wtorek, 19 stycznia 2016

Chris McDougall "Urodzeni bohaterowie". Kalimera, Kriti!

Christopher McDougall w swojej najnowszej książce "Urodzeni Bohaterowie" nie definiuje jednoznacznie tego, kim jest bohater, jednak nakreśla pewien zespół nabytych zdolności, które w odpowiednim momencie wykorzystane, świadczą o bohaterstwie danej osoby. Opisał historię, która jest dowodem na to, że takim bohaterem może zostać każdy, nawet osoba delikatnie mówiąc, nie przystająca społecznie, choćby wieczny student, tułający się po świecie, prowadzący hulaszczy tryb życia. Nie stało na przeszkodzie, gdy rozpoczęła się II wojna Światowa, aby taka osoba została brytyjskim agentem, wylądowała na Krecie i wspomagała miejscowy, kreteński ruch oporu. W każdym razie, jeśli ktoś się nastawia na książkę o bieganiu w stylu "Urodzonych Biegaczy" może się lekko rozczarować. Albo i nie :) 


Po zajęciu Krety przez hitlerowców, w górzystych rejonach wyspy działali greccy partyzanci, a pomagali im brytyjscy agenci. Oś przewodnią książki stanowi historia porwania greckiego generała przez grupę złożoną z owych agentów i przedstawicieli miejscowego ruchu oporu. Autor przy pomocy człowieka, który był pasjonatem tej historii, Chrisa White'a, odtwarzali krok po kroku przebieg tej operacji, poczynając od plaży w Heraklionie, przez góry, aż po okolice miejscowości Preveli po południowej stronie wyspy. Odtwarzają szlak krok po kroku, góra po górze, szczelina po szczelinie, odnajdują kryjówki, w których uciekinierzy ukrywali siebie i generała, góry i płaskowyże, które przemierzali, docierają do wiosek, w których żyją potomkowie świadków tamtych wydarzeń.


W historię porwania autor wplata inne opowieści, np. o dyrektorce szkoły w Pensylwanii, która obezwładniła własnymi rękoma napastnika z maczetą, gdy ten zdołał wedrzeć się do budynku szkoły w czasie lekcji. Albo o dość niekonwencjonalnym treningu funkcjonalnym na plaży w Brazylii. Opisuje dawno zapomniane, niezwykle skuteczne sztuki walki. Albo bieganie po mieście, czyli po murach, dachach, poręczach schodów, wszystkim co nie jest asfaltem, czyli tzw. parkur.

Wszystkie historie mają stanowić poparcie tezy, jak ważna jest siła powięzi oraz umiejętność organizmu polegająca na spalaniu własnego tłuszczu. Do Krety odnosi się to na tyle, że aby biegać po jej trudnym, górzystym terenie, pełnym wąwozów, nagle urywających się szlaków, szczelin, trzeba być bardzo sprawnym i wytrzymałym. Nieprzypadkowo Kreta, Grecja jest uważana za kolebkę herosów. W dodatku, podczas wojny, przy niedostatku pożywienia, trzeba, mówiąc kolokwialnie, jechać na paliwie, jakie ma się w sobie. Żeby porwać generała, w skrajnych warunkach i przy deficycie żywności przeprowadzić przez góry, trzeba umieć wykrzesać z siebie siłę przy pustym baku. Tej siły nie zdobywa się klepiąc kilometry po asfalcie, pakując w siłowni, robiąc coś co jest przewidywalne i powtarzalne.


Autor odtwarza nie tylko wspomnienia brytyjskich agentów, podążając szlakiem porwania i ucieczki niemieckiego generała. Próbuje także zgłębić dawno zapomniane sztuki walki, biega po mieście, a także decyduje się na kontrowersyjną dietę bezwęglowodanową. Podaje przykłady sportowców, którzy jak zaczęli jeść samo mięcho i jaja, po pewnym zaczęli odnosić życiowe sukcesy. Dziś nie wyobrażamy sobie przebiec maratonu bez kilku żeli, bananów i popijania izo. Uciekającym porywaczom musiała wystarczyć czasami trawa rosnąca w górach. O, taki cytacik:
"Chwileczkę. Skaczą po skałach? Całymi dniami? Jedząc tylko oliwki i cebulę? Coś tu się nie zgadza, przecież tak uboga dieta dostarcza zbyt mało kalorii w stosunku do zużywanej podczas ruchu energii. Georgios Psychoundakis potrafił przez dwanaście godzin krążyć pomiędzy jaskiniami, funkcjonując na głodowej diecie, a mimo to jego umysł zachowywał jasność, mięśnie - siłę, a ciało - niezwykłą wytrzymałość. Podczas jednej z takich eskapad jego wyłącznym posiłkiem była wieczorna zupa z siana(...). Żywiąc się tym niedostarczającym organizmowi praktycznie żadnych kalorii daniem, Georgios potrafił następnego dnia wspiąć się na szczyt, pod którym skapitulowałby niejeden miłośnik rajdów ekstremalnych."


Po lekturze "Urodzonych Biegaczy" obiecałam sobie, że spróbuję biegania na boso (póki co, nie wyszło). Po lekturze "Urodzonych Bohaterów" mam ochotę pobiec w las, skakać przez kłody, robić pĄpki oparta o drzewo, biegać niekoniecznie po uklepanej ścieżce. Mam nadzieję, że już niedługo ten plan zrealizuję, bo czuję się masakrycznie nieruchawa po swoim długim przestoju...


Gdybym miała tak zupełnie od siebie napisać co sądzę o książce... Nie czyta się jej łatwo, autor miesza wydarzenia, bohaterów, przeplata ze sobą czas wojny z czasem współczesnym, 'skacze od miejsca do miejsca', wplata po drodze tysioncpincet innych historii, przywołuje postaci. Chwilami ciężko się połapać. Autor podburza ego czytelnika różnymi tezami, np. na temat maratończyków, którzy w obliczu zagrożenia nie są w stanie przebiec kilku metrów, wybitnych pływaków, którzy nie potrafią uratować tonącego. Wkurza, rodzi wątpliwość, zastanawia, daje do myślenia. Taka jest w moim odbiorze ta książka, dzięki niej dostrzegłam jak bardzo powtarzalne jest to co robię, wystarczy mały odchył od normy i już jestem pokonana. Treść książki zapada w pamięć i coś czuję, że jeszcze do niej powrócę.

"Urodzeni bohaterowie" Chris Mc Dougall, wyd. Galaktyka 2015. 

PS Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego archiwum, zostały zrobione w wąwozie Samaria na Krecie. To, że tam byłam, pozwoliło mi lepiej sobie wyobrazić w trakcie lektury te warunki, w jakich przyszło im walczyć. Mimo, że kreteńskie góry widziałam z perspektywy szlaku wydeptanego przez miliony turystów, to skały robią wrażenie i moja wyobraźnia nie ogarnia co może być dalej, poza szlakami. Po lekturze "Urodzonych biegaczy" wiem jedno: na Kretę chcę jeszcze kiedyś wrócić, ale tym razem z butami do biegania.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Czas na pobudkę

Przerażenie mnie ogarnęło, jak zobaczyłam, że ostatniego posta opublikowałam w... listopadzie! O żesz! Nie planowałam takiej długiej przerwy. Fakt, nie biegałam, więc nie było za bardzo o czym pisać, a ile można smęcić o kontuzji, mało wytłumaczalnej w dodatku, ale chciałam w tym czasie wrzucić przynajmniej dwie recenzje książek. No nie udało się, życie. Recenzję "Urodzonych bohaterów" Christophera McDougalla mam na ukończeniu, ale jakoś nie mogę z nią dojść ostatecznie do ładu. Może dlatego, że książka okazała się dość trudną lekturą (choć mimo to bardzo wartościową).

W międzyczasie udało mi się powrócić do biegania, choć do formy sprzed kontuzji bardzo mi daleko, więc przygotowuję się mentalnie na jej mozolną odbudowę. Biegam wolno, stopniowo wydłużam dystans i nie patrzę na tempo. Nie sądziłam, że forma, którą się wypracowuje latami potrafi ulotnić się ot tak w trzy miesiące. Cóż zrobić, muszę cierpliwie odbudowywać bazę tlenową, wytrzymałość, które (mam nadzieję) jeszcze w tym roku mi się przydadzą.

HOPSA!!!
Na temat tego, co mi dolegało, trudno cokolwiek konkretnego napisać, bo doszłam w końcu do wniosku, że po prostu zbuntowało się we mnie wszystko. Pisałam już wcześniej o moim chodzeniu do fizjoterapeutów, od jednego do drugiego, trzeciego, o różnych koncepcjach, które upadały jedna po drugiej (przywodziciel, gruszkowaty, biodrowo - lędźwiowy, kręgosłup). W końcu za radą fizjobrata udałam się do osteopaty, Łukasza z kliniki Rehasol w Swarzędzu, który ma zupełnie inne sposoby badania i leczenia pacjenta niż fizjo. Może się trochę kojarzyć z metodą 'ręce, które leczą', ale faktycznie dla mnie, osoby która kładła się na kozetkę z nastawieniem 'niech boli po stokroć, ale róbcie swoje, byle działało', to po delikatnym uciskaniu przez osteo byłam lekko zdezorientowana. Dopiero później, w trakcie biegania poczułam różnicę. Łukasz, stwierdził, że miałam 'zbetonowaną' całą prawą część ciała, od klatki piersiowej przez lewe pasmo biodrowo - piszczelowe po kolano, oraz 'syf' na przyczepach. Nie wchodzimy w szczegóły :) W każdym razie u Łukasza odbyłam trzy wizyty, po każdej czując poprawę. Przede wszystkim biegam, coraz częściej dystanse powyżej 10km, co w obliczu tego, że jesienią każdy wybieg z domu kończył się nawrotem po 2km, bo zaczynało boleć, cieszy mnie ogromnie. Doceniam każdy kilometr, każdy podbieg bez bólu. Przez przerwę dobitnie przekonałam się, ile to bieganie dla mnie znaczy, jak mi bez tego źle, jak jednak warto do tego zdrowo podejść, żeby nie stracić możliwości biegania na dalsze lata. 

Jak już wspomniałam, koncentruję się teraz na odbudowie wytrzymałości i siły, na pracę nad tempem (jak wszystko dobrze pójdzie) przyjdzie czas w 2017 roku. Natomiast nie byłabym sobą, gdybym jednak nie obrała sobie jakiegoś celu większego kalibru. Mało zamierzam startować, ale jak już coś, to z grubej rury... Pisałam jakiś czas temu na facebook'u, że zgłosiłam się na Maraton Karkonoski (46km), który odbędzie się na początku lipca. To oczywiście nie wszystko, co mi siedzi w głowie, a góry mi siedzą dość mocno. Poza tym, skoro o szybkim bieganiu mogę zapomnieć to góry są dobrym sposobem na budowanie siły. Dlatego postanowiłam dłużej się nie certolić, tylko zgłosiłam się (za pośrednictwem Kasi) na moje pierwsze ultra w życiu! Będzie to miało miejsce w Krynicy, na początku września, spox, 'tylko' 64 km ;) No muszę mieć chociaż jeden taki start w sezonie, którego się na serio boję. A jak zdrowie nie dopisze, albo Maraton Karkonoski pokaże mi, że jednak słabeusz ze mnie, przepiszę się na krótszy dystans.

Spokojniejsza będę jako tri Mari. Wystartuję w triathlonie w Lubaszu na dystansie 1/4 oraz na 99% w olimpijce w Pniewach. Pewnie nie obronię podium sprzed dwóch lat, no chyba że zdarzy się cud i przyłożę się do roweru. Póki co jednak się nie zanosi, trenażer trochę zbyt rzadko szumi... Poza tym robię rekonesans zawodów pływackich open water i myślę, że w końcu na któreś się zdecyduję. Może nie od razu na Wpław przez Kiekrz (7500m), ale np. 3000m to już by był całkiem miły dystans. Zdaję sobie sprawę, że choć na basenie śmigam 400m poniżej 7 minut (6:54 ostatnio), to na takich zawodach startują osoby trenujące na co dzień w klubach, więc raczej popłynę w ogonach. No i bez pianki, bo na takich zawodach są zakazane. Złośliwi mawiają, że tam, w przeciwieństwie do triathlonów, ludzie umieją pływać i nie potrzebują pianek ;) Umieją pływać, za to nie umieją jeździć na rowerze, zawsze musi być coś za coś, byle dupa nie bolała ;) Do boju zatem!