poniedziałek, 8 czerwca 2015

TRIATHLON SIERAKÓW. TO MOŻNA BYŁO PRZEWIDZIEĆ...

Obiecałam sobie przed tym startem, że choćbym w Sierakowie zawaliła wszystko po kolei, ściany płaczu na blogu uprawiać nie będę. Nie będę wylewać tu złości, żalu, obwiniać siebie i wszystkiego wkoło, ciąć sobie żył, jojczeć, marudzić i wyzywać od najgorszych. Nie będę, bo nie chcę żebyście mnie taką znali, zwłaszcza że... wcześniej można było przewidzieć taką kolej rzeczy. Wiedziałam, jak jeżdżę i jak biegam na treningach, i na trzeźwo potrafiłam ocenić, że moje możliwości ostatnio są, delikatnie mówiąc, średnie. Doskonale zdawałam sobie sprawę, jak umęczona byłam po każdej zakładce w tym roku, nie robiłam ich na takim haju, jak w zeszłym. Nie będę oszukiwać, że na treningach każda jazda z średnią prędkością powyżej 26 km/h i każde zejście poniżej tempa 5:20 w biegu to były szczyty moich możliwości. Dalej ciało mówiło stop i nie mogło więcej. Ale żeby było dziwniej, wiedziałam też, że mimo przerwy w pływaniu, na tym etapie dam czadu, bo na treningach na luzaku przepływałam 1000m poniżej 20. minut. Ja jestem po prostu dziwna. A teraz myślę sobie jeszcze, że ten rok nie należy do łatwych i głowy do sportu to ja ewidentnie nie mam... Ale po kolei.


pełna koncentracja przed zawodami

Gdy Emi. napisała wiadomość, że startujemy wszystkie baby w ostatniej fali moja pierwsza myśl to była 'no pięknie, ponad tysiąc facetów nasika, a my potem mamy w tym płynąć'. I zapewne tak było :) Ale po chwili, moją drugą myślą było 'a może tak będzie lepiej, wszak kobiety to delikatne stworzenia, nie będą się w tej wodzie okładać, podtapiać i przepływać po sobie'. No, i tak, wierzcie mi, było...

Przed startem spotkałam się w strefie zmian z Krasusem, od którego odebrałam najpyszniejsze batony świata, Chia Charge. Jednego zdążyłam przed startem pochłonąć, bo śniadania zbyt obfitego nie zjadłam, poza tym jadłam je o 6. rano, a start kobiet zaplanowano na 9:40. W drodze na plażę (miejsce startu) spotkałam Biegającą Matkę, czyli Kaśkę, która, jak na kobietę z żelaza przystało, mimo zimna i wiatru, chodziła w samym tri suicie :) A zmarzlak Mari nie przyzna się, ile warstw miała w tym czasie na sobie...

wietrzna plaża...

Pogoda. Dała znać o sobie rano, w porze startu etapu pływackiego, gdy zerwał się silny wiatr i jezioro wzburzyło się jak morze. Ci, to czekali na swój start chowali się gdzie popadnie, za drzewami, tojtojami, w knajpach. Wiatr był tak zimny i przenikliwy, że piankę wciągałam na siebie ochoczo jak nigdy - chroniła przed wiatrem. Trzęsłam się z zimna i plułam w brodę, dlaczego nie zabrałam rękawków na rower. Przecież umrę z zimna! W końcu musiałam wejść do tej wzburzonej wody. Zanurzyłam się do kolan, wyszłam na brzeg, i poczułam, jak drętwieją mi achillesy. Po każdym wyjściu z wody czułam, jak ostry ból przeszywa moje kostki. Więc na zmianę wchodziłam i wychodziłam z wody, aż achillesy się uspokoiły. W końcu postanowiłam wejść głębiej, a woda o dziwo zaczęła mi się wydawać cieplejsza niż powietrze. Spotkałam znów Kaśkę, zanurzyłam się do końca i poszłam na start, ten babski. Choć nie do końca babski, bo byli z nami jeszcze panowie z kategorii M55 - M70+, ale kobiałek była zdecydowana większość. Muzyka, ciaaary i HUK! Poszły! I poszli też, żeby nie było. 

Początek tradycyjnie z głową na wierzchu, ale długo ten zachowawczy etap nie trwał. Kobiety startują jakoś inaczej (ponoć w ogóle są jakieś inne, te baby...) Spokojniej. Nie rzucają się, nie kopią, nie podtapiają nawzajem, przynajmniej takie było moje wrażenie. Oczywiście kontakty fizyczne były, bo bez tego nie ma openwater, ale to wszystko były delikatne miźnięcia :) Zdarzyło się nawet tak, że niektóre panie odpływały na bok, gdy czuły, że je łapię za stópki i chcę wyprzedzić. Start kobiet to był, moim zdaniem, bardzo trafiony pomysł, z którego inni orgowie mogliby skorzystać. Natomiast samo moje pływanie? Bajka. Nagle fale przestały istnieć. Z perspektywy powierzchni wody już nie wydawały się takie straszne, płynęło się jak zawsze. Woda to woda. Nawigacja nie szwankowała, ani śladu zeszłorocznego błądzenia. Nie uważam się za jakiegoś tri wyjadacza, ale wprawy w pływaniu w jeziorze nabrałam całkiem niezłej, a ten sierakowski akwen zdążyłam dobrze poznać od czasu zeszłorocznego tri. Mądrą decyzją z mojej strony było też założenie szkieł kontaktowych, dzięki którym w końcu, nie śmiać się, widziałam, kształty w oddali nabrały ostrości, wystarczył mi rzut kątem oka, żeby sprawdzić gdzie jest boja ;) Ostateczny czas jaki uzyskałam na pływaniu to 17:40 i... złośliwi powiedzieliby, że w tym miejscu powinnam ten triathlon zakończyć...

Znajomy podbieg do strefy zmian, paskudna górka, cholerne wybrzuszenie, z zadyszką dotarłam do swojego stanowiska i zaczęłam walczyć z pianką i przeciągnięciem nogawek przez moje wcale nie takie wielkie stopy (37). Btw, ktoś ma na to sposób? :) Zawsze z tym walczę, choć posmarowałam kostki, znów na siedząco walczyłam z ostatecznym uwolnieniem stóp od pianki. W końcu jak się udało, chwyciłam Grześka za grzywę, czyli lemondkę, i ruszyłam w trasę. Po czasie 06:32.

I tu się zaczęło, a tak naprawdę to skończyło. Pierwszy, drugi, trzeci podjazd, wiatr boczny, czyli ten najgorszy. Już byłam poskładana. Brak jeżdżenia po pofałdowanych trasach zemścił się na mnie okrutnie, nie nadążałam ze zmianą przełożeń, nie trzymałam wysokiej kadencji, jechałam wolno, a nogi obrywały niemiłosiernie. Inne zawodniczki 'brały mnie jak chciały', zostawiając daleko w tyle. W pewnym momencie wyprzedził mnie Krasus, jadący już drugie okrążenie, krzycząc do mnie, och, jakże on pruł!!! Stałam w miejscu w porównaniu z nim :) A każdy dodatkowy podjazd zżerał moje ostatnie resztki sił i motywacji. Po 44. km takiej walki, moje uda kipiały kwasem mlekowym, a ja już wiedziałam, że nie dość, że nie poprawię wyniku z zeszłego roku, to jeszcze będę miała problem ze zmieszczeniem się w 3. godzinach. Przy zjeździe do T2 dogoniła mnie Emi, która mówi, że rower tragicznie. Widziałam po niej, że jest mocno wkurzona, a poszło jej sporo lepiej, niż mi. Nie miałam sił mówić, że ledwo zeszłam poniżej 1:40 (01:37:37).


zła ja, a w żółtej koszulce Emi, fot. K.

A wracając do T2, to gdzieś między zdejmowaniem kasku a zmienianiem buta usłyszałam jedną dziewczynę, mówiącą, że kończy już ten triathlon, bo jej noga odmówiła współpracy. Mnie szczerze mówiąc, przez całą drugą pętlę na bajku napierdzielał jakiś mięsień lub przyczep przy lewym kolanie. Ech, gdyby mnie bolało mocniej, chociaż znalazłabym powód aby... A sio złe myśli! Po małej walce z garminem (z tego wszystkiego pomyliły mi się przyciski) po czasie 03:11, wybiegłam na trasę.

Oj, boli mnie wszystko, oj, niedobrze mi, oj! Z planowanego tempa 5:20 zrobiło się 5:40. Nogi jak z waty, płuca ledwo nadążały z dostarczaniem tlenu. Choć tempo było jak na moje możliwości wolne, raczej wyprzedzałam niż byłam wyprzedzana, w tym kilka lasek, które mnie wyprzedziły na rowerze, to pobiegłam jednym słowem źle. Teraz z perspektywy czasu wiem, że po rowerze byłam tak ujechana, że w biegu nie miałam szans na więcej. Zaskoczeniem była zamiana słynnej serpentyny na końcu pętli, na podbieg, którym wychodziliśmy z wody. Matko, lepiej oddajcie serpentynę, myślałam, wdrapując się na tę górkę. I zobaczyłam K. przy trasie, kamień z serca, bo jednak nie ma mnie dość, triathlonu chyba też (?). A górka dawała popalić. Sporo osób tam szło. Serpentyna może i miała ostre zakręty, ale nachylenie było mniejsze... 

cierpienie na górce, a Miami w tle ;)

Drugą pętlę pokonywałam już pogodzona z tym, że 3 godzin nie złamię, po prostu chciałam dobiec jakkolwiek. Pod koniec zauważyłam Michała wypatrującego Marty, który podobnie jak w zeszłym roku w Sierakowie, wypadł lepiej ode mnie. (w Przechlewie się odegram! :) )

pani w żółtym i ja, fot. K.

Gdy dobiegałam do stadionu, próbowałam wyprzedzić panią w żółtym topie. Pani się nie dała i do końca toczyłyśmy walkę. W końcu o ułamek sekundy panią wyprzedziłam. Za metą gratulowałyśmy sobie i dałyśmy huga. I to był jeden z fajniejszych momentów tego triathlonu. Bieg zajął mi 57:44. Całość 03:02:44. Tak, wiem... Wynik niewspółmierny ani trochę do pracy, którą wykonałam na treningach. Wiem to bardzo dobrze. Ale nie chcę drzeć szat ani uprawiać ściany płaczu, pisałam już. Nie chcę, bo chcę cieszyć się triathlonem mimo wszystko. To trudna dyscyplina, która obnaży każdą słabość i tym razem dokładnie tak się stało. Tegoroczny Triathlon Sieraków pokazał mi dokładnie, w czym jestem dobra, a w czym beznadziejna. Wystawiłam swoją psychikę na próbę tym startem.


nie dla mnie było to piwo... 

Co z tą Tri Mari? Bierze się za rower. I za bieganie, bo czeka mnie przecież Karpacz i 3x Śnieżka (ja oczywiście 2x, choć regulamin jeszcze sprawdzę, czy w razie czego po jednej pętli będę mogła skończyć...). Pod znakiem podbiegów, podjazdów i długich wybiegań minie mi cały czerwiec. Może zrobię WB2 po asfalcie startując we Wronkach w biegu na 10 km - Tata mnie i siebie zgłosił. Pływania nie odpuszczam, ale gdy będę musiała wybierać rower kontra basen, wybiorę to pierwsze. Pogodzona jestem z tym, że 2015 rok nie musi być rokiem życiówek. Byłam w bardzo dobrej formie rok temu, kiedyś musiała nastąpić stagnacja. A poza tym, nie samym sportem człowiek żyje, a czasami to pozasportowe życie ma więcej do powiedzenia w sprawie naszej dyspozycji, niż byśmy chcieli.

3 komentarze:

  1. Dla mnie ten wynik jest rewelacyjny. Kiedy wracam pamięcią do prehistorii (kiedy byłem w Twoim wieku), z zażenowaniem stwierdzam, że nie dorastałem do Twoich pięt. Tak więc uszy do góry, bo za niedługo czas ruszać w góry!
    A z tym sikaniem to chyba lekko przesadziłaś! Tysiąc facetów razy 0,100 litra z jednego ptaszka daje raptem jeden hektolitr, co w porównaniu z tysiącami hektolitrów wody sierakowskiego jeziora, to kropla w morzu.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hah, no to sikanie i potem pływanie w tym jest dosć działające na wyobrażnię ;-) Niezłą walkę stoczyłaś, bo warunki były naprawdę trudne z tego co piszesz przez ten wiatr, ale to chyba początek sezonu triathlonowego, więc mając już pewne wnioski na pewno się poprawisz. To tak jak ja pojechałam ze Smashingami w Bieszczady i byłam lapetą na zbiegach, a potem 3 tygodnie pracy nad zbieganiem i siłą czwórek i postęp się pojawił. Grunt to poznać swoje słabe strony i nad nimi popracować - powodzenia i trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wielkie gratulacje !!! Podziwiam !! :) Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń