czwartek, 8 czerwca 2017

Moja droga do Rz.

Bo to było tak:

Jesień. Spacer z psem. Wieczór. Ciemno. Piździ.
I idzie sobie takich dwóch. Mari i Łuki. I Mari wyznaje, że boi się ultra, ale żeby chciała. Kiedyś. Tylko musi się przełamać. A Rzeźnik to w ogóle inna sprawa. Tu jeszcze trzeba biec z kimś. Wytrzymać z tym kimś. Nie zabić. Wspierać się nawzajem w momencie kryzysu. A Mari? Zawsze biegała sama. Trudno byłoby jej się odnaleźć w parze. Wyznała Mari wówczas: "jedyną osobą z którą wyobrażam sobie pobiec Rzeźnika to Ty." I tak się zaczęło...
Na odpowiedź Łukiego nie trzeba było długo czekać: "mam pomysł! Pobiegnijmy razem Rzeźnika! Zobaczysz, będzie pięknie!"
Reszta jakby potoczyła się sama...

Łuki oznajmił wnet, że zmienia swoje startowe plany na przyszły rok. Że on chce ze mną pobiec Rzeźnika, choć trochę wątpiłam w swoje możliwości i przede wszystkim, podżerał mnie strach. Zapisaliśmy się, choć nie pałała mną żądza wygranej w losowaniu. Raczej podchodziłam do tego na zasadzie, że jak mamy pobiec, to wygramy to losowanie. A jak nie to nie. Nie jestem przesądna, ale lubię doszukiwać się znaków w małych rzeczach. Losowanie wygraliśmy. W takim razie to już czas. Czas, aby w końcu ruszyć dupę i to zrobić. Przełamać się. Przesunąć kolejne granice. Sprawdzić, czy to ultra to dla mnie jest...

Się dziecko podjarało...

Wówczas w perspektywie miałam dobre pół roku czasu na przegotowanie. Ogromnie dużo czasu. W myślach planowałam treningi: po lesie, przynajmniej raz w tygodniu, długo. Często powyżej 30km. Górki: mała, ostra, obok naszego bloku. I te ciut dalej, gdzie można non stop biegać góra - dół. Wyjazdy na Dziewiczą. Wyjazdy w góry... Start w Prehybie i Toporku. Regularny crossfit. Ależ będzie się działo! Najarana byłam na trenowanie jak dzik.

Błędem było wymyślenie sobie maratonu w Dębnie i planu poprawienia życiówki. Bo do przesady zaczęłam piłować asfalt. Do tego doszło zmęczenie po poprzednim sezonie, nieodleżane. To musiało się zemścić, i to dotyczyło i Łukiego, i mnie.

Kontuzje, kontuzje...

Najpierw mnie dopadło. Dupoplecy i półtora miesiąca bez biegania. Potem Łukiego dopadł ITBS. U niego na szczęście skończyło się na dwóch tygodniach. Niestety niedawno po Toporze odezwała się kontuzja, która wykluczyła Łukiego ze startu w Sierakowie. Spuchnięta kostka i ból przy zginaniu stopy. Szybko zadziałaliśmy, najpierw lekarz, potem fizjo. Powód - wiadomo, przeciążenie... Ach, ten sport. Na Rzeźnika ma pozwolenie od fizjo... Twierdzi, że nie boli i da radę... Zobaczymy.

Co mnie dręczy...

To, że przez cały luty przebiegłam zaledwie 23km i potem już nie udało mi się wskoczyć na takie obroty jakie miałam w grudniu. W grudniu przebiegłam 280km! Po powrocie po kontuzji maksymalny przebieg zaliczyłam w maju - dokładnie 270 km. Tak miało się kurzyć na górkach. Planowane nocne treningi i wyjazdy na Dziewiczą... Skończyło się na jednym wyjeździe. A nocą się nie udało ani razu.


Poczułam znowu jak to jest biegać w tempie 7:00, i co najgorsze, w tym tempie umierać. Serio nie sądziłam, że jeszcze umiem. Posadził mnie ten Rz. na dupie, a jeszcze się nie zaczął. I w takich momentach najbardziej wątpiłam, czy ja się na tego Rz. w ogóle nadaję. Tłumaczyłam sobie oczywiście, nożeprzecieżkobietotrenujesz, masz zmęczone nogi, dlatego ci ciężko. A trening na zmęczeniu na wagę złota jest! Rycz sobie jak musisz, ale rób go. Najlepiej zaraz na drugi dzień po crossficie! Lub wieczorem, po mocnych porannych setkach na basenie, o!

Zaskoczenia!

Organizm to jedna sprytna bestia jest. Mimo przerwy w trenowaniu sporo pamięta.  W kwietniu średnio przygotowana, w dobrej formie ukończyłam Wielką Prehybę. Nie przyszłoby mi kiedyś do głowy, aby pobiec maraton w górach zaliczając wcześniej 1,5 m-ca bez biegania. Biegliśmy wprawdzie wolno, ale pierwszy raz w życiu udało mi się przebiec maraton w górach bez bólu, bez ściany. To mnie bardzo pokrzepiło przez Rzeźnikiem. I postanowiłam ratować z tego Rzeźnika tyle, ile się da.


Chodziłam na crossfit, który dawał popalić i niekiedy miałam po nim zakwasy jak za dawnych czasów po maratonie. Nie sądziłam, że przez podskoki, przysiady, pompki, podciągnięcia można się tak zajechać. Zaczęłam w końcu sięgać po suplementację, bo mój organizm nie nadążał z regeneracją. Kolejne treningi mi dokładały kolejne zakwasy.

Mętlik, mętlik...
Bo nie wiem na co mnie stać. Bo jednego dnia pruję Toporka i ląduję na 5 - tym miejscu, by tydzień później umierać w lesie człapiąc w tempie 7:00. Bo niby jakoś łatwiej wchodzą mi te górki, ale przecież Rzeźnik ma... no właśnie. 80? 85km? O przewyższeniu nie wspominając... Do tej pory na stronie organizatora nie doszukałam się rzetelnej informacji. W regulaminie jest takie info: 85km i 4990 w pionie przy limicie, uwaga! 16 godzin!!! Profil trasy na stronie organizatora mówi natomiast o 80km i przewyższeniu 3700. To teraz dołóżmy info z tej strony: 84km i 4200 w pionie. Jestem trochę zła, że nie wiem do końca na co się piszę. Jak na taką dużą imprezę, taki rozjazd w podstawowych informacjach, to trochę słabe jednak jest...

Strach.

Bo wiem jak potrafią popalić góry. Pamiętam to bardzo dobrze z Maratonu Karkonoskiego, który miał zaledwie 45km, a mnie wdeptał w ziemię. Byłam na niego średnio przygotowana. Nieobiegana z górami. Poczułam jak to jest zbiegać z napierdzielającym pęcherzem pod dużym paznokciem. Jak to wtedy, kurwa, bolało! Przebijanie na własną rękę bąbla pod paznokciem, potem chirurg... Po cichu sobie myślałam, że to może był mój taki górski chrzest? Że musiałam dostać ten solidny wpierdol, żebym sobie nie pomyślała, że te góry to takie lekkie, przyjemne, i, ach, jakże one piękne są? Oby mnie wpierdol nr 2 z nawiązką nie czekał teraz. Oby ten nowy paznokieć, co wciąż w miejscu tego starego odrasta i, niestety próbuje gnój wrastać, się nie odezwał... Błagam go i głaszczę, żeby tylko te kilka dni był spokojny, a po Rz. ładnie się razem (oby) do podologa udamy. Tylko nie wrastaj mi bardziej!

Koniec - sprawdzamy!

Będę starała podejść do tego rzeczowo.
O, tak:
Najpierw Mari uszykuje sobie rzeczy do ubrania, plecak i na przepaki.
Wieczorem, a w zasadzie późnym popołudniem grzecznie zje makaron. Dużo.
Potem dziewczynka weźmie prysznic i położy się spać. Spróbuje zasnąć. Choćby jasno było.
Gdy zadzwoni budzik o godzinie 00:30 bez marudzenia wstanie. Zje bułę albo innego banana. Reszta musi zostać przyswojona na trasie.
Uda się na start.
(pewnie się poryczy...)
Wystartuje.
A potem będzie już musiała jakoś dotrzeć do tej mety.
W końcu nie biegnie sama. Ma wsparcie. Najlepsze. Ever <3




2 komentarze:

  1. Mari! Będzie dobrze :) Ja przeszłam taką samą drogę (najpierw Prehyba a potem Rzeźnik). W dodatku nie chodziłam na crossfit :) Bawcie się dobrze i chłońcie każdą chwilę bo to wyjątkowy bieg, ze względu na to że lecisz z partnerem :) Kciuki!

    OdpowiedzUsuń