niedziela, 29 listopada 2015

O tym, czego nie będzie (czyli antyplan na 2016)

Myśl o wiośnie i całym sezonie 2016 nie budzi już we mnie takiej, hmm, napinki, że ja muszę to, a jeszcze bym chciała tamto, a jeszcze przy okazji zrobić życiówkę i tu i tu... 2016 będzie sezonem innym niż wszystkie.

Co mi dała kontuzja, która notabene jeszcze trwa? Wiem, to zabrzmi jak banał, ale nabrałam ogromnego dystansu do tego całego sportu. Serio... Musiałam się uwolnić od własnych myśli, że ja muszę, bo jak nie teraz to kiedy, bo chcę to i to i do tego jeszcze jak najszybciej, i to koniecznie już, w tym roku. Takie myślenie mnie krępowało, pchało w rzeczy, na które niekoniecznie byłam gotowa. Obiektywnie, na tle innych nie startowałam specjalnie dużo. Wydawało mi się także, że sporo nie trenowałam. Bo inni jeżdżą/biegają więcej/mocniej/szybciej. Błąd. Trzeba takie rzeczy odnosić wyłącznie do możliwości własnego organizmu, a ja jednak ten swój organizm nieco zamęczyłam od strony fizycznej, ale także psychicznej. Przede wszystkim zabrakło w tym rozsądku, głowy na karku, sensownego planu, zdrowego podejścia. Za dużo kilometrów (na rowerze) (bo trzeba jeździć! trzeba!bo nie umiesz!) a za mało tej 'kwintesencji' treningu, czyli np. interwałów, jazdy na czas. Piszę o rowerze celowo, bo on był moim głównym źródłem złości, że mi nie wychodzi, poza tym na rowerze zaczęło mnie boleć. Zamiast z kontuzji, wyleczyłam się z tej własnej, wiecznie nie zrealizowanej ambicji, która w nieco bezsensowny sposób pchała mnie do przodu. Ja, próbując jej jakoś sprostać, trenowałam dużo, ale byle jak. Gdy organizm już od początku roku dawał znać, że jest słaby, to ja zamiast dać mu odpocząć i porządnie przebadać, forsowałam go coraz cięższymi treningami, trudniejszymi startami, denerwując się bez sensu potem, że mi nie wychodzi. Bo powiedzmy sobie szczerze, w tym roku poza Śnieżką i Wroniecką Dychą nie wyszło mi nic. Nie wyszedł mi półmaraton. Nie wyszedł mi tri Sieraków. Poznań Triathlon też tak se. Przechlewo... Resztę startów odpuściłam, bo się zaczęło to, co trwa do dzisiaj, madafaka kĄtuzja...

Teraz zdecydowałam odpuścić sobie sezon 2016... Oczywiście nie, że zupełnie. Zdecydowałam się chwilowo odpuścić pogoń za wynikiem, swoim sportowym alter ego. Będę dobierać starty bardzo starannie, przede wszystkim decydować się na takie, których naprawdę chce, no i przede wszystkim ograniczyć ich ilość do minimum. Nie zamierzam oczywiście tego przyszłego roku sportowo przespać. Nie umiem żyć bez sportu i chociażby dla własnej przyjemności się trochę od czasu do czasu zajadę. Ale tylko od czasu do czasu i z głową.

Przestać patrzeć ciągle na tego garmina, endomondo, treningi swoje i innych, a spojrzeć na swoje życie. Tak, bo poza sportem też istnieje życie. To jest dobry moment żeby zreorganizować swoje życie zawodowe, już dawno powinnam to zrobić. Tkwiąc dalej tu, gdzie jestem, nic nie zmienię. Będę dalej narzekać, na to co jest, a tego własnego narzekania mam powoli dość. Muszę ruszyć z miejsca. (pozdro dla czytających szpiegów)



Zajeżdżać się głównie zamierzam na basenie, bo pływanie mi zdecydowanie najmniej szkodzi i najlepiej wychodzi. Chcę opanować delfina do perfekcji, a w kraulu osiągnąć poziom astronomicznego przyśpieszenia ;) Wiem, że (sorry za nieskromność) mam talent do pływania i jestem w stanie jeszcze sporo zrobić w tej dyscyplinie. Powoli dojrzewam do tego, żeby opanować skok na główkę (zawsze panicznie się bałam) (sama nie wierzę, że to piszę) (Karol, czytasz to???) Ale przede wszystkim chciałabym w końcu spróbować startu w zawodach pływackich długodystansowych open water. Tu w okolicy jest rozgrywanych sporo takich, na dystansach od 1500m do 7000m, więc jest w czym wybierać. Spox, nie będzie 7000, zatrzymam się na razie na 3000 m :)

Jeżeli chodzi o triathlon, to odpuszczam sobie dystans 1/2IM, przynajmniej na najbliższy rok. Właśnie trening 1/2IM najbardziej zżerał mój czas, energię. Na razie zapisana jestem na triathlon w Lubaszu na dystansie 1/4IM i, choć mam na oku jeszcze Pniewy (olimpijka), możliwe, że Lubasz to będzie jedyny start triathlonowy w przyszłym roku. 

A bieganie? Marzy mi się powrót do biegania takiego na serio, ale to jeszcze musi poczekać. Nie bawi mnie truchtanie w tempie 6:30 przez maksymalnie 6-7km, a biodro/dupa/whatever na tyle mi póki co pozwala. W przyszłym tygodniu oddaję się w ręce osteopaty i może w końcu będzie wiadomo co mi jest.
Dlatego powrót do biegania na serio to wciąż niewiadoma. Może osteo trafi na newralgiczny punkt i sprawa się wreszcie zakończy, a może będę się bujać tak jeszcze przez rok. Jestem wprawdzie na liście startowej jednego z górskich biegów, ale czy pobiegnę to się zobaczy ;) Organizator na szczęście przewidział możliwość przepisania pakietów.



Wiem, że pewnego dnia przyjdą nowe siły. Że ten mały przestój jest po to, aby było lepiej. Żeby było zdrowiej, żebym przez długie lata mogła się sportem cieszyć, ale żebym pamiętała, że mam życie poza nim. Bo ja mam naprawdę mnóstwo czasu, wiele sezonów przed sobą. Nie odchodzę na sportową emeryturę ani na wieloletni macierzyński, zdążę zrealizować wszystkie swoje marzenia. Przy czym 'swoje' to słowo klucz, bo w tym tłumie biegów, startów tri i ultra można się pogubić, zatracić, pomylić swoje marzenia z cudzymi. Potrzebuję więcej czasu, aby dojść do pewnych rzeczy, ale też żeby wyłonić własne marzenia z tłumu. Zresztą... już ta lista marzeń do spełnienia powstaje. Muszę tylko je poukładać chronologicznie. Pole czasowe manewru jest spore. Chyba przydałby się post nie "mój plan na 2016", ale "mój plan czego chcę dokonać zanim stuknie mi 40 - stka" ;) Ja do tego wszystkiego dojdę. Ale najpierw wezmę głęboki oddech, podleczę to i owo, przewietrzę umysł, uporządkuję życie pozasportowe. Oj, tam mam co robić...