sobota, 6 maja 2017

Wielka Prehyba. Moja przepustka do Rzeźnika.

Przez pewien moment naprawdę nie sądziłam, że dotrwam do tego biegu i że będę pisać relację z Prehyby. Jakieś dwa miesiące temu żegnałam się w myślach z pięknymi planami na pierwszą połówkę roku 2017. Już w zanadrzu gotowy był post koniec z Rzeźnikiem. Jestem albo królową czarnych myśli, albo zasada głupi ma szczęście się sprawdza, bo najwyraźniej ze wszystkiego się wykaraskałam, a mimo zbyt mocnego powrotu do biegania, obyło się bez kontuzji.

fot. Marcin Mondorowicz - Biegający Foto
Jakże piękny obrót przybrały sprawy. Udało mi się przebiec Prehybę, bez bólu, bez większych kryzysów. I w końcu uwierzyłam w to, że ja tego Rzeźnika naprawdę przebiegnę, choć to już będzie bardzo, bardzo bolało i jeszcze sporo pracy przede mną.

Do Szczawnicy jechałam z zakwasami w nogach, które czułam po bieganiu w Karko tydzień wcześniej. Myślałam sobie, maraton górski na zmęczonych nogach, to idealny trening pod ultra. Zapomnij o cyferkach, zapomnij o wyniku, im dłużej będziesz w górach tym lepiej. Im dłużej będziesz w górach tym lepiej powtarzałam sobie intensywnie, co by ukoić skołatane nerwy na wieść o warunkach, które czekają nas w górach. A czekały nas śnieg i błoto. Połączenie ZUKa (którego nie biegłam) i Łemko (tam, ach! już biegłam). Zmęczone nogi zmęczą się zatem jeszcze bardziej, a trening pod ultra zostanie odbyty z nawiązką. Tego zatem się trzymałam. Zmęczone nogi. W końcu muszę nauczyć się z nimi żyć.


rurzowy kartel <3 fot. Marcin Mondorowicz - Biegający Foto.
Ruszyliśmy. Pierwszy odcinek przez Szczawnicę, pod górę, po asfalcie. Na dzień dobry odezwały się zakwasy w nogach i zrozumiałam, co mnie dalej czeka. Trening pod ultra. Sama tego chciałaś. Nogi bolą, ty zasuwasz dalej, nie ma zmiłuj. Jęczałam w duchu, ale mozolnie wdrapywałam się pod górkę, a Łuki cierpliwie ze mną. Nie przyzna się do tego, ale dla niego to był spacer. Sam poradziłby sobie z trasą i warunkach o wiele, wiele szybciej. Musiał się czymś zająć po drodze, więc napstrykał mi całkiem sporo zdjęć.

Pierwsze 12km trasy najchętniej bym wycięła z życiorysu. Biegu jak na lekarstwo, tylko mozolne podłażenie pod górkę. Dość szybko przywitał nas śnieg, wygładzony przez orgów i wydeptany przez szybszych. Miejscami niestety było ślisko, co skutecznie przyblokowało mnie na zbiegu, tzn. moją głowę. Znów strach brał górę. Na jednym zbiegu wykonałam koncertową wywrotkę w śnieg, przez co połowa mnie już była mokra. Przed innym po prostu zatrzymałam się, przykucnęłam i musiałam chwilę powalczyć z myślami typu "nie ma opcji, za ch... tu nie zbiegnę". Przełamałam się i powoli zeszłam. Kolejne szły już trochę lepiej, ale tego dnia na zbiegach nie poszalałam.




13km i punkt odżywczy. A tam czekała na nas przepyszna drożdżowa buła z serem, coś jakby drożdżówka, tylko bez kruszonki. Pochłonęłam co do okruszka i popiłam ciepłą herbą. Mniam. I coś jakby zachciało mi się biec, poczułam że wcześniejsze zakwasy zaczęły puszczać. Rozeszły się, rozbiegały. Od tego momentu coraz częściej na pytanie Łukiego 'idziemy, czy biegniemy' odpowiadałam, że nie wiem, po czym zaczynałam truchtać.



Choć śnieg bardzo mi nie podchodził, zwłaszcza zbiegi po nim, to w okolicach 20. km zaczęło się przejaśniać, ale tylko w mojej głowie, bo jeżeli chodzi o pogodę, siąpił deszcz. Pod butami śnieg coraz częściej mieszał się z błotem. A w moim wykonaniu było coraz więcej biegu niż marszu. I totalny luz w nogach, poczucie zmęczenia zniknęło, poczułam wreszcie, że dopiero teraz to ja jestem gotowa do biegu. Nnno, mogę zaczynać!




W okolicach 25. km śnieg ustąpił na rzecz błota. Chcecie Mari zmusić do biegu, wywalcie wywrotkę błota, najlepiej łemkowskiego ;) Gdybym miała opisać to, co, się we mnie wtedy stało: jak mi się takie 'coś' przydarza w trakcie treningu, mówię sobie, że obudziłam w sobie swojego wewnętrznego dzika. Właśnie takie uczucie mnie dopadło. Proporcje zmieniły się zdecydowanie na korzyść biegu w stosunku do marszu. Taktyka z Łemko - przez każde większe błoto trzeba było jak najszybciej przebiec, żeby w nim nie utknąć po kostki. Więc zapierdzielałam ;)

Minął kilometr 30, 35... Czekałam na ból, który zawsze na tym etapie przychodził a tu nic! Pierwszy długi bieg w moim życiu, pierwszy maraton, na którym po 30. km czułam świeże nogi, chciało mi się biec i przyspieszyłam. Biegliśmy na totalnym luzaku, gadaliśmy, śmialiśmy się, błoto jakby nie robiło na nas wrażenia, miałam za to wrażenie, że niektórzy za tę radość z biegu byli gotowi nas pozabijać wzrokiem ;) Hihi, no nic nie poradzę, że tak jest fajnie. I te kłody powalone na wąskiej ścieżce, te górki ostre, które z dziwną lekkością mi się połykało i te zbiegi, na których zbiegać nie sposób, ale od czego są drzewa. Tym razem obyło się bez zjazdów na dupie ;)



Dobrnęliśmy do 40. km, a tam zaczęła się najciekawsza część zabawy. Do tej pory wyrobiłam sobie zdanie na temat tej szczawnickiej trasy, że zbiegi i podejścia należą do zdecydowanie ostrych i dość trudnych technicznie. Teraz, po 40. km miałam dopiero poznać, co to są ostre i technicznie trudne podejścia i zbiegi :) Podejście, na 42. km maratonu, niemalże pionowe, niby krótkie, a jakoś się nie chciało, kurwa skończyć. Przed zbiegami/zejściami zbierały się grupki ludzi i zastanawiały jak 'z tego zejść'. No i hit odcinka, a w zasadzie całej Prehyby: zbieg 'po linach'. Było pionowo, a nawierzchnia to wymuskane na połysk błoto, poziom przyczepności zerowy. Orgowie zamocowali liny, po których trzeba było zejść w dół jak po górskich łańcuchach, bez nich przeprawa przez to miejsce to chyba tylko na dupsku.



Krótki odcinek ostatnich trzech kilometrów zajął nam dość sporo czasu, a wcześniejsze kalkulacje, że uda nam się połamać 7 godzin, schowaliśmy do kieszeni. Na ostatnim zbiegu do Szczawnicy w końcu poczułam, że moje nogi mają dość. Dobiegliśmy z czasem 7:16:16. 43km, a zgodnie z zegarkiem to 44km. I pomyśleć, że na Rzeźniku będzie to dopiero półmetek...



Obiecałam siebie, że bez Prehyby nie będzie Rzeźnika. Że choćbym była kompletnie nieprzygotowana, muszę Prehybę przebiec, bo to najważniejszy trening przez tym, co czeka mnie w czerwcu. Dla nas, Łukiego i mnie, pierwsze wspólne przetarcie w warunkach startowych, w górach, w warunkach zbliżonych do Rzeźnika (choć mam nadzieję, że jednak nie ;)).
Prehybę przebiegłam, mimo 'takiego se' przygotowania, mimo zmęczonych nóg, bez kryzysów, bez bólu. Nie odezwało się dupsko, ani plecy, ani kolano. Kolejne dni obyły się bez zakwasów, w zasadzie na trzeci dzień po maratonie walczyłam na crossficie. I myślę sobie, mimo strachu, który mnie paraliżuje przed dystansem 85km i przewyższeniem 5000m, mimo styczniowo - lutowej luki w przygotowaniach, to ja chyba nabieram gotowości do Rzeźnika. Nieśmiało, ale nabieram.