czwartek, 30 marca 2017

Półmaraton Ślężański z dokładką.

Przerwy w bieganiu są do dupy, nie cierpię ich, przeżywam je dość odczuwalnie dla otoczenia, wkurzam się i tupię nogami, dlaczego ja, dlaczego teraz, kiedy było tak dobrze, kiedy czułam, że się rozkręcam, rozpędzam, że najlepsze dopiero przede mną... Stop. Rozhulałaś się. Wracaj. Weź głęboki oddech, znajdź w sobie nowe nieznane ci pokłady cierpliwości. I zacznij jeszcze raz.



Wróciłam do biegania z początkiem marca, kręcąc te kilometry zdecydowanie powoli, bo zbyt wiele się nie wyciągnie, gdy przy tempie 6:00 pulsometr pokazuje tętno 170 (wcześniej takie miałam, jak biegałam na dychę) (choć podejrzewam też notoryczne nawalanie sensora). Głosy rozsądku z zewnątrz (dziękuję! naprawdę dziękuję!) podpowiadają, żeby uważać z intensywnością treningów, bo się kolejnej kontuzji doproszę. Trochę nie posłuchałam i trochę się doprosiłam - przed wyjazdem do Sobótki odezwała się łąkotka w lewym kolanie... Finalnie wszystko pod kontrolą, ale potrzebny był lód, maść, fizjo, masaż i tejpy. Na szczęście wszystko zadziałało i można było przebiec Półmaraton Ślężański w Sobótce, a na drugi dzień wdrapać się na Ślężę i z niej zbiec. Przecież mam zostać rzeźnikiem...


Trasa półmaratonu biegnie wokół Ślęży, zaczyna się i kończy w Sobótce. Dla mnie to chyba najurokliwsza trasa asfaltowa, jaką kiedykolwiek biegłam. Półmaraton Ślężański, choć to bieg uliczny, w całości po asfalcie, to można na nim fantastycznie potrenować podbiegi i zbiegi. Na podbiegi warto zachować siły. Tutaj 'zacząć zbyt szybko' może nabrać nowego znaczenia. W pamięci utkwił mi najbardziej mozolny długi podbieg, który zaczyna się od 7. a kończy na 10. km. Pracę pod górkę na szczęście wynagradza kolejne kilka kilometrów z górki. Oczywiście nie ma się co cieszyć, że tak pięknie będzie do samego końca, bo powyżej 16. km przed metą czeka nas jeszcze kilka podbiegów, które dadzą się we znaki. Nasze nastawienie do tej połówki było od początku 'lajtowe' czyli biec na 2h i podziwiać widoczki, bo wstępnie mieliśmy ją biec tydzień przed maratonem w Dębnie. Ostatecznie połówkę pobiegliśmy krajoznawczo, ale dlatego, że oboje jesteśmy po kontuzjach... Brawo my :)
Ustawiliśmy się za balonikami na 2h i prawie nam się ta sztuka udała. Wyszło trochę ponad 1:55.



Mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na pierwszy wiosenny weekend tego roku, ani jednej chmurki na niebie, do tego mieliśmy fantastyczną miejscówkę, gdzie prosto z miejsca pobytu można było wyjść na szlak przez furtkę z tyłu działki. Grzechem było tego nie wykorzystać. Choć staraliśmy się naprawdę bardzo uważać na nasze kontuzjowane części ciała, nie chcieliśmy odpuścić biegania po Ślęży. Zebraliśmy się kolejnego dnia rano, ubraliśmy biegowe ciuszki i rura. Trochę pokręciliśmy szlaki, bo nie mieliśmy dokładnej mapy, ale od czego są zegarki z funkcją track back. Robiąc kilka zawijasów po drodze, trochę wbiegając, a trochę idąc, zaatakowaliśmy szczyt Ślęży. Po zrobieniu kilku fotek, w tym kultowej, sprofanowanej koszulką KB Szamotuły rzeźby niedźwiedzia, którego nazwało mi się świniakiem, zbiegliśmy tą samą drogą w dół.


że niby to niedźwiedź...
Ślęża wysokością n.p.m. nie powala, ale do treningu pod góry nadaje się idealnie. Jest na niej cała sieć szlaków, zróżnicowanych, bo są skały, jest i błotko, o zróżnicowanym nachyleniu, a jak człowiek sobie dobrze trasę ułoży, to i przewyższenia ładne pokręci. My przez 14km wykręciliśmy ponad 500m w pionie. Gdyby tak trasę wydłużyć do 20, 30km, nie popierdzielić drogi tyle razy... Będzie jeszcze ku temu okazja :)

Wokół Sobótki kręci sporo kolarzy, ponoć Sobótka to kolarska mekka! więc mamy ambitny plan wrócić w to miejsce, nie tylko z butami do biegania :) A Ślężę i półmaraton w Sobótce, każdemu, kto lubi trochę pobiegać góra-dół serio, serio polecam! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz