poniedziałek, 31 marca 2014

MARZEC - PODSUMOWANIE

Marzec był dla mnie miesiącem wzlotów i upadków. Na treningu popełniłam życiówkę na 10 km, potem ustanowiłam drugą, oficjalną. Niesiona na fali "wszystko mi się udaje" dałam ciała na najważniejszym przed połówką treningu. I tu się zaczął upadek. Dołączyło do tego nadwyrężenie jakiegoś mięśnia w tyłku (no, w końcu coś!) i przez dwa dni chodziłam, siadałam i wstawałam powoli i dość pokracznie. Na szczęście, przeszło.

Miałam okazję mieć na sobie piankę, taką prawdziwą, triathlonową, biorąc udział w testach pianek marki BlueSeventy. Wybrałam w końcu najlepszy pasujący mi model i teraz nań cierpliwie czekam. Podkreślam, cierpliwie. (no mogłyby się te chłopaki z endushopu pośpieszyć :) )

Ale teraz może przejdźmy do podsumowania:



SWIM

Pływałam w tym miesiącu nieco mniej, już tylko trzy razy w tygodniu, a ostatnio nawet dwa. Czuję mały niedosyt. Odnotowałam mały wzrost prędkości, poprawiłam swój czas na 50m: 49,1s, i na 950m też - ale to już niech pozostanie moją tajemnicą. Technicznie podobno nie ma co poprawiać, tak twierdzi instruktor Karol, więc ja już zaczynam zwracać uwagę na niuanse typu: złączone czy rozłączone palce u rąk. Karol próbował mnie nauczyć także nawrotów - takich prawdziwych! Zawsze mi się podobały i chciałam tak umieć. Jak się okazało - to nie takie proste. Pod wodą traciłam orientację, ściana myliła mi się z dnem, nie wiedziałam o co się odbijać, gdzie są moje nogi, gdzie są moje ręce, nie wiedziałam, czy to już ten moment, kiedy mam się odbijać i prostować nogi, czy jeszcze nie. Raz wpadłam w takie "zamyślenie" pod wodą, że zanim zdążyłam jakikolwiek ruch wykonać, wylądowałam tyłkiem na dnie basenu. Myślę, że na razie dam sobie spokój z nawrotami, a skupię się na samym kraulu :)

BIKE

Trenażer aż huczał, tak go eksploatowałam. Nie siadałam praktycznie na krócej niż dwie godziny. Nie wiem jakim cudem udawało mi się tyle wytrzymać. A jakim cudem wytrzymał to mój tyłek, to już w ogóle nie ogarniam. W końcu nastąpiło uroczyste pożegnanie bajku z trenażerem, zżyły się ze sobą chłopaki, ale cóż, czas płynie nieubłaganie i trzeba powoli Dżordża wypuścić w jego naturalne środowisko, a wcześniej go na to przygotować. Coraz bardziej się tego boję, stres jak cholera, przez sen powtarzam "najpierw wypinanie, potem hamowanie", ale obawiam się, że i tak to na nic. Zginę marnie na tej szosie.

RUN

Tu były te największe wzloty i upadki. Nowa życiówka na 10 km, o jakiej jeszcze niedawno bym nie śniła (choć trochę na nią narzekałam, to już się z niej cieszę) - 46:55. Poza tym pełno żółtych pucharków na endo, które powykręcałam (dosłownie) na moim stadionie. Była też konkretna klapa, gdyż najważniejszy trening przed połówką mi nie wyszedł. Miało być 9 km biegu spokojnego, potem 8-10km tempa startowego. Wytrzymałam jakieś 4km oscylując w okolicy tempa 5:00, po czym stwierdziłam, że nie dam rady i... się zatrzymałam. Takie coś zdarzyło mi się po raz pierwszy. Głowa, nogi, płuca - wszystko razem odmówiło współpracy. Teraz myślę z trwogą, jak ja to tempo utrzymam przez 21 km? Odpowiedź na to pytanie nadejdzie wkrótce, bo już w najbliższą niedzielę.

... 

Jak zwykle co miesiąc bywa, ilością ćwiczeń siłowych nie grzeszyłam. Niemniej pompki, ćwiczenia na brzuch "się zdarzyły", trochę rzadziej na nogi, no i beret też się nieco zakurzył. Wracając do pompek, a właściwie to pąpek, choć za każdym razem, gdy widziałam swoje ramiona w lustrze, obiecywałam sobie, że już więcej nie będę ich robić, to jednak dzięki nim mam dobre pociągnięcie w kraulu i widzę duży sens robienia ich nadal. Poprzestanę jednak na etapie 110 sztuk w pięciu seriach. 

W kwietniu dużo się pozmienia. Wyjadę rowerem w trasę, jak już wyżej wspomniałam, a pod koniec miesiąca planuję zacząć robić zakładki. I kolejną porcję trwogi wlał we mnie dziś facebook, bo przypomniał mi, że mój pierwszy tri - start jest od jutra dokładnie za dwa miesiące. Dwa miechy! Przecież to zaraz. A ja się czuję, jakbym była daleko w polu. 

poniedziałek, 17 marca 2014

X MANIACKA DZIESIĄTKA. WIATREM, GRADEM, DESZCZEM.

Po pierwsze, miałam kiepsko przespaną noc. Naprawdę. Najpierw nie mogłam zasnąć, potem spałam bardzo płytkim i urywanym snem, wstałam przed budzikiem, z rana czułam się zmęczona i lekko rozbita...

Po drugie, to pogoda. Nie było zimno, deszcz jakoś specjalnie nie przeszkadzał. Ale ten wiatr... Drzewa za oknem tańczyły, w kominach świszczało, a na trasie do Poznania, bezlitośnie bujało moim biednym, małym yariskiem. Normalnie w takich warunkach przekładałabym trening na inny dzień, a tu nie ma zmiłuj, trzeba pobiec i to jeszcze w dodatku przyzwoicie. 

Po trzecie... No może skończę jednak się tłumaczyć, wszak kiepskiej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy :)

Pobiegłam Maniacką Dziesiątkę z wynikiem 46:55 netto. To jest moja nowa oficjalna życiówka na 10 km, poprawiona w stosunku do poprzedniej o około 4,5 minuty (51:20). Gdyby mi ktoś miesiąc temu przepowiedział taki czas, wzięłabym go w ciemno... 


Do biegu starałam się podejść rozsądnie. Założenie miałam takie, aby zacząć od tempa 4:50, drugi kilometr zejść do 4:40, potem do 4:30, a na 7-8. przycisnąć do 4:20. Plan był ambitny, może aż za ? Zaczęłam trochę wolniej niż zakładałam, potem przyśpieszyłam, choć nie tak jak sobie to zaplanowałam. Do 7. km biegło mi się dość komfortowo, gdy miałam przycisnąć, to... nie zebrałam się w sobie i nie zrobiłam tego.

Wiatr był chwilami dokuczliwy, ale nie aż tak, jak się obawiałam. Był też deszcz, ale on akurat mi nie przeszkadzał, bo lubię biegać w deszczu. Kompletnym zaskoczeniem był za to grad na 5. kilometrze - w takich warunkach jeszcze nie biegałam, więc jestem bogatsza o nowe doświadczenie biegowe. 

Od 3. do 7. kilometra trzymałam mniej więcej równe tempo, z nadzieją, że po 7. km docisnę. No i tu się właśnie pojawia problem... Bo jednak nie potrafiłam przyśpieszyć. Mało tego, na 7. i 8. kilometrze zwolniłam! Mimo tego, że końcówka była z wiatrem, nie zebrałam się do finiszu, jak należy. Przez ostatnie trzy kilometry poziomem i zróżnicowaniem moich myśli nie grzeszyłam - główne, jakie się w mojej głowie pojawiały, to: "pierdolę, nie przyśpieszę", "to mój ostatni start na dychę, przysięgam" i "nienawidzę biegać".

Na 7. i 8. kilometr to aż wstyd mi patrzeć :)

Dopowiem jeszcze, że średnie tętno tego biegu wyniosło 162... Dla porównania w listopadzie Bieg Niepodległości przebiegłam na średnim 170, więc obawiam się, że tego dnia moja głowa kompletnie odpuściła. Dychy nie biega się po prostu na średnim tętnie 162... :/

Cieszę się z tego, że wykonałam duży postęp, bo poprawiłam, bądź co bądź, oficjalną życiówkę, i to całkiem znacznie. Moje trenowanie przynosi efekty (oklaski dla trenera!), będę zatem robić to, co do tej pory. Ten bieg akurat nie poszedł do końca tak, jak sobie to zaplanowałam, na pogodę zwalić winy nie mogę, choć na pewno w jakiś sposób wpłynęła ona na moje nastawienie do biegu. Tak naprawdę, moja chęć do walki wyparowała już w momencie, gdy rano po przebudzeniu zobaczyłam, jak za oknem wiatr pomiata drzewami.

I tak, jak sobie obiecywałam na ostatnich kilometrach biegu, że więcej na dychę nie wystartuję, to za metą, poza przenikliwym zimnem, bo byłam przemoczona, poczułam taką na siebie złość i taki cholerny niedosyt, że nie popuszczę, aż się uda. Dopnę swego i złamię 46 minut. A może i 45. I będę starała się to zrobić jeszcze przed tri.

Tymczasem, jeżeli chodzi o połówkę, która za niecałe trzy tygodnie, to nie będę ukrywać, że apetyt mi się wyostrzył. Tak między nami i po cichu, to bym chciała zejść poniżej 1:45. Uda się? Jak moja głowa pozostanie tym razem na swoim miejscu, to jest szansa :)

czwartek, 13 marca 2014

CZERWONE BUTY

Zimno, ciemno, pochowały się kolorowe buty, krótkie legginsy. Żadnych biegów, żadnych życiówek. Nie ma komu kibicować, nikt nigdzie nie startuje. Każdy po cichu rzeźbi formę na sezon. Mowa oczywiście o zimie. Ale w końcu nadchodzi przełom. Najpierw oślepia mnie słońce. Potem robi mi się gorąco podczas treningu i rozpoczynam penetrację moich szaf w poszukiwaniu krótszych legginsów. Pozbywam się rękawiczek i podwójnych skarpetek. Wychodzą z ukrycia moje czerwone pumy i mrugają porozumiewawczo do mnie: "to co mała, ogień?" Patrzę w kalendarz i odnajduję się w marcu. Osz k... , to już! Za chwilę pierwsze starty! Na treningu, gdy zbliżam się do wymarzonego tempa startowego, pojawiają się zadziorne myśli typu "no, to zobaczymy jaka jesteś dobra tempie 4:30". Coraz częściej czuję ten przedstartowy dreszczyk, wiem, że już wiele nie wypracuję, że teraz to już tylko ostatnie szlify. Okaże się, jak skuteczne są zastosowane przeze mnie metody treningowe. Czy myśl trenerska mojego osobistego trenera zda egzamin i będzie mogła być kontynuowana w drugiej części półrocza? Bo przecież na kwietniu sezon się nie kończy, tylko dopiero zaczyna!

Nastawiałam się na długą zimę, nawet taką gdzieś po drodze wieszczyłam ;) Na szczęście, okazała się krótsza. Zima się skończyła, odeszły wszystkie jej demony, a było ich sporo. Na szczęście, zostały definitywnie zażegnane. Ogarnęłam się i postanowiłam skupiać na tym, na czym mi naprawdę zależy, i co naprawdę daje mi w życiu szczęście. Żyć po swojemu. W końcu mojego życia nikt za mnie nie przeżyję, nie?

Ciągnie mnie w górę za uszy ta wiosna. Tłoczy do głowy same pozytywne myśli. Pokazuje, że moja forma jest lepsza niż się spodziewałam. Do działania zachęca. Czerwone buty przeczekały zimę, teraz czekają na progu, gotowe do startu. Ba, tak mi uderzyła do głowy ta wiosna, że nawet "w cywilu" sięgnęłam po buty na obcasie. A to mi się naprawdę rzadko zdarza!

Patrzę w kalendarz i widzę, że co weekend odbywa się gdzieś jakiś bieg. W grupie Blogaczy powstała rozpiska, gdzie kto startuje. Co weekend jest za kogo trzymać kciuki. Świat biegowy budzi się do życia. Pozostało mi już tylko grzecznie zjeść makaron, pójść spać, włożyć czerwone buty i ładnie pobiec Maniacką Dziesiątkę, a potem półmaraton. Trzymać kciuki za innych startujących. I kurde, wypadałoby mi pobiec tę sobotnią dychę jeszcze lepiej, niż ostatnio na treningu. Bo mam nadzieję, że tamten trening nie był dziełem przypadku, tylko rzeczywistym obrazem mojej formy.

PS Wiosna to stan umysłu. Teraz świeci słońce, ale w sobotę na szczęście ma być chłodniej i padać :) Zatem aura sprzyja życiówce!

czwartek, 6 marca 2014

CAŁY MISTERNY PLAN POSZEDŁ W...

Nie czuję się jakoś specjalnie mocniejsza, szybsza. Niby trenuję, niby biegam podbiegi, interwały, wybiegania. Niby robię masę innych rzeczy, jak pływanie, kręcenie. Mimo to, nie czułam "w kościach", jakby się znacząco moje możliwości wynikowe poprawiły...

Aż w końcu nadeszło wielkie bum, pierdolnięcie (wrażliwych przepraszam). Ale może by tak od początku: tydzień zaczął się kiepsko. Byłam nieswoja, osłabiona, czułam, jakby dobierała się do mnie jakaś choroba. Dałam sobie dwa dni luzu (a tak naprawdę to jeden, bo drugiego dnia był delikatny rower). Wypijałam litry herbaty z imbirem, bo to mi zawsze pomaga. Dużo spałam i starałam się spędzać wolne chwile w pozycji horyzontalnej.

Bardzo niepewnie w środę wybrałam się przed pracą na basen. Nie wiedziałam, czy już mogę się forsować, czy choroba mnie nie dopadnie. Obawy okazały się zbędne co do pływania, bo szło mi jak po maśle. Idealnie współpracowało nam się z wodą. Tylko po basenie znów nie najlepiej się czułam. Biłam się z myślami, czy biegać jeszcze tego dnia, czy też nie. W końcu w okolicach magicznej godziny 19:00 klamka zapadła. Idę!!! Dość tego rozmemłania, postanowiłam sprawdzić, jaka to ja naprawdę jestem chora. Marzec leci, trzeba szlifować formę a nie rozczulać się nad sobą, jak mała dziewczynka. Resztka zdrowego rozsądku, która jeszcze gdzieś w tym całym szaleństwie pozostała, podpowiedziała mi, aby założyć pasek do pomiaru tętna (co rzadko czynię) i w razie czego, jak wkroczę w jakieś nienormalnie wysokie zakresy, po prostu wrócę do domu.

Ale nic z tych rzeczy, podczas rozbiegania, obserwując swoje normalne, spokojne tętno, stwierdziłam, że musi być ze mną wszystko w porządku. Albo to sport mnie leczy. Skierowałam się zatem w stronę stadionu, tego, na którym zaczynałam swoją przygodę z bieganiem. Skoro mam już ten pulsometr, pomyślałam, zrobię sobie kilka kilometrów w drugim zakresie. 

Na stadionie włączyłam drugi bieg i zdziwienie moje sięgnęło zenitu, gdy tętno w okolicach 160-163 (górna granica drugiego zakresu u mnie) ustabilizowało się w okolicach tempa 4:45-4:30. Biegło mi się nadzwyczaj dobrze, a przeważnie trening WB2 oznaczał dla mnie męczarnię i mocną pracę głową, aby się nie zatrzymać. Tym razem musiałam włączyć resztki swojego zdrowego rozsądku, aby w końcu kiedyś zwolnić. Tego, co mi wyszło, nadal nie ogarniam:




Ostatecznie pokonałam 10km w czasie 46 minut 22 sekund, i czułam, że jeszcze mam zapas. Sprawdzałam potem dokładnie mapę na endo, czy gdzieś GPS się po drodze nie pogubił, czy garmin nie oszalał. A panikowałam, że 50 minut na Maniackiej Dziesiątce nie złamię. Ava napisała w komentarzu pod moim ostatnim postem, że dychę zrobię w 46-47 minut. Nie podejrzewałam siebie ani trochę o to, że taki czas zrobię na treningu. Ava, jesteś moją dobrą wróżką :)

I muszę jednak częściej sięgać po ten pasek do tętna, bo choć jest paskudnie zimny przy zakładaniu, zjeżdża, i w ogóle jest, i wkurza, to jednak prawdę mi powie. Na jesieni zeszłego roku mówił, że mój drugi zakres to tempo w okolicach 5:30-5:40. Na początku tego roku zmienił zdanie i powiedział, że to tempo to już 5:00-5:10. A wczoraj... Strach myśleć, co będzie dalej, ale najwyraźniej podbiegi i szalone czterystometrówki mojej formie służą.

Ten trening otworzył mi oczy, powiedział 'halo, Ty umiesz szybko biegać i skończ w końcu biadolić, że nie umiesz, w końcu pracujesz na to, do cholery!'. Muszę tylko teraz ponownie przemyśleć sprawę, na jaki czas biec tę dychę i połówkę, bo cały mój misterny plan (poniżej 50 i 1:50), mówiąc kolokwialnie, "się rypnął". No więc, na jaki czas biec? Nie wiem, kurde, nie wiem. Aż boję się myśleć. Nie wiem. Pomyślę o tym jutro ;)

sobota, 1 marca 2014

LUTY - PODSUMOWANIE

Luty, najkrótszy miesiąc w roku, a ja go wycisnęłam jak cytrynę. Wiatry nie zawsze sprzyjały trenowaniu, tak to czasem bywa, jestem mistrzynią w komplikowaniu sobie życia. Czasami kompletnie nie miałam głowy do robienia czegokolwiek, ale zaciskałam zęby i działałam. Mimo, że żaden mój trening nie powalił mnie na kolana, to wykonałam kawał solidnej pracy.
Oby marzec był jeszcze lepszy!


Zielooooono! ;)

SWIM

W lutym przepłynęłam 30,45 km w czasie 12 godzin, 36 minut. Dla porównania w styczniu było 26,1 km w 12 godzin, 20 minut. Przez pierwszą część miesiąca skupiałam się na technice, bo ręce i całą obręcz barkową miałam bardzo spięte a głowę zbyt nisko. W końcu uporałam się z tym. Na ostatnich zajęciach w tym miesiącu, Karol - mój instruktor, stwierdził, że technicznie jest już idealnie (choć mam tu pewne wątpliwości), że podobno już nie ma co poprawiać. Mam pływać sprinty, interwały i dystanse, co też ostatnio czynię. Pływać to ja mogę bez końca, zwłaszcza te dystanse. 
Jeżeli chodzi o konkretne liczbowe osiągi, to: 
- test Coopera w połowie miesiąca - wyszło 500m, niby wg tabeli i rubryki dla kobiet jest 'dobrze', ale ja średnio jestem zadowolona z tego wyniku, po cichu liczyłam, że wyciągnę 550m. Ale taki kubeł zimnej wody na łeb też od czasu do czasu jest mi potrzebny;
- na ostatnim treningu z Karolem pływałam sprinty: kilka razy 50m (51.4s), potem 100m (1.49), 150m (poniżej 3 minut), 200m (poniżej 4 minut). No dobra, te 200m to już nie był sprint ;) Muszę przyznać, że tak jak nie cierpię grzać na granicy puszczenia pawia tych 50 - tek, tak po przepłynięciu kilku takich, jak zaczynam płynąć spokojnie dłuższy dystans to jest po prostu bajka. Ruchy mam wtedy takie lekkie, wyważone i czuję, że mogę płynąć bez końca.

W przyszłym miesiącu będę pływać już bez pomocy instruktora i "tylko" 3 razy w tygodniu. Czuję, że mimo swojego niepełnego zadowolenia z pływania (ciężko samej sobie dogodzić), poziom wytrenowania mam jako tako dobry, czas teraz poświęcić się bardziej... bieganiu.

BIKE

Rower, moja wielka niewiadoma! Siedzieć w siodle to ja mogę długo, nawet ostatnio bardzo długo (2 godziny, 18 minut), ale nadal w warunkach cieplarnianych, bez wiatru, mijających tirów, dziur w asfalcie i konieczności wypinania się przed nagłym hamowaniem. Ze słuchawkami w uszach i filmem na monitorze. Łącznie wysiedziałam w lutym 11 godzin i prawie 18 minut.

A propos wypinania... Na początku, gdy zaczynałam jazdę w butach spd, wpinałam się w pedały mniej więcej przez 5 minut, więc wyobraźcie sobie, jakim jestem kolarskim leszczem. Teraz zajmuje mi to parę sekund, ale jeszcze nie robię tego odruchowo, tylko najpierw patrzę na stopę, potem sobie ją ustawiam odpowiednio, aby zrobić ten unik i wypinam się na "czy-czte-ry". Masakra, nie? ;) Jak nie zacznę ćwiczyć na sucho samego wpinania/wypinania, to zdobędę konkretne szlify w terenie. Sino - krwiste.

W tym całym kręceniu towarzyszy mi taki lęk przed przeciążeniem sobie czegoś (swoją drogą dawno nic... tfu!tfu! ), że zwracam na to ogromną uwagę, aby lekkim kręceniem zaczynać i kończyć trening. Jak wejdę zbyt szybko w wyższe obroty, wszystkie mięśnie od kolan w górę zaczynają się buntować. I oczywiście o rozciąganie dbam bardzo - zarówno w przypadku roweru jak i biegania.

W marcu nic się nie zmieni, będę kręcić nadal w warunkach cieplarnianych. Na przełomie marca i kwietnia Dżordż (mój bajk) idzie w odstawkę na kilka dni (przed półmaratonem nogi sobie odpoczną), wtedy go przygotuję do wyjazdu w teren. I od kwietnia dopiero się zacznie prawdziwe jeżdżenie. Już się boję. W co ja się, kurde, wpakowałam... 

RUN

W lutym przebiegłam 161 km. Biegowo nie był to oszałamiający miesiąc, swoje owszem przebiegłam, ale nie było żadnego treningu, który powaliłby mnie na kolana, no, może ostatnie interwały na stadionie. W połowie miesiąca otwarty został jeden z dwóch stadionów w moim small town, więc teraz biegam tam 400 - setki, a ostatnio też 800 - setki. Ponieważ nie biegałam takich odcinków wcześniej, podpytałam Wujka Googla o to, jak takie 400 - setki biegać. Odpowiedź znalazłam taką, aby biegać je w tempie na 5 km. Jak wiadomo, życiówki na 5 km nie mam, oszacowałam sobie więc, że to będzie coś około 23 minut czyli tempo 4:15/km. Ale wyczucia tempa to mogę sobie pogratulować, bo zaczęłam te 400 - setki biegać od tempa 3:51 do ok. 4:05. Był trup po każdym takim okrążeniu, ale szybko dochodziłam do siebie. Stwierdziłam zatem, że po co mam biegać wolniej, skoro mogę szybciej? Więc grzeję te 400 - setki w trupa.

A tak przy okazji, to jest Ten Stadion, na którym zaczynałam biegać. Na którym ponad 2 lata temu ślimaczym tempem pokonywałam okrążenia. Teraz "pykam" taki stadion w półtorej minuty. Chwilami jeszcze tego nie ogarniam ;)

Plan na marzec jest taki, aby bardziej się zabrać za to bieganie. Więcej biegać w WB2, kontynuować stadionowe interwały i wybiegania. No i w marcu będzie "pierwszy test" formy - w biegu na 10km. Zaczynam już lekko pękać, że nie mam formy i dam ciała, jednak poniżej 50 minut chyba zejść powinnam... No chyba, że nie ;)

SIŁA

Nie ma tragedii, ale mogłam się bardziej postarać. Od czasu do czasu porobiłam coś na nogi, coś na brzuch, pompki. Jednak było to z doskoku i zdecydowanie za mało. A przyczyny wciąż te same: ogólne nie wyrabianie się i lenistwo. Tak, po prostu nie chciało mi się. Wolę wsiąść na rower na 2 godziny czy pobiegać, niż robić te cholerne deski.

REGENERACJA

Wprowadziłam jeden dzień wolny w tygodniu (od treningów rzecz jasna) i nawet tego przestrzegałam ;) Trochę lepiej idzie mi wcześniejsze chodzenie spać. Raz skorzystałam z usług fizjo. Skoro nie czuję jakiegoś specjalnego zmęczenia, to chyba się nie zaniedbałam. Czuję się, póki co, zdrowo, a czy w formie to chyba jeszcze nie bardzo. Przynajmniej nie w takiej formie, o jakiej marzę.

. . . 

Zaczynam czuć za to stres, open water z żółto - brązowymi jaszczurkami w wodzie i zapadającym się pode mną pomostem już mi się śnił, a nocy do czerwca jeszcze sporo, więc strach myśleć, czym moja wyobraźnia senna mnie jeszcze uraczy. Poza tym zwyczajnie zaczynam się obawiać najbliższych startów - Maniackiej Dziesiątki i poznańskiej połówki, bo wymyśliłam sobie takie prędkości przelotowe, że coraz mocniej po głowie się stukam i dochodzę do wniosku, że chyba czas zejść na ziemię. Czasu coraz mniej, w zasadzie to już powinnam robić ostatnie szlify. 

Marcu, nadchodzę! ;)