czwartek, 20 kwietnia 2017

O Prehybo.

Gdyby nie Rzeźnik nie byłoby Prehyby. Gdyby nie to, że mam w planach ultra, nie biegłabym teraz maratonu po górach. Zrezygnowałabym, mówiąc, że nie jestem nań właściwie przygotowana. Albo nie według schematów które stosowałam wcześniej. Bo czy można brać się za maraton po górach z przewyższeniem oscylującym w okolicach 2000m, całkiem trudny technicznie, mając w nogach TO:

Do połowy stycznia 120km, potem auć dupoplecy, i przepraszam najmocniej wrażliwych, ale chuj z pobieganiem.
Cały luty 23 km, haha, w biegu, przeważnie były to truchty celem sprawdzenia czy boli, najczęściej bolało. Dołożyłam do tego na szczęście 50km marszu w zimowych warunkach po górach (też bolało, ale miałam to, hmm, no właśnie tam gdzie bolało), kilka godzin kręcenia na trenażerze i 18 km wpław. Nie mogę napisać, że w lutym leżałam i pachniałam, ale nie oszukujmy się, to nie było przygotowywanie się pod ultra.

zdjęcie bynamniej przedstawia już trening pod ultra ;)
Marzec. Dupoplecy ostatecznie zostały wyleczone, a dokładniej rzecz ujmując, igła dr Marszałka trafiła w końcu w ten newralgiczny punkt. Zaczęłam w końcu biegać, od razu z grubej rury. Tydzień od pierwszego biegu bez bólu pobiegłam połówkę w ramach cyklu Warta Challenge, gdzie po 12km z lekka odcięło mi prąd, i lekko zmasakrowana, ale bieg ukończyłam. Potem zaczynało być lepiej, do momentu, w którym zaczęło pobolewać mnie kolano. Początkowo myślałam że to pasmo, więc rolowałam do upadłego. Diagnoza fizjo była jednak zgoła inna: łąkotka. Nie jest źle, można biegać, ale po miękkim. Albo z dużą amortyzacją. I chłodzić, chłodzić, chłodzić. Trochę się opamiętałam i plan wykręcenia 200km w marcu zweryfikowałam. Wyszło ostatecznie 193 km, z mocnym akcentem na końcu: półmaraton w Sobótce, a na drugi dzień trening podbiegania i zbiegania na Ślęży. Kolano przeżyło. I korciło, żeby dokręcić te 7km, oj korciło! Ale się powstrzymałam.

Nastał kwiecień, zostało nam jakieś 20 dni do Prehyby, a my postanowiliśmy spędzić je dość aktywnie, nie tylko biegowo :)


Pierwszy weekend (ten, w którym mieliśmy biegać Dębno...) oraz kolejny pod znakiem roweru i długiego kręcenia oraz wycieczek biegowych do lasu. Zrobiłam dwie takie wycieczki biegowe, jedną 23 km i drugą 28 km. Podczas tej pierwszej, krótszej, cierpiałam sromotnie, bo dopadło mnie jakieś przeziębienie i przemęczenie w jednym. Walczyłam ze sobą o każdy kilometr w tempie 6:20, bo większość biegu miałam ochotę usiąść pod drzewem i wyć. Ciało i głowa odmawiały współpracy, czułam mięśnie obolałe po całym tygodniu treningów, a serducho i płuca szalały. W trakcie tego biegu dojrzała we mnie decyzja, że zaczynam suplementację BCAA, bo inaczej nie nadążę z regeneracją (decyzja została, fuuuj, wcielona w życie).

Druga wycieczka biegowa, 28km miała nieco mniej bolesny przebieg, ale od początku starałam się bardziej człapać aniżeli biec - na zasadzie 'nieważne kilometry, ważny czas spędzony na biegu', oby jak najdłuższy. 


W końcu, na tydzień przed startem w Prehybie wpadliśmy na szalony pomysł spędzenia świąt w górach, padło jak zwykle na Karko i Izery, bo najbliżej. Pierwszego dnia udało nam się zrobić półbiegową wycieczkę w okolicach Śnieżnych Kotłów i pokręcić 22km i 1200m w pionie. Kolejnego dnia jedyne 14km i 700m w pionie. Oszczędzaliśmy się, bo bądź co bądź, czeka nas jakiś maraton, poza tym biegał z nami nie pierwszej młodości hasior - Aki (11 lat). Aki oczywiście był w lepszej formie niż ja ;) 


Po powrocie z gór już tylko nogi w górę, totalne nicnierobienie, aż do maratonu. W kwietniu nakulały już w sumie 156 km ;) Trochę dam im odpocząć :) Po maratonie, jak go przeżyją, jeszcze bardziej nie planuję ich oszczędzać.

Powiecie: przecież ostatnio sporo biegałaś. Biegałaś w górach, robiłaś przewyższenia i trenowałaś zbiegi. Nawet ze śniegiem się otrzaskałaś, a na Prehybie (wszystko wskazuje) będzie go sporo. No więc o co chodzi z tym moim nieprzygotowaniem? Po prostu o to, że nadal nie czuję takiej formy, którą miałam przed Łemko. Na podejściach zdycham, a na zbiegach boję się poszaleć, bo nogi jeszcze 'nie te'. Myślę że jakoś dam radę 'zaliczyć' Prehybę, ale na dobry wynik nie liczę. Ot, długie wybieganie w górach przed Rzeźnikiem. Długie wybieganie. W górach. O Prehybo. Nie zmasakruj mnie, plis (aż tak bardzo).