wtorek, 23 czerwca 2015

I DYCHA WRONIECKA. PRZEŁOM.

Wronki to dość rozbiegane miasto, działa w nim prężnie Wroniecki Klub Biegacza i to on właśnie podjął się zorganizowania I Dychy Wronieckiej.

A ja znam Wronki dość dobrze :) Wiedziałam, gdzie należy spodziewać się podbiegów, znałam prawie każdy zakamarek trasy. Ale pobiec w tej imprezie chciałam przede wszystkim ze względu na Tatę, który, jak wiecie, trochę się ostatnio rozbiegał. Kazał zapisać siebie i mnie. A że data biegu wypadła prawie 2 tygodnie przed moim górskim debiutem (aaa!), czyli podwójnym biegiem na Śnieżkę (aaa! aaa!), postanowiłam wykorzystać ten bieg jako okazję do zrobienia mocniejszego treningu na asfalcie, których ostatnio nie uskuteczniałam i do których w ogóle trudno mi się zmobilizować. Tata miał sobie radzić na trasie sam, z pożyczonym garminem.

zwarci i gotowi :) fot. K.
A na świeżości to ja raczej nie byłam. Podbiegi, marszobiegi z kijkami, podjazdy na bajku pod górkę śmierci (droga z Obornik na Objezierze, gdyby ktoś pytał :) ), długie wybiegania w lesie z podbiegami i 2. litrowym (pełnym) bukłakiem na plecach. Deski prawie dzień w dzień i czasami nawet pompki ;) Ćwiczenia na berecie (choć wciąż jeszcze za mało) i dużo techniki na basenie. Tak mijały mi ostatnie tygodnie. Poza dyscypliną treningową, trzymałam się swojej diety cud: zero alkoholu, bardzo mało mięsa, zasada "połowa talerza warzyw lub owoców". Reszta pełnoziarnista, kaszano - jaglana, wszystko jak najmniej przetworzone. Od słodyczy udało mi się w końcu odwyknąć, no, oczywiście z wyjątkiem tych własnej roboty ;) Czułam, że ten zespół podjętych działań "naprawczych" skutkuje, że mój organizm odnotował jakieś przypływy energii, ale nie sądziłam, że to objawi się już we Wronkach. Zwłaszcza, że dzień przed już tak pięknie z tą dietą nie było... (no niestety, jak się jest w gościach, nie wypada grymasić)

Nie mam jakiegoś specjalnie wrażliwego żołądka, ale prawdopodobnie coś mu w sobotnim pozadomowym menu zaszkodziło. Bo brzuch bolał, skręcał się i w niedzielę przed startem śniadanie przyjmował bardzo opornie. I bolał nadal, przed biegiem, po biegu, na szczęście w trakcie, powiedzmy, że nie dał się we znaki, choć chwilami było blisko ;)


W dniu startu niebo od samego rana było zaciągnięte chmurami, no ale skoro ajfonowa prognoza pogody przewidywała deszcz dopiero w godzinach popołudniowo - wieczornych, nie przyszło mi na myśl, żeby wziąć ze sobą więcej ciuchów i jakiekolwiek buty, czy skarpetki na zmianę. Skutek tego taki, że do dziś chrypię i pociągam nosem od marznięcia w mokrych butach i ciuchach,  czekając na dekorację... A tego ostatniego nie przewidziałam już w ogóle :) I pĄkoszulki nawet nie zabrałam i na podium jej nie zaprezentowałam. Postanowiłam tym razem dać szansę blogaczowej koszulce, która jest mega wygodna i biega się w niej naprawdę świetnie.

pełna koncentracja :) fot. K.

Zatem w granatowej koszulce Brubeck stanęłam pod wronieckim Ratuszem, między balonami 45. a 50. minut. Choć plan był, że raczej bliżej tego '50', to miałam straszną ochotę pobiec szybko. Nie sądziłam, że to powiem, ale stęskniłam się za asfaltem. Za bieganiem w tempie z '4' na początku. Chciałam udowodnić samej sobie, że potrafię szybko biegać, że nie jest ze mną tak beznadziejnie, jak mi się zdawało ostatnio. Miałam po prostu głód szybkiego biegania. Nie myślałam w ogóle o poprawie życiówki, ale powiedziałam sobie, że jak wynik będzie oscylował w okolicach 47 - 48 minut, to będzie dobrze. Tatę wcześniej zdążyłam ustawić za balonem 1:00 z zakazem przekraczania go przed 5. km. Nie chciałam, żeby Tata przeszarżował, bo ostatnio mało biegał. Jak widać, oboje mieliśmy dobry dzień...

3 - 2 - 1 - START!

A Mari gapa co? Czego mogłam nie włączyć przed startem? No właśnie... Chyba powinnam z góry założyć, że na dychach zaczynam bieg bez garmina. Choć pilnowałam łączności z satelitą przez cały kwadrans przed godziną zero, to oczywiście start miał kilkuminutową obsuwę, a ja zapomniałam tego garmina w ostatniej chwili pilnować. Oczywiście stracił kontakt z niebem, grrr, a ja pierwsze 200m biegłam na czuja. Na szczęście ustawiłam się w miejscu, gdzie wszyscy wystartowali (chyba nawet za) szybko, więc czasu nie straciłam.

Miałam teoretycznie zrobić bieg ciągły w drugim zakresie, ale ani razu na tętno nie spojrzałam. To, ze biegłam na średnim 170 (bardzo wysokim jak na mnie), sprawdziłam dopiero w domu wieczorem. Nawet na tempo sporadycznie, kątem oka, patrzyłam. Biegłam tak, jak mnie nogi niosły, po prostu dałam im się ponieść. I oczywiście, tak mnie poniosło, że pierwszy kilometr wyszedł najszybciej :) Niech będzie, że z górki było ;) A potem to było na zmianę.

Pierwszy raz mnie przytkało w okolicach 3. km. Często właśnie w takich momentach się poddawałam, bo skoro na początku jest źle, to jak może być później? Tym razem zaczęłam liczyć oddechy i kroki, a oddech brać tak 'prawie do przepony'. Często na tempówkach mi to pomagało. Poza tym to dycha. Nie może ci być przyjemnie. Zapomnij o tym. To jest ten moment, kiedy masz się zmęczyć i to porządnie. Więc nie marudź, tylko pilnuj rytmu.

Potem 4. i 5. km, czyli agrafka na Zamościu. Strasznie nudny fragment. Znów miałam ochotę zwolnić. Więc zaczęłam machać do zawodników z drugiej strony. To pomagało. Zwłaszcza, że kilku szybszych znajomych widziałam, jak ładnie popierdzielali, i to mnie zmobilizowało. Gdy byłam po tej drugiej stronie agrafki, już prawie na zbiegu w kierunku kładki, zobaczyłam Tatę. A mówiłam sobie, że jak minę się tu z Tatą, to będzie znaczyło, że za szybko biegnie. Kurde, ale on wyglądał lepiej niż ja! Machał, śmiał się! A jak skręciłam z agrafki w kierunku rzeki i kładki, zaczęło lać. Lubię biegać w deszczu. Pogoda ci pomaga, weź tego nie spierdol, mówiłam sobie.

6. i 7. km walczyłam ze sobą i utrzymaniem tempa poniżej 4:40. Machałam do kibiców, wyprzedzałam facetów, słysząc w tle głosy 'brawa dla pani!'. Facetów czasami chwytała ambicja, że baba ich wyprzedza, więc próbowali przyśpieszać. Ich widok i głośne sapanie były nie do wytrzymania, więc odwracałam głowę i robiłam głośniej muzę w uszach. Ależ ona się chwilami przydawała :) 

fot. Paulina Śliwa
Na zbiegu do kładki puściłam nogi luzem, a one popylały z górki, aż miło. Dobrze było potrenować te zbiegi ostatnio :) Gdy leciałam nad rzeką, po kładce, dorwała nas ulewa. Ściana deszczu. W butach miałam basen, rzecz jasna, omijanie kałuż nie miało najmniejszego sensu, bo woda ściekała po prostu ulicą w kierunku Warty. Za kładką czekał nas spory podbieg. I nie wyhamował mnie specjalnie, kurde, no dały mi moc te górki! I tempo trzymałam, wprawdzie lecąc już w trupa, ale byłam pewna, że choćby nie wiem co, już nie zwolnię. Tak blisko byłam! Tak pięknie żarło! Czułam, że wynik będzie dobry, w okolicach życiówki. Biegłam na zmianę śmiejąc się do siebie, z siebie, oraz próbując skupić na utrzymaniu tempa. Jeszcze jeden podbieg, jeszcze jeden zakręt...

Ostatni kilometr to była ciężka walka ze sobą i odliczanie metrów. Biegnij, trzymaj tempo, dasz radę! O nieee, podbieg! Ciśniesz, to już prawie meta! Nie mogę, zaraz będę rzygać! Porzygasz się za metą! Teraz ciśniesz! Pracuj rękoma! Szybciej! Równo oddychaj! Zakręt, nie ścinaj go! Jeszcze jeden! Dworcowa, znasz tę ulicę od lat... Ledwo już widziałam na oczy, a rzyg był blisko. Skręcasz! Ciśniesz! Już masz płasko! Musisz przyśpieszyć! Metaaa! Matko, ja chyba robię życiówkę! Aaaaa! Ręce same się unoszą w geście zwycięstwa, ogarnia mnie szaleńcza radość! 

fot. K.
A potem medal, ryk i umieranie. I pĄpowanie na mokrym od deszczu chodniku. Koszulki Mocy tego dnia nie miałam, ale chociaż pĄpkami nadrobiłam tę stratę. 

fot. K.
Gdy tylko się zebrałam z tego chodnika, medal wzięłam w łapę i pobiegłam na trasę, wypatrywać Taty. Jeszcze K. krzyknął do mnie 'wiesz, że on może być jeszcze daleko'. Trudno, pomyślałam, najwyżej dobrze się rozbiegam :) Ale, ku zaskoczeniu, Tatę wyłowiłam z tłumu bardzo szybko, już w połowie ostatniego kilometra. Biegłam z nim do końca, krzycząc 'brawo dla mojego Tatyyy'! Metę przekroczył z czasem 57:18 netto, a dawaliśmy mu około 1:05! Podwójne zwycięstwo :) A gdy dobiegliśmy z Tatą, K. czekał z miłą informacją od Plus Timing: mój czas to był 46:53, czyli lepiej niż życiówka :)

jeszcze raz to samo, poproszę! ;) fot. Paulina Śliwa
Dycha to najkrótszy dystans, jaki biegam, ale dla mnie najtrudniejszy. Tego dnia odniosłam największe zwycięstwo nad samą sobą i nad własną głową. Pokazałam sobie, że nie jest ze mną tak źle, jak ostatnio sądziłam. A po niepowodzeniu w Poznaniu i w Sierakowie byłam pewna, że w tym roku nie zrobię już żadnej życiówki. A najmniej spodziewałabym się tego, że jeżeli już jakaś padnie, to na dystansie dychy. A poprawiłam wynik z zeszłorocznej Maniackiej o 2. sekundy, (na fb pisałam, że 3s, matma się kłania...). Te 2. sekundy to dla wielu nic. Dla mnie w tym momencie to prawdziwy przełom.

pierwszy puchar do kolekcji :) fot. K.
Mało tego, zajęłam 5. miejsce w kobietach open i 3. w kategorii wiekowej. To dopiero dla mnie była niespodzianka! A puchar odebrałam za 1. miejsce w kategorii, bo nagrody nie dublowały się z open :) Może pod koniec sezonu napiję się dobrego piwa z tego pucharu. Teraz czas się ogarnąć i wrócić na dobre tory trenowania i zdrowego odżywiania, bo jak widać, to wszystko działa. Dalej będę trenować podbiegi, jeszcze poćwiczę chodzenie z kijkami, bo póki co, mam ranę kłutą na prawym udzie i średnio to ogarniam :) Dalej będę robić deski. Katować nogi do kraula, pływać z gumą i robić szybkie setki w łapkach. Wrócę na górkę śmierci i będę robić podjazdy. A potem chwila oddechu i jadę w Karko!

Śnieżka czeka, patrzy z wysoka, zaciera ręce. Już tylko 10 dni, a ja coraz bardziej trzęsę tyłkiem ze strachu :)


zadowoleni i dumni ;) fot. K.

6 komentarzy:

  1. swietna relacja i gratuluje samozaparcia na trasie! Duze uklony rowniez w strone Taty ;) Nie ma to jak zyciowka, a tak nieoczekiwana tym bardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się razem z Tobą.
    A to zamiast komentarza:
    http://rundka.blogspot.com/2015/04/moje-spotkania-z-gorami-sniezka.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak tak czytam Twoją relację to sam mam ochotę na ciężką treningową pracę... Znaczy się tego, jeszcze cięższą ;-) Graty dla taty. I dla Ciebie rzecz jasna :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) w imieniu Taty też :) I owocnej pracy Ci życzę, bo cel masz konkretny :D

      Usuń
  4. Wow :)
    Gratuluję Maria sukcesów :) Tacie także.

    OdpowiedzUsuń