczyło między jednym podbiegiem a drugim spotkać człowieka, którego dyscypliną nr 1 jest kolarstwo. O tym jak zaczęłam już nie tylko jeździć, ale i trenować na rowerze, i jak podczas tych rowerowych treningów dochodzę do prawie takich zgonów w biegu, mogłabym napisać odrębnego posta. I tak chyba zrobię :) Powiem tylko, że jak dobrze pójdzie, to bardzo poprawi się moja jazda na rowerze i nauczę się jeździć w peletonie. I jeszcze zacznie mi w tym towarzyszyć pani na Le. ;)
Nie zapomniałam oczywiście o Gienku. Już nie potrafię żyć bez kręcenia i biegania po lesie. Robię to dla przyjemności, ale staram się, aby ta frajda stanowiła też uzupełnienie treningu rowerowego. Staram się tak układać trasę, żeby zahaczyć o kilka podjazdów. Zjazdy wybieram te po piachu, żeby ćwiczyć pozycję i równowagę. Staram się jechać dobrym tempem i wybierać ścieżki te bardziej wyboiste.
tu jeszcze sam na sam z Fioletowym...
RUN

A biegowo marzec był... no właśnie, jak miałam dobry dzień, byłam w stanie robić dwukilometrówki w tempie po 4:45 z przerwą 500m i nie umierać, innego dnia po prostu człapałam se po lesie w tempie 6:00 i zabiłabym, gdyby ktoś kazał pobiec mi szybciej. I to niekoniecznie zmęczenie decydowało, co i jak biegłam, bo z uwagi na to, że nie pływam, czułam się najbardziej wypoczęta w życiu. Raczej decydowała głowa i chęci. A nie zawsze mi się chciało zapierdalać, krótko mówiąc.
A moja biegowa forma to jedna wielka niewiadoma, choć wszystkie cyferki na endo mówią, że jest dobrze. Nawet bardzo, lepiej niż przed maratonem. Z drugiej strony, jak sobie pomyślę o zapierniczaniu tej połówki na krawędzi trupa to mi słabo. Najchętniej ustawiłabym się za zającem na 2:00. No dobra, 1:50 też by mogło być. A tu sobie ktoś życiówkę wymyślił, że trzeba zrobić. Po kiego grzyba? W ogóle prawda jest taka, że nie miałam biec tej połówki. Zapisałam się dla towarzystwa... A teraz na placu boju zostałam sama. 

PS A połówka już 12.04. Tak naprawdę to będę się starała zrobić życiówkę i połamać w końcu to nieszczęsne 1:45, do którego mi rok temu 5. sekund zabrakło. Choć marudzę, to dam z siebie wszystko. Bo wiem, że inni daliby wszystko, żeby w ogóle pobiec...

6 komentarzy:

  1. "Bo wiem, że inni daliby wszystko, żeby w ogóle pobiec..." - to również o mnie. Tak jest ze mną rzeczywiście od lipca zeszłego roku. Od wypadku marzę, by móc przebiec choćby kilometr, choćby jedno kółko stadionu. Ech...
    Jak dla mnie, to Twój marzec jest imponujący: tylko bodaj cztery dni bez treningu! Nie musisz sie tak spinać przed połówką. Na luzie pokonasz granicę 1:45. Życzę Ci tego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) czy na luzie to nie wiem ;)

      Usuń
  2. Wiesz co, ja przed połówką nijak nie wierzyłam że utrzymam okolice 4:45-50 przez więcej niż 10 km. A tu się udało. I jestem przekonana że Tobie jak najbardziej się też uda. A to biegowe niechcemisię wielkiej szkody na pewno nie zrobiło, a może właśnie dzięki temu zregenerowałaś różne grupy mieśni i teraz z zapałem weźmiesz się za nowe treningi :) Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co, to tempo też wydaje mi się kosmiczne, zwłaszcza że ledwo uciągnęłam w nim 4x3km na treningu. Ale zawody to zawody, to jest zupełnie inne odczucie tempa. I tak staram się teraz myśleć... ;)

      Usuń
  3. Gratuluję motywacji i życzę powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń