środa, 8 czerwca 2016

Mari kontra Dziewicza Góra odc. 2

Witaj, Dziewicza Góro! Miło mi Cię znowu widzieć. Taka piękna jesteś wiosną. Taka cudownie zielona. Mniej miło mi po Tobie biegać, a zwłaszcza na Ciebie wbiegać. Ale przygotowałam się na to i dam z siebie wszystko. Czekałam na ten moment, a Ty na mnie od naszego poprzedniego spotkania w lutym. Jestem znowu, bo chciałam sprawdzić jak to z tym moim bieganiem jest. Obiecałam Ci przecież zresztą, że wrócę. No więc, jak już wspomniałam, jestem. Przygotowana (tak mi się zdaję), bo przecież od naszego ostatniego razu przebiegłam prawie 600 kilometrów. Zrobiłam masę podbiegów, rzetelnie wykonywałam skipy. Serio wzięłam się za siłę biegową. Nie tylko z myślą o Tobie, ale też o tym, co czeka mnie później, w lipcu i we wrześniu. Mam zamiar spotkać się z Twoimi koleżankami, innymi górami, ciut wyższymi, ciut dalej położonymi. Jednak Ciebie tu mam najbliżej, niemalże na wyciągnięcie ręki. Zawsze mogę zrobić autem te 'jedyne 50km' dla Ciebie. Żadne inne miejsce mi tak nie złoi dupska jak Ty. Nigdzie indziej w pobliżu nie nabawię się takiego bólu w łydkach, jak tu, na Twoich zbiegach. Więc wróciłam i postanowiłam pokazać Ci się z mojej najlepszej strony. Posiłować się z Tobą troszkę. Liczyłam, że tym razem nie zmusisz mnie do marszu. Że tym razem każdy podbieg pokonam biegiem. Że połamię godzinę. Liczyłam.

GrubaFotografia ;) biorę sobie to do serca
Jednak od pierwszego kilometra postanowiłaś mnie konsekwentnie karcić, do porządku przywoływać, moją pychę gasić. Od pierwszego podbiegu, tfu, podejścia! Musiałam wykonać je w marszu, nie było innego wyjścia. Za ostro było, przytkało mnie. Potem nie było lepiej. Niewydolne płuca, porzyg, kolka, a tu trzeba zaiwaniać! 9km jeszcze! Góro! Za co! Nie możesz mnie tak gnębić! Ale nie dałaś mi wyboru, musiałam się wziąć w garść, jakoś umierać biec dalej. Dawać z siebie wszystko, jednocześnie pamiętać, że jeszcze czeka mnie druga pętla, te same podbiegi, podejścia... Kurde, no nie dało się wszędzie podbiec. Tak bardzo chciałam, jednak brakuje mi jeszcze tej mocy. Wciąż na wygranej pozycji jesteś, Dziewicza Góro, choć ja tak łatwo się nie poddam, o nie! Zerkałam co chwilę zegarek i resztą sił walczyłam o utrzymanie tempa średniego poniżej 6 minut na kilometr, jakimś cudem mi się to udawało. Cudownie można na Twoich zbiegach nadrabiać. A czasami jak się dobrze rozkulałam z górki to i podbieg siłą rozpędu zrobiłam. Taka cwana byłam. Chwilami ;) Jednak kolka, zmęczenie i tętno, które oscylowało w okolicach maksymalnego, dało się we znaki. Kończąc pierwszą pętlę szczerze marzyłam, aby zamiast na drugą, skręcić na parking, do mojego auta i pojechać do domu. Uciec od Ciebie, Góro, chciałam. Nogi jednak lepiej wiedziały, co robić. Same poniosły mnie w kierunku podejść, tfu, podbiegów. Nawet jakby szybciej na nich pracowały, chyba same przetłumaczyły sobie, że to już drugi i ostatni raz, jak nie teraz ten ogień, to kiedy. A zróbmy sobie zakwasy, przecież to na dobre nam wyjdzie, zwróci się na przyszłość. Kwas mlekowy przetaczał się przez moje łydki, uda, szanowną dupę, a nawet paznokcie kochana Góro, gdy wtaczałam się na Ciebie ten ostatni raz. Jęzor po ziemi wlokłam, sapałam jak jelcz, ale TAK!, chciałam się zmęczyć, bo widziałam w tym głębszy sens. Choć zgnębiłaś mnie, to jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że to tylko środek w drodze do celu większego kalibru. Lepiej dostać po dupie teraz i bardziej przyłożyć się do podbiegów na treningu, żeby potem na innych górach aż tak nie cierpieć (i tak będę, wiem). Zgnębiłaś mnie znów, ale dałaś mi małą nagrodę na zachętę: 2. miejsce wśród kobiet i 1. w kategorii K40. A ja do domu chciałam uciekać... Z tą kategorią to wiesz, ja jeszcze nie czuję się na to moje 40 ;) Ale i tak było to bardzo miłe. Osłodziło niezłamaną godzinę. Przyjmuję swój wynik 1:01:20 z pokorą i mocnym postanowieniem dalszego trenowania, zwłaszcza siły biegowej. Ponadto, droga Dziewicza Góro, znów obiecuję wrócić. Niestety nie w czerwcu, choć bardzo bym chciała, ale wypada to na półtorej doby przed triathlonem w Pniewach. A romans z Panem Triathlonem chciałabym choć na małą chwilę wskrzesić, więc, no sama rozumiesz. Ale latem lub jesienią, jeżeli tylko zaprosisz jakimś biegiem, to masz mnie jak w banku. I następnym razem nie dam się tak łatwo zgnębić, o nie!


1 komentarz:

  1. W takim miejscu to ja bym chętnie pobiegała :D

    OdpowiedzUsuń