czwartek, 10 września 2015

1/2 IM TRIATHLON PRZECHLEWO. NIEOGAREM BYĆ...

Naczelna pĄgapa to ja. Od tego powinnam zacząć, bo zawody w Przechlewie to był szczyt nieogarnięcia w moim wykonaniu. Lista rzeczy i czynności, których zapomniałam jest imponująca, choć chwilami naprawdę do śmiechu mi nie było. W trakcie jazdy do Przechlewa, przed Człuchowem, czyli zdecydowanie za późno było, żeby się wracać, 

pągapa#1


zdała sobie sprawę, że zapomniała pąkoszulki! Ależ byłam na siebie zła! Takie zawody, taka ekipa, a ja obie Koszulki Mocy zostawiłam w domu. Dlaczego ja sobie jej w widocznym miejscu nie uszykowałam? Grrr… 

Zawody w Przechlewie były przede wszystkim testem mojej wytrzymałości psychicznej, ale przede też okazją do bliższego poznania fantastycznych ludzi, do stanięcia na starcie z takimi ajronami jak Krasus, Błażej, Jędrek, Kris. Do walki przy dźwięku dzwoneczka Bo, przy fantastycznym dopingu całej ekipy Smashing Pąpkins... Jeden weekend, 6 godzin walki i tyle niezapomnianych emocji! 


A ja byłam średnio przygotowana na tę walkę, to też wielkich nadziei na dobry wynik sobie nie robiłam. Mało tego, wiedziałam co nieco na temat przechlewskiej trasy, że trudna, że pagórkowata. Potem doszły prognozy pogody, mówiące o zimnie i silnym wietrze. Wiedziałam, że życiówki nie zrobię, choć w głowie tliła się nadzieja, że może chociaż poniżej 6 godzin jakimś cudem zejdę, zwłaszcza że ostatnie treningi zakładkowe wychodziły mi zadziwiająco dobrze.


gotowi na szaleństwo!

pągapa#2


Udaliśmy się na start, a tam nagle sobie przypomniałam, że nie mam telefonu. No żesz kurde. Nie żeby on był jakiś bardzo ważny na trasie zawodów, ale już oczami wyobraźni widziałam, jak mama będzie próbowała się do mnie do dzwonić, telefon będzie samotnie brzęczał zostawiony koło łóżka, a mama będzie umierać ze stresu, bo się nie odzywam. Mało tego, nie wrzucę już żadnej fotki na facebooka ani na insta. Dlatego ten mój profil był taki dziwnie cichy przez czas tych zawodów... 

SWIM 

Nuda, nuda, nuda. Jedno, co umiem i czego jeszcze na tri nie spartoliłam, to pływanie. Popłynęłam w 36:08, co jest wynikiem o kilka sekund gorszym niż rok temu w Poznaniu. Ale płynęło mi się fantastycznie. Dlatego, że jezioro ładne, że woda czysta, że w wodzie cieplej niż w powietrzu, że nie było pralki i że nie dałam ponieść się prądowi rzeki Brdy. W zasadzie płynęło mi się dobrze do pewnego momentu. Do momentu, w którym objawiła się: 

pągapa#3

Zapomniałam zrobić siku do pianki! Wiem, że może co niektórzy w tej chwili się zgorszyli, no ale taki jest triathlon. 90% triathlonistów robi siku do pianki, a przed taki dystansem jak 1/2IM to już jest w ogóle absolutny must piss. No i ja oczywiście o tym zapomniałam. Przypomniało mi się w momencie, gdy od wyjścia z wody dzieliło mnie jakieś 200m. Z wrażenia nieomal wpłynęłam w trzciny, jednak w trakcie płynięcia wykonanie tej czynności należy do niemożliwych. Tak więc wkurzając się na siebie, mając nadzieję, że siku przerobi mi się na izo, wchłonie się i nawodni mnie od wewnątrz, wyszłam z wody, mijając po drodze dzwoniącą dzwoneczkami Bo, następnie K., który krzyknął, że ‘jest 36 minut, dajeeesz!’, następnie koło Wybieganego, który chyba mnie nie rozpoznał. Bo przecież my, triathloniści, tacy rozpoznawalni jesteśmy w czepkach i piankach ;)

T1

Powinnam mieć już wprawę w podbieganiu do T1 pod górę, bo gdziekolwiek w tym roku startowałam w tri, był mega podbieg do strefy zmian po wyjściu z wody. Tutaj też. No więc pierwsze lekkie umieranie tego dnia zaliczone, chociaż do sierakowskiej górki sporo brakowało. W T1 pozbywszy się pianki (no złaź z tych nóg) (kurwa, kamyczki mi się do stopy przyczepiły) założywszy buty, oksy, kask, garmina, wziąwszy rower wyruszyłam w trasę. Czyżby czegoś brakowało? :)

BAJK SRAJK

Pierwszy raz przed triathlonem musiałam się zastanawiać, co ubrać na etap rowerowy. Było tego dnia po prostu zimno. Miałam pod pianką rękawki, a w strefie zmian zostawiłam sobie jeszcze bluzę z długim rękawem, gdybym bardzo zmarznięta wyszła z wody. Jednak na tyle zimno mi nie było, żeby tę bluzę ubierać. Za to nastawiona psychicznie, że będzie ciężko. Wiatr niszczył mnie psychicznie na treningach, tu nie będzie inaczej, wiedziałam to dobrze. W dodatku górki, których na trasie miało być sporo, na podjazdach też mocna nie jestem. Jednak o dodatkowy dreszczyk emocji zadbałam sama. Jadę sobie jadę, zaczęło się oglądanie tyłków mijających mnie zawodników, no bo taki los tych co wcześnie wychodzą z wody, a wolno jadą na rowerze: są sromotnie wyprzedzani przez wszystkich i co chwilę oglądają zady. No to czytam sobie te imiona, które mi przemykają pod nosem, ach, czemu ja nie umiem tak kręcić, wtem czuję dziwną nagość na plecach. Numer startowy! Kurwaaa! Został w koszyku, w strefie zmian, przykryty bluzą, której ostatecznie nie ubrałam…

pągapa#4

Gdy zdałam sobie sprawę, że tego numeru nie mam, zrobiło mi się słabo. Zwłaszcza, że chwilę później wyprzedzająca mnie zawodniczka krzyknęła do mnie ‘numeru nie widać!’. Nie mam go, to nie widać. Nie wiedziałam, co grozi za jego brak, słyszałam tylko na odprawie, że jest obowiązkowy na całej trasie kolarskiej i biegowej. Wiedziałam, że regulamin łamię i to tak trochę po bandzie. Teraz po czasie już wiem, że za brak numeru dostałabym 6 minut kary, ale wtedy byłam niemalże pewna, że grozi to dyskwalifikacją zawodnika. Jechałam więc pierwszą pętlę, a w zasadzie jej pierwszą część pod wiatr, z natłokiem myśli pod czachą typu: ‘zaraz mnie jakiś sędzia zgarnie’, ‘tyle godzin na treningach na nic’ ‘chcę te zawody ukończyć, obojętnie z jakim czasem, tylko niech mi nie każą schodzić z trasy’. Koniec pierwszej agrafki i pierwszy nawrót, koło beczek stało chyba trzech sędziów, nasłuchiwałam, czy krzyczą za mną, że mam się zatrzymać. Nic nie słyszałam, to jechałam dalej. Uff, teraz z wiatrem. Na każdej kolejnej nawrotce miałam te same myśli, czy tym razem mnie przyuważą i zwiną z trasy, czy nie. Dodatkowo masakrował mnie wiatr, kompletnie nie miałam siły, aby z nim walczyć. Górki nie ułatwiały sprawy, choć zjazdy były całkiem fajne ;) Podczas drugiej pętli zaczęło padać. Zmarzłam strasznie, czułam jak cała drętwiałam, jak dłonie mi skostniały i ledwo mogłam zmieniać przerzutki. W dodatku poczułam, jak nie zrobione do pianki siku wcale nie przerobiło się na izo. Kurde, muszę coś z tym zrobić, bo na biegu oszaleję. Cisnęło niestety coraz mocniej. Postanowiłam po trzecim nawrocie zatrzymać się w tojku na trasie. Pod warunkiem że i tym razem się uda zaświecić sędziom gołym tyłkiem przed oczami bez zwrócenia uwagi na brak magicznej kartki na plecach. No i znów się udało. No to jazda w kierunku tojtoja. Chciałam to naprawdę szybko załatwić, ale skostniałe ręce nie dawały rady, poza tym nazbierało się tego więcej niż sądziłam, więc dobrych kilku minut straciłam. Ale chyba też dzięki temu zyskałam, bo przez tą dłuższą chwilę w budce się ogrzałam, oddrętwiały mi ręce, mogłam zmieniać przerzutki no i lepiej mi się potem jechało, gdy już nic mnie nie przyciskało. Zaraz jak wsiadłam na rower i ruszyłam, usłyszałam znajome trąbienie Pimpusia i wyprzedził mnie Krasus jadący ostatnie okrążenie. To sobie potrąbiliśmy, bo ja też miałam zamocowanego Alberto na kierownicy. Gdy jechałam ostatnie okrążenie, było cholernie pusto na trasie i chwilami miałam wrażenie, że jestem jedyna na trasie, że jadę ostatnia. Jak się potem okazało, nie mi przypadł ten zaszczyt, choć niewiele brakowało ;) W dodatku nie przewidziałam, że tyle czasu spędzę na trasie i jedzenia miałam ciut za mało. Zmuszona byłam wypróbować żele, które rozdawali na trasie, na szczęście mój żołądek się nie zbuntował i przyjął. Musiał przyjąć, inaczej bym umarła z głodu… Gdy już zmierzałam w stronę T2 minęłam jadącego jeszcze w odwrotnym kierunku Jędrka. Wiedziałam, że Kras, Błażej i Kris już biegną. Wiedziałam, że wbiegając do strefy zmian będę musiała znów zaświecić gołym tyłkiem przed sędziami. Kurde, no jak mnie teraz złapią, po tej 90 -kilometrowej, trzy i pół godzinnej masakrze w wietrze, deszczu, zimnie i głodzie to się pochlastam. Zsiadłam, cała zdrtętwiała, ledwo mogłam człapać z nogi na nogę, nie było zatem opcji żeby tak szybko przemknąć, żeby nie zauważyli. Ale, kurde, nie zauważyli. Podobnie jak nie zauważyli, gdy wychodziłam z T1. 

T2

Tym razem pamiętałam żeby ubrać numer startowy. Ale żeby tradycja została podtrzymana, musiała się objawić…

pągapa#5

Gapa na maksa, bo okazało się że nie wiem, gdzie wybiec na trasę biegową. Zapytałam dziewczyny obok, ona też nie wiedziała. No więc nie miałam wyboru, musiałam podbiec do sędziów, tym razem ładnie z numerkiem na przedzie, i zapytać, panie! Jak biec! Odpowiedź na szczęście uzyskałam szybko, niebieska brama po przeciwległej stronie, więc szybko dupa w troki i pobiegłam.

RUN

Trasa z początku pod górkę, potem płaska, po tym mocny zbieg, a za nim ostry podbieg. Wielu szło, mi też raz się zdarzyło. Zaczęłam biec w planowanym tempie 5:20, jednak nie udało mi się go utrzymać. Gdzieś koło 5 - tego kilometra dopadł mnie kryzys, który trzymał praktycznie do 15 - go. Potem już chyba świadomość, że zmierzam w stronę mety mnie otrzeźwiła. Górki dały w kość, ale jeszcze bardziej wiatr po nawrotce. Tak naprawdę spędziwszy trzy i pół godziny kręcąc nie byłam w stanie wiele nabiegać. Byłam prawdziwym zdechlakiem walczącym o życie. I znów dopadł mnie głód i musiałam się poratować żelem z punktu. Przypłaciłam to tym razem małą kolką, z którą sobie poradziłam bez przechodzenia do marszu.


Gdy dobiegałam do mety, byłam pewna, że nikt na mnie nie czeka, że już na bank się wszyscy rozeszli. Nie robiłam pĄpek na mecie… Byłam dobita przez trasę, przez wiatr, przez dystans. Daleko mi było do zeszłorocznej euforii w Poznaniu. I do wyniku też…


Tri Przechlewo w liczbach:

SWIM 00:36:09
T1 00:05:37
BAJK 03:34:05
T2 00:02:31
RUN 01:58:53


Ostateczny wynik: 06:17:17 

pągapa#6

Nie przypuszczałabym, że z takim wynikiem zajmę jakiekolwiek miejsce na podium. A jednak ;) Przez to, że sporo miejsc było nagradzanych w OPEN, że mało było kobiałek i nagrody nie dublowały się, wskoczyłam na III miejsce w kategorii K30-39. Oczywiście nie spodziewając się tego, zaraz po zawodach pojechaliśmy z K. ogarnąć się do pokoju. Całe szczęście na miejscu była Bo, która pobiegła za mnie odebrać statuetkę i nagrodę. A nagroda dla mnie jak znalazł - oksy do pływania ;) Potem, gdy znów wszyscy zjechaliśmy się na miejsce zawodów, Krasus i Bo wręczyli mi statuetkę :) 


nagroda dla Gapy Adamskiej ;)


Gdybym miała ująć te zawody w jednym zdaniu, to określiłabym je ‘sześciogodzinna walka z głową’. Poza pływaniem każdy etap był dla mnie walką z nerwami, zimnem, bólem, który też gdzieś tam po drodze się pojawił.

Trudnym i wyczerpującym akcentem zakończyłam sezon triathlonowy 2015, o wiele mniej udany niż zeszłoroczny, kiedy debiutowałam w tri. Pewne przemyślenia mam, co dalej… Podzielę się nimi zapewne przy okazji, gdy będę pisała o swoich planach na rok 2016. A teraz tylko pozostaje mi leczyć prawe biodro i poślad, bo za tydzień z hakiem czeka mnie kolejny łomot - start - Maraton Puszczy Noteckiej, choć to nie jest już do końca takie pewne :( 

najlepsza ekipa EVER! fot. Franek B.