piątek, 23 lutego 2018

Za półmetkiem.

Tak się jakoś porobiło, że cała energia, która mogłaby zostać spożytkowana na napisanie jakiegokolwiek postunia na blogu idzie w tabelkę. Tę tabelkę, w której na bieżąco, po każdym treningu, spisuję na gorąco swoje pobiegowe wrażenia, odczucia, zdaję relację, co zostało lub nie zostało (na szczęście częściej 'zostało') zrobione. Tam właśnie wyrzucam z siebie potreningowy przypływ wrażeń, potem biedny Owoc musi to czytać, a że wszystko idzie w tabelkę, to jakoś tak mało zostaje na bloga. Tym sposobem mamy już luty, a ja piszę dopiero pierwszego posta w 2018!


Minęły trzy miesiące regularnej pracy pod okiem Piotra, a ja czuję, że moje bieganie zmieniło się o 180 stopni! Nadal czuję się tak, jakbym zaczynała przygodę z bieganiem od nowa. Co tu dużo mówić, spodobało mi się to bieganie pod nieswoje wytyczne, a byłam kiedyś do tego bardzo sceptycznie nastawiona. Jestem z tych, którzy niekoniecznie lubią, gdy ktoś im mówi, co mają robić. Możecie sobie gadać, ja i tak zrobię po swojemu. Nie będę nikogo słuchać. A chyba jednak czasami warto ;)

Dostrzegam teraz jak bardzo bieganie na mój dawny sposób mnie nużyło, gdy wykonywałam ciągle takie same treningi, gdy klepałam ciągle takie same dystanse, trasy, tydzień w tydzień, do porzygu, to samo. Jak często łapałam się na tym, że nie chciało mi się biegać. Z ociężałym cielskiem ledwie się wynurzałam z domu na trasę, i zanim się zdążyłam zalogować do biegu, to pierwsze kilometry były jęczeniem, udręką, łojezzzu, jak mi się nie chce. Ciągle ta sama muzyka w uszach, bo już nie miałam pomysłu na nową, z kolei bez muzyki nie potrafiłam. A teraz?

Ileż radości może człowiekowi sprawić zwykłe rozbieganie! Zdarza się ono tak rzadko ;) Nie nudzę się, Owoc dba o to, żeby każdy kolejny trening był zaskoczeniem (w zasadzie rzadko kiedy się treningi powtarzają). Moje zapoznawania się z rozpiską na kolejne dni wygląda mniej więcej tak: oszalał. O kurwa. Znowu chce mnie zabić. Po chwili jednak zacieram ręce i chichoczę pod nosem 'no dobra, sprawdzimy, sprawdzimy'. Muzykę na trening... nie wiem, kiedy ostatnio zabrałam. Nie ma opcji żeby czegoś słuchać, gdy trening jest tak złożony, że czasami trzeba sobie zrobić ściągę na ręce, bo sięniedajborze zapomni, co się miało po kolei robić. Gdzie utrzymanie tempa wymaga ode mnie koncentracji i niekiedy sporej dawki samozaparcia. Na pewno łomot w uszach i majtające się kabelki by mnie tylko dodatkowo irytowały. I zdecydowanie lubię i doceniam te złożone treningi. Brak nudy, odzyskana lekkość biegu, a po każdym treningu potężna dawka motywacji, bo się udało. Bo widać, że to wszystko działa i zaczyna brnąć w naprawdę ciekawym kierunku. Te cele, które sobie wymyśliłam (myśląc jednocześnie, że postradałam zmysły) jakby zaczęły się przybliżać, nabierać realnych kształtów. Aż sama nie wierzę, że to piszę, ale coraz bardziej dociera do mnie, że to wszystko może się udać :)

Lubię mieć poczucie, że nakurwiam daję z siebie maksimum siły i zaangażowania. Że ciężko pracuję na to, by osiągnąć cel. Że robię co tylko w mojej mocy, nie tracę czasu, wkładam tyle siły, serca w to co robię, że na starcie będę mogła sobie powiedzieć: przygotowałam się jak mogłam najlepiej. Nie cel, ale sama droga do jego osiągnięcia jest dla mnie świetną nauką. Bo trenuję nie tylko ciało, ale przede wszystkim głowę. Ta droga wymaga koncentracji na celu, samodyscypliny, radzenia sobie z chwilowymi zwątpieniami (a sporo ich), wychodzenia na ciężki trening, kiedy akurat jest gorszy dzień w pracy lub pogoda nie sprzyja. Gdyby nie tabelka, przesuwałabym taki trening na inny dzień, a tu - jest plan i nie ma kombinowania. Oduczam się rozczulania się nad sobą, staram się podchodzić do treningów zadaniowo. Nie rozkminiać, robić. Takie to proste i trudne zarazem. Zaraz mi ktoś pewnie zarzuci, a gdzie w tym wszystkim przyjemność z biegania? To ja w tym momencie odpowiadam: daje mi sporo frajdy każde takie małe zwycięstwo nad samą sobą. Ciężki trening nie należy może do przyjemności, ale satysfakcja po nim, zwłaszcza jak się go zrobiło w gorszy dzień, w gorszych warunkach, daje mnóstwo satysfakcji i solidnego pozytywnego kopa na kolejne godziny i dni. Prostuje myśli w głowie, oczyszcza umysł z syfu i pozbawia złych emocji. Uodparnia na złe emocje płynące z zewnątrz, łatwiej o dystans do niektórych spraw i ludzi. Każdemu polecam raz po raz solidny treningowy wpierdol :)

Przy okazji skoro tak poważnie wsiąkłam w to bieganie, zrobiłam kolejną rzecz, o którą kiedyś bym siebie nie podejrzewała: badanie wydolnościowe. Tak, dałam się ubrać w maseczkę, dawałam sobie nakłuwać palucha i biegłam tak długo, aż udało mi się rozpędzić bieżnię do 16km/h. Nie sądziłam że aż tak dobrze mi pójdzie, zwłaszcza że cały poprzedzający tydzień odpychałam od siebie przeziębienie i czułam się raczej kiepsko. Hr max wyszedł mi niezwykle niski - 174 bpm. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to raczej nie jest mój hr max, bo taki najlepiej wychodzi na zawodach na dychę, a stukało mi już kiedyś powyżej 180 bpm. Niemniej plusem badań jest to, że analizuje się inne parametry, takie jak poziom zakwaszenia i pobór tlenu, na podstawie których ustala się strefy tętna. Nie trzymam się ich w tym momencie sztywno na treningach, ich znajomość pomaga mi najbardziej przy utrzymaniu tempa w tzw. biegach spokojnych. 




Nie jest idealnie, że wszystko idzie jak w zegarku. Zdarzają się gorsze dni, nawet dość często. Są owszem 'dni konia', że trening który miał mnie teoretycznie zabić, to ja go po prostu 'frunę' na bananem na twarzy, a są takie dni, że jakieś tam, pfff, skipy mnie niemalże wyprawiają na tamten świat. Zdarza się, że z przemęczenia łapię różne wirusy, na szczęście radzę sobie z odpychaniem przeziębień wyjątkowo dobrze jak na moje możliwości - zwykle walczę około dwóch, trzech dni. Lubią się do mnie ostatnio dobierać różne sensacje żołądkowe. Tłumaczę to sobie tak, że mój brzuch jeszcze nie zaadoptował się do rytmów, zmian intensywności i tempa, których ostatnio doświadczam. Zrobił się, zbój, wrażliwy, ale to tylko lepiej, bo bardziej pilnuję dzięki temu co, kiedy, i co z czym jem ;) Gorzej jest z odpychaniem kontuzji... Kolejny raz zrozumiałam, że jak chce się coś robić na 110% to trzeba o siebie bardzo, ale to bardzo dbać. Chuchać na każdy mięsień i tkankę. Rozciąganie, rolowanie, dużo snu, regularne odwiedzanie fizjo - tak brzmi teoria. Praktyka w moim wykonaniu wygląda zdecydowanie gorzej: z rozciąganiem zwykle się pilnuję, z rolowaniem już nieco mniej, sen - jak się uda to się czasami wyśpię, a fizjo - zwykle biegnę do niego dopiero jak problem jest na tyle rozwinięty, że zaczyna przeszkadzać. Dołóżmy do tego siedzącą pracę... Problemy kręgosłupowe i dupne są u mnie niemalże normalką. Niestety ostatnio dołączyło do tego zestawu lewe pasmo biodrowo - piszczelowe i jakoś, póki co, się na razie odpycham. Widmo kontuzji sprawia, że już odwiedzam fizjo regularnie, rolkę wdrażam niemalże codziennie. Głaszczę pasmo i błagam żeby wytrzymało do połowy kwietnia. Potem przesiądę się na triathlon i zapewne problemy przeciążeniowe znikną. Tak u mnie zwykle bywało. Najgorzej trenować samo bieganie :)



Inne niusy z naszego podwórka są takie, że najbliższy rok, nie licząc ZUK - a, którego za dwa tygodnie biegnie Łuki, obejdzie się bez ultra i bez gór... Będzie nam tego bardzo brakowało, ale podjęliśmy w końcu decyzję, aby rok 2018 był rokiem asfaltu i trajlonów. Czas podszlifować swoją formę na krótszych dystansach, odmulić i odczłapać, co zostało zamulone i zaczłapane, złapać nieco szybkości, wzmocnić się, rozwinąć się, wykonać krok do przodu w innym kierunku. A za górami zatęsknić i wrócić w roku 2019. Bo z pewnością tam wrócimy. Zdrowsi, silniejsi, lepiej wytrenowani i z wypoczętymi głowami :) i wtedy będzie się działo!

1 komentarz:

  1. Rutyna i powtarzalność zabija przyjemność wszędzie i zawsze :) Czasem niewielka zmiana pozwala oderwać się od tego ciężaru i znowu cieszyć się - w tym przypadku biegiem :) Co do ciężkich treningów i rzekomego braku radości z tego - nic nie daje tyle zadowolenia co satysfakcja, a im trudniej ją osiągnąć tym lepiej smakuje, czyż nie?

    OdpowiedzUsuń