czwartek, 10 listopada 2016

VI Samsung Półmaraton. Połówka idealna.

Myśl o szamotulskiej połówce rozgrzewała mnie już od początku sierpnia. Wtedy to wymyśliłam sobie takie postanowienie, żeby postarać się tu o życiówkę. Chociaż te 5 sekund urwać z tego nieszczęsnego 1:45:04, które wisiało i wisiaaało w powietrzu przez 2 i pół roku! Tyle czasu nic z tym nie zrobić! No dobra, były jakieś tam próby po drodze, jednak nieskuteczne. A potem zjazd w dół, przerwa i powrót do biegania, ciężki i mozolny. Jeszcze tak niedawno ocierałam się o drugi zakres w tempie 6:00. No i zarzekałam się, że rok 2016 będzie rokiem bez życiówek... Jak widać, czasem warto sobie te życiówki odpuścić. Obrazić się nie, się wypiąć. W dupie mieć. Wtedy same przychodzą :)

fot. Fotomaraton.
We wrześniu czułam już zdecydowanie, że nie biegam tylko fruwam, że z nawiązką wróciła dawna forma, lekkość biegu, choć bałam się o tym mówić na głos. Im mniej szumu, tym lepiej. A swoje i tak zrobisz, bo forma jest i głowa bardzo chce. Zwłaszcza właśnie ta głowa. Nastawienie do biegania, umiejętność radzenia sobie ze zmęczeniem, walka z własnym oporem przed wyjściem poza strefę komfortu, to ostatnio mi idzie całkiem dobrze. Głowa głową, ale na treningach też się nie opieprzałam. Na pewno swoje oddały góry, ale interwałów, biegów ciągłych, kilometrówek po drodze trochę weszło. Sporo ostatnimi czasy poświęciłam na ćwiczenia wzmacniające (tak! ja!), bardzo polubiłam się z kettlami. To wszystko siłą rzeczy musiało zagrać. Nawet jeżeli tydzień przed startem spałam po maksymalnie 5 godzin na dobę. W głowie grało bardzo mocno zupełnie co innego niż bieganie. W zasadzie to w ogóle nie myślałam o tej połówce. Tak jak wcześniej cały sierpień i wrzesień ostrzyłam zęby na ten półmaraton, tak zaraz przed było mniej więcej: 'połówka? Aaa, nooo, się pobiegnie, jakąś życiówkę chyba miałam robić, hehe.'
gruppenfoto KB Szamotuły przed startem fot. ktoś :)
W końcu godzina startu wybiła. Tempo w głowie ustalone na podstawie samopoczucia z ostatniego treningu szybkościowego. Plan był zacząć w tempie 5:00, a po jakichś 3 km zejść do 4:50 i spróbować utrzymać to do końca. A rzeczywistość wyglądała mniej więcej tak:


Zaczęłam teoretycznie za szybko w stosunku do planu, jednak czułam, że jest dobrze. Że jest dzień konia. Że pogoda też jest bardzo po drodze, czyli zimno i pada (na szczęście na czas biegu ktoś wyłączył wiatr). W momencie przekroczenia linii startu wróciły wcześniej skrupulatnie ostrzone zęby do walki. Mari uciekła w swój świat, skupiła się i pobiegła.

fot. Fotomaraton.

A na trasie zdecydowanie pomagał doping: ten 'zewnętrzny' w postaci kibiców. I ten mój własny, muzyczny: Gladiator, David Bowie, Billy Idol, Metallica. I ogromna chęć przesunięcia granic własnych możliwości. Coś co do niedawna było niemożliwe miało stać się faktem.
Biegłam skupiona jak mało kiedy, pilnując tempa, monitorując samopoczucie. O kurde, tempo 4:45. Nie zabija cię? To je trzymaj. Półmetek i pan obok zapytał, jaki czas mam na zegarku. Wtedy dopiero sprawdziłam czas całkowity. Paczałam i nie wierzyłam: 47:22. Tak zapamiętałam przynajmniej. Toż to tylko pół minuty gorzej niż życiówka! Nie chciało mi się wierzyć. Jak w to, że jakbym zrobiła ładny negative split, to bym połamała 1:40. Nie planowałam tego. Nie tym razem. Agrafka do Pamiątkowa miała jakieś 5km, jednak całkiem sporo się na niej działo, bo w najlepsze trwało przybijanie piątek :) Fajnie biegać u siebie. Połowa twarzy znajoma. 

za nawrotką, fot. Kim Foto i Film
Spadłam na ziemię, gdy odbiliśmy w stronę Baborowa, to był mniej więcej 14-15. km. Ten odcinek na treningach jest dla mnie kryzysowy, więc tym razem nie było inaczej. Tempo się chwilowo popsuło, a ja odpadłam od męskiej grupki, której się kurczowo trzymałam w razie wiatru. Wiadomo, że najlepiej się przed nim chronić za męskimi plecami. Na szczęście nie było takiej potrzeby, a po jakichś dwóch kilometrach się pozbierałam. Na tyle jeszcze mój mózg kontaktował, że byłam w stanie przeliczyć swój czas na mecie. Przed biegiem sobie myślałam, że jak na początku będzie 1:42 to będzie bomba. Teraz walczyłam o to, by na początku było 1:40, co mi się wcześniej nie śniło! Nie mogłam tego odpuścić. Zmusiłam się do pracy. Toż to prawie koniec. Wytrzymasz to. Krok za krokiem, rób swoje. Biegnij. Dasz radę. Było ciężko ale odliczałam te nieszczęsne metry już pod koniec. Skończyło się Baborówko. Potem zostawiłam za plecami kolejną metropolię, czyli Kępę. W końcu Szamo i długa prosta do mety, ulica Sportowa. Wyciskałam już z siebie resztki sił. Pomogły mi w tym zdecydowanie okrzyki Ani i Mirka z Wronieckiego Klubu Biegacza. A potem już tylko widok mety. A za nią chwilowe dojście do siebie i zaskoczenie jak chyba nigdy w życiu. Tata robiący zdjęcia mojej zdziwionej twarzy a potem pĄpującej pod złotą pierzynką. Czas wyszedł mi 1:40:45. Tak, jest czadowo... Udało mi się stanąć na nogi. Bardziej niż myślałam.


Gdy organizm alarmuje, że biegnie za szybko, że jest ciężko i że ma ochotę zwolnić - nie zawsze należy go słuchać. Tym razem nie słuchałam. W ogóle ostatnio nauczyłam się ignorować jęki zmęczenia własnego ciała. Jeżeli zależy mi na satysfakcji z biegu, z tego że dałam z siebie wszystko, że wykonałam kolejny kroczek do przodu, muszę umieć przebywać poza strefą komfortu, odbierać ją jako coś zupełnie normalnego. To jedyny sposób aby coraz dalej przesuwać granice niemożliwego, przyjaźń z bólem, przyjmowanie tego, że jest ciężko jako dobry objaw, a nie niepokojący, nie przejmując się ściekającym tuszem z rzęs, bo go nie mam, nie dbając o to jak wyglądam na zdjęciu oddychając przez paszczę, nie stresując się aparatami na trasie. Tylko tak jestem w stanie zmierzyć się z samą sobą, iść krok za krokiem coraz dalej...

to ta zdziwiona twarz ;)

Teraz, prawie miesiąc po półmaratonie, rzeczywistość wygląda, ekhem, nieco inaczej. W międzyczasie zamuliły mnie góry i spore ilości spożytego wina, czekolady... Biegam nadal, ale głowie dałam odpocząć. Totalny reset. Nie wiem, czy ten odpoczynek pomoże w uzyskaniu dobrego czasu w Obornikach na Biegu Niepodległości, wątpliwości zaczynają mną targać. I powoli zamierzam kończyć to roztrenowanie głowy, bo cele na przyszły sezon się kroją. Zacne. A. Życiówki oczywiście odpuszczam. Same przyjdą :)