piątek, 28 lipca 2017

Historia letniego 'snu'

11 lipca.

Właśnie minął miesiąc od Rzeźnika, a ja na swoim biegowym liczniku mam raptem... 7 km. Ledwo wymęczone, po których wróciła choroba. Odpowiedź, dlaczego nie biegałam. Tym razem, ufff, nie kontuzja. Moje nogi przeżyły Rzeźnika aż za dobrze. W przeciwieństwie do mnie samej. 

Wracałam z Bieszczad już czując się dość kiepsko. Oczywiście zwaliłam to na przemęczenie, że organizm musi odpocząć, blablabla. Niestety dni mijały, a ze mną było coraz gorzej. W końcu gdy gardło wyraźnie mi dało się we znaki, wylądowałam u lekarza. Wyszło, że jest angina i że to tylko antybiotykiem. Pierwszym, od lat. Zadziałał prawie od razu, gardło bolało coraz mniej, ja dalej osłabiona, ale to przy antybiotykach przecież normalne. Jeszcze chwila i dojdziesz do siebie, myślałam. Kurację zakończyłam, po czym 2 dni później, a dzień przed naszym ślubem, radośnie postanowiłam rano pobiegać. To było owe siedem kilometrów. Czułam dziwną słabość podczas biegu, ale nie takie rzeczy się, hehe, przetrzymywało, dobiegłam do domu, wrzuciłam radosną fotkę na insta, obwieszczając radośnie światu, że jaaa! wraaacam! po czym zaczęłam się dziwnie słabo czuć. Kurwa. Tylko nie myśl o tym żeby się znów rozchorować, jutro masz ślub! A za tydzień jedziesz w Karko! Biegać! Ślub przeżyłam ;) Choć momentami było mi słabo, ale zwalam oczywiście na emocje ;)

Niestety mój organizm podejmował kolejne kroki w kwestii ogólnego strajku i... w połowie kolejnego tygodnia siedziałam na stołeczku u laryngologa kontrolując gardło. Znów zaczęło boleć, a ja w permanentnym stanie podgorączkowym. Niezmiennie od Rzeźnika. Kolejny antybiotyk został przepisany.

Oj, było wtedy zło. I nerwy, i dylemat. Weźmiesz antybiotyk, nie pobiegniesz w Karkonoskim. Nie weźmiesz, pobiegniesz, ale pewnie wątpliwa to będzie przyjemność i rozłożysz się na dobre. Zwlekałam z zażyciem, aż gardło zdecydowało za mnie. Zaczęło napierdalać. Jeden dzień trawienia faktu, że w Karkonoskim nie pobiegnę. Łuki był gotów odpuścić swój start, żeby tam specjalnie nie jechać, żebym nie musiała patrzeć na góry. Jednak zapadła ostateczna decyzja, że jedziemy, Łuki biegnie ultra, a ja się wcielam w rolę kibicującej żony i trenuję cierpliwość własną. Widocznie mam jej wciąż za mało.

Tym sposobem znaleźliśmy się w Karko, Łuki pobiegł ultra w czasie jak dla mnie kosmicznym (6:13). Mojej formy wystarczyło na tyle, żeby podejść kilka razy od centrum Szklarskiej do dolnej stacji wyciągu na Szrenicę, miejsca startu i mety. Z zadyszką jak za dawnych, antysportowych czasów. Zrozumiałam prędko, że nawet ze spacerowego wyjścia w góry nic nie wyjdzie, że nawet do Samotni się nie doczłapię. Góry wąchałam tym razem od dołu :(

Powrót do domu, koniec kuracji nr 2, zaczęłam się czuć lepiej, ale nie do końca, więc po odstawieniu antybiotyku nie rzuciłam się od razu na bieganie. Postanowiłam sobie przez co najmniej tydzień po kuracji przeczekać. Wytrzymałam 6 pełnych dni.

11 lipca, minął miesiąc od Rz. Postanowiłam pobiegać. 6km. Tempo zdecydowanie powyżej 6 min / km. Samopoczucie? Jakby ktoś ze mnie wyciągnął wszystkie siły i walnął w łeb, żebym się czuła lekko pijana. Na drugi dzień wrócił stan podgorączkowy. Powoli godziłam się z myślą, że do tego maratonu na jesieni co sobie wymyśliłam, to ja chyba się nie zdążę przygotować... Że muszę przemyśleć swoje bieganie w dalszej części tego roku. Grrr. To moje bieganie to jest jedna, wielka sinusoida.

I tak sobie robiąc porządek na blogu, w ramach 'przerywnika w pracy' dogrzebałam się do posta, którego napisałam rok temu, trzy tygodnie po Maratonie Karkonoskim i finalnie nie opublikowałam. Pewnie zaniechałam przez to, że zbyt dokładnie opisałam moje perypetie z usuwaniem paznokcia. Wklejam część posta, bo jest aktualna, do bólu (po Maratonie Karkonoskim też ok. miesiąc dochodziłam do siebie):

"Po trzech tygodniach wkurzania się na rzeczywistość, na którą nie mam wpływu, zaczynam znów (czemu nie mogę raz, a dobrze) rozumieć, że pewne rzeczy w moim przypadku wymagają więcej czasu. Niektórzy po krótszym stażu biegania niż mój są w stanie przebiec Rzeźnika czy innego Chudego i jakoś szybko dochodzą do siebie. Mnie najwyraźniej góry kosztują ciut więcej. Nie jestem jeszcze z nimi za bardzo obiegana i organizm odwdzięcza mi się za to, co mu zrobiłam. Góry są piękne, kuszące, uczucia na trasie i na mecie są nieporównywalne z niczym innym, ale to jest jednak demolka dla organizmu. I tu nie chodzi o pana chirurga i paznokieć, bo to mimo sadysty - chirurga to jest szczegół, chodzi mi o takie ogólne, dość kiepskie, samopoczucie organizmu. Poczucie rozbicia, które coś kurde nie mija. Postanowiłam być więc w tym zdroworozsądkowa. Nie rzucać się na rzeczy, na które nie do końca się czuję gotowa. (...) Chciałabym do takich prawdziwych ultradystansów, typu 70 - 80 km dojść, ale trochę mniejszymi krokami. Bo o to mnie prosi moje ciało :) (chyba się starzeję...)"
Tak, hihi, pisałam :) :)

cdn 

(nastąpi na pewno, bo już coś tam biegam :) )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz