sobota, 25 czerwca 2016

II Wroniecka Dycha. Zaczynamy to szaleństwo...

Jakoś tak mi się poukładało (samo, oczywiście), że począwszy od zeszłej niedzieli to co tydzień gdzieś startuję. A Wroniecka Dycha zaczęła to szaleństwo (i nawet ciut zmasakrowała moje łydki, jak się dwa dni później na kozetce okazało). Bo za tydzień Pniewy - triathlon, za dwa Maraton Karkonoski, za trzy... a nie powiem, niespodzianka :) pod warunkiem, że przeżyję wcześniejsze.

3 - ci kilometr. Fot. Jakub z kija ;)
Na Wroniecką Dychę nie mogłam się nie zapisać. Po pierwsze, zadziałał sentyment, bo to tu rok temu ustanowiłam swoją aktualną życiówkę (46:53) i wskoczyłam na podium w kategorii wiekowej. Po drugie, znam część członków Wronieckiego Klubu Biegacza, widziałam z jaką pasją i zaangażowaniem podchodzili do organizacji tego biegu i uważam, że udało im się odwalić kawał dobrej roboty. Graty, WBK! :)
Startował również mój Tata, który w międzyczasie uciął sobie drzemkę od biegania, choć tak naprawdę należałoby to nazwać głębokim, zimowym snem. Tym razem nie udało mu się połamać godziny.

Nie miałam najmniejszych szans na poprawę zeszłorocznego wyniku, ani ponowne wywalczenie miejsca w kategorii. Po pierwsze, odbudowa formy idzie mozolnie, poza tym nie robiłam zbyt wielu treningów szybkościowych, bo trenowałam raczej pod góry. Po drugie - pogoda. Lampa świeciła na maksa, było bardzo ciepło. Po trzecie, czułam spore zmęczenie trenowaniem, pracą, życiem. Moim planem na bieg było zejście poniżej 50 minut... Mając w pamięci to, co biegałam rok temu, trochę boczyłam się za swoje założenia, ale wbijałam sobie do głowy: nie ma żadnego znaczenia jak biegałaś kiedyś. Jesteś tu i teraz. Na wspominaniu dawnych życiówek nie zbudujesz przyszłej formy. Praca, dieta, pozytywne nastawienie, a wszystko przyjdzie w swoim czasie. Bo przyjdzie! A teraz wróćmy do Wronek.

Słońce nie odpuszczało, było bardzo ciepło. Za ciepło. 2km rozgrzewki sprawiło, że koszulka - bokserka Smashing Pąpkins się do mnie przykleiła i już do końca tak została. Natomiast ja nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła zbyt szybko. No przyznam się, naiwna byłam, ale serio przez moment czułam, że uda mi się utrzymać tempo ok. 4:45. Niestety po trzecim kilometrze poddałam się i walczyłam o to, żeby tempo zegarek pokazywał z '4' na początku, a nie '5'.
Było ciepło, pisałam już chyba. Na widok każdego wodopoju miałam zaciesz, jak na tym zdjęciu:

fot. Jakub z kija ;)
Trasa nieco zmieniona w stosunku do ubiegłorocznej, dość kręta, co mi akurat pasowało, bo nie lubię długich prostych, a tak przynajmniej coś się dzieje i człek nie koncentruje się wyłącznie na własnym cierpieniu. A cierpienie było nawet całkiem znośne, oczywiście nie opieprzałam się, tylko robiłam ile mogłam, ale w trÓpa nie poszłam. Nawet nie powalczyłam na ostatnim kilometrze. Przede wszystkim dlatego, że nie chodziło w tym biegu o życiówkę, ponadto miałam ambitny plan wrócić do Szamotuł na rowerze, Grześ w aucie czekał i liczył na mały 30 - kilometrowy numerek. Poza tym miałam gdzieś z tyłu głowy świadomość, że czekają mnie kolejne starty za tydzień, za dwa... Ale minimum walki, które mogłam podjąć, to nie podjęłam już wyłącznie przez swoje tradycyjne roztargnienie, ponieważ nie ustawiłam sobie odpowiedniego ekranu na zegarku i nie widziałam całkowitego czasu biegu. A gdybym widziała, że jestem na pograniczu połamania 49 minut, na pewno popracowałabym bardziej w końcówce biegu. A tak wyszło 49:01. 
 
Tata, pĄMari i jedyna, która zrobiła życiówkę - Ania (fot. Jacek)
Nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona, raczej lekko przegrzana ;) Pomysł na powrót rowerem był świetny, bo wiatr mnie ostudził ;) Rzeczy na zmianę i Grześ czekały w aucie, więc zaraz jak doszłam do siebie po biegu (czyli się najadłam ;)) odkleiłam od siebie pĄsinglet (przywarł na maksa), wdziałam rowerowe szaty, freeruny zamieniłam na espedeki i bez zbędnej napinki pokręciłam sobie ponad godzinę, wracając do domu, zaliczając po drodze odcinek specjalny po ulubionym asfalcie w kierunku Lubasza. A moje rzeczy razem z naprawdę fajnym pakietem startowym pojechały z Tatą autem. 

pełnowymiarowy ręcznik z mięsistej frotki z logo Klubu, ręka Kota, no i siatka w barwach Kolejorza ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz