niedziela, 10 lipca 2016

Maraton Karkonoski. W paszczy wilka.

Myślami wracałam do momentu, w którym popełniłam zapis na ten bieg. Jesień zeszłego roku. Moment nie najlepszy pod różnymi względami, ogólnie rzecz ujmując. Czasami tak jest, że wali się wszystko, na każdym froncie. Że trzeba podejmować trudne decyzje i działać mimo totalnego braku sił. Na domiar złego nie mogłam biegać i nie wiedziałam (nikt nie wiedział) jak długo to będzie trwało. A potrzebowałam tego biegania wówczas jak nigdy. Mimo tego całego pesymizmu gdzieś głęboko we mnie tliła się malutka nadzieja, która kazała dalej marzyć i snuć plany. Nieśmiało obierałam w głowie cele, wsłuchując się w muzykę z Gladiatora, po cichu wierząc, że może jednak uda się je zrealizować. I jednym z objawów tej nadziei było zapisanie się na Maraton Karkonoski - bieg górski na dystansie 46km z przewyższeniem ok. 2000m. A w momencie zapisu marzyłam o bezbolesnym przebiegnięciu 4,6km po płaskim...



Pół roku później, zupełnie inna ja, stanęłam na starcie tego biegu, mając wciąż w głowie muzykę z Gladiatora. Słuchałam jej na okrągło przed startem. I przez cały czas trwania tego masakrycznego jak się potem okazało dla mnie biegu grała mi w głowie. Mało co z zewnątrz do mnie docierało, w głowie z zadziwiającą czystością przewijały mi się dźwięki tego utworu. Byłam skoncentrowana i wyłączona jak chyba jeszcze nigdy. Obraz, który mi utkwił w głowie, który najbardziej zapamiętam z tego biegu, to ścieżka kamieni. Kamienie, kamienie, kamienie. A potem jeszcze kamienie. Tu głaz, który nie wiadomo jak obejść. Inny z kolei się lekko rusza. A tamten to taki koci łeb, uważaj na stopy, one mają już zdecydowanie dość. Pulsujący z bólu palec u prawej nogi. I te dźwięki w głowie... Gladiator... Biegnij, Gladiatorko! Z mało kim zamieniałam zdanie, nie szukałam kontaktu wzrokowego z innymi zawodnikami. Chciałam po prostu biec do przodu, nieważne jak, ale biec. Wtopić się w te góry. I pobyć przez pewien czas z najprawdziwszą 'sobą' jakkolwiek grafomanią to teraz zajechało. Ale tak to było właśnie...


Te zawody były zdecydowanie inne niż wszystkie, tym razem na mecie nikt nie czekał. Znów życie zatoczyło koło. Znów punkt wyjścia. Poczucie sy dawało mi to, że skoro wybrnęłam cało z tego wszystkiego, co działo się jesienią zeszłego roku, to chyba jakoś dam radę z tym biegiem. "Jesteś mocniejsza niż Ci się wydaje", napisała mi przed startem Ala, a ja powtarzałam to jak mantrę. I wierzyłam w to, bo już zdążyłam sobie to udowodnić, że z niejednym kryzysem, nie tyle na trasie, co w życiu, umiem sobie poradzić. Razem ze mną była tam Kasia. Kasia o swoich przygodach opowiedziała tu <klik> i gdy ja kończyłam bieg, Kasia była w zupełnie innym miejscu. Zeszła z trasy za Śnieżką i PKS - em wracała z Karpacza. Podziwiam Kaśkę za jaja, bo takowe trzeba mieć, żeby podjąć decyzję o zejściu z trasy, gdy się ma ponad połowę jej długości za sobą.

Dreszczyku przed startem dostarczały nam prognozy pogody, na czas biegu we wszystkich zgodnie przepowiadano burze. Jakieś zrządzenie losu sprawiło, że te burze się nieco odsunęły w czasie. W momencie startu było dość ciepło i słonecznie. Jeżeli chodzi o strój startowy, to nie miałam wątpliwości, w co się ubrać. W zasadzie to żaden pĄpkins nie powinien mieć nigdy takich wątpliwości. Wybór jest przecież Jedyny. Oczywisty.

W końcu wataha ruszyła, biegiem pod górkę! Kto to widział start pod górkę! Na domiar złego wszyscy biegli ;) Żeby nie było, to też jakieś 200-300m przetruchtałam, potem przeszłam do marszu. Kije poszły w ruch.


forza! tu się obie z Kaśką załapałyśmy :) (fotomaraton.pl)

Pierwsze podejście wzdłuż kolejki na Szrenicę było dość przyjemne, bo po trawie. Potem zaczęły się kamienie. Kamienie miały w tym biegu najwięcej do powiedzenia. Raz, że lubiły pomiędzy nimi zakleszczać się końcówki kijków, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Dwa, że po prostu - stopy męczyły się na nich niemiłosiernie. Dostawały w kość z każdym krokiem coraz bardziej. 
Kijki skończyły mi pomagać za Łabskim Szczytem.  Potem przeważnie mówiłam na nie brzydko - 'jebańczyki'. Przez większość czasu, delikatnie mówiąc, przeszkadzały. Wiedząc już teraz więcej na temat trasy, po prostu bym ich nie wzięła. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do pierwszego podejścia. Na dzień dobry trzeba było pokonać 6,5km i 800m w górę w czasie 1h:20. Tu maraton pogroził mi paluszkiem po raz pierwszy, bo, oj, oj, zrobiłam to w czasie 1h:13, czyli niedużo przez limitem. Wtedy do mnie dotarło, że zamiar pokonania trasy w czasie poniżej 7 godzin może być nieco na wyrost. Myślałam też o Kaśce, czy dała radę zmieścić się w limicie, wiedziałam, że została z tyłu.

pod Łabskim Szczytem gdzieś... (fotomaraton.pl)

Gdy minęłam górną stację kolejki na Szrenicę, zaczęła się stara, dobra, znajoma droga na Śnieżne Koteły. Rok temu zakochałam się w tym miejscu. Tu człowiek nie zastanawia się, czy biec. Tu się po prostu biegnie. Taki zew natury. Hyc, hyc, z kamyka na kamień. W pierwszą stronę to jeszcze całkiem przyjemne. Niestety w takim skupieniu biegłam, że Śnieżnych Kotełów w ogóle nie widziałam. Moja uwaga skupiała się na coraz większych kamieniach, po których trzeba było teraz lecieć w dół. Miałam klapy na oczach jak koń i ledwo dostrzegłam pana z aparatem (jak się potem domyśliłam, z Ultralovers), który robił zdjęcia i krzyczał "ooo pĄpkins, pĄpkujemy, pĄpkujemy!" Różowy kartel się robi coraz bardziej rozpoznawalny :)


pĄpkujemy, pĄpkujemy! fot. Jacek Deneka

Szybko zleciała mi trasa od Śnieżnych Kotełów do Łabskiego Szczytu, a potem do Spindlerovej Boudy. Stopy mogły chwilę odpocząć na zbiegu po asfaltowej drodze w kierunku schroniska. To był mój najszybszy kilometr (5:09). Pamiętam z tego miejsca pewną kibicującą panią, która na mój widok wykrzyczała "o jak pani ładnie biegnie, jak kozica". Hehe, chyba wyjątkowo dobry moment miałam.

Jedna rzecz się nie zmieniła od czasu Śnieżki - dobrze sobie radzę i wyprzedzam na podejściach. Nie rwę tempa, nie pędzę jak dzika, po prostu idę swoim tempem, a i tak wyprzedzam. Może to zasługa kijów, które tak strasznie tego dnia przeklinałam. Bo gdy za Spindlerową Boudą w stronę Drogi Odrodzenia zaczęły się nie kamloty, nie kocie łby, ale całe spektrum kamieni, mniej lub bardziej związanych z podłożem, o najróżniejszych kształtach, to płaskie, to bardziej kocie łby (ałłła!), to serio myślałam, że te kije wyjebię. Brakowało mi wtedy lekkości i swobody ruchu, żeby móc po tych kamieniach biec, wspinać się i zbiegać, bo tam było na zmianę - góra, dół. Musiałam w rękach trzymać te nieszczęsne kije, jebańczyki, po przywiązywanie ich do plecaka nie miało najmniejszego sensu. Straciłabym przecież cenny czas! Poza tym było co chwilę pod górkę, więc dość często starałam się ich używać.

Droga się nieco 'wygładziła' za skałką Słonecznik, było kilka drewnianych mostków i bardziej wyrównane kamienie. Ani razu nie spojrzałam w lewo, żeby choć przez ułamek sekundy zobaczyć Wielki Staw. Pierwszy wolny weekend od pół roku, na jeden dzień się wyrwałeś, człowieku, w góry i ty nic nie zobaczysz? Ech... Zobaczyłam za to mniej więcej na tym etapie coś bardziej przerażającego - górującą nad wszystkim Śnieżkę. Ty tam musisz jeszcze dzisiaj wleźć, kochana. Ty. Tam. Do góry. Tak, na tych nogach. Co Cię już trochę zaczynają boleć, a to był gdzieś mniej więcej 20. kilometr.

gdzieś nad Wielkim Stawem (Fotomaraton.pl)

No właśnie, jedzenie... Zaczynałam czuć lekki głód, a zjadłam w sumie niedużo, bo 2 żele i pół banana. Miałam przy sobie batony Chia Charge, ale jak zwykle, na myśl o zjedzeniu czegoś tak słodkiego jak one, mój żołądek z góry powiedział nie. Obiecałam sobie, że jak dotrę do punktu pod Domem Śląskim, będę żreć bez umiaru, choćbym miała kilo bananów wciągnąć, ale moje baterie zdecydowanie wymagają ładowania, i to takiego turbo, bo inaczej odpadnę na Śnieżce.

Na trasie do Domu Śląskiego mijałam coraz więcej zawodników z czołówki, wracających już na metę. Jejku, jak oni pięknie biegli! Sylwetki i styl biegu mieli, jakby robili tempo na stadionie! Jeden mi puścił oko, to chyba było 'oko wsparcia', musiałam wzbudzić litość swoim wyglądem.

Gdy dotarłam do wodopoju pod Dom Śląski, zgodnie z zamiarem wypiłam pół litra izo i pożarłam całą masę jakichś dziwnych ciastek i bananów, które akurat mój żołądek zgodził się przyjąć. Dopychałam, popijałam, w końcu zwarta i gotowa ruszyłam w stronę Śnieżki. Wejście dwa razy z rzędu rok temu wspominam całkiem miło. Zobaczymy jak mi teraz pójdzie..

Założenia na atak szczytowy miałam następujące: po pierwsze oczy w dół. Po drugie stawiasz częste i drobne kroki. Po trzecie oczy w dół. Po czwarte, na maksa opierasz się na kijach. I po piąte, oczy w dół. Pod żadnym pozorem nie wolno ci patrzeć w górę. Ta strategia okazała się być jedyną słuszną. Jakoś się tymi zakosami szybko wdrapałam, wyprzedzając nie tylko turystów ale i innych zawodników. A na kilku metrach przed szczytem wyjątkowo podniosłam wzrok, na kobietę którą mijałam po prawej, patrzyłam dobrą chwilę, patrzyłam, oczom nie wierzyłam... ciocia!!! Marysia!!! Aaaa!!! I tym sposobem spotkałam swoją rodzinę, zupełnie przypadkiem ;) Doczłapałyśmy się wspólnie z ciocią na szczyt, gdzie zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Wynik wynikiem, ale najważniejsi są przecież ludzie. Po zrobieniu zdjęcia i wymianie kilku zdań niestety 'musiałam' lecieć dalej. Przede mną jeszcze druga połowa trasy. Trudniejsza, bo z górki. I bo już ciut boli. Wlazłam tej do paszczy wilka cała, to teraz czas się z niej wydostać...

(tu miała być fota z Śnieżki, ale ciocia mi jej jeszcze nie przesłała:) )

Zbieganie okrężną drogą ze Śnieżki to były miłe złego początki. Tam to tak trochę jak po asfalcie... Grześkiem bym ujechała (z górki oczywiście). Odcinek do domu Śląskiego minął w oka mgnieniu. Tam znowu zrobiłam wyżerę. Przecież trzeba się uzbroić w kalorie na powrót. Miałam jeszcze żele, ale one były zabezpieczeniem na później. Chia tego dnia nie ruszę, tego byłam pewna. Ruszyłam dalej w trasę. Na moim zeszłorocznym górskim pierwszym razie w biegu 3xŚnieżka było konkretnie raz pod górę i konkretnie raz w dół. Tu, na trasie Maratonu jest sporo odcinków płaskich lub o stosunkowo niedużym nachyleniu, gdzie można, ba, nawet trzeba biec, żeby się zmieścić w limicie. Najdłuższym takim odcinkiem jest właśnie fragment od Domu Śląskiego do skałki Słonecznik. To też mając kije w dłoniach, biegłam. Gdzieś w połowie drogi minęłam Kaśkę, podążającą w kierunku Śnieżki. Przez spory odcinek drogi głowa zajęta byłam analizą czasu Kaśki. Wiedziałam, że będzie po limicie, jednak wydawało mi się, że wyglądała dobrze. Udało mi się w tej drodze powrotnej łypnąć okiem na kocioł Wielkiego Stawu. Skradłam ten widok w ułamek sekundy bezczelnie, to jedno z piękniejszych miejsc jakie znam. Powoli zaczęłam czuć, że nadchodzi kryzys. Żel zjedz, komenda od głowy, a ja grzecznie posłuchałam.

Zbieg z Małego Szyszaka wyszedł w moim wykonaniu delikatnie mówiąc źle. Już bolało wszystko, jebańczyki wnerwiały do granic możliwości, a tam znajoma feeria kamieni. Raz mało co nie popełniłam gleby, jakimś cudem oparłam się tylko o głaz, mocno wykręcając prawą kostkę. Oczywiście pierwsza rzecz, jaką sprawdziłam w tym momencie, to nie czy kostka działa, tylko czy lakier na lewym kciuku mi nie odprysł ;) Dwóch facetów za mną poczuło się dość niepewnie, bo w momencie swojego zachwiania pomachałam im tuż przed nosem kijami. "Postaram się nie trafić w oko" "oko jak oko, o co innego się obawiam" "no tak są sprawy ważne i ważniejsze" "bez oka da się żyć, ale chciałbym sobie w życiu jeszcze postrzelać". Tiaaa... Taka górska gadka szmatka. Chyba najdłuższy dialog, w jaki się wdałam na trasie, nie licząc spotkania z ciocią na Śnieżce. Już na końcówce zbiegu do Spindlerowej Boudy zobaczyłam, że niebo zrobiło się fioletowo - granatowe. Przypomniały mi się wszystkie pytania Kaśki, która strasznie bała się burzy: czy zegarek ściąga pioruny. A czy twoje kije są z karbonu. Hm. Usłyszałam potężny grzmot. Na szczęście na tym jednym się skończyło.

takie chmury były... (fot. foto f-time)
Zaczęło się podejście na Łabski Szczyt i wtedy złapał mnie deszcz. Początkowo całkiem przyjemny, delikatny, po chwili przeobraził się w rzęsistą ulewę. To oczywiście sprawiło, że kamloty na drodze już w kierunku Kotłów stały się mega śliskie. Kurwa, nie widzę tego, myślałam przez chwilę. Rzeczy zdążyły mi przemoknąć. Poczułam zimno, ciało zawołało o jedzenie. Potrzebowało energii, żeby się ogrzać, bez dyskusji wciągnęłam ostatni żel. Trudno, teraz trzeba przetrwać, a do mety się jakoś doczołgam (he, he). Zostało mi wóczas jakieś 10 km biegu. 

W końcu ulubione bloki skalne nad Śnieżnymi Kotłami. Deszcz ustał, kamienie też na szczęście szybko osuszył wiatr. Biegłam mając totalne klapy na oczach, wiedziałam, że zbliżam się do ostatniego zbiegu i wiedziałam, że do przyjemnych on należeć nie będzie. Nogi już napierdzielały z bólu. Za kotłami utknął mi po raz enty tego dnia kijek między kamieniami, wydarłam się "kurwa!!!" wyciągając go siłą z szczeliny. Rozbeczałam się. Po chwili, zasmarkana, obejrzałam się wkoło czy nikogo w pobliżu nie ma. Akurat nie było, więc skorzystałam z turystycznej chusteczki. Przecież nie będę tracić cennego czasu na szukanie chusteczek po plecaku. Jako że zbieg miał się lada moment zacząć, głowa przejęła stery i ustaliła zasady: 1. ból to ściema, ignoruj go, 2. jak musisz ryczeć, to rycz, ale biegnij, 3. im szybciej pobiegniesz, tym szybciej będziesz miała to za sobą.


ałłła, szutr, ałłła (foto f-time)

Patrzyłam na zegarek i widziałam, że aby zmieścić się w 7. godzinach musiałabym pruć jak dzika. Zbiegałam dość szybko, wyprzedzając ludzi po drodze. Miej to jak najszybciej za sobą, zasada nr 3. Koło schroniska pod Łabskim Szczytem wykręciłam sobie drugą kostkę, aż zaklęłam z bólu, na szczęście nic sobie nie zrobiłam, pobiegłam dalej. Każdy krok potęgował uczucie wbijania tępych gwoździ w stopy. Biegłam jak nieobecna, patrząc przed siebie gdzie jest ten cholerny skręt na trawę! Gdzie ten wyciąg, czemu go jeszcze nie ma! Tylko ten szutr, szutr, szutr. Lepszy on niż kamienie, ale mógłby się już skończyć. Ciało miało dość, stopy wrzeszczały jak jeszcze nigdy, byłam wówczas pewna, że jak zdejmę buty, będę miała palce we krwi. Dużo się nie pomyliłam...

A szutr nie chciał się skończyć. Miałam ochotę krzyczeć, ryczeć, zatrzymać się, chwycić się kurczowo krzesełka wyciągu i zjechać w dół. Przypomniałam sobie zasadę nr 2 (jak musisz ryczeć, to rycz, ale biegnij). Puściło mi już wszystko, ale biegłam. W końcu skręt, na trawę. Ojojoj, jak tam bolało. Gdyby nie ta meta i ci wszyscy ludzie na dole, to chyba bym się położyła i sturlała. Widziałam metę, słyszałam spikera, ale widząc że już minęło 7 godzin, zapomniałam o zasadzie nr 1 (ból to ściema, ignoruj go) i dałam się wyprzedzić takiemu jednemu, z którym troszkę taksowaliśmy się na trasie. 

ostatnia górka... (fotomaraton.pl)

Zmusiłam się do pokonywania ostatnich kroków. W końcu usłyszałam swoje imię i nazwisko. Coś tam nawet pomachałam. Potem głowa w dół, bo ja taka zaryczana, a tu fotki strzelają. Ostatni podbieg do mety. Nie wiem czy to był jeszcze bieg, czy już jakiś pokraczny taniec. META. Rzuciłam jebańczyki na ziemię. Wycisnęłam zaledwie 4 pĄpki. Wyszłam z paszczy wilka po czasie 07:06:14.

za metą... (fotomaraton.pl)
Zdaję sobie sprawę, że ultra to nie spacer po górach. A że maraton po górach ma się nijak do maratonu po asfalcie. Że to przede wszystkim umiejętność długiego przebywania daleko poza strefą komfortu. Weszłam do tej paszczy wilka na własne życzenie, wiedząc co mnie może czekać. Szykowałam się na ból, i dopadł mnie skurczybyk. Dopadł, ale to ja mu pokazałam środkowy palec.

Na pewno brakuje mi samego, czystego obiegania z górami, ale nie mogę powiedzieć, że na Maraton Karkonoski jechałam nieprzygotowana. Od kwietnia  biegałam powyżej 200km miesięcznie, w tym robiłam podbiegi i długie biegi w terenie. Poza tym był rower, kiepski, ale był ;) Dużo ogólnorozwojówki, ćwiczeń z kettlami i na stabilizację. Dzięki tym ostatnim kilka razy ustałam w pionie i nie wywinęłam orła.
Mimo tego, że osiągnęłam gorszy wynik, niż się spodziewałam, uważam, że ten bieg mi wyszedł, bardzo nawet. Nabrałam pewności siebie, bo nawet jak całe ciało się buntowało to stery przejęła głowa. Gdy kusiła opcja przejścia do marszu, a palec w bucie wył z bólu, ja przyśpieszyłam, żeby mieć to szybciej za sobą.

Mam teraz takie rozdwojenie jaźni: bo z jednej strony organizm skatowałam niemiłosiernie, pasm biodrowo - piszczelowych nie byłam w stanie jeszcze do środy dotknąć, a duży palec prawej nogi niestety wylądował na kozetce u chirurga (spoks, wycięli tylko paznokieć). Pierwsze dni po biegu nie wyobrażałam sobie, żebym mogła skatować to ciało jeszcze bardziej, choć gdyby nie palec to pewnie próbowałabym rozbiegać. Ale z drugiej strony łeb był cały czas na swoim miejscu, ani na chwilę nie odpuścił. Więc może jednak mam zadatki na ultraskę? Kolejna paszcza wilka czeka, już we wrześniu. Sprawdzimy :)

4 pĄpki wyciśnięte :) (fotomaraton.pl)

ps 1 za 'paszczę wilka' dziękuję Jackowi! Życzenia powodzenia, w których było 'wchodzisz do paszczy wilka'. Idealne porównanie, które gdzieś tam mi umknęło, a potem pisząc tę relację przypomniałam sobie. Inaczej się chyba takiego biegu nie da opisać :)

ps 2 dziękuję Łukaszowi z Klubu Biegacza Szamotuły za podwójną pionę pod Śnieżką. Zapomniałam podziękować po biegu, ale teraz nadrabiam :) to dało mi bardzo dużego, pozytywnego kopa przed 'atakowaniem' Śnieżki!

ps 3 Kasia!!! Tobie dziękuję za cały ten czas w Szklarskiej! Przede wszystkim za Twój głośny śmiech i pogodę ducha, którą masz w sobie, nawet jeżeli stajesz przed tak trudną decyzją, jak zejście z trasy! Wypisałabym tu całą masę rzeczy, ale what happened in Karko, stays in Karko :)