sobota, 9 kwietnia 2016

Kwartalnik

W zasadzie sama nie do końca wiem od czego mam zacząć, ale na pewno zauważyliście że nie piszę tu najczęściej, na facebooka zaglądam rzadziej niż kiedyś, mało się udzielam, jeszcze mniej startuję, tak jakby mnie mniej. Na szczęście nie rozstałam się ze sportem, zdarza mi się trenować, czasami mi pójdzie nawet całkiem całkiem, choć plany startowe jednak będę musiała zweryfikować, te triathlonowe zwłaszcza, ale o tym później...

Smashing Pąpkins - to się nie zmieni :)

Pisałam wcześniej, że rok 2016 będzie rokiem innym niż wszystkie i nie pomyliłam się. Choć nie wyobrażałam sobie tak naprawdę, jaki będzie. Sporo się dzieje i nie wszystko nadaje się do opisania na blogu, choć tak naprawdę złośliwi powiedzieliby że nic się nie dzieje, bo cały czas siedzę na dupie. No właśnie, bo rzecz polega na tym, że porzuciłam swoją stałą, wcześniejszą pracę, wysiedzianą od lat 'posadkę' i przeszłam na własną działalność. I siedzę na tej dupie więcej niż kiedykolwiek w życiu. Ale po kolei...

Styczeń

Powoli zaczynałam się rozkręcać po kontuzji. Biegałam mało i bardzo wolno, czułam, że forma została gdzieś daleko za górami. Byłam jednocześnie tak szczęśliwa, że mogę w ogóle biegać, że nawet to człapanie w tempie 6:30 brałam w ciemno, nie krzywiąc się. Postanowiłam, że będę truchtać, bez żadnego zmuszania się do szybszego biegu, jeżeli już to powoli wydłużać dystans, bo moja wytrzymałość też wyparowała w międzyczasie. Więc truchtałam, wydłużałam to truchtanie, jednak starałam się też, aby trening nie zżerał całej mojej uwagi, bo miałam inne ważne rzeczy na głowie, byłam na etapie rozkręcania własnej firmy, czyli szukania zleceń, organizowania narzędzi do pracy, itp. Zaliczyłam jeszcze jedną, ostatnią jak do tej pory wizytę u osteopaty. Biodro dawało mi się jeszcze czasami delikatnie we znaki, więc chciałam to doleczyć, dostać jeszcze raz to zielone światło na bieganie, żeby nie zjadał mnie na trasie ani strach, że zacznie boleć, albo myśli typu czy to boli, czy to głowa sama stwarza sobie ten ból. Styczeń zakończyłam truchtająco ze 100km na miesięcznym liczniku biegowym. Ta setka stała się dla mnie przepustką do dalszego biegania.

Luty

Nabrałam ochoty do coraz dłuższego i ciut szybszego biegania. Zatęskniłam za dawną formą, niestety też za dawną wagą. Patrzyłam na swoje nogi, próbując doszukać się mięśni, które gdzieś poznikały, ukryły się pod warstewką tłuszczyku. Zresztą nie tylko na nogach :/ Za namową Jakuba zaczęłam jeździć co poniedziałek na treningi funkcjonalne z Wronieckim Klubem Biegacza, na których jest wszystko: ćwiczenia na stabilizację, trening obwodowy, rozciąganie, rolowanie. Musiałam bardziej zaprzyjaźnić się z pozycją deski, bo sporo czasu w niej spędzamy ;) Czuję efekty tych zajęć, dlatego gdy tylko mogę, jadę tam ćwiczyć. Zaczęłam się rozkręcać w bieganiu, coraz częściej zdarzało mi się zejść poniżej tempa 6:00 ;) Wróciłam do ukochanego lasu, do moich sarenek z białymi dupkami, włączyłam w trening podbiegi po tych moich śmiesznych pagórkach. W końcu zdecydowałam się na pierwsze zawody - ostatni bieg w cyklu zimowych biegów górskich Dziewicza Góra Biega. Nie byłam w stanie zejść poniżej godziny, ale zabrakło mi niewiele. To dla mnie był znak, że forma powoli wraca, tylko muszę cierpliwie biegać swoje, nie denerwować się, w swoim czasie wszystko wróci i to z nawiązką.
Na liczniku biegowym w lutym stuknęło mi 115km.

Marzec

To dla mnie przede wszystkim miesiąc pod znakiem nowej pracy, bo rzuciłam ostatecznie etat, na którym siedziałam 10 lat (!!!)(to był chyba czas najwyższy) i rozpoczęłam działanie na swoim. A na swoim to wiadomo... Człowiek cieszy się jak głupi, gdy pojawiają się nowe zlecenia, chce robić wszystko jak najlepiej, bo pod własnym nazwiskiem, bo SAM jest za to odpowiedzialny, itp. Tym sposobem zapewne na długi czas pożegnałam się z wolnymi wieczorami i weekendami. Zaczął się ból pleców od siedzenia przed kompem (mimo że robię przerwy), wieczne pieczenie łzawienie oczu od kompa, itp. Czasami jest tej roboty naprawdę do zajebania bardzo dużo, i muszę wybierać między treningami. Staram się też nie robić sobie wyrzutów sumienia, gdy z jakiegoś treningu muszę zrezygnować. Najczęściej wypada pływanie albo rower, biegania staram się nie odpuszczać, tak jak nie odpuszczam moich ultra planów (Maraton Karko, 46, i Krynica, aaaa! 64!). Czas poświęcony na trening stał się dla mnie na tyle cenny, że jak już go znalazłam, to każdą minutę wykorzystywałam na maksa. Nigdy tak często nie pływałam interwałów jak w tym kwartale. A na bajku to nawet młynki kręciłam ;) Szkoda jedynie, że tak rzadko...
Ogrom pracy nie powstrzymał mnie, aby 12 marca wziąć udział w maratonie pływackim, o którym pisałam tu i napływałam się chyba za wszystkie przyszłe niewykonane treningi ;) 
A pod koniec marca zaliczyłam drugi start po kontuzji, Bieg Wielkanocny we Wronkach, i... 7km w terenie przebiegłam w tempie średnim 5:13! Więc jest postęp! Jest lepiej, mimo treningowego minimalizmu, mimo tego, że czasami jestem tak zmęczona, że na oczy nie widzę i inne takie... A na marcowym liczniku biegowym stuknęło mi już całkiem ładnie wyglądające 148km.

 Co dalej?

Wiem, że w ciągu najbliższych miesięcy każda wolna chwila będzie na wagę złota. Wzięłam na siebie dużo obowiązków i ambitnie chcę im sprostać. To jest teraz dla mnie najważniejsze, a jak się wszystko uda i rozkręci jak trzeba, to i może nowy rower w przyszłym roku będzie ;) Więc wszystko to jest częścią dalekosiężnego planu, muszę chwilowo odpuścić myślenie o życiówkach i startach w tri, który zżera najwięcej czasu, żeby w przyszłości było lepiej, nie tylko w sporcie ale i w życiu. Jednocześnie bardzo zależy mi na tych zaplanowanych wcześniej ultra, i wiem, że choćby i wolno, ale muszę coraz więcej biegać. Chciałabym dojść do co najmniej 200km w maju, 250 km w czerwcu a potem po 300km w lipcu i sierpniu. Tego nie chciałabym odpuszczać. Co do tri, to poważnie rozważam rezygnację z Lubasza :( Nie czuję się dostatecznie na siłach, ten start będzie walką o życie, a takich mi w tym momencie najmniej potrzeba. Triathlon w Pniewach mam nadzieję jednak odhaczyć, mimo że to tydzień przed Karko. 

W treningach mam teraz nowego towarzysza, jest nim zegarek Suunto Ambit 3. Mój poprzedni dziaduś garmin 110 postanowił udać się na wieczny spoczynek. Przeżyłam i wciąż przeżywam szok, związany z przejściem z łopatologicznie prostego zegarka biegowego na prawdziwy kombajn treningowy, który ledwie mieści się na moim nadgarstku (nadgarstki i kostki mam akurat chude, w przeciwieństwie do reszty) i, z jednej strony zaskakuje mnie intuicyjnością obsługi, a z drugiej przeraża ilością swoich funkcji. Mam nadzieję, że do czasu Krynicy je ogarnę. I w ogóle SIĘ.

52h??? No way.




niedziela, 3 kwietnia 2016

Bieg Wielkanocny, Wronki. Bieg pod znakiem jaja (i sałatki)

Pewnie nie dowiedziałabym się o Biegu Wielkanocnym we Wronkach, gdyby nie to, że jeżdżę tam co tydzień (no, prawie...) i trenuję na salce różne rzeczy z Wronieckim Klubem Biegacza. I pewnie nie pojechałabym tam, nie spotkała ludzi, nie pogadała z nimi, nie pośmiała się, nie pobiegała po pięknej Puszczy Noteckiej, nie ómierałabym na górkach, nie miałabym twarzy a la zombie na zdjęciach, nie nabiegałabym całkiem ładnego czasu, nie robiłabym pĄpek na mecie, tylko bym siedziała przy stole i przyswajała te paskudne małe stworki, mieszkające w szafie, co mi ciągle rzeczy zwężają, a zwłaszcza spodnie w dupie ;) Gdyby pewnego razu przed treningiem (chyba) Bartek nie powiedział 'eeej zapisujcie się na Bieg Wielkanocny bo ostatnie miejsca już zostały', a ja bym nie zapytała 'a co to ten Bieg Wielkanocny' nie byłoby mnie tam. A jednak...

a głównym bohaterem zdjęcia jest zwycięzca tego biegu - Jakub :)

...jednak warto było :) Bo w ogóle Wronki są fajne i wokół mają zajebiste warunki do biegania, zwłaszcza w terenie. Bieg Wielkanocny odbywał się właśnie po Puszczy, można było zatem nasycić się naturą, nacieszyć ładną wiosenną pogodą i nazadrościć wronczanom takich tras. 

Bieg miał miejsce w drugi dzień świąt wielkanocnych, na dystansie 7 km, ja natomiast miałam na niego strategię taką, jaką ostatnimi czasy miewam najczęściej, czyli żadną. Do mojej formy sprzed kontuzji brakuje jeszcze sporo (tzn brakuje sporo pracy do wykonania i kg do schudnięcia ;)), więc stwierdziłam, żeby zmieścić się w granicach przyzwoitości, muszę skończyć bieg przed upływem 42 minut, a jak uda mi się to zrobić poniżej 40 minut, to już w ogóle będzie bomba.

Zaczęłam zbyt szybko, w ogóle nie patrząc na garmina, tylko puściłam się jak taki niedoświadczony dzieciak, ale to chyba z tęsknoty za bieganiem. Podczepiłam się pod grupkę szybko biegającej ekipy z WKB, myśląc 'co oni tak wolno dzisiaj' i tak nam 2km zleciało, na żartach, na śmiechu, do momentu jak zaczęło mnie przytykać, wtedy dopiero spojrzałam na garmina i zobaczyłam pokazujące się na zmianę 5:03 - 4:45, ups, to chyba jeszcze nie moje zakresy, chłopaki, sorry, ale chyba muszę Was opuścić, choć biegnie mi się z Wami zajebiście. Innym razem, obiecuję!

że tak lekko, to tylko złudzenie...
Zwolniłam, żeby złapać oddech i w ogóle dojść do siebie, najchętniej to oparłabym się o drzewo i zwróciła sałatkę jarzynową. Przez las przetoczył się echem głos 'odbiło mi się jajo', nie, nie, ja was proszę, bez takich tekstów, nie prowokujcie mojej sałatki do wyjścia! Na szczęście w końcu przestała się dobijać, pobiegłyśmy dalej razem, ja i sałatka, w okolicach 4. km sytuacja się w miarę unormowała, tempo było wówczas najwolniejsze z całego biegu, więc zdecydowanie to ten właściwy moment, aby zażegnać kryzys i powoli przyśpieszyć. Już tylko 3 km. 

 
Znikąd wyłonił się Jakub ze swoim aparatem na wysięgniku, większość zdjęć oczywiście nie nadaje się do publikacji ;) Podczepiłam się pod kolejną grupkę WKB i już tej się mniej więcej trzymałam do końca, tzn miałam w zasięgu wzroku. W końcu, zaliczając momenty lepsze i gorsze, dobiegłyśmy do mety. Ja i sałatka.
Gdy zobaczyłam zegar pokazujący '39', dotarło do mnie, że, kurde, jest dobrze. Że jest coraz lepiej z miesiąca na miesiąc. Że to moje mozolne z pozoru bieganie systematycznie się poprawia, i że jak będę nadal biegała tak, jak to sobie założyłam, to powoli, ale wrócę do tego co było przed kontuzją a potem pójdę jeszcze dalej :)


A medal dostaliśmy w kształcie jaja ;)