niedziela, 4 października 2015

CO W TYŁKU BOLI...

Dopadła mnie bezsilność i zrezygnowanie. Koniec takiego se w moim wykonaniu sezonu. Kiepski koniec, bo z kontuzją, i to taką raczej bez sensu, która nie ma swojej przyczyny w bieganiu, za to niestety skutecznie mi je uprzykrzyła. Pokrzyżowała plany i odebrała nadzieje na ciut lepszą końcówkę sezonu, bo o poprawieniu życiówek na dyszkę i połówce już dawno przestałam myśleć, a już jestem niemal pewna, że tej połówki, dla mnie wyjątkowej, w tym roku po prostu nie pobiegnę. 

przedwczesny...
Zaczęło się tak na poważnie po Tri w Przechlewie (bo wcześniej już były 'przebłyski'). W trakcie biegu zaczęłam odczuwać ból w pachwinie biodrowej, ból ten narastał wraz z kilometrażem, a w okolicach 6. - 7. km stawał się mało przyjemny do zniesienia. Poza samym bieganiem bólu nie czułam, chyba że zaraz po tym bieganiu z bólem, jak solidnie udało mi się rozdrażnić owo newralgiczne miejsce. Wtedy wystarczył lodowy okład i przechodziło. Za to zupełnie niezależnie od biegania pojawiały się bóle w prawym pośladku, głównie pod i nad, w okolicy lędźwiowej. Czułam, że coś niedobrego się święci, że samo się nie wyleczy, że nie mam wyjścia i muszę zacząć działać. 

Nie było na miejscu mojego fizjo brata (który się szkoli w trochę odrębnej dziedzinie fizjo), więc szukałam pomocy z zewnątrz. Trafiłam do fizjo nr 1. Jego diagnoza brzmiała "przywodziciel", prawdopodobnie przeciążony, stan zapalny w okolicach przyczepów, czy coś w tym stylu, wybaczcie, nie powtórzę ;) Dlaczego boli mnie przy okazji pośladek i okolica lędźwi, było dla niego zagadką. Niemniej dałam sobie tego przywodziciela rozmasować techniką chyba FDM, miałam go potem chłodzić i rozciągać, co też czyniłam. Po kilku dniach miałam zrobić kontrolny trucht celem sprawdzenia, czy boli nadal. Jeżeli ból się pojawi - odpuścić Maraton Puszczy Noteckiej, który akurat wówczas się święcił, na który się całe lato mniej lub bardziej przygotowywałam. 


No to odczekałam grzecznie tych kilka dni, poszłam truchtać i TRACH, po drugim kilometrze poczułam znajomy ból w pachwinie, który zaczął się z każdym kolejnym kilometrem nasilać. Zrezygnowana dokończyłam pętelkę po osiedlu i wróciłam do domu, wściekła i coraz bardziej pewna, że o MNP muszę zapomnieć. 

Fizjo nr 1 na wieść, że boli nadal, powiedział, że mam na pewien czas odpuścić bieganie i chłodzić. Odpuściłam zatem i chłodziłam, prawie do odmrożenia. W końcu po kilku dniach dopadł mnie kosmiczny głód jakiegokolwiek ruchu na świeżym powietrzu, postanowiłam zatem sprawdzić jak biodro, już nie w biegu, tylko chwyciłam za kije i pojechałam do lasu, pierwszy raz w życiu spróbować, jak to jest uprawiać nordic walking. Przygotowałam sobie nawet specjalnie w tym celu, spokojny zestaw muzyczny, aby mnie nie poniosło i czasem nie podkusiło, aby biec. No i nie kusiło, nie zdążyło nawet skusić, bo po 3 km zaczęło odzywać się biodro, a po 4km już nie miałam wątpliwości, czy to boli, czy to się tylko wydaje.
Zrezygnowana już zupełnie wróciłam do domu, wkurzona podwójnie, bo że boli i że brak jakiejkolwiek poprawy. Był ryk, żegnanie się z bieganiem na bliżej nieokreślony czas, plany, które po cichu i chyba zbyt odważnie zaczęłam budować sobie w głowie na przyszły rok, stanęły pod znakiem zapytania, no bo skoro nękają mnie pierdołowate kontuzje i nie mogę z nich wyjść, to jak to sobie w ogóle wyobrażam, przebiec dwa maratony, w tym jeden górski, a potem ultra? 

Jak już z pomocą Mamy i K. wygrzebałam się doła czarnych myśli, zapadła decyzja - udać się do innego specjalisty, co też kolejnego dnia uczyniłam. I oczywiście fizjo nr 2 postawił zupełnie inną diagnozę. Jego zdaniem, przywodziciel był jedynie pokłosiem innego problemu - z kręgosłupem. Nie jestem w stanie tego dokładnie powtórzyć, w każdym razie wysunięty dysk powodował ucisk na nerw, to powodowało ból, nieprawidłową pracę mięśni, a w końcu stan zapalny. Ta diagnoza zdecydowanie bardziej do mnie przemówiła, więc zamiast ugniataniu przywodziciela poddałam się ugniataniu kręgosłupa. Nie powiem, coś musiało w tym moim kręgosłupie siedzieć, bo z pierwszej wizyty u fizjo nr 2, gdzie praca odbywała się głównie na kręgosłupie, wyszłam mega rozluźniona i ustały bóle w okolicach lędźwi. Niestety nie chciał odpuścić ten ból w pachwinie. Co wychodziłam biegać "w ramach testu", ból pojawiał się w okolicach 2. km, co wymuszało 'nawrót' do chaty.

We wrześniu pobiłam rekord - najmniej przebiegniętych kilometrów w ciągu miesiąca. Raptem 49,6km, z czego 21,1 km w Przechlewie... Jedyne co ostatnio robiłam, to delikatnie kręcenie na bajku i pływanie z ósemką. Nie mogę też robić wszystkich ćwiczeń, np. desek z podnoszeniem nóg, krzesełek, bo niestety angażują te bolące mięśnie. A teraz w ogóle dostałam chwilowego bana na cokolwiek. Fizjo powiedział mi ostatnio tak: Maria, czy ty jesteś w stanie nic nie robić w weekend? Wiem, że to może być dla ciebie niewykonalne, ale dobrze by było, gdyby ta noga odpoczęła. Zajmiemy się nią w poniedziałek". Ech... 

Pracuję cały czas z fizjo nr 2, kompleksowo, bo jedziemy z góry na dół - plecy, tyłek a na końcu przywodziciel. Rozluźniamy, rozciągamy, mobilizujemy. Czuję poprawę i tylko dlatego, nie protestując, biorę głęboki wdech - wydech, liczę do dziesięciu, po czym obiecuję, że tak, nie będę nic robić, choć jest to dla mnie niewykonalne. I że naprawdę nie będzie mi łatwo nic nie robić, bo ja już dawno pierdolę wyniki, ja po prostu nie potrafię żyć bez sportu. Dzień bez jakiejkolwiek aktywności to dla mnie dzień stracony. Ale w imię moich przyszłorocznych marzeń poświęcę się, odpocznę, odpuszczę Szamotuły, przyjdę kibicować i jakieś dwie godziny denerwować się o Tatę. 

Po czym nie bacząc na to, czy boli, czy nie, zarejestruję się na przyszłoroczne zawody - już jakie wiem. Choćby mi się miało wszystko w życiu zaraz rypnąć, ostatnia rzecz, jaką zrobię, to rezygnacja z własnych marzeń... 




9 komentarzy:

  1. Marysiu, nie poddawaj się. Akurat łożyło się z końcem tri sezonu, więc po prostu odpocznij. Fizjo2 wygląda na ogarniętego skoro już jest Ci trochę lepiej, więc tak trzymaj. Odpoczywaj, czytaj książki, układaj puzzle albo testuj kuchnię wegańską. Będzie dobrze, bo jak ma być?!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Krasus. Odpoczywam na zapas na rok do przodu, czytam, gotuję, zaprawiam ;) A skąd wiesz, że będę testowała kuchnię wegańską? :D

      Usuń
    2. Bo Krasus wie wszystko! :D

      Usuń
  2. Hello Mari, łączę się w bólu ... ja też od dwóch miesięcy kontuzja.., też musiałam odpuścić MPN, na który strasznie się napalałam... a potem kolejne "ulubione" biegi... niby lepiej a nie do końca
    oczywiście roznosi mnie i od niebiegania robię się coraz okropniejsza i ... ogólnie obolała.... brr, odpoczywanie mi nie służy.
    a tak przypadkiem to ...od stycznia testuję swoje możliwości wegańskie ;)
    Tak więc pozdrawiam z Krakowa i trzymam kciuki.
    Joasia
    Jakieś może pĄłamane skrzydło żeńskie trzeba utworzyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pewnie kwestia tego, że etap odpoczywania się mocno wydłużył, w końcu ile można czekać na poprawę. Nie jest łatwo o cierpliwość, dlatego ja mimo wszystko buduję plany na przyszły rok, żeby głowa wiedziała, że się tym bieganiem nacieszy do porzygu.
      Co do kuchni wegańskiej, to testuję w ramach recenzji książki o diecie roślinnej dla biegaczy, na co dzień jestem wegetarianka, jednak rośliny to u mnie nr podstawa kuchni :)
      A z tym pĄłamanym skrzydłem to całkiem niezły pomysł - Ty, Ava, Bo, ja... Sporo nas by się uzbierało :D

      Usuń
  3. Mari, trzymaj się dzielnie. Innego wyjścia nie masz. Trza spiąć poślady i wytrzymać. Niczego nie przyspieszać, bo będzie gorzej. Planuj przyszły rok i bądź cierpliwa, ja na sezon 2016 czekam od listopada ubiegłego roku, Ty też wytrzymasz :) A ja trzymam kciuki i kibicuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jakim impetem Ty wrócisz w tym 2016 to aż strach się bać :D Też Ci kibicuję!

      Usuń
  4. Mario
    zdrowia i szybkiego i pozytywnego rozwiązania problemu.
    Kurka, nie znasz dnia ani godziny...

    OdpowiedzUsuń