piątek, 13 kwietnia 2018

Gdańsk Maraton - to już!

Listopad.

Zaczęło się trenowanie pod okiem Owoca. Czasu do maratonu było sporo, w zasadzie dopiero podejmowała się decyzja, który wariant półmaratońsko - maratoński wybrać: Gdynia i Dębno. A może Kraków i Dębno. A może Warszawa i Warszawa. Albo Warszawa i Kraków. Albo... Warszawa i Gdańsk ? Na ten ostatni wariant ostatecznie wypadło, bo najbardziej odpowiadały nam terminy. Miały być nie dwie życiówki, lecz cztery. A plan który przedstawiłam trenerowi, czyli to, co chciałam na tamten moment osiągnąć to było poniżej 1:40 w półmaratonie i maksymalne zbliżenie się do 3:30 w maratonie, może  połamanie.


tak jakoś to wszystko sobie wydumałam ;)
Grudzień, styczeń, luty.
Ten czas zapamiętam pod znakiem mocnych i krótkich interwałów, zabaw biegowych i sporej ilości skipów i innych ćwiczeń na technikę. Czułam jak treningi z tygodnia na tydzień oddają. Coraz lepsze tempo mam na rozbieganiach, coraz lepsze tempo na interwałach. Zjechałam nieco z wagą, dzięki temu złapałam niesamowitą lekkość biegu. Dodatkowe poczucie lekkości dawało mi ciągłe bieganie rytmów - miałam wrażenie, że setkami kończę każdy trening ;) i śmiałam się, że dzięki nim tracę na wadze, bo żołądek mam tak wytrzepany po rytmach, że jestem w stanie nic jeść. Na szczęście Drugi Grubas w domu lepiej niż ja pamięta o suplementacji i zawsze po treningach mam przypominane o bcaa, białku, na śniadanie serwowane końskie porcje owsianek.

Treningi 'oddają' na Dziewiczej Górze, gdzie z wyjątkiem jednej, bardzo zimowej edycji, ze startu na start poprawiałam swój czas. A treningi nie zawsze wychodziły. Zaliczałam momenty spadków formy, przemęczeń, gdzie próbowały mnie łapać różne przeziębienia. Za swój 'mały sukces' uważam to, że udało mi się nie zachorować. Zawsze jakoś te wirusy odpędziłam. A miałam obok siebie rodziców, którzy przechodzili wyjątkowo ciężkie grypska. U mnie co najwyżej kończyło się katarem. 

Nie zaliczyłam żadnej dłuższej niż 3 dni przerwy w treningach, w zasadzie wykonałam 95% planu, czasami tylko cyferki mi się nie zgadzały. Czasami brakowało sił ze zmęczenia i było za wolno, a czasami zdarzały mi się wyskoki formy i było za szybko. Trochę tylko kręciłam nosem na brak wybiegań dłuższych niż 22km, ale trener uspokoił, że wszystko w swoim czasie.

Marzec.
Zbliżał się czas półmaratonu, treningowo się sporo zmieniło. Było coraz mniej zabaw biegowych, za to szybkie bieganie na treningach zaczęło się wydłużać. Robiłam coraz więcej treningów tempowych typu 4x3km, 2x5km, pojawiły się biegi z narastającym przyspieszeniem, długie wybiegania z wplatanym tempem maratońskim plus, czyli ciut szybszym od docelowego na maraton. Zniknęły z planu skipy, za to cały czas uskuteczniałam podbiegi na coraz dłuższych odcinkach. Nie było zmiłuj i odpoczynku przed półmaratonem miałam... 3 dni :) Sama bym luzowała obciążenia pewnie z tydzień przed startem, ale trener zarządził nieco inaczej. Życiówkę udało się zrobić :)


Początek kwietnia...

Zaliczam ostatnie ciężkie treningi. Jeden dłuższy - o parę sekund za wolno, jeden krótszy - o parę sekund za szybko. Plan uważa się za wykonany, treningi za odbyte i nie pozostaje nic jak tylko odpoczywać i łapać świeżość w nóżkach. Już do samego końca tylko lekkie rozbiegania, na które jaram się jak dzieciak, tak bardzo mi ich brakowało. Na pierwsze udałam się do lasu, gdzie męczyłam się niemiłosiernie w tempie 6:25. Jakby zaczęło wychodzić ze mnie to całe półroczne potreningowe zmęczenie. Ale nie to w tym wszystkim było najgorsze. Pod koniec treningu odezwał się... paluch. Psia jego mać. Po treningu czułam, że ledwo idę. Pobolewał mnie już od jakiegoś czasu, jednak to wspaniałomyślnie ignorowałam. Gópia. W domu po zdjęciu buta okazuje się, że mały paluch, ten najmniej potrzebny, jest cały spuchnięty, czerwono - siny i w połowie pokryty bąblem wypełnionym krwią. No zajebiście. Igła poszła w ruch (się ma wprawę...), na drugi dzień lekarz, bo martwiła mnie opuchlizna całego palucha. Na szczęście lekarz nie potwierdził moich najgorszych obaw, czyli złamania, natomiast paluch był odduszony od noszenia za ciasnych butów... Tu Wam coś powiem: jeżeli buty Was delikatnie uwierają, są nieco przyciasnawe, nie bądźcie jak Maria i nie chodźcie w nich za wszelką cenę. Ja przechodziłam prawie całą zimę w przyciasnawych butach i teraz paluch mi się za to odpłacił, tydzień przed maratonem. Zaczęło się moczenie, smarowanie i okładanie kompresami palucha, którego stan z dnia na dzień się poprawia, ale o spokojnych rozbieganiach na 6 dni musiałam zapomnieć. W końcu na 4 dni przed maratonem odważyłam się pobiegać, a trener zarządził na pobudzenie 8km w tempie maratońskim. To nie była dla mnie lekka pobudka, zbyt długa przerwa zdecydowanie uśpiła mój organizm :( Paluch na szczęście przeżył ten wstrząs, jednak noszenie pełnych butów nadal ograniczam do minimum. Mam nadzieję, że ten paluch nie odezwie się w trakcie maratonu - bo że go pobiegnę - to chyba rzecz oczywista. Choćby boso.


Ale nie ma tego złego i tym razem. W piątek, na 9 dni przed maratonem, gdy paluch nie rokował zbyt dobrze, miałam w głowie maraton myśli. Bo przez moment serio liczyłam się z tym, że w Gdańsku nie pobiegnę. I że gdyby tak się stało, to cała moja praca na treningach wcale nie pójdzie na marne! Bo liczy się droga, nie cel. Cel jest wisienką na torcie, ale to droga którą przebyłam przez ostatnie miesiące nauczyła mnie najwięcej. Pokazała mi nowe oblicze biegania. Udowodniłam sobie, jaka potrafię być uparta gdy czegoś bardzo chcę, jak bardzo potrafię się skoncentrować na celu, gdy jest on dla mnie ważny. Że nie jest ze mnie aż taki straszny leń i leser. Że walka ze słabościami nie jest taka straszna i wiem, że jestem w stanie pójść jeszcze dalej z eliminacją złych nawyków. Wiem, że jakiekolwiek podejmę wyzwanie, to jestem w stanie mu sprostać, bo mam w sobie na tyle wewnętrznej siły, że po prostu dam radę. I wiem, że nikomu nic, absolutnie nic nie muszę udowadniać, bo to wszystko robię wyłącznie dla samej siebie, a największą nagrodą, poza moją własną satysfakcją, jest błysk w Jego oku i Jego uśmiech na mecie, w których jest wszystko. I wierzę, że dam radę w niedzielę, choćby paluch się w bucie odezwał i choćby wiało od morza w ryj. Wzrusz mnie chwilami ogarnia jak przed pierwszym maratonem, choć ze wszystkich maratonów do tej pory (a biegłam AŻ dwa), przed tym najmniej panikuję. Mam jakiś taki dziwny, aż niepodobny do mnie spokój. 

Nic tylko szykować czerwoną kiecę na start. A Was proszę o trzymanie kciuków...

PS a co co cho z czterema życiówkami. No miały być cztery, ale Łuki postanowił przerzucić się na rower. Został szosonem. A ja niedługo do niego dołączę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz