wtorek, 27 marca 2018

13. Półmaraton Warszawski. Miło cię biec!

Połamanie 1:40 było moim biegowym marzeniem od dawna, a zaczęło się od lektury tego posta <klik>. Wtedy uważałam, że bieganie półmaratonu w takim tempie w wydaniu kobiecym jest czymś absolutnie wykraczającym poza granice mojego pojmowania. Po odpowiedzi Bo pod moim komentarzem, że wszystkie granice leżą w naszych głowach, jakiś trybik w mojej głowie zaskoczył, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Chwilę później ku własnemu zaskoczeniu pobiegłam połówkę poniżej 2 godzin. Końcówka tamtego biegu wyglądała dość podobnie do tego z niedzieli...

fot. Rob M.
Mamy schyłek lata zeszłego roku, kiedy moje zdrowie i moja forma były daleko w tyle. Miałam za sobą kilka lat i startów mniej lub bardziej udanych, startów które czasami wychodziły, a czasami nie. Moment, kiedy we mnie coś powiedziało 'dość'. Wówczas podjęłam decyzję, że kiedy tylko dojdę do siebie, zmieniam w swoim trenowaniu wszystko, oddaję się pod trenerską opiekę i konsekwentnie dążę do celu, a w zasadzie celów, które od dawna odkładałam w czasie. Jednym z nich było właśnie połamanie 1:40 w półmaratonie. Powstał plan na cały rok, w którym główną rolę w części wiosennej ma zagrać maraton, półmaraton na życiówkę pobiegnę z treningu i będzie on częścią przygotowań do tego, co nastąpi dalej.

Tym sposobem zaczęła się współpraca na linii zawodniczka - trener i wtedy zrozumiałam, dlaczego sama nie potrafiłam zejść z wynikami poniżej pewnej bariery. Bo sama nigdy nie potrafiłam się tak zmęczyć na treningu! Owszem, umiałam wychodzić poza granice komfortu, ale nigdy aż tak. A jak się ma ambicje, to innej drogi do celu niż przez ciężką pracę nie ma.

W końcu nadszedł moment, kiedy padło hasło 'sprawdzam'.
Półmaraton, planowany atak na wymarzoną życiówkę. Mimo widocznej po mnie przedstartowej paniki i stresu, wierzyłam, że mi się uda. Nigdy nie byłam tak pewna siebie przed zawodami. Ciężka praca na treningach dała mi nie tylko moc w nogach, ale przede wszystkim zastrzyk wiary w siebie. 

Udało mi się być w Warszawie kilka dni wcześniej, gdzie przeniosłam się z całym moim roboczym majdanem. Mogłam sobie na to pozwolić, w Wawie mam teraz najbliższą rodzinę i pracę, którą mogę wszędzie ze sobą zabrać. Miałam idealne warunki na wyciszenie się przed startem. Później dotarł Łuki i zaczęło się różowe pĄszaleństwo.

 Dobrze było Was widzieć! Źródło: https://www.facebook.com/SmashingPapkins/
Ale chodźmy już na start. Tam trochę zawadiacko ustawiłam się pomiędzy zającami na 1:35 i 1:40. Była to jedna z lepszych decyzji tego dnia. Nie było tłoków przy punktach, miałam komfort psychiczny, że 1:40 trzymam w garści, muszę "tylko" trzymać tempo. Gdybym biegła za zającem, mogłabym z siebie nie wykrzesać sił, żeby go później wyprzedzić. A tak był luz w głowie. 

W końcu wybrzmiał "Sen o Warszawie", gps złapany, odliczanie, bum! i leć Mari, leć, biegnij po swoje! A biegło mi się lekko i dobrze od początku. Warszawska trasa jest idealna na bicie życiówek, płaska, lekko z górki, mało pod górkę, w zasadzie żadnych odczuwalnych podbiegów. Dopisała tego dnia też pogoda i ja na szczęście też nie dałam plamy i nie ubrałam się za grubo. Robiło mi się za to gorąco na widok co niektórych biegaczy w długich legginsach i kurtkach.

Picie na punktach w tempie 4:35 to było dla mnie nowe doświadczenie. Powtarzałam sobie wcześniej, żeby pod żadnym pozorem nie zwalniać. Jak nie złapię kubka, to trudno, lecę dalej. Na szczęście na każdym punkcie udało mi się złapać dwa kubki, wypić w locie łyk wody / dwa łyki izo / łyk wody i nie zwolnić! Taka, hihi, jestem doświadczona biegaczka! Musiałam o tym tu napisać, bo aż zaciesz miałam po każdym punkcie, jak mi się ta sztuka udawała. 

Lekki kryzys dopadł mnie na 17. kilometrze, gdy zaczęła się długa prosta do mety. Nie bolały mnie nogi, nie traciłam tchu, odczułam raczej spadek energii z winy własnej, bo choć Łuki mi to radził, to nie zabrałam żela, którego powinnam przyjąć w okolicach 12. km. Nie przyjęłam. Walczyłam ze sobą o utrzymanie tempa, bo usiadł mi na ramieniu diabełek i szeptał 'zwolnij, życiówkę już masz, nie musisz tak zasuwać'. To była bardzo kusząca propozycja, ale na szczęście umiałam się temu oprzeć. Było mi już ciężko, ale zamknęłam się w sobie, liczyłam kroki, oddechy i w takim dziwnym amoku sobie biegłam. Aż zaczął się tunel na 20. km i echo różnych małpich odgłosów znienacka uderzyło w łeb. Nie wiedziałam, czy to ja biegnę, czy to na chwilę mózg się wyłączył, ja frunę obok, a ciało zasuwa na jakimś nieznanym dotąd autopilocie. Dziwnie się czułam, lekkie objawy klaustrofobii,  marzyłam o tym, żeby ten tunel się skończył. W końcu pojawiło się światełko, a za nim... podbieg i na podbiegu ludzie z daleka wyglądający jak takie wspinające się żuczki, po nie powiem czym. Tylko-nie-górka, pomyślałam, po czym nie zauważyłam nawet kiedy ją przebiegłam. Opłacało się męczyć na podbiegach :)

fot. Rob M.
Ostatni kilometr do mety. Podkręciłam nieco obroty jak zobaczyłam Łukiego i Roberta. No i zegar na mecie pokazujący czas brutto 1:39:29... 30... 31... Jak 5 lat temu w Poznaniu, tylko to było wówczas 1:59... :) Pocisnęłam jak wtedy, żeby zdążyć zanim się '3' zamieni się w '4'. Udało się! A netto nabiegałam 1:37:43 w średnim tempie 4:35, co jeszcze do niedawna wydawało mi się niemożliwe. Mało tego, 'niechcący' wyszła mi nieoficjalna życiówka na dyszkę, 45:30 wg zegarka. Ewidentnie to znak ;) '45' czeka!

Tym sposobem do historii przeszedł pierwszy start kategorii A tej wiosny. Teraz niecałe 3. tygodnie do maratonu, którego cholernie się boję, bo to co sobie wymyśliłam nadal mnie przeraża. Niewiele już w tym czasie dotrenuję, może w końcu raczej odpocznę. Tylko te żele... Bałam się na połówce picia w tempie 4:35, teraz boję się jedzenia żeli w tempie... no właśnie? 4:55?? O żesz w mordę.