poniedziałek, 24 sierpnia 2015

II CROSS SIERAKOWSKI - TRENING W PIEKIEŁKU.

Pomyślała sobie Mari, że przydałoby jej się przed Maratonem Puszczy Noteckiej pobiegać mocniejsze krosy aktywne po lesie. Pomyślała, zobaczyła, że jest coś takiego jak Cross Sierakowski, że zapisy się jeszcze nie skończyły, więc się zapisała. Całe szczęście, uczyniła to w pełnej nieświadomości, że temperatura powietrza w dniu startu będzie wynosiła ponad 30 stopni (dokładnie 33-35).

Gdy na ponad tydzień przed startem zapanowały upały z gatunku tych afrykańskich, dopadły mnie coraz większe wątpliwości, czy w ogóle jest sens do Sierakowa jechać i się katować. W tych piekielnych temperaturach wszystkie treningi przychodziły mi bardzo ciężko, sporo kosztowały mnie fizycznie. Po każdej zakładce byłam jak wymięta, w biegu nie mogłam się rozkręcić, rower - wiadomo... Jeszcze na dzień przed startem do późnego wieczora byłam niezdecydowana. W końcu jakoś się zebrałam, powiedziałam sobie, że dość tego rozczulania się nad sobą, przyda ci się ten trening, sama się nie zmusisz, no mój Boże, no jest gorąco, najwyżej pobiegniesz ciut wolniej. Nie chodzi o tempo, chodzi o wysiłek, jedź tam, zmęcz się, zapracuj sobie na te lody, popcorn, może nawet piwo. Tym sposobem się przekonałam i w sobotni poranek wybrałam się do Sierakowa. Odebrałam pakiet i pierwsze zdziwienie tego dnia to informacja, że numery startowe są... zwrotne ;) W pierwszej chwili myślałam, że to żart, serio. Potem patrzę, hmm, laminowane, przygotowane do wielokrotnego użytku, nie żartują z tym. No dobra, niech będzie, oddam ;)


Ostatecznie przypięłam sobie ten zwrotny numer do topu, bo postanowiłam pobiec bez koszulki. Było już około 33 stopni, więc nie wyobrażałam sobie pobiec oblepiona koszulką. Pozbywałam się z siebie, czego tylko się dało ;)

Startowaliśmy z Polany (po drugiej stronie Jeziora Jaroszewskiego, nad którym odbywał się triathlon), następnie wbiegaliśmy w las i krążyliśmy sobie tak w tym lesie miziając się o brzeg położonego kawałek dalej Jeziora Lutomskiego. Trasa była dość urozmaicona, ścieżki nie były idealnie równe i wydeptane, trzeba było uważać na korzenie, które (ukłon w stronę orgów!) były dokładnie oznaczone jaskrawymi spray'ami. Trzeba było mieć ogromne mroczki przed oczami żeby ich nie zauważyć. Za to jedno, czego było stosunkowo mało, w porównaniu do innych tras leśnych, po których dotychczas biegałam, to piach. Nie żeby nie trzeba było mielić kopytami, ale to były jedynie fragmenty, a nawet jak człek pomyślał w porę, to zbiegł mocno na bok i po ściółce sobie przemknął. Górki, owszem, były też. Niektóre dawały w kość. Chociaż spodziewałam się, że będzie pod tym względem ciężej. W moim odczuciu największą trudność tego dnia sprawiała temperatura.


Trasa miała mieć 15 km - 2 pętle po 7,5 km. Ostatecznie mój garmin policzył 14,6 km. A jak się biegło? Różnie :) Pierwsza pętla z początku była dość ciężka, męczyłam się niemiłosiernie, musiałam się zmuszać do utrzymywania sensownego tempa, jednocześnie hamując złość, że i tak nie jest ono takie, jakie wyciągałam w swoim lesie. Zwaliłam to oczywiście na warunki. Gdzieś w połowie pierwszej pętli wdrożyłam się jako tako w ten bieg, a dokładnie to coś się przełączyło w mojej głowie i umilkły wszelkie diabelskie podszepty typu 'zwolnij', 'olej ten bieg', 'po kiego grzyba będziesz się męczyć w ten upał'. Tak dotrwałam prawie do końca drugiej pętli. Tam dopadł mnie kryzys i do końca toczyłam walkę ze sobą o dotrwanie do końca. Na całej trasie doskwierał upał, duchota, wylałam na siebie i wypiłam ogromne ilości wody, łapczywie porywałam gąbki i butelki. Wolontariusze, czyli dzieciaki odwaliły kawał dobrej roboty. Naprawdę. Jak zobaczyłam w pewnym momencie małego chłopczyka w koszulce sięgającej do kolan to aż miałam ochotę go wyściskać.

Na metę wbiegłam z czasem 01:21:52. Średnie tempo biegu to około 5:30, nieco szybciej biegałam swoje crossy po lesie, ale nie narzekam. W końcu upał :) Zawody dały mi w kość, bo zmęczona byłam nieziemsko. Były szybkie lody na plaży, było jedno zanurzenie w wodzie i szybko zmyłam się do domu, bo słońca miałam dość do porzygu. A zmęczenie trzymało mnie jeszcze długo.

Ostatecznie stwierdzam, że warto było pojechać do Sierakowa, dać sobie ten wycisk, może zaprocentuje we wrześniu na Maratonie Puszczy Noteckiej. Tymczasem mam plan w najbliższy weekend znów pojechać do Sierakowa i przebiec trasę maratonu, oczywiście jedną pętlę. I oczywiście dam znać o swoich wrażeniach, policzę podbiegi, zmierzę przewyższenia i miąższość piachu ;)

4 komentarze:

  1. No gratki, im więcej trudu na treningu tym łatwiej na zawodach, więc chyba warto było :) A daj koniecznie znać jak trasa MPN - tak sobie obejrzałam po raz pierwszy na poważnie profil i dotarło do mnie że to będą chyba bardzo trudne zawody bo górki non-stop ale na tyle małe że się nie przechodzi chyba na nich do marszu jak na duuużych górach bieszczadzkich, więc górka, zbieg, górka, zbieg i tak do usranej czyli do 42-ego. Czy się może mylę? (powiedz że tak :) Jest tam w ogóle gdziekolwiek płasko na tej pętli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że się mylisz ;) Ale dokładnie to samo sobie na temat tych górek myślałam, że czeka nas 42 km orki góra - dół, bez marszu jak w górach, i nastawiam się, że to będą trudne zawody... Sprawdzę trasę i powiem, jak było ;) Tak czy inaczej, jako pĄdrużyna na pewno damy czadu!

      Usuń
  2. Świetny wpis. Gratuluję determinacji. Bieg w taką pogodę to prawdziwe wyzwanie. Powodzenia na Maratonie Puszczy Noteckiej! Czekam na relację z biegu. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i nie-dziękuję ;) Pozdrawiam!

      Usuń