sobota, 16 grudnia 2017

Reset systemu.

Nie było wprowadzenia. Powolnego 'rozbiegiwania się'. Było od razu z grubej rury. Moje wielkie oczy na widok treningu w tabelce. Że ja mam niby to pobiec? W ŻYCIU. Prędzej ómrę.

I najlepsze okazywało się w tym wszystkim to, że jednak nie ómierałam. Że jakimś cudem te treningi przeżywałam! A najlepsze było to zdziwienie po wszystkim, że trening niewykonalny stał się odbytym, czasami na 110%. Jednak ma się ten łeb. Czasami.


W końcu poszło dziecko po rozum do głowy. Ma plan, albo raczej kogoś, kto nad planem czuwa :) Ma cele startowe. Jasno sprecyzowane, mierzalne, umiejscowione w czasie. Chwilowo jeszcze wydają się zbyt odważne, ale 'celuj w księżyc, w najgorszym przypadku wylądujesz między gwiazdami'. Czy jakoś tak :) 
 
W końcu trzeba było rozpracować te wcześniej nieużywane funkcje i ustawienia zegarka (jam nadal atechniczna, tu się nic nie zmienia). Podzielić treningi na te, w czasie których śledzę cyferki i na te, kiedy zegarek nie istnieje. Trzeba było rozgraniczyć treningi, na których się zapiernicza (i wtedy nie ma zmiłuj) od tych kiedy ma być z nogi na nogę.

I jak widać, moje ciało właśnie czegoś takiego potrzebowało. Bodziec musiał być konkretny. Trzeba było je przymusić do ciężkiej pracy, przekroczenia wcześniej nieznanej granicy komfortu. Swoje już przez lata wyczłapałam, teraz trzeba było się wyrwać z tego 'zaczłapania' i poznać nową lekkość biegu. Całkiem znośną, choć niekiedy sapię jak lokomotywa, a nawet całkiem często. O, i tu pojawia się kolejna 'nowość' - przestałam się wstydzić tego, że trenuję, mam gdzieś, że ktoś mnie słyszy, że dyszę jak lokomotywa na całe osiedle. Można się śmiać, ale jeszcze do całkiem niedawna w czasie interwałów, gdy mijałam przechodniów, starałam się oddychać przez nos ;) Tak mnie to moje sapanie krępowało. W końcu (lepiej późno niż wcale) zaczęłam mieć to tam, gdzie mnie często lubi łapać pani na ka. Niech słyszą moje jęki i sapania! Jak ja ciężko pracuję! Jak, hihi, zapierdalam ;)



Wydawało mi się, że przez wcześniejsze lata w miarę mądrze biegałam. Że umiałam sobie rozplanowywać treningi, posiłki, wplatać treningi w porę dnia i tygodnia. Wydawało mi się. Od dwóch miesięcy mam wrażenie jakbym zaczęła biegać na nowo. Jakbym zrobiła reset systemu i zaczęła wszystko od początku. Choć w sumie nie mogę tak mówić, bo biegam ponad 6 lat i swoje gdzieś tam, lepiej lub gorzej, ale zrobiłam. Ale najlepsza to ja zawsze byłam w teorii.

A bieganie, jak życie, pełne jest niespodzianek. Okazało się na przykład, że można przebiec w miesiącu ponad 200km nie robiąc na treningu więcej niż 12-13km. Że nie potrzeba długich siermiężnych jednostek treningowych, aby być zmasakrowanym, czasami wystarczy 4-5km. Dotarło do mnie jak bez sensu przez wszystkie lata nabijałam ilość, gdy powinnam pójść w jakość. A to rodziło w moim przypadku dość często przemęczenie, kontuzje, spadek formy.

Sprawdzian z tego wszystkiego odbędzie się na wiosnę. Najpierw w Warszawie na półmaratonie. Potem na maratonie w Gdańsku. Potem jak mi poszczęści się w losowaniu, pobiegnę w biegu, o którym od lat marzę i którego od lat się boję - w Biegu Marduły. A potem się zaczną trajlony :) A potem może znowu góry. Albo może asfalt jak mi nie obrzydnie po wiośnie ;)



Tym samym sezon biegowy 2017 dawno uznałam za zakończony i mimo nowych doświadczeń średnio udany. Myślę, że od strony sportowej nie ma czego podsumowywać. Przynajmniej jeżeli chodzi o mnie. Swoje zdecydowanie w tym roku zrobił Łuki, z ŁUT150 na czele <3
A poza bieganiem działo się tyle innych, dobrych rzeczy w moim - naszym życiu, że ta chwilowa biegowa niedyspozycja nie była powodem jakiejś rozpaczy, wręcz przeciwnie, pomogła mi pewne rzeczy przemyśleć i poukładać w głowie.
I tym sposobem zaczęłam bieganie na nowo. I teraz już nic nie będzie takie samo :)