wtorek, 10 lipca 2018

Kwiecień, maj, czerwiec.

Działo się i się nie działo. Działo się, bo nie zawiesiłam butów na kołek, tylko starałam się zapierniczać dalej. Nie działo się, bo nie kręciło się, jakbym chciała. Po Gdańsku, mimo że nie przebiegniętym, wyszło ze mnie zmęczenie i zrozumiałam, że ten sport to nie przelewki i te wiecznie słyszane w kółko banały o słuchaniu własnego ciała banałami jednak nie są. 

Po Gdańsku, choć go ledwie co w połowie przebiegłam, zaliczyłam zjazd jakiego jeszcze nigdy... Nie będę opisywać, bo aż głupio mi, że się do tego doprowadziłam. Po tym wszystkim próbowałam się zalogować do biegania na nowo, ale do formy z okolic półmaratonu warszawskiego już nie wróciłam. Treningi biegowe, które wcześniej uskuteczniałam, stały się niewykonalne. Ciało wzbraniało się przed szybkim bieganiem. Moja szybkość poleciała na łeb, na szyję. Często nie byłam w stanie zrealizować założeń treningowych. Wychodziły mi jedynie wolne rozbiegania. Niestety nawet tempo tych ostatnich spadło. Zwalałam to na przemęczenie, ocieplenie, że doszły nowe rzeczy w planie treningowym. Doszedł do tego wszystkiego rower i pływanie. Nie tyle ile bym chciała. Wszak za główną dyscyplinę ustawiłam sobie bieganie. 

Ten triathlon miał być tak 'po drodze'. Choć na początku roku zakładałam inaczej. Miał być powrót na 1/2IM. Nie będzie jednak. Dystans 1/2IM, który miałam robić na początku sierpnia w Chodzieży zamieniłam na 1/4IM w Brodnicy w lipcu. Na połówkę ajrona z pewnością kiedyś wrócę i mam nadzieję, że nastąpi prędzej niż później. Chciałabym jednak wrócić na ten dystans przygotowana i z niego uczynić start docelowy, a nie jakiś tam 'po drodze'.

Nadal jak dziecko we mgle...
A póki co, to cały czas miałam wrażenie, że już nie umiem pływać. Bo pływałam jak na mnie strasznie mało. Przez zimę prawie wcale (raptem kilka razy), potem po Gdańsku średnio 1-2 razy w tygodniu. Posypał mi się styl, straciłam prędkość i czucie wody. Czułam się w wodzie jak drewno, że zamiast z nią współpracować, to tylko ją młócę. Tak mnie irytowało to moje bycie drewnem, że zaczęłam zwiększać częstotliwość pływania, dokładałam sobie sporo ćwiczeń. Może mi ta samowolka pomogła, że na pływaniu w Pniewach osiągnęłam dobry wynik?

Rower... Tu bez zmian. A! Przepraszam! Jedna chyba najbardziej znacząca zmiana! Zaczęłam lubić :) Nigdy mi jazda na rowerze nie dawała tyle przyjemności co w tym roku. Serio! Pierwszy raz zabrałam rower w góry. Choć kompletnie nie umiem podjeżdżać, to podjechałam za jednym szarpnięciem 400m w górę ze Szczyrku pod skocznię :) Bolało, upodliło człowieka, ale jakaż to była satysfakcja! Skosztowałam prawdziwych podjazdów, ale i też zjazdów. Dotarło do mnie, co to znaczy zjeżdżać w górach. Dotarło też do mnie, zwłaszcza po wspólnych treningach z Łukim, jak ja źle kręcę. Że ja kompletnie nie trzymam wysokiej kadencji. Jadę podczas wspólnych treningów na kole Ł., próbując trzymać taką kadencję jak On i nichu! Jeżdżę na zbyt niskiej, za to na zbyt twardym przełożeniu. Tym samym jeżdżę wolno i zakwaszam nogi. Mam naprawdę dużo do zrobienia jeżeli chodzi o moje 'kolarstwo'. Ale nie ma się co szczypać, przepadłam z rowerem na maksa. Tak jak jeszcze kilka miesięcy temu rozważałam jego sprzedaż, tak teraz wiem, że nie nastąpi to nigdy. Nie i koniec. I nie ma kompletnego znaczenia, jak wolno jeżdżę. Po prostu polubiłam. Wpięłam się na dobre.


A bieganie... Po Gdańsku nie wyglądało to najlepiej. Kilometrów raczej mało. Czasy zdecydowanie nie zgadzały się z tabelką. Pogodziłam się z tym, że do jesieni to już raczej szybko nie pobiegam. Trochę zaczęło się kręcić w czerwcu. Odbiłam się nieco z formą biegową i udało mi się nabiegać życiówkę na 5km (21:45) i przybiec na metę I Szamotulskiej Nocnej Piątki jako piąta kobieta. Tydzień później wprawdzie nie otarłam się o życiówkę na 10km na Wronieckiej Dyszce, ale udało się przybiec na metę jako druga kobieta w swojej kategorii. 


W końcu zbliżał się pierwszy w tym roku triathlonowy start i nie wiedziałam kompletnie jak go ugryzę. Czułam się raczej średnio gotowa. A na tydzień przed byliśmy w Szklarskiej Porębie. Miałam w planie zrobienie zakładki oraz rozjazdu rowerowego. A co zrobiła Mari, gdy zobaczyła góry? Oczywiście poszła biegać w góry. Jedyne 19km z prawie 1000m wzniosu, myślała, że jej nie zaszkodzi. Bo przecież się nie takie rzeczy... Tylko na zbiegach postanowiła przezornie zwolnić. Bo pod koniec coś te nóżki obolałe. No nic, jutro 'się rozjadą' na rowerze. Się rozjechały. Na podjeździe z centrum Szklarskiej pod Zakręt Śmierci ;) Potem się jeszcze (a jakże!) rozbiegały, bo przecież plan mówił, że zakładka. No to wio, poszła, a raczej pobiegła zaraz po rowerze na ścieżkę pod Reglami. 

Parę godzin później się zorientowałam co ja tym moim biednym nogom uczyniłam. (Kurde, ja z auta wysiąść nie mogę!!!) Kolejny rowerowy rozjazd (który akurat w planie był) postanowiłam odpuścić i ratować nogi. Te dwie bestie postanowiły mi jednak moje górskie wyczyny pamiętać. Pamiętały skubane i przypominały boleśnie aż do czwartku. Potem niby ucichły. Aż przyszedł ich czas na Triathlonie w Pniewach. I wtedy dały (mi) popalić :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz