niedziela, 3 kwietnia 2016

Bieg Wielkanocny, Wronki. Bieg pod znakiem jaja (i sałatki)

Pewnie nie dowiedziałabym się o Biegu Wielkanocnym we Wronkach, gdyby nie to, że jeżdżę tam co tydzień (no, prawie...) i trenuję na salce różne rzeczy z Wronieckim Klubem Biegacza. I pewnie nie pojechałabym tam, nie spotkała ludzi, nie pogadała z nimi, nie pośmiała się, nie pobiegała po pięknej Puszczy Noteckiej, nie ómierałabym na górkach, nie miałabym twarzy a la zombie na zdjęciach, nie nabiegałabym całkiem ładnego czasu, nie robiłabym pĄpek na mecie, tylko bym siedziała przy stole i przyswajała te paskudne małe stworki, mieszkające w szafie, co mi ciągle rzeczy zwężają, a zwłaszcza spodnie w dupie ;) Gdyby pewnego razu przed treningiem (chyba) Bartek nie powiedział 'eeej zapisujcie się na Bieg Wielkanocny bo ostatnie miejsca już zostały', a ja bym nie zapytała 'a co to ten Bieg Wielkanocny' nie byłoby mnie tam. A jednak...

a głównym bohaterem zdjęcia jest zwycięzca tego biegu - Jakub :)

...jednak warto było :) Bo w ogóle Wronki są fajne i wokół mają zajebiste warunki do biegania, zwłaszcza w terenie. Bieg Wielkanocny odbywał się właśnie po Puszczy, można było zatem nasycić się naturą, nacieszyć ładną wiosenną pogodą i nazadrościć wronczanom takich tras. 

Bieg miał miejsce w drugi dzień świąt wielkanocnych, na dystansie 7 km, ja natomiast miałam na niego strategię taką, jaką ostatnimi czasy miewam najczęściej, czyli żadną. Do mojej formy sprzed kontuzji brakuje jeszcze sporo (tzn brakuje sporo pracy do wykonania i kg do schudnięcia ;)), więc stwierdziłam, żeby zmieścić się w granicach przyzwoitości, muszę skończyć bieg przed upływem 42 minut, a jak uda mi się to zrobić poniżej 40 minut, to już w ogóle będzie bomba.

Zaczęłam zbyt szybko, w ogóle nie patrząc na garmina, tylko puściłam się jak taki niedoświadczony dzieciak, ale to chyba z tęsknoty za bieganiem. Podczepiłam się pod grupkę szybko biegającej ekipy z WKB, myśląc 'co oni tak wolno dzisiaj' i tak nam 2km zleciało, na żartach, na śmiechu, do momentu jak zaczęło mnie przytykać, wtedy dopiero spojrzałam na garmina i zobaczyłam pokazujące się na zmianę 5:03 - 4:45, ups, to chyba jeszcze nie moje zakresy, chłopaki, sorry, ale chyba muszę Was opuścić, choć biegnie mi się z Wami zajebiście. Innym razem, obiecuję!

że tak lekko, to tylko złudzenie...
Zwolniłam, żeby złapać oddech i w ogóle dojść do siebie, najchętniej to oparłabym się o drzewo i zwróciła sałatkę jarzynową. Przez las przetoczył się echem głos 'odbiło mi się jajo', nie, nie, ja was proszę, bez takich tekstów, nie prowokujcie mojej sałatki do wyjścia! Na szczęście w końcu przestała się dobijać, pobiegłyśmy dalej razem, ja i sałatka, w okolicach 4. km sytuacja się w miarę unormowała, tempo było wówczas najwolniejsze z całego biegu, więc zdecydowanie to ten właściwy moment, aby zażegnać kryzys i powoli przyśpieszyć. Już tylko 3 km. 

 
Znikąd wyłonił się Jakub ze swoim aparatem na wysięgniku, większość zdjęć oczywiście nie nadaje się do publikacji ;) Podczepiłam się pod kolejną grupkę WKB i już tej się mniej więcej trzymałam do końca, tzn miałam w zasięgu wzroku. W końcu, zaliczając momenty lepsze i gorsze, dobiegłyśmy do mety. Ja i sałatka.
Gdy zobaczyłam zegar pokazujący '39', dotarło do mnie, że, kurde, jest dobrze. Że jest coraz lepiej z miesiąca na miesiąc. Że to moje mozolne z pozoru bieganie systematycznie się poprawia, i że jak będę nadal biegała tak, jak to sobie założyłam, to powoli, ale wrócę do tego co było przed kontuzją a potem pójdę jeszcze dalej :)


A medal dostaliśmy w kształcie jaja ;)  


 

2 komentarze:

  1. Ale fajnie że wracasz :) Gratulacje i teraz musi być już tylko do przodu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, oby było :) wracam, ale powolutku. Jeszcze sporo pracy przede mną, ale najważniejsze że już głowa wróciła na swoje dawne miejsce ;)

      Usuń