wtorek, 23 lutego 2016

Dziewicza Góra po raz ostatni i po raz pierwszy

Dla większości startujących bieg ten był ostatnim, bo kończył cykl II Grand Prix Dziewiczej Góry w biegach górskich. Dla mnie ten bieg był pierwszym spotkaniem, tfu, zderzeniem z Dziewiczą Górą, ale przede wszystkim pierwszym startem po kontuzji. Po 3 miesiącach zupełnego niebiegania, potem 1 miesiącu truchtania i 1 miesiącu regularnego (w miarę) biegania. O mojej mocno zachwianej regularności w uprawianiu sportu (w stosunku do lat poprzednich) postaram się napisać więcej wkrótce, albo wytłumaczyć się jakoś. W każdym razie dużo mi brakuje do formy (i wagi niestety też) sprzed kontuzji. Nie miałam Bóg wie jakich ambicji związanych z tym biegiem, chciałam po prostu wyjść do ludzi i wystartować, po części też sprawdzić się troszkę. No co tu dużo mówić, brakowało mi startowania i tej całej otoczki, bardzo! Czaiłam się już nawet na edycję styczniową, jednak dobrze, że dałam sobie więcej czasu. Wtedy mogłabym mieć problem ze zmieszczeniem się w czasie 1:10, a teraz odpaliłam rakietę na 1:02:53 :) Tak poszłam, o!


W ogóle to było tak: 5 dni przed startem wybrałam się na trening funkcjonalny z zaprzyjaźnionym Wronieckim Klubem Biegacza (pozdrawiam!). Treningi z nimi to ciężka sprawa, wyciskają ze mnie pot na maksa i obnażają wszystkie moje słabości, a jest ich sporo. Tym razem padło na nogi. Ćwiczenia, czyli wykroki, wyskoki, przysiady jakoś się robiło jeden za drugim, seria za serią i człowiek wówczas nie myślał, że właśnie solidny wpierdol dostaje z zakwasami w pakiecie. No dobra, po każdej serii nogi takie jakby z waty, coraz bardziej się trzęsły, ale kto by się tym przejmował, skoro chodzić można a i śmiechu sporo w koło było, bo ekipa przednia. Tylko na drugi dzień ta myśl przy każdym wstawaniu z krzesła, próbie sięgnięcia czegoś z podłogi, czy ja wczoraj jakiś maraton biegłam, czy znów Śnieżkę zaliczyłam, przecież ja wstać, ja schylić się, ja usiąść na... krześle nie mogę! No pięknie. Chciałam ten kwas rozbiegać, ale nie mogłam się przemóc (no wiem, mięczak jestem :) ). Próbowałam rozjeździć na trenażerze, ale zrobiło się jeszcze gorzej. Popływać za bardzo też nie mogłam, bo przewiałam sobie ja gapa szyję od lewej strony, więc miałam mały problem z obracaniem łba w tę właśnie stronę. Dziękuję Wam kochane Wronki, że mi pokazałyście gdzie tkwi moja słabość, nad czym winnam się skupić, zwłaszcza w kontekście biegania po górach, dziękuje Wam z całego serca! Serio, tego mi było trzeba! I na pewno wrócę po więcej! A kwas przecież rozbiegam na Dziewiczej.
No właśnie, wracając. Dziewicza Góra znajduje się w Czerwonaku koło Poznania. Góra jest zacna, a wokół niej jest bardzo, bardzo pagórkowato. Trudno pisać o podbiegach na trasie, dla mnie to były raczej podejścia :) Niektóre długie i żmudne (tam starałam się powolutku biec) a niektóre ostre i krótkie (tak szłam i wyobrażałam sobie, że mam w rękach kije). Za to zbiegi były bardzo ostre i długie. Tam prułam jak dzik i to, że nabiegałam poniżej 1:03 to chyba tylko tym zbiegom zawdzięczam. Trochę mnie góry i lektura "Urodzonych Bohaterów" nauczyły, że hamować z górki nie wolno, że trzeba puścić się luzem, a ciało samo będzie wiedziało co robić (no, tylko na drugi raz załóż jednak te szkła kontaktowe...). Natomiast pod górkę szło (mi się) słabo, bardzo słabo. Miesiące bez biegania, bez ćwiczeń, dają o sobie znać i przynajmniej wiem już, nad czym powinnam się skupić. 


Start na Dziewiczej Górze to jak już wspomniałam, był dla mnie długo wyczekiwaną okazją do wyjścia do ludzi, na powrót do biegowego świata. Spotkanie z pąpkinsami zostało uwiecznione na zdjęciach. Spotkałam Kaśkę, która mimo swoich problemów ze zdrowiem biega i nie odpuszcza, spotkałam Bartasa, który zajął drugie miejsce na dystansie 5km (szacun i graty!). Dziękuję także za fantastyczny doping na mecie od KB Szamotuły (pozdrawiam!).



Mój wynik mnie nie cieszył, ani nie smucił. Wiem, że przed kontuzją byłoby poniżej godziny. Wiem też, że 2 miesiące temu marzyłam żeby w ogóle gdziekolwiek wystartować. Teraz wiem, na czym stoję. Wiem już mniej więcej, gdzie są moje słabe punkty, na co powinnam zwrócić uwagę, jeżeli chcę się dalej rozwijać. Plan jest dla mnie jasny: biegać z głową, ćwiczyć z ekipą we Wronkach, dużo pływać, ciut mocniej kręcić na bajku (a świstak tenteges), jeść dużo czerwonej soczewicy, kaszy jaglanej, mniej chrupek i czekolady :)
No, to chyba czas powoli wracać, Tri Mari! 


3 komentarze:

  1. Ta Dziewic(z)a wygląda bardzo ciekawie :) Graty i super, że wracasz :) A bóle kontuzyjne już poszły precz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! Sorry że z takim opóźnieniem odpowiadam :/ Miejsce kontuzji czasami się odzywa, np. po intensywnym treningu, ale zazwyczaj przechodzi po rolowaniu przywodziciela i pośladka. Dziwne to, pewnie źle biegam i dlatego tak jest. Ale nie ma nawet porównania z tym bólem, co było wcześniej, a zalecenie mam, żeby właśnie biegać ;) Co też czynię ;) No i wzmacniam się i dużo rozciągam, to na pewno też pomaga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też łapie po szybszym bieganiu - np. tysiączków. Nic tu się jednak nie poradzi poza rozciąganiem, rolowaniem, rozciąganiem, rolowanie, błeee i tak do usranej śmierci ;-)

      Usuń