czwartek, 22 czerwca 2017

Rzeźnik cz. 3 Ten Rzeźnik się nie kończy :)

Link do części pierwszej <klik> i drugiej <klik>

Na punkcie w Roztokach szybko pouzupełniałam bidony, ale tym razem wodą, bo słodkiego izo miałam szczerze dość. Jeszcze tylko 12km! tak nam powiedzieli... Tylko. 
W takich momentach nie wolno patrzeć na zegarek. Niestety na podejściu pod Hyrlatą robiłam to zbyt często. I tym sposobem ono mnie zjadało. Im wyżej, tym znów pojawiał się obraz świata zamazany, jak zza brudnej szyby. Wchodziliśmy ze względu na mnie bardzo wolno. Wiedzieliśmy już, że będziemy na mecie w okolicach limitu czasu. Wiedzieliśmy, że ognia w końcówce nie będzie. Że ja nie dam rady przyśpieszyć na podejściach, a Łuki nie jest w stanie normalnie zbiegać. Mało tego, zachciało mi się jeszcze jednej przerwy... Łuki do bólu nogi się jakby przyzwyczaił, ale o szybszym zbieganiu nie było mowy. Byłam na siebie zła, że na początku w ogóle wymyśliłam jakiekolwiek cele czasowe. Łuki był temu od razu przeciwny, no ale ja to cała ja... Bez sensu było celowanie w wynik w obliczu tego, że nie przygotowałam się na ten bieg w pełni jak powinnam. Nie wiedziałam na co się piszę, czym jest ultra. I w zasadzie nadal nie umiałabym opisać, czym jest, bo to trzeba po prostu przeżyć. Pierwszy taki dystans w moim życiu i kompletnie nie wiedziałam, jak moje ciało zareaguje na taki długi wysiłek. Przecież za pierwsze górskie biegi mściło się na mnie bardzo, nie tylko zakwasami. Tym razem również się buntowało. Czułam, że resztką sił przeciągam je przez Hyrlatą. Jak już przeciągnęłam, poddałam się grawitacji i sturlałam do Lisznej co chwila zatrzymując się i czekając na Łukiego. 

tu nas nie ma...
Jedyne 5km do mety. Zostało ostatnie tego dnia podejście pod Małe Jasło. Ale najpierw trzeba było przejść przez mostek, przed którym - oczywiście - był korek ;) Postanowiliśmy nie czekać. Przeszliśmy w bród przez rzeczkę. Maksymalnie miałam do kolan. Przy okazji delektowałam się uczuciem zamoczenia zmęczonych łydek w lodowatej wodzie, Łuki nieco znieczulił swój ból, no i przy okazji umyły nam się buty.
Ostatnie podejście nie było tak długie tak wszystkie poprzednie, a bliskość końca mety sprawiła, że choć bardzo wolno, to pokonałam je bez większych kryzysów. W końcu przyszedł czas na ostatni zbieg do mety. Dźwięki grającej kapeli było słychać w oddali. A zbieg do Cisnej był chyba jednym z ostrzejszych na trasie. Tradycyjnie, jak przed wszystkimi zbiegami w ciągu ostatnich 50. km Łuki powiedział 'biegnij swoje, Mari, i czekaj na mnie na dole'. Tradycyjnie jak na wszystkich poprzednich zbiegach pomykałam po między ludźmi idącymi, opierającymi się na kijach. Prawie 80km w nogach, a ja na zbiegu nie czułam słabości w nogach, w pełni mogłam im zaufać, nawet na tym śliskim błocie. Co ok. 200m skakałam na bok trasy i czekałam na Łukiego, który na ostatnim zbiegu przyspieszył w stosunku do poprzednich. Szybko znaleźliśmy się w Cisnej. Znów trzeba było przejść ścieżką z linami, przed którymi 50km temu staliśmy w korku. A dalej już tylko mostek i kawałek do mety. Mnie nagle zaczęła rozpierać energia. Zniknęło całe to zmęczenie, nagle byłam gotowa lecieć do tej mety sprintem, cała w skowronkach. Jak to wszystko, kurde, siedzi w głowie... Przekroczyliśmy linię mety i wpadliśmy prosto na obiektyw Jacka Deneki. A co było później to już w pamięci mam jeden wielki kocioł, wiem, że było 10 pĄpek, że trochę się popłakałam, więcej śmiałam, ale i też powkurzałam na siebie. Chwilę później, jak szliśmy odebrać rzeczy z przepaków, to był mniej więcej taki dialog:
- Mari, zostałaś ultrasem!
- w chujowym stylu...

Teraz wycofuję się z tych słów, nie oceniam już tak surowo swojego stylu, odbieram ten start jako ultra przetarcie, doświadczenie do zapamiętania na całe życie, solidną lekcję samej siebie. Gdy kolejny raz zdecyduję się na ultra, inaczej podejdę do treningów oraz do samego biegu. Bez marudzenia i poczucia rozczarowania biorę wynik 15 godzin i 38 minut. Ten bieg był wypadkową naszych słabości i tyle wspólnie tego dnia byliśmy razem zdziałać. Można oczywiście siedzieć i gdybać, co bybyłogdyby nie odcięło mnie na podejściach, a Łukiego nie rozbolała noga. Albo gdybym miała kije. Może po prostu trzeba będzie za kilka w to miejsce wrócić i sprawdzić?

...i tu też nas nie ma...
Tymczasem jeszcze w Cisnej... Za metą bardzo szybko zwijaliśmy się do naszej miejscówki. Czułam, że zaczyna mi być niedobrze. W zasadzie nie byłam w stanie stać na nogach, organizm błagał mnie o pozycję horyzontalną. Czułam, że im dłużej stoję, tym bardziej mi słabo i tym bardziej chce mi się rzygać. Ekipa chciała iść coś wspólnie zjeść, ale ja po prostu czułam, że jeszcze chwilunia i padnę na glebę albo puszczę pawia. Pojechaliśmy do naszej miejscówki i jedyna czynność, którą mi się jeszcze tego dnia udało zrobić na stojąco, to wziąć prysznic. Potem już tylko z pozycji leżącej obsługiwałam fejsbunia i składałam deklaracje, że, hehe, nigdy więcej ultra ;) nie próbowałam nawet zejść na piwo do ekipy, bo mogłoby się to różnie skończyć. Nic już tego dnia nie zjadłam, a piwne zapasy wróciły do domu.

nas tu nie ma, ale jest kapusta ;)
Następnego dnia już było lepiej. Wróciłam do swojego dobrego apetytu, który opuszcza mnie jedynie w momentach, gdy jest naprawdę źle, ale nadal czułam się dziwnie rozbita i osłabiona. Za to bardzo pozytywne zaskoczenie sprawiły mi moje nogi, które następnego dnia zbiegały! po schodach, nawet po 10 godzinach jazdy w samochodzie nie zesztywniały, a zakwasy rozeszły się po 3 dniach. Niestety nie chciało mnie opuścić kiepskie samopoczucie, w końcu pojawiły się inne ciekawe przypadłości typu kaktus w gardle i wypluwanie własnych oskrzeli, co ostatecznie zmusiło mnie do pójścia do lekarza. Musiałam się poddać pierwszej od ładnych paru lat terapii antybiotykiem. Już jestem po, ale nadal dochodzę do siebie.

Noga Łukiego oczywiście po biegu spuchła, teraz jest już po konsultacji u fizjo. Wyszedł stan zapalny, uraz typowo przeciążeniowy. Noga dostała bezwzględny zakaz biegania na co najmniej 2 tygodnie. Czas ten się powoli kończy, a ona ponoć odbolała :) nic tylko patrzeć, jak zacznie znów biegać. Są ludzie, których się nie zatrzyma :)


a tu już my, jeszcze w formie ;) fot. IrmaS
A Rzeźnik... Zdecydowanie był to debiut ultra, który zapamiętam na całe życie. W magicznej aurze, bo większość dnia była mgła, która potem unosiła się nad nami. A mgła to jedno z moich ulubionych zjawisk atmosferycznych ;) W otoczeniu magicznej przyrody, bo takich gór jak Bieszczady nigdzie indziej nie ma. Takich lasów, łąk, paproci, wąskich ścieżek wijących się między liściastą rośliną sięgającą do kolan, którą najczęściej nazywałam jebaną kapustą. I co najważniejsze, swoje pierwsze ultra przeżyłam u boku Łukiego.

Wcześniej martwiłam się, czy moje nogi zregenerują się przez dwa tygodnie, żeby być potem w stanie przejść parę kroków do ołtarza w mega wysokich szpilkach, których na co dzień unikam. Nogi sprawiły mi niespodziankę, bo po trzech dniach zniknęły zakwasy, a po pięciu były jak nowo narodzone. Za to rozsypałam się ja cała. Na szczęście powoli dochodzę do siebie i czekam, czekamy! na kolejny start. Albo może przepak? Bo w zasadzie już od pewnego czasu biegniemy razem w ultra zwanym życiem. Dlatego mam wrażenie, że ten Rzeźnik trwa nadal.