poniedziałek, 11 stycznia 2016

Czas na pobudkę

Przerażenie mnie ogarnęło, jak zobaczyłam, że ostatniego posta opublikowałam w... listopadzie! O żesz! Nie planowałam takiej długiej przerwy. Fakt, nie biegałam, więc nie było za bardzo o czym pisać, a ile można smęcić o kontuzji, mało wytłumaczalnej w dodatku, ale chciałam w tym czasie wrzucić przynajmniej dwie recenzje książek. No nie udało się, życie. Recenzję "Urodzonych bohaterów" Christophera McDougalla mam na ukończeniu, ale jakoś nie mogę z nią dojść ostatecznie do ładu. Może dlatego, że książka okazała się dość trudną lekturą (choć mimo to bardzo wartościową).

W międzyczasie udało mi się powrócić do biegania, choć do formy sprzed kontuzji bardzo mi daleko, więc przygotowuję się mentalnie na jej mozolną odbudowę. Biegam wolno, stopniowo wydłużam dystans i nie patrzę na tempo. Nie sądziłam, że forma, którą się wypracowuje latami potrafi ulotnić się ot tak w trzy miesiące. Cóż zrobić, muszę cierpliwie odbudowywać bazę tlenową, wytrzymałość, które (mam nadzieję) jeszcze w tym roku mi się przydadzą.

HOPSA!!!
Na temat tego, co mi dolegało, trudno cokolwiek konkretnego napisać, bo doszłam w końcu do wniosku, że po prostu zbuntowało się we mnie wszystko. Pisałam już wcześniej o moim chodzeniu do fizjoterapeutów, od jednego do drugiego, trzeciego, o różnych koncepcjach, które upadały jedna po drugiej (przywodziciel, gruszkowaty, biodrowo - lędźwiowy, kręgosłup). W końcu za radą fizjobrata udałam się do osteopaty, Łukasza z kliniki Rehasol w Swarzędzu, który ma zupełnie inne sposoby badania i leczenia pacjenta niż fizjo. Może się trochę kojarzyć z metodą 'ręce, które leczą', ale faktycznie dla mnie, osoby która kładła się na kozetkę z nastawieniem 'niech boli po stokroć, ale róbcie swoje, byle działało', to po delikatnym uciskaniu przez osteo byłam lekko zdezorientowana. Dopiero później, w trakcie biegania poczułam różnicę. Łukasz, stwierdził, że miałam 'zbetonowaną' całą prawą część ciała, od klatki piersiowej przez lewe pasmo biodrowo - piszczelowe po kolano, oraz 'syf' na przyczepach. Nie wchodzimy w szczegóły :) W każdym razie u Łukasza odbyłam trzy wizyty, po każdej czując poprawę. Przede wszystkim biegam, coraz częściej dystanse powyżej 10km, co w obliczu tego, że jesienią każdy wybieg z domu kończył się nawrotem po 2km, bo zaczynało boleć, cieszy mnie ogromnie. Doceniam każdy kilometr, każdy podbieg bez bólu. Przez przerwę dobitnie przekonałam się, ile to bieganie dla mnie znaczy, jak mi bez tego źle, jak jednak warto do tego zdrowo podejść, żeby nie stracić możliwości biegania na dalsze lata. 

Jak już wspomniałam, koncentruję się teraz na odbudowie wytrzymałości i siły, na pracę nad tempem (jak wszystko dobrze pójdzie) przyjdzie czas w 2017 roku. Natomiast nie byłabym sobą, gdybym jednak nie obrała sobie jakiegoś celu większego kalibru. Mało zamierzam startować, ale jak już coś, to z grubej rury... Pisałam jakiś czas temu na facebook'u, że zgłosiłam się na Maraton Karkonoski (46km), który odbędzie się na początku lipca. To oczywiście nie wszystko, co mi siedzi w głowie, a góry mi siedzą dość mocno. Poza tym, skoro o szybkim bieganiu mogę zapomnieć to góry są dobrym sposobem na budowanie siły. Dlatego postanowiłam dłużej się nie certolić, tylko zgłosiłam się (za pośrednictwem Kasi) na moje pierwsze ultra w życiu! Będzie to miało miejsce w Krynicy, na początku września, spox, 'tylko' 64 km ;) No muszę mieć chociaż jeden taki start w sezonie, którego się na serio boję. A jak zdrowie nie dopisze, albo Maraton Karkonoski pokaże mi, że jednak słabeusz ze mnie, przepiszę się na krótszy dystans.

Spokojniejsza będę jako tri Mari. Wystartuję w triathlonie w Lubaszu na dystansie 1/4 oraz na 99% w olimpijce w Pniewach. Pewnie nie obronię podium sprzed dwóch lat, no chyba że zdarzy się cud i przyłożę się do roweru. Póki co jednak się nie zanosi, trenażer trochę zbyt rzadko szumi... Poza tym robię rekonesans zawodów pływackich open water i myślę, że w końcu na któreś się zdecyduję. Może nie od razu na Wpław przez Kiekrz (7500m), ale np. 3000m to już by był całkiem miły dystans. Zdaję sobie sprawę, że choć na basenie śmigam 400m poniżej 7 minut (6:54 ostatnio), to na takich zawodach startują osoby trenujące na co dzień w klubach, więc raczej popłynę w ogonach. No i bez pianki, bo na takich zawodach są zakazane. Złośliwi mawiają, że tam, w przeciwieństwie do triathlonów, ludzie umieją pływać i nie potrzebują pianek ;) Umieją pływać, za to nie umieją jeździć na rowerze, zawsze musi być coś za coś, byle dupa nie bolała ;) Do boju zatem!

1 komentarz:

  1. Widzimy się więc pewnie na trasie 64 km w Krynicy :) Trzymam kciuki za Ciebie (i za siebie), zęby nie bolały nas w tracie i po bieganiu dupy! :D

    OdpowiedzUsuń