czwartek, 19 kwietnia 2018

Długie wybieganie w Gdańsku.

Kiedy zaczynałam się bawić w to całe bieganie, samo ukończenie, najpierw półmaratonu, potem maratonu było dla mnie marzeniem, a zejście z trasy było czymś nie do pomyślenia. Nie dopuszczałam myśli, że kiedykolwiek takie coś zrobię. W zasadzie do 15. km maratonu zeszłej niedzieli takiej myśli we mnie nie było... Jednak teraz jestem kilka lat do przodu z bieganiem i jednak biegam trochę inaczej. Mam inne cele, inne ambicje. Ukończenie dla samego ukończenia nie jest dla mnie celem, a już na pewno nie kończenie za wszelką cenę. A tylko taką perspektywę miałam przed sobą w niedzielę, gdy coś we mnie powiedziało stop. Wiedziałam, że to nie będzie walka o 3:30, nie będzie to nawet walka o 3:40. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Tia... Odpuściłam walkę, zeszłam z trasy, czułam się z tym paskudnie, ale ja tę walkę przegrałam w głowie na pierwszych kilometrach biegu, o ile nie już przed startem. Pseudowalka, czyli kończenie tego maratonu na granicy 4 godzin nie było tym, co by sprawiło, że czułabym się teraz lepiej. Wręcz przeciwnie. 
Nie wiem, czy zejście z trasy to była dobra decyzja. Czułam się z nią na początku bardzo źle. Najpierw była faza kompletnego niedowierzania w to, co zrobiłam. Przerażenie, że ja, kurde, jestem taka słaba.
Potem była burza mózgu, co mogłam zrobić źle. Przecież tyle poświęciłam czasu, siły, zdrowia...
Szukanie przyczyn, choć i tak ta jedna, zasadnicza leżała w mojej głowie.
Zeszłam z trasy z powodu kontuzji. Kontuzji głowy. Choć może dzięki temu oszczędziłam sobie kontuzji ciała.


2. km. Fot. Fotomaraton.
Nie chciałabym analizować jakoś szczegółowo przyczyn tej porażki, one w zdecydowanej większości są w mojej głowie. Dawno nie biegałam tak długo, jednostajnie po alfalcie i chyba trochę zapomniałam jak to jest. Kilka dni przed maratonem nie najlepiej się czułam. No i oczywiście za mocno nadmuchałam sobie ten balon, nie wytrzymałam presji, którą sobie sama stworzyłam. Podeszłam zbyt zerojedynkowo do tematu. Nie zakładałam, że coś pójdzie nie po mojej myśli. Nie było w głowie scenariusza B. Gdy się zaczęło to całe zło, moje ciało zaczęło się gotować, tętno wystrzeliło w kosmos, utrzymanie tempa kosztowało mnie zbyt wiele, to nie umiałam w odpowiednim momencie zwolnić, żeby jakąkolwiek życiówkę dowieźć do mety, tylko brnęłam, aż zupełnie przestało żreć. Grupa pacemakerów biegnąca na 3:30, która wystartowała 2 minuty po mnie, wyprzedziła mnie dokładnie na półmetku. Oni mieli ponad minutę zapasu, ja straty. Dotarło do mnie, że dziś się nie zrobię tego, co chcę i w głowie nastąpił krach. Wtedy wszystko we mnie powiedziało dość. Człapałam, taplając się we własnej beznadziei i wypatrywałam Łukiego, który miał być gdzieś na 25km. Wypatrzyłam. Próbował mnie jeszcze zachęcić do biegu. Bez szans. 


8. km, fot. Fotomaraton.
Jedyne czego mogę żałować, to że zamiast słuchać siebie, za bardzo słuchałam kalkulatorów i tabelek. Teoretycznie z wyniku 1:38 z połówki wychodzi 3:30 w maratonie. Poza tym - przygotowywałam się na ten czas od pół roku! I treningi wskazywały na to, że się uda. Jednak wyszło co innego. W praktyce, utrzymanie tempa poniżej 5:00 na tak długim, póki co, jest poza moimi możliwościami. Nie umiałam ocenić zarówno swoich sił, jak i dyspozycji dnia realnie (kilka dni przed maratonem czułam się po prostu słabo). Mądra jestem po szkodzie, teraz wiem, że można było zacząć bieg w tempie na czas poniżej 3:40, który był do zrealizowania i miałabym przynajmniej życiówkę. Tak nadal muszę się zadowolić 3:47, której na jesieni stukną aż 4 lata... (choć oby jednak nie :))

Co do samego maratonu. Nie mogę złego słowa powiedzieć na temat imprezy w Gdańsku. Obsługa w biurze i wolontariusze na piątkę. Na trasie nie zdążyłam doświadczyć żadnych głupich podbiegów, kostka brukowa aż tak strasznie nie przeszkadzała. W moim odczuciu świetny pomysł z poprowadzeniem trasy przez Gdańsk Energa Stadion, Europejskie Centrum Solidarności, potem Stare Miasto. Ponoć był jeden dość bolesny podbieg na 37. km. Nie dotarłam. Świetna oprawa imprezy podczas startu. Brak tłumów, 2000 osób to idealna liczba uczestników na imprezę biegową. W dodatku byliśmy puszczani falami, więc w ogóle pociąg się rozłożył. Żadnych tłumów przy punktach odżywczych, uśmiechnięci i chętni do pomocy wolontariusze. Nic, tylko robić życiówki. Ech.


A tu już ostatnie podrygi. Fot. Fotomaraton.
Miałam celować w księżyc, w najgorszym przypadku wylądować między gwiazdami. Wylądowałam dupskiem na twardej ziemi. Przyrżnęłam z całej siły. Bolało. Czytałam komentarze pod swoim postem na fb, dodawały mi otuchy i bardzo za nie dziękuję. Bałam się wrzucenia posta na temat swojej porażki, bo kto lubi czytać o porażkach, a jednak odzew był niesamowity. Aż człowiek sam jakoś mimowolnie podnosi łeb do góry, szybciej zbiera się do kupy, coraz mniej rozkminia, co nie wyszło, tylko myśli o tym, co dalej w tym 2018 robić. Bo choć plan był sprecyzowany, to przecież plany od tego są żeby zmieniać. I wszystko na to wskazuje, że mój się jednak zmieni.

piątek, 13 kwietnia 2018

Gdańsk Maraton - to już!

Listopad.

Zaczęło się trenowanie pod okiem Owoca. Czasu do maratonu było sporo, w zasadzie dopiero podejmowała się decyzja, który wariant półmaratońsko - maratoński wybrać: Gdynia i Dębno. A może Kraków i Dębno. A może Warszawa i Warszawa. Albo Warszawa i Kraków. Albo... Warszawa i Gdańsk ? Na ten ostatni wariant ostatecznie wypadło, bo najbardziej odpowiadały nam terminy. Miały być nie dwie życiówki, lecz cztery. A plan który przedstawiłam trenerowi, czyli to, co chciałam na tamten moment osiągnąć to było poniżej 1:40 w półmaratonie i maksymalne zbliżenie się do 3:30 w maratonie, może  połamanie.


tak jakoś to wszystko sobie wydumałam ;)
Grudzień, styczeń, luty.
Ten czas zapamiętam pod znakiem mocnych i krótkich interwałów, zabaw biegowych i sporej ilości skipów i innych ćwiczeń na technikę. Czułam jak treningi z tygodnia na tydzień oddają. Coraz lepsze tempo mam na rozbieganiach, coraz lepsze tempo na interwałach. Zjechałam nieco z wagą, dzięki temu złapałam niesamowitą lekkość biegu. Dodatkowe poczucie lekkości dawało mi ciągłe bieganie rytmów - miałam wrażenie, że setkami kończę każdy trening ;) i śmiałam się, że dzięki nim tracę na wadze, bo żołądek mam tak wytrzepany po rytmach, że jestem w stanie nic jeść. Na szczęście Drugi Grubas w domu lepiej niż ja pamięta o suplementacji i zawsze po treningach mam przypominane o bcaa, białku, na śniadanie serwowane końskie porcje owsianek.

Treningi 'oddają' na Dziewiczej Górze, gdzie z wyjątkiem jednej, bardzo zimowej edycji, ze startu na start poprawiałam swój czas. A treningi nie zawsze wychodziły. Zaliczałam momenty spadków formy, przemęczeń, gdzie próbowały mnie łapać różne przeziębienia. Za swój 'mały sukces' uważam to, że udało mi się nie zachorować. Zawsze jakoś te wirusy odpędziłam. A miałam obok siebie rodziców, którzy przechodzili wyjątkowo ciężkie grypska. U mnie co najwyżej kończyło się katarem. 

Nie zaliczyłam żadnej dłuższej niż 3 dni przerwy w treningach, w zasadzie wykonałam 95% planu, czasami tylko cyferki mi się nie zgadzały. Czasami brakowało sił ze zmęczenia i było za wolno, a czasami zdarzały mi się wyskoki formy i było za szybko. Trochę tylko kręciłam nosem na brak wybiegań dłuższych niż 22km, ale trener uspokoił, że wszystko w swoim czasie.

Marzec.
Zbliżał się czas półmaratonu, treningowo się sporo zmieniło. Było coraz mniej zabaw biegowych, za to szybkie bieganie na treningach zaczęło się wydłużać. Robiłam coraz więcej treningów tempowych typu 4x3km, 2x5km, pojawiły się biegi z narastającym przyspieszeniem, długie wybiegania z wplatanym tempem maratońskim plus, czyli ciut szybszym od docelowego na maraton. Zniknęły z planu skipy, za to cały czas uskuteczniałam podbiegi na coraz dłuższych odcinkach. Nie było zmiłuj i odpoczynku przed półmaratonem miałam... 3 dni :) Sama bym luzowała obciążenia pewnie z tydzień przed startem, ale trener zarządził nieco inaczej. Życiówkę udało się zrobić :)


Początek kwietnia...

Zaliczam ostatnie ciężkie treningi. Jeden dłuższy - o parę sekund za wolno, jeden krótszy - o parę sekund za szybko. Plan uważa się za wykonany, treningi za odbyte i nie pozostaje nic jak tylko odpoczywać i łapać świeżość w nóżkach. Już do samego końca tylko lekkie rozbiegania, na które jaram się jak dzieciak, tak bardzo mi ich brakowało. Na pierwsze udałam się do lasu, gdzie męczyłam się niemiłosiernie w tempie 6:25. Jakby zaczęło wychodzić ze mnie to całe półroczne potreningowe zmęczenie. Ale nie to w tym wszystkim było najgorsze. Pod koniec treningu odezwał się... paluch. Psia jego mać. Po treningu czułam, że ledwo idę. Pobolewał mnie już od jakiegoś czasu, jednak to wspaniałomyślnie ignorowałam. Gópia. W domu po zdjęciu buta okazuje się, że mały paluch, ten najmniej potrzebny, jest cały spuchnięty, czerwono - siny i w połowie pokryty bąblem wypełnionym krwią. No zajebiście. Igła poszła w ruch (się ma wprawę...), na drugi dzień lekarz, bo martwiła mnie opuchlizna całego palucha. Na szczęście lekarz nie potwierdził moich najgorszych obaw, czyli złamania, natomiast paluch był odduszony od noszenia za ciasnych butów... Tu Wam coś powiem: jeżeli buty Was delikatnie uwierają, są nieco przyciasnawe, nie bądźcie jak Maria i nie chodźcie w nich za wszelką cenę. Ja przechodziłam prawie całą zimę w przyciasnawych butach i teraz paluch mi się za to odpłacił, tydzień przed maratonem. Zaczęło się moczenie, smarowanie i okładanie kompresami palucha, którego stan z dnia na dzień się poprawia, ale o spokojnych rozbieganiach na 6 dni musiałam zapomnieć. W końcu na 4 dni przed maratonem odważyłam się pobiegać, a trener zarządził na pobudzenie 8km w tempie maratońskim. To nie była dla mnie lekka pobudka, zbyt długa przerwa zdecydowanie uśpiła mój organizm :( Paluch na szczęście przeżył ten wstrząs, jednak noszenie pełnych butów nadal ograniczam do minimum. Mam nadzieję, że ten paluch nie odezwie się w trakcie maratonu - bo że go pobiegnę - to chyba rzecz oczywista. Choćby boso.


Ale nie ma tego złego i tym razem. W piątek, na 9 dni przed maratonem, gdy paluch nie rokował zbyt dobrze, miałam w głowie maraton myśli. Bo przez moment serio liczyłam się z tym, że w Gdańsku nie pobiegnę. I że gdyby tak się stało, to cała moja praca na treningach wcale nie pójdzie na marne! Bo liczy się droga, nie cel. Cel jest wisienką na torcie, ale to droga którą przebyłam przez ostatnie miesiące nauczyła mnie najwięcej. Pokazała mi nowe oblicze biegania. Udowodniłam sobie, jaka potrafię być uparta gdy czegoś bardzo chcę, jak bardzo potrafię się skoncentrować na celu, gdy jest on dla mnie ważny. Że nie jest ze mnie aż taki straszny leń i leser. Że walka ze słabościami nie jest taka straszna i wiem, że jestem w stanie pójść jeszcze dalej z eliminacją złych nawyków. Wiem, że jakiekolwiek podejmę wyzwanie, to jestem w stanie mu sprostać, bo mam w sobie na tyle wewnętrznej siły, że po prostu dam radę. I wiem, że nikomu nic, absolutnie nic nie muszę udowadniać, bo to wszystko robię wyłącznie dla samej siebie, a największą nagrodą, poza moją własną satysfakcją, jest błysk w Jego oku i Jego uśmiech na mecie, w których jest wszystko. I wierzę, że dam radę w niedzielę, choćby paluch się w bucie odezwał i choćby wiało od morza w ryj. Wzrusz mnie chwilami ogarnia jak przed pierwszym maratonem, choć ze wszystkich maratonów do tej pory (a biegłam AŻ dwa), przed tym najmniej panikuję. Mam jakiś taki dziwny, aż niepodobny do mnie spokój. 

Nic tylko szykować czerwoną kiecę na start. A Was proszę o trzymanie kciuków...

PS a co co cho z czterema życiówkami. No miały być cztery, ale Łuki postanowił przerzucić się na rower. Został szosonem. A ja niedługo do niego dołączę!

wtorek, 27 marca 2018

13. Półmaraton Warszawski. Miło cię biec!

Połamanie 1:40 było moim biegowym marzeniem od dawna, a zaczęło się od lektury tego posta <klik>. Wtedy uważałam, że bieganie półmaratonu w takim tempie w wydaniu kobiecym jest czymś absolutnie wykraczającym poza granice mojego pojmowania. Po odpowiedzi Bo pod moim komentarzem, że wszystkie granice leżą w naszych głowach, jakiś trybik w mojej głowie zaskoczył, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Chwilę później ku własnemu zaskoczeniu pobiegłam połówkę poniżej 2 godzin. Końcówka tamtego biegu wyglądała dość podobnie do tego z niedzieli...

fot. Rob M.
Mamy schyłek lata zeszłego roku, kiedy moje zdrowie i moja forma były daleko w tyle. Miałam za sobą kilka lat i startów mniej lub bardziej udanych, startów które czasami wychodziły, a czasami nie. Moment, kiedy we mnie coś powiedziało 'dość'. Wówczas podjęłam decyzję, że kiedy tylko dojdę do siebie, zmieniam w swoim trenowaniu wszystko, oddaję się pod trenerską opiekę i konsekwentnie dążę do celu, a w zasadzie celów, które od dawna odkładałam w czasie. Jednym z nich było właśnie połamanie 1:40 w półmaratonie. Powstał plan na cały rok, w którym główną rolę w części wiosennej ma zagrać maraton, półmaraton na życiówkę pobiegnę z treningu i będzie on częścią przygotowań do tego, co nastąpi dalej.

Tym sposobem zaczęła się współpraca na linii zawodniczka - trener i wtedy zrozumiałam, dlaczego sama nie potrafiłam zejść z wynikami poniżej pewnej bariery. Bo sama nigdy nie potrafiłam się tak zmęczyć na treningu! Owszem, umiałam wychodzić poza granice komfortu, ale nigdy aż tak. A jak się ma ambicje, to innej drogi do celu niż przez ciężką pracę nie ma.

W końcu nadszedł moment, kiedy padło hasło 'sprawdzam'.
Półmaraton, planowany atak na wymarzoną życiówkę. Mimo widocznej po mnie przedstartowej paniki i stresu, wierzyłam, że mi się uda. Nigdy nie byłam tak pewna siebie przed zawodami. Ciężka praca na treningach dała mi nie tylko moc w nogach, ale przede wszystkim zastrzyk wiary w siebie. 

Udało mi się być w Warszawie kilka dni wcześniej, gdzie przeniosłam się z całym moim roboczym majdanem. Mogłam sobie na to pozwolić, w Wawie mam teraz najbliższą rodzinę i pracę, którą mogę wszędzie ze sobą zabrać. Miałam idealne warunki na wyciszenie się przed startem. Później dotarł Łuki i zaczęło się różowe pĄszaleństwo.

 Dobrze było Was widzieć! Źródło: https://www.facebook.com/SmashingPapkins/
Ale chodźmy już na start. Tam trochę zawadiacko ustawiłam się pomiędzy zającami na 1:35 i 1:40. Była to jedna z lepszych decyzji tego dnia. Nie było tłoków przy punktach, miałam komfort psychiczny, że 1:40 trzymam w garści, muszę "tylko" trzymać tempo. Gdybym biegła za zającem, mogłabym z siebie nie wykrzesać sił, żeby go później wyprzedzić. A tak był luz w głowie. 

W końcu wybrzmiał "Sen o Warszawie", gps złapany, odliczanie, bum! i leć Mari, leć, biegnij po swoje! A biegło mi się lekko i dobrze od początku. Warszawska trasa jest idealna na bicie życiówek, płaska, lekko z górki, mało pod górkę, w zasadzie żadnych odczuwalnych podbiegów. Dopisała tego dnia też pogoda i ja na szczęście też nie dałam plamy i nie ubrałam się za grubo. Robiło mi się za to gorąco na widok co niektórych biegaczy w długich legginsach i kurtkach.

Picie na punktach w tempie 4:35 to było dla mnie nowe doświadczenie. Powtarzałam sobie wcześniej, żeby pod żadnym pozorem nie zwalniać. Jak nie złapię kubka, to trudno, lecę dalej. Na szczęście na każdym punkcie udało mi się złapać dwa kubki, wypić w locie łyk wody / dwa łyki izo / łyk wody i nie zwolnić! Taka, hihi, jestem doświadczona biegaczka! Musiałam o tym tu napisać, bo aż zaciesz miałam po każdym punkcie, jak mi się ta sztuka udawała. 

Lekki kryzys dopadł mnie na 17. kilometrze, gdy zaczęła się długa prosta do mety. Nie bolały mnie nogi, nie traciłam tchu, odczułam raczej spadek energii z winy własnej, bo choć Łuki mi to radził, to nie zabrałam żela, którego powinnam przyjąć w okolicach 12. km. Nie przyjęłam. Walczyłam ze sobą o utrzymanie tempa, bo usiadł mi na ramieniu diabełek i szeptał 'zwolnij, życiówkę już masz, nie musisz tak zasuwać'. To była bardzo kusząca propozycja, ale na szczęście umiałam się temu oprzeć. Było mi już ciężko, ale zamknęłam się w sobie, liczyłam kroki, oddechy i w takim dziwnym amoku sobie biegłam. Aż zaczął się tunel na 20. km i echo różnych małpich odgłosów znienacka uderzyło w łeb. Nie wiedziałam, czy to ja biegnę, czy to na chwilę mózg się wyłączył, ja frunę obok, a ciało zasuwa na jakimś nieznanym dotąd autopilocie. Dziwnie się czułam, lekkie objawy klaustrofobii,  marzyłam o tym, żeby ten tunel się skończył. W końcu pojawiło się światełko, a za nim... podbieg i na podbiegu ludzie z daleka wyglądający jak takie wspinające się żuczki, po nie powiem czym. Tylko-nie-górka, pomyślałam, po czym nie zauważyłam nawet kiedy ją przebiegłam. Opłacało się męczyć na podbiegach :)

fot. Rob M.
Ostatni kilometr do mety. Podkręciłam nieco obroty jak zobaczyłam Łukiego i Roberta. No i zegar na mecie pokazujący czas brutto 1:39:29... 30... 31... Jak 5 lat temu w Poznaniu, tylko to było wówczas 1:59... :) Pocisnęłam jak wtedy, żeby zdążyć zanim się '3' zamieni się w '4'. Udało się! A netto nabiegałam 1:37:43 w średnim tempie 4:35, co jeszcze do niedawna wydawało mi się niemożliwe. Mało tego, 'niechcący' wyszła mi nieoficjalna życiówka na dyszkę, 45:30 wg zegarka. Ewidentnie to znak ;) '45' czeka!

Tym sposobem do historii przeszedł pierwszy start kategorii A tej wiosny. Teraz niecałe 3. tygodnie do maratonu, którego cholernie się boję, bo to co sobie wymyśliłam nadal mnie przeraża. Niewiele już w tym czasie dotrenuję, może w końcu raczej odpocznę. Tylko te żele... Bałam się na połówce picia w tempie 4:35, teraz boję się jedzenia żeli w tempie... no właśnie? 4:55?? O żesz w mordę.

piątek, 23 lutego 2018

Za półmetkiem.

Tak się jakoś porobiło, że cała energia, która mogłaby zostać spożytkowana na napisanie jakiegokolwiek postunia na blogu idzie w tabelkę. Tę tabelkę, w której na bieżąco, po każdym treningu, spisuję na gorąco swoje pobiegowe wrażenia, odczucia, zdaję relację, co zostało lub nie zostało (na szczęście częściej 'zostało') zrobione. Tam właśnie wyrzucam z siebie potreningowy przypływ wrażeń, potem biedny Owoc musi to czytać, a że wszystko idzie w tabelkę, to jakoś tak mało zostaje na bloga. Tym sposobem mamy już luty, a ja piszę dopiero pierwszego posta w 2018!


Minęły trzy miesiące regularnej pracy pod okiem Piotra, a ja czuję, że moje bieganie zmieniło się o 180 stopni! Nadal czuję się tak, jakbym zaczynała przygodę z bieganiem od nowa. Co tu dużo mówić, spodobało mi się to bieganie pod nieswoje wytyczne, a byłam kiedyś do tego bardzo sceptycznie nastawiona. Jestem z tych, którzy niekoniecznie lubią, gdy ktoś im mówi, co mają robić. Możecie sobie gadać, ja i tak zrobię po swojemu. Nie będę nikogo słuchać. A chyba jednak czasami warto ;)

Dostrzegam teraz jak bardzo bieganie na mój dawny sposób mnie nużyło, gdy wykonywałam ciągle takie same treningi, gdy klepałam ciągle takie same dystanse, trasy, tydzień w tydzień, do porzygu, to samo. Jak często łapałam się na tym, że nie chciało mi się biegać. Z ociężałym cielskiem ledwie się wynurzałam z domu na trasę, i zanim się zdążyłam zalogować do biegu, to pierwsze kilometry były jęczeniem, udręką, łojezzzu, jak mi się nie chce. Ciągle ta sama muzyka w uszach, bo już nie miałam pomysłu na nową, z kolei bez muzyki nie potrafiłam. A teraz?

Ileż radości może człowiekowi sprawić zwykłe rozbieganie! Zdarza się ono tak rzadko ;) Nie nudzę się, Owoc dba o to, żeby każdy kolejny trening był zaskoczeniem (w zasadzie rzadko kiedy się treningi powtarzają). Moje zapoznawania się z rozpiską na kolejne dni wygląda mniej więcej tak: oszalał. O kurwa. Znowu chce mnie zabić. Po chwili jednak zacieram ręce i chichoczę pod nosem 'no dobra, sprawdzimy, sprawdzimy'. Muzykę na trening... nie wiem, kiedy ostatnio zabrałam. Nie ma opcji żeby czegoś słuchać, gdy trening jest tak złożony, że czasami trzeba sobie zrobić ściągę na ręce, bo sięniedajborze zapomni, co się miało po kolei robić. Gdzie utrzymanie tempa wymaga ode mnie koncentracji i niekiedy sporej dawki samozaparcia. Na pewno łomot w uszach i majtające się kabelki by mnie tylko dodatkowo irytowały. I zdecydowanie lubię i doceniam te złożone treningi. Brak nudy, odzyskana lekkość biegu, a po każdym treningu potężna dawka motywacji, bo się udało. Bo widać, że to wszystko działa i zaczyna brnąć w naprawdę ciekawym kierunku. Te cele, które sobie wymyśliłam (myśląc jednocześnie, że postradałam zmysły) jakby zaczęły się przybliżać, nabierać realnych kształtów. Aż sama nie wierzę, że to piszę, ale coraz bardziej dociera do mnie, że to wszystko może się udać :)

Lubię mieć poczucie, że nakurwiam daję z siebie maksimum siły i zaangażowania. Że ciężko pracuję na to, by osiągnąć cel. Że robię co tylko w mojej mocy, nie tracę czasu, wkładam tyle siły, serca w to co robię, że na starcie będę mogła sobie powiedzieć: przygotowałam się jak mogłam najlepiej. Nie cel, ale sama droga do jego osiągnięcia jest dla mnie świetną nauką. Bo trenuję nie tylko ciało, ale przede wszystkim głowę. Ta droga wymaga koncentracji na celu, samodyscypliny, radzenia sobie z chwilowymi zwątpieniami (a sporo ich), wychodzenia na ciężki trening, kiedy akurat jest gorszy dzień w pracy lub pogoda nie sprzyja. Gdyby nie tabelka, przesuwałabym taki trening na inny dzień, a tu - jest plan i nie ma kombinowania. Oduczam się rozczulania się nad sobą, staram się podchodzić do treningów zadaniowo. Nie rozkminiać, robić. Takie to proste i trudne zarazem. Zaraz mi ktoś pewnie zarzuci, a gdzie w tym wszystkim przyjemność z biegania? To ja w tym momencie odpowiadam: daje mi sporo frajdy każde takie małe zwycięstwo nad samą sobą. Ciężki trening nie należy może do przyjemności, ale satysfakcja po nim, zwłaszcza jak się go zrobiło w gorszy dzień, w gorszych warunkach, daje mnóstwo satysfakcji i solidnego pozytywnego kopa na kolejne godziny i dni. Prostuje myśli w głowie, oczyszcza umysł z syfu i pozbawia złych emocji. Uodparnia na złe emocje płynące z zewnątrz, łatwiej o dystans do niektórych spraw i ludzi. Każdemu polecam raz po raz solidny treningowy wpierdol :)

Przy okazji skoro tak poważnie wsiąkłam w to bieganie, zrobiłam kolejną rzecz, o którą kiedyś bym siebie nie podejrzewała: badanie wydolnościowe. Tak, dałam się ubrać w maseczkę, dawałam sobie nakłuwać palucha i biegłam tak długo, aż udało mi się rozpędzić bieżnię do 16km/h. Nie sądziłam że aż tak dobrze mi pójdzie, zwłaszcza że cały poprzedzający tydzień odpychałam od siebie przeziębienie i czułam się raczej kiepsko. Hr max wyszedł mi niezwykle niski - 174 bpm. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to raczej nie jest mój hr max, bo taki najlepiej wychodzi na zawodach na dychę, a stukało mi już kiedyś powyżej 180 bpm. Niemniej plusem badań jest to, że analizuje się inne parametry, takie jak poziom zakwaszenia i pobór tlenu, na podstawie których ustala się strefy tętna. Nie trzymam się ich w tym momencie sztywno na treningach, ich znajomość pomaga mi najbardziej przy utrzymaniu tempa w tzw. biegach spokojnych. 




Nie jest idealnie, że wszystko idzie jak w zegarku. Zdarzają się gorsze dni, nawet dość często. Są owszem 'dni konia', że trening który miał mnie teoretycznie zabić, to ja go po prostu 'frunę' na bananem na twarzy, a są takie dni, że jakieś tam, pfff, skipy mnie niemalże wyprawiają na tamten świat. Zdarza się, że z przemęczenia łapię różne wirusy, na szczęście radzę sobie z odpychaniem przeziębień wyjątkowo dobrze jak na moje możliwości - zwykle walczę około dwóch, trzech dni. Lubią się do mnie ostatnio dobierać różne sensacje żołądkowe. Tłumaczę to sobie tak, że mój brzuch jeszcze nie zaadoptował się do rytmów, zmian intensywności i tempa, których ostatnio doświadczam. Zrobił się, zbój, wrażliwy, ale to tylko lepiej, bo bardziej pilnuję dzięki temu co, kiedy, i co z czym jem ;) Gorzej jest z odpychaniem kontuzji... Kolejny raz zrozumiałam, że jak chce się coś robić na 110% to trzeba o siebie bardzo, ale to bardzo dbać. Chuchać na każdy mięsień i tkankę. Rozciąganie, rolowanie, dużo snu, regularne odwiedzanie fizjo - tak brzmi teoria. Praktyka w moim wykonaniu wygląda zdecydowanie gorzej: z rozciąganiem zwykle się pilnuję, z rolowaniem już nieco mniej, sen - jak się uda to się czasami wyśpię, a fizjo - zwykle biegnę do niego dopiero jak problem jest na tyle rozwinięty, że zaczyna przeszkadzać. Dołóżmy do tego siedzącą pracę... Problemy kręgosłupowe i dupne są u mnie niemalże normalką. Niestety ostatnio dołączyło do tego zestawu lewe pasmo biodrowo - piszczelowe i jakoś, póki co, się na razie odpycham. Widmo kontuzji sprawia, że już odwiedzam fizjo regularnie, rolkę wdrażam niemalże codziennie. Głaszczę pasmo i błagam żeby wytrzymało do połowy kwietnia. Potem przesiądę się na triathlon i zapewne problemy przeciążeniowe znikną. Tak u mnie zwykle bywało. Najgorzej trenować samo bieganie :)



Inne niusy z naszego podwórka są takie, że najbliższy rok, nie licząc ZUK - a, którego za dwa tygodnie biegnie Łuki, obejdzie się bez ultra i bez gór... Będzie nam tego bardzo brakowało, ale podjęliśmy w końcu decyzję, aby rok 2018 był rokiem asfaltu i trajlonów. Czas podszlifować swoją formę na krótszych dystansach, odmulić i odczłapać, co zostało zamulone i zaczłapane, złapać nieco szybkości, wzmocnić się, rozwinąć się, wykonać krok do przodu w innym kierunku. A za górami zatęsknić i wrócić w roku 2019. Bo z pewnością tam wrócimy. Zdrowsi, silniejsi, lepiej wytrenowani i z wypoczętymi głowami :) i wtedy będzie się działo!