poniedziałek, 16 maja 2016

Wings For Life 2016. 'Wstajemy, nie giniemy!'

Ani tego w rozpisce startowej nie ujęłam (w której swoją drogą musiałabym zrobić mały update), ani tego nie planowałam. Przyglądałam się tylko jak pĄpkinsi się umawiają, drużynę tworzą. Myśl zakiełkowała. No zapisz się. W życiowej formie nie jesteś, wykorzystaj to i pobiegnij dla tych, którzy biec nie mogą. Taka wielka impreza, ogólnoświatowa, fajnie by było być częścią tego. Przy okazji sprawdzisz, na ile cię stać. Zrobisz sobie trening tempa. I przede wszystkim - z ludźmi się spotkasz! W pĄdrużynie pobiegniesz! Muszę przyznać, że ten ostatni argument zadziałał najbardziej. Zapisałam się. A potem rozkminiałam sobie pomału, jak ten dziwny bieg ugryźć.


Jestem ostatnio tak zakręcona, że jak mnie Krasus spytał, gdzie następny start, to udzielenie odpowiedzi okazało się być nie lada trudne, zaczęły mieszać mi się tygodnie, miesiące, wszystko. Gdzieś tam kołatały mi po głowę tri Lubasz, który odpuściłam,  tri Pniewy, którego raczej nie odpuszczę, Maraton Karkonoski, który póki co ledwie majaczy na horyzoncie, a jest, buahahaha, tydzień po Pniewach. Krynica nawet nie majaczy. Czas chyba zrobić sobie na lodówce rozpiskę, bo zaraz zginę zupełnie. Dobrze, że na Wingsy dotarłam :)

A dotarłam dość wcześnie, więc atmosferę imprezy chłonęłam od samego rana, mimo że start był zaplanowany na godzinę dość nietypową, bo 13. Jeszcze parę słów na temat pogody tego dnia - było lato. Prawdziwe, piękne lato. Nic, tylko położyć się na trawce w cieniu. Albo zrobić pierwsze w sezonie open water. Albo na bajku ciut dłużej pokręcić (oczywiście bez przesady). Wszystko, tylko nie bieganie :) Choć jednak jak się potem okazało, nie przeszkodziło mi to słońce jakoś strasznie.

W końcu nadeszła chwila, gdy pĄpkinsi, spotkali się Magdą i Zosią z Kobiety Biegają oraz z przedstawicielami drużyny Wkurwów (Biegam, bo mnie ludzkość wkurwia). Udało nam się chwilę pogadać, a dowód spotkania możecie zobaczyć poniżej. Kilka podskoków w fali dla rozgrzewki, jakby słońce grzało mało, po czym ruszyliśmy. Biegacze, ci na własnych nogach i ci o wózkach w jednym szeregu.

Pierwszy kilometr biegu był w zasadzie marszobiegiem. Na odcinku maltańskim, gdzie było cholernie wąsko, co chwila był 'stop' i kilka kroków marszu, potem trucht, trochę szybszy trucht, po czym znowu 'stop' na czyichś plecach. Rozluźniło się dopiero jak wybiegliśmy na Baraniaka. No dobra, to teraz coś o mojej taktyce na ten bieg, bo mimo wszystko jakąś miałam ;) Chciałam biec w tempie mojego obecnego drugiego zakresu i sprawdzić jak długo wytrzymam, czyli w tempie ok. 5:15 - 5:20. Nie zakładałam, że utrzymam to tempo do końca, celowałam w wynik biegu gdzieś około 17-18km. Tempo ładnie trzymałam do 11. km. Ale wróćmy jeszcze na Baraniaka. Od drugiego kilometra zaczęłam biec w 'swoim' tempie i biegło mi się dobrze, choć słońce doskwierało. Jestem pewna, że gdyby nie ono, byłby tego dnia 20km, a może i ciut lepiej. Ale na ciut lepiej musimy jeszcze troszkę poczekać. (będzie, obiecuję!) Trasa znajoma. W końcu tyle razy się biegło w Poznaniu. Przypominały mi się połówki (o, Baraniaka z górki, ale dziwnie), potem Królowej Jadwigi (o, to tu waliło gradem na Maniackiej), potem dziwnie znajoma prosta z Maratonu (gdzie swojego czasu Eminem pomógł mi przetrwać chwilowy kryzys). Miałam zakodowane w głowie, że na 9km będzie czekała Emi, a potem Justyna i Krasus. Okazało się, że kibiców na trasie było więcej, pĄkoszulka czyni cuda ;) Ogień z dupy, to hasło na trasie było słychać nie raz ;)


Moje tempo nieco siadło w okolicach 11 - 12. km, jak wybiegliśmy poza Poznań, tam zaczął się dość upierdliwy podbieg, wiatr w twarz, a potem drugi podbieg. Choć miałam nieodparte wrażenie, że i tak jakoś lekko mi wchodzą te górki. Nie sapałam jak jelcz, nie gubiłam techniki. Ha, jednak warto robić te skipy, podbiegi, ćwiczyć, machać kettlami, na razie waga piórkowa, bo 4kg i 8kg, ale to zawsze coś. Z daleka usłyszałam jak znajomy głos się wydziera "jest moc???" "jest siłaaa??". Gdy niechcący zbliżyłam się do właściciela głosu, rozpoznałam go, to Bartek z Wronieckiego Klubu Biegacza, a obok niego grupka osób z Klubu. No mamy na siebie szczęście. Podczepiłam się na chwilę do nich, tak jak jestem cholerną indywidualistką w bieganiu (no nie cierpię biegać z kimś) to z nimi aż chciało się biec. Mieli, zwłaszcza wydzierający się Bartek, masę pozytywnej energii, która jest mi ostatnio bardzo potrzebna. Którą chłonę, kiedy tylko mam ku temu okazję. Czułam, że mogłabym biec i biec bez końca (w ogóle często ostatnio mam to uczucie), to niestety ktoś z tyłu rzuca hasło, że samochód się zbliża. Łeee. Na zegarku miałam prawie 18km. Ta myśl, kurde, gdyby chociaż ten rekord Małysza pobić, czyli 19km. Włączyłam wszystkie silniki, ogień w dupie buzował na maksa, przycisnęłam ile sił. 19km zdobyty. No to teraz 20. Dawaj, póki auta nie ma! Dawałam ile sił, niestety dogoniło mnie w okolicach 19,5km. I ta rozkminka w głowie: pocisnąć ile sił i ugrać jak najwięcej, czy stanąć i zobaczyć mistrza. Byłam zawsze wiernym kibicem Adama, podziwiałam go za spokój z jakim osiągał kolejne sportowe sukcesy, rozbrajał mnie swoją skromnością jako człowiek. Zobaczyć go z tak bliska to było moje marzenie. Ale oczywiście wybrałam opcję 'pocisnąć ile sił' ;) Mistrza widziałam może przez sekundę...


Nie miałam daleko to autobusu, nad czym trochę ubolewałam, bo marzyło mi się roztruchtać nogi. Nie miałam pewności gdzie i kiedy będzie następny, więc wsiadłam (ech, znów ten mój brak spontanu). Jednak nie ma tego złego, bo całą drogę jechałam z panem, który znał chyba wszystkie biegi górskie w Polsce i sporo mi opowiadał o Krynicy.

Nad Maltę dotarłam jako jedna z pierwszych pĄpkinsów. Wszyscy wykręcali takie odległości, że aż miło! Jesteście zajebiście szybcy i pokręceni! ;)


A czy ja ze swojego wyniku jestem zadowolona? Lepiej od założeń, więc powinnam powiedzieć, że tak. Jednak świadomość że tak niewiele zabrakło do '2' na początku powoduje niedosyt. Lekki, ale jednak. To oznacza, że moja zawziętość (której na co dzień aż tyle nie mam) bierze górę i każe obrać cel na przyszły rok - mocna dwójka z przodu. Okolice 25km. Rozliczcie mnie potem z tego ładnie ;)

Start w Wings For Life to była jedna z lepszych decyzji jakie ostatnio podjęłam. Potrzebowałam porządnego kopa pozytywnej energii i takiego mocnego dostałam, że do tej pory czuję. Mimo tego braku '2' na początku. Mówiłam jeszcze w rozmowie Krasusowi, że kontuzja owszem, wyleczona, ale że przede wszystkim coś odblokowało mi się w głowie. Znów mi się chce. Mogłabym każdy dzień zaczynać od biegania. W zeszłym roku podczas biegania często towarzyszyło mi uczucie 'jezzu, niech ta męczarnia się skończy'. Teraz łapię się na tym, że mogłabym biec i biec, że myśl o zakończeniu treningu powoduje wewnętrzną reakcję, którą najlepiej wyartykułować poprzez "łeeee, juuuż?". Wniosek nr 1 - te kontuzje jednak mają sens. Resetują łeb. Przemeblują w mózgu to i owo. Wniosek nr 2 - mentalnie jestem gotowa na to, co czeka mnie dalej :)


*druga część tytułu pochodzi rzecz jasna STONT: <klik>