sobota, 16 grudnia 2017

Reset systemu.

Nie było wprowadzenia. Powolnego 'rozbiegiwania się'. Było od razu z grubej rury. Moje wielkie oczy na widok treningu w tabelce. Że ja mam niby to pobiec? W ŻYCIU. Prędzej ómrę.

I najlepsze okazywało się w tym wszystkim to, że jednak nie ómierałam. Że jakimś cudem te treningi przeżywałam! A najlepsze było to zdziwienie po wszystkim, że trening niewykonalny stał się odbytym, czasami na 110%. Jednak ma się ten łeb. Czasami.


W końcu poszło dziecko po rozum do głowy. Ma plan, albo raczej kogoś, kto nad planem czuwa :) Ma cele startowe. Jasno sprecyzowane, mierzalne, umiejscowione w czasie. Chwilowo jeszcze wydają się zbyt odważne, ale 'celuj w księżyc, w najgorszym przypadku wylądujesz między gwiazdami'. Czy jakoś tak :) 
 
W końcu trzeba było rozpracować te wcześniej nieużywane funkcje i ustawienia zegarka (jam nadal atechniczna, tu się nic nie zmienia). Podzielić treningi na te, w czasie których śledzę cyferki i na te, kiedy zegarek nie istnieje. Trzeba było rozgraniczyć treningi, na których się zapiernicza (i wtedy nie ma zmiłuj) od tych kiedy ma być z nogi na nogę.

I jak widać, moje ciało właśnie czegoś takiego potrzebowało. Bodziec musiał być konkretny. Trzeba było je przymusić do ciężkiej pracy, przekroczenia wcześniej nieznanej granicy komfortu. Swoje już przez lata wyczłapałam, teraz trzeba było się wyrwać z tego 'zaczłapania' i poznać nową lekkość biegu. Całkiem znośną, choć niekiedy sapię jak lokomotywa, a nawet całkiem często. O, i tu pojawia się kolejna 'nowość' - przestałam się wstydzić tego, że trenuję, mam gdzieś, że ktoś mnie słyszy, że dyszę jak lokomotywa na całe osiedle. Można się śmiać, ale jeszcze do całkiem niedawna w czasie interwałów, gdy mijałam przechodniów, starałam się oddychać przez nos ;) Tak mnie to moje sapanie krępowało. W końcu (lepiej późno niż wcale) zaczęłam mieć to tam, gdzie mnie często lubi łapać pani na ka. Niech słyszą moje jęki i sapania! Jak ja ciężko pracuję! Jak, hihi, zapierdalam ;)



Wydawało mi się, że przez wcześniejsze lata w miarę mądrze biegałam. Że umiałam sobie rozplanowywać treningi, posiłki, wplatać treningi w porę dnia i tygodnia. Wydawało mi się. Od dwóch miesięcy mam wrażenie jakbym zaczęła biegać na nowo. Jakbym zrobiła reset systemu i zaczęła wszystko od początku. Choć w sumie nie mogę tak mówić, bo biegam ponad 6 lat i swoje gdzieś tam, lepiej lub gorzej, ale zrobiłam. Ale najlepsza to ja zawsze byłam w teorii.

A bieganie, jak życie, pełne jest niespodzianek. Okazało się na przykład, że można przebiec w miesiącu ponad 200km nie robiąc na treningu więcej niż 12-13km. Że nie potrzeba długich siermiężnych jednostek treningowych, aby być zmasakrowanym, czasami wystarczy 4-5km. Dotarło do mnie jak bez sensu przez wszystkie lata nabijałam ilość, gdy powinnam pójść w jakość. A to rodziło w moim przypadku dość często przemęczenie, kontuzje, spadek formy.

Sprawdzian z tego wszystkiego odbędzie się na wiosnę. Najpierw w Warszawie na półmaratonie. Potem na maratonie w Gdańsku. Potem jak mi poszczęści się w losowaniu, pobiegnę w biegu, o którym od lat marzę i którego od lat się boję - w Biegu Marduły. A potem się zaczną trajlony :) A potem może znowu góry. Albo może asfalt jak mi nie obrzydnie po wiośnie ;)



Tym samym sezon biegowy 2017 dawno uznałam za zakończony i mimo nowych doświadczeń średnio udany. Myślę, że od strony sportowej nie ma czego podsumowywać. Przynajmniej jeżeli chodzi o mnie. Swoje zdecydowanie w tym roku zrobił Łuki, z ŁUT150 na czele <3
A poza bieganiem działo się tyle innych, dobrych rzeczy w moim - naszym życiu, że ta chwilowa biegowa niedyspozycja nie była powodem jakiejś rozpaczy, wręcz przeciwnie, pomogła mi pewne rzeczy przemyśleć i poukładać w głowie.
I tym sposobem zaczęłam bieganie na nowo. I teraz już nic nie będzie takie samo :) 

wtorek, 5 września 2017

(Jednak) las i góry, czyli moja jesień.

Każda chwila przestoju nas czegoś uczy, a przerwę w robieniu czegoś można wykorzystać tak, aby w przyszłości to coś robić lepiej. Doszłam do takiego wniosku i go zaakceptowałam. A teraz wcielam w życie. Pogodziłam się już z tym, że w tym roku raczej nic wielkiego w bieganiu nie zwojuję. Organizmu nie oszukam, a ten dobitnie daje mi znać, że chce jeszcze luzu. Że walka o poprawę wyników i śrubowanie formy, póki co, nie wchodzi w grę. Zrozumiałam, że nie ma sensu kopać się z koniem. I choć na początku, gdy znów moje zdrowie zaczęło szwankować, było mi żal, ostatecznie pogodziłam się z tym. Przyjmuję. I chyba odetchnęłam z ulgą.


Pisałam wcześniej, że ciężko mi było wrócić po Rzeźniku, że chorowałam i brałam antybiotyki, które totalnie mnie rozbiły. Miesiąc po Rzeźniku zaczęłam bardzo powoli wracać do biegania, a od sierpnia przez równiutkie 3 tygodnie udało mi się pracować wg (własnego) planu. Po Rzeźniku chciałam rozpocząć przygotowania do maratonu i półmaratonu na jesieni, no i do Łemko. Z maratonu zrezygnowałam, ale chciałam dopiąć swego chociaż w połówce. Plan treningowy, który sobie z początkiem sierpnia narzuciłam był ambitny: bieganie 4 do 5 razy w tygodniu. Podbiegi, tempówki na stadionie, bieg z narastającym przyspieszeniem lub wytrzymałość tempowa na odcinkach 1-2 km, długie i wolne bieganie, Dziewicza Góra. To wszystko działało, bo poprawę widziałam z tygodnia na tydzień. Niestety rozbiło się wszystko o kant dupy, gdy załapałam wirusa, który mnie uziemił na prawie 2 tygodnie. Tak długo, bo jak już wydawało się, że jestem zdrowa, poszliśmy na weselicho i zabawa w powrót do zdrowia zaczęła się na nowo. A naprawdę byłam grzeczna, tj. piłam tylko wino ;) Bez dzikich pląsów i zdzierania gardła. Szczęście, że tym razem obyło się bez antyboli, ale znów, kurde, przerwa, w czasie której zdążyłam stracić głos, przerobić wszystkie rodzaje kaszlu (nadal nie rozróżniam) i kolory zawartości moich zatok. Tym sposobem pożegnałam się z nową życiówką w połówce, która na jesieni miała wynieść 1:39:XX i postanowiłam włączyć na luz. Widocznie ciało jakoś usilnie się przed wysiłkiem wzbrania, jest nadal słabe i lepiej dać mu zebrać siły na przyszły rok. 



Przemyślałam 'swoje bieganie' ;) Zadałam sobie wiele pytań na temat moich dotychczasowym 6 - ściu lat biegania, przywoływałam w pamięci kręte drogi jakie czasami obierałam, aby coś osiągnąć i nie zawsze mi się to udawało. Jak często brakowało dobrego planu, nie domierzyłam sił do zamiarów albo (też!) zamiarów do sił. Jak często sport musiał robić za tłumik niepoukładanych spraw, zagłuszacz problemów, gdy trenowałam jak osioł, zamiast robić porządki ze swoim życiem. Ile marzeń biegowych wciąż zostaje niespełnionych, o których gadam od lat, a jak mam się zabrać za ich realizację, to albo tchórzę i wybieram inną drogę, albo się biorę za temat od dupy strony i kończę z kontuzją (patrz - wiosna tego roku). Zebrałam sobie te marzenia, które mi nie dają spokoju od lat. Nie są to nie wiadomo jakie marzenia, żadne ultra ani trajlony w górach na końcu świata. Zwyczajne do bólu niespełnione cele, które się za mną wloką i nie chcą dać spokoju. Zebrałam je do kupy. I chyba poprawnie sobie odpowiedziałam na pytanie, co bym chciała na ten moment osiągnąć, co mi pozwoli osiągnąć satysfakcję i da poczucie spełnienia na najbliższe lata. Skoro wiem już co chcę osiągnąć, to idąc dalej, odpowiedziałam sobie na pytanie jak chcę, żeby do tego doszło. A idąc jeszcze dalej, odpowiedziałam sobie na pytanie, kiedy chcę żeby się to zrealizowało. Tym sposobem nakreśliłam plan na rok przyszły. O tym napiszę w swoim czasie, jak uda się wszystko dopiąć. 

Tymczasem co będę robić teraz?
Oczywiście, że biegać! Gdy tylko zdrowie mi pozwoli... Z bieganie nie zrezygnuję zupełnie, bo widzę jaka słaba jest moja odporność. Muszę ją odbudować, a najlepiej właśnie przez sport. Poza tym nie chciałabym wiosną zaczynać pracy od zera, więc chciałabym utrzymać mniej więcej taki poziom wytrenowania jaki mam teraz. Tyle, że oszczędzę sobie treningów na porzygu i morderczych startów. Chcę uskuteczniać lekkie trenowanie nie pod wynik, tylko pod zaliczenie Łemko Maratonu. Nie odpuszczę Łemko, bo i tak tam będę - Łuki biegnie Łut150!!!, a dla mnie to będzie takie małe, biegowe pożegnanie z górami, oczywiście na pewien czas...
Żeby coś się w międzyczasie działo, dorzuciłam sobie tzw. niemordercze starty 'bez zobowiązań' czyli Forest 22km i Półmaraton Puszczy Noteckiej. Odchodzę od trenowania 5 razy na tydzień, bo w tej chwili mi to niepotrzebne, ale żeby nogi mi się nie zamuliły przetrę je od czasu do czasu na stadionie. Za to najwyższy czas przeprosić się z kettlami, no i na szczęście wraca crossfit. Kiedy się wzmacniać, jak nie zimą? Rzeczą na którą się jaram to mały wypad w góry, który czeka nas za chwilę. Łuki biegnie B7D 100km w Krynicy, a ja przy tej okazji, jeżeli wszystko uda się po naszej myśli, skradnę sobie Tatry na jeden dzień. Jest taka jedna trasa, którą chcę poznać nieco dokładniej. 

Nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli, czasem trzeba to wziąć na klatę. I ja na moją biorę. Biorę, bo wierzę, że swoje cele osiągnę w swoim czasie. A zdrowy rozsądek i odpoczynek mi tylko w tym pomogą :) Poza tym nie odpuszczam! Bo przecież będzie Łemko i całkiem sporo biegania po lesie :)
Tak więc las i góry. Tak wygląda moja najbliższa jesień. Jesień, która ma służyć przede wszystkim zbieraniu i kumulowaniu sił, które przydadzą się później :)


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Opalanie w strefie zmian, czyli sztafeta 1/4IM w Chodzieży.

Było sobie takich troje ludków, z których każdy miał swoją ulubioną dyscyplinę. Tych troje ludków postanowiło połączyć swoje siły i wystartować w sztafecie triathlonowej. Wybór imprezy do łatwych nie należał, bo każdy miał już jakoś poukładany rok, pozajmowane weekendy na 3 miesiące do przodu, finalnie padło na Chodzież. Dystans - 1/4IM.


Na zmianie pływackiej miałam płynąć ja... W momencie zapisu pływałam 3 razy w tygodniu i to z konkretną rozpiską treningową. Miałam naprawdę ambitny plan zejścia poniżej 17 minut. Nie wzięłam niestety pod uwagę dwóch rzeczy: że zamkną na cały lipiec pływalnię w Szamo i że przebiegnę Rzeźnika, który mnie rozłoży na ponad miesiąc. Tym sposobem w połowie lipca zaczęłam sobie przypominać jak się pływa kraulem, bo zdążyłam niestety zapomnieć. Przypominałam sobie i w jeziorze i na pływalni w sąsiednim mieście. Miałam poczucie, że składam styl od początku. Moje założenie na ten start musiałam zweryfikować i powalczyć o to, by wyszło cokolwiek poniżej 20 minut.

Zmiana rowerowa. Tu zawodnik był mocny i pewny jak mało kto. Seba. Poza tym, że wyciska z nas siódme poty na crossficie i prowadzi zajęcia z KravMaga, to jest zapalonym kolarzem, znającym się na rzeczy, pierwszą osobą, do której udaję się z rowerowym problemem. Wyciąga niesamowite prędkości i żaden podjazd mu nie straszny. Ma za sobą i trajlony i zawody kolarskie, a na krótko przed imprezą został szczęśliwym posiadaczem czasówki i to właśnie w Chodzieży zamierzał ją... hm. Rozdziewiczyć ??


No to jeszcze bieg! A tu Łuki :) Który, jak nie raz pisałam, biega jak dzik. Bieganie to jego zdecydowana dyscyplina nr 1. Łuki nie ma endomondo, rzadko startuje na asfalcie, częściej ostatnio w górach, nie zwykł robić wokół siebie i swojego biegania szumu, na fb się praktycznie nie udziela. To też nie będę pisać wiele, a że jako jedyna widzę i śledzę na bieżąco jego pracę na treningach, po prostu powiem krótko: jest moc. Niesamowita.

Nowienc w takim oto składzie zameldowaliśmy się w dniu startu w Chodzieży, trochę niepewni co nas czeka, no bo jak to w tej strefie zmian, pierwszy raz ogarnialiśmy coś takiego jak sztafetę, ale pfff, się ogarnie. Okazało się to rzeczywiście nieskomplikowane, wystarczyło sobie po prostu nawzajem przekazywać czipa i nr startowy, żadnego szamotania się z pianki, przebierania itp.


Moje pływanie. Poszłam na pierwszy ogień i... chyba zrobiłam tyle, na ile tego dnia było mnie stać. Robiłam maksimum jakie mogłam, bo w końcu na co bym miała oszczędzać swoje siły, chyba jedynie na opalanie w strefie zmian ;) Płynęłam na maksa, pamiętałam o długich pociągnięciach i nie myliłam się z nawigacją. Gdy wyszłam z wody usłyszałam Łukiego, który krzyczał, że jest dobrze, pędziłam szybko jak nigdy do strefy zmian. Gdy dotarłam zasapana jak lokomotywa (czemu zawsze do T1 jest pod górkę...), Seba sam zdjął czipa z mojej kostki zapiął sobie i w sumie tyle go widziałam. Położyłam się na trawce koło naszego stanowiska i tak sobie prawie do końca jazdy Seby leżałam. Tym sposobem złapałam pierwszą w tym roku opaleniznę ;) Oczywiście w międzyczasie zdjęłam piankę. A wynik mój mnie nie zachwycił, co tu dużo pisać. 19:25 nie jest szczytem moich możliwości, ale był szczytem akurat tego dnia. Dużo się nie pomyliłam z tym, że będę próbować zejść poniżej 20 minut. Dobrze, że już znam swój organizm na tyle, że jestem w stanie ocenić jego możliwości w danym momencie. A one były akurat jakie były, z nietrenowania wyników się nie robi.

Po chwili pojawił się Łuki, który powoli rozgrzewał się do swojego etapu. Do strefy zmian zaczęli się schodzić biegacze sztafetowi i dopiero wtedy w powietrzu czuć było rywalizację. Robiliśmy z Łukim mały rekonesans, które sztafety są męskie, a które mieszane. W końcu zaczęli zjeżdżać się kolarze. Jako trzeci dotarł Seba, który celował w czas 1:10 i dużo się nie pomylił - pokręcił 1:09. Mocarz!

Szybka wymiana czipów i numerów, po której Łuki ruszył, aż się kurzyło. Mała analiza, wychodziło  na to, że jesteśmy pierwszą sztafetą mieszaną, przed nami są tylko dwie męskie, do których nie brakuje nam wiele. Poszliśmy łapać Łukiego na pierwszym okrążeniu, nie zdążyliśmy... Za szybki był. Tak szybki, że wykręcił tego dnia życiówkę na 10km. 37:50... I dowiózł nasze pierwsze miejsce na metę. A my tam z Sebą już na niego czekaliśmy, i ach, co to była za radość! Zajebiste uczucie, gdy się zdobywa coś wspólnie, drużynowo, nawet jeżeli samemu miało się w to najmniejszy wkład. 


Potem czekaliśmy już tylko na dekorację w towarzystwie Ali, a później Krasego, który tego dnia robił 1/2IM.

Razem wykręciliśmy czas 02:09:47. Wynik pokazał nam, że mocna z nas ekipa, pozostaje mi tylko  następnym razem popłynąć swoje i będzie jeszcze lepiej. Bo następne razy na pewno będą! Postanowione :)

piątek, 28 lipca 2017

Historia letniego 'snu'

11 lipca.

Właśnie minął miesiąc od Rzeźnika, a ja na swoim biegowym liczniku mam raptem... 7 km. Ledwo wymęczone, po których wróciła choroba. Odpowiedź, dlaczego nie biegałam. Tym razem, ufff, nie kontuzja. Moje nogi przeżyły Rzeźnika aż za dobrze. W przeciwieństwie do mnie samej. 

Wracałam z Bieszczad już czując się dość kiepsko. Oczywiście zwaliłam to na przemęczenie, że organizm musi odpocząć, blablabla. Niestety dni mijały, a ze mną było coraz gorzej. W końcu gdy gardło wyraźnie mi dało się we znaki, wylądowałam u lekarza. Wyszło, że jest angina i że to tylko antybiotykiem. Pierwszym, od lat. Zadziałał prawie od razu, gardło bolało coraz mniej, ja dalej osłabiona, ale to przy antybiotykach przecież normalne. Jeszcze chwila i dojdziesz do siebie, myślałam. Kurację zakończyłam, po czym 2 dni później, a dzień przed naszym ślubem, radośnie postanowiłam rano pobiegać. To było owe siedem kilometrów. Czułam dziwną słabość podczas biegu, ale nie takie rzeczy się, hehe, przetrzymywało, dobiegłam do domu, wrzuciłam radosną fotkę na insta, obwieszczając radośnie światu, że jaaa! wraaacam! po czym zaczęłam się dziwnie słabo czuć. Kurwa. Tylko nie myśl o tym żeby się znów rozchorować, jutro masz ślub! A za tydzień jedziesz w Karko! Biegać! Ślub przeżyłam ;) Choć momentami było mi słabo, ale zwalam oczywiście na emocje ;)

Niestety mój organizm podejmował kolejne kroki w kwestii ogólnego strajku i... w połowie kolejnego tygodnia siedziałam na stołeczku u laryngologa kontrolując gardło. Znów zaczęło boleć, a ja w permanentnym stanie podgorączkowym. Niezmiennie od Rzeźnika. Kolejny antybiotyk został przepisany.

Oj, było wtedy zło. I nerwy, i dylemat. Weźmiesz antybiotyk, nie pobiegniesz w Karkonoskim. Nie weźmiesz, pobiegniesz, ale pewnie wątpliwa to będzie przyjemność i rozłożysz się na dobre. Zwlekałam z zażyciem, aż gardło zdecydowało za mnie. Zaczęło napierdalać. Jeden dzień trawienia faktu, że w Karkonoskim nie pobiegnę. Łuki był gotów odpuścić swój start, żeby tam specjalnie nie jechać, żebym nie musiała patrzeć na góry. Jednak zapadła ostateczna decyzja, że jedziemy, Łuki biegnie ultra, a ja się wcielam w rolę kibicującej żony i trenuję cierpliwość własną. Widocznie mam jej wciąż za mało.

Tym sposobem znaleźliśmy się w Karko, Łuki pobiegł ultra w czasie jak dla mnie kosmicznym (6:13). Mojej formy wystarczyło na tyle, żeby podejść kilka razy od centrum Szklarskiej do dolnej stacji wyciągu na Szrenicę, miejsca startu i mety. Z zadyszką jak za dawnych, antysportowych czasów. Zrozumiałam prędko, że nawet ze spacerowego wyjścia w góry nic nie wyjdzie, że nawet do Samotni się nie doczłapię. Góry wąchałam tym razem od dołu :(

Powrót do domu, koniec kuracji nr 2, zaczęłam się czuć lepiej, ale nie do końca, więc po odstawieniu antybiotyku nie rzuciłam się od razu na bieganie. Postanowiłam sobie przez co najmniej tydzień po kuracji przeczekać. Wytrzymałam 6 pełnych dni.

11 lipca, minął miesiąc od Rz. Postanowiłam pobiegać. 6km. Tempo zdecydowanie powyżej 6 min / km. Samopoczucie? Jakby ktoś ze mnie wyciągnął wszystkie siły i walnął w łeb, żebym się czuła lekko pijana. Na drugi dzień wrócił stan podgorączkowy. Powoli godziłam się z myślą, że do tego maratonu na jesieni co sobie wymyśliłam, to ja chyba się nie zdążę przygotować... Że muszę przemyśleć swoje bieganie w dalszej części tego roku. Grrr. To moje bieganie to jest jedna, wielka sinusoida.

I tak sobie robiąc porządek na blogu, w ramach 'przerywnika w pracy' dogrzebałam się do posta, którego napisałam rok temu, trzy tygodnie po Maratonie Karkonoskim i finalnie nie opublikowałam. Pewnie zaniechałam przez to, że zbyt dokładnie opisałam moje perypetie z usuwaniem paznokcia. Wklejam część posta, bo jest aktualna, do bólu (po Maratonie Karkonoskim też ok. miesiąc dochodziłam do siebie):

"Po trzech tygodniach wkurzania się na rzeczywistość, na którą nie mam wpływu, zaczynam znów (czemu nie mogę raz, a dobrze) rozumieć, że pewne rzeczy w moim przypadku wymagają więcej czasu. Niektórzy po krótszym stażu biegania niż mój są w stanie przebiec Rzeźnika czy innego Chudego i jakoś szybko dochodzą do siebie. Mnie najwyraźniej góry kosztują ciut więcej. Nie jestem jeszcze z nimi za bardzo obiegana i organizm odwdzięcza mi się za to, co mu zrobiłam. Góry są piękne, kuszące, uczucia na trasie i na mecie są nieporównywalne z niczym innym, ale to jest jednak demolka dla organizmu. I tu nie chodzi o pana chirurga i paznokieć, bo to mimo sadysty - chirurga to jest szczegół, chodzi mi o takie ogólne, dość kiepskie, samopoczucie organizmu. Poczucie rozbicia, które coś kurde nie mija. Postanowiłam być więc w tym zdroworozsądkowa. Nie rzucać się na rzeczy, na które nie do końca się czuję gotowa. (...) Chciałabym do takich prawdziwych ultradystansów, typu 70 - 80 km dojść, ale trochę mniejszymi krokami. Bo o to mnie prosi moje ciało :) (chyba się starzeję...)"
Tak, hihi, pisałam :) :)

cdn 

(nastąpi na pewno, bo już coś tam biegam :) )

czwartek, 22 czerwca 2017

Rzeźnik cz. 3 Ten Rzeźnik się nie kończy :)

Link do części pierwszej <klik> i drugiej <klik>

Na punkcie w Roztokach szybko pouzupełniałam bidony, ale tym razem wodą, bo słodkiego izo miałam szczerze dość. Jeszcze tylko 12km! tak nam powiedzieli... Tylko. 
W takich momentach nie wolno patrzeć na zegarek. Niestety na podejściu pod Hyrlatą robiłam to zbyt często. I tym sposobem ono mnie zjadało. Im wyżej, tym znów pojawiał się obraz świata zamazany, jak zza brudnej szyby. Wchodziliśmy ze względu na mnie bardzo wolno. Wiedzieliśmy już, że będziemy na mecie w okolicach limitu czasu. Wiedzieliśmy, że ognia w końcówce nie będzie. Że ja nie dam rady przyśpieszyć na podejściach, a Łuki nie jest w stanie normalnie zbiegać. Mało tego, zachciało mi się jeszcze jednej przerwy... Łuki do bólu nogi się jakby przyzwyczaił, ale o szybszym zbieganiu nie było mowy. Byłam na siebie zła, że na początku w ogóle wymyśliłam jakiekolwiek cele czasowe. Łuki był temu od razu przeciwny, no ale ja to cała ja... Bez sensu było celowanie w wynik w obliczu tego, że nie przygotowałam się na ten bieg w pełni jak powinnam. Nie wiedziałam na co się piszę, czym jest ultra. I w zasadzie nadal nie umiałabym opisać, czym jest, bo to trzeba po prostu przeżyć. Pierwszy taki dystans w moim życiu i kompletnie nie wiedziałam, jak moje ciało zareaguje na taki długi wysiłek. Przecież za pierwsze górskie biegi mściło się na mnie bardzo, nie tylko zakwasami. Tym razem również się buntowało. Czułam, że resztką sił przeciągam je przez Hyrlatą. Jak już przeciągnęłam, poddałam się grawitacji i sturlałam do Lisznej co chwila zatrzymując się i czekając na Łukiego. 

tu nas nie ma...
Jedyne 5km do mety. Zostało ostatnie tego dnia podejście pod Małe Jasło. Ale najpierw trzeba było przejść przez mostek, przed którym - oczywiście - był korek ;) Postanowiliśmy nie czekać. Przeszliśmy w bród przez rzeczkę. Maksymalnie miałam do kolan. Przy okazji delektowałam się uczuciem zamoczenia zmęczonych łydek w lodowatej wodzie, Łuki nieco znieczulił swój ból, no i przy okazji umyły nam się buty.
Ostatnie podejście nie było tak długie tak wszystkie poprzednie, a bliskość końca mety sprawiła, że choć bardzo wolno, to pokonałam je bez większych kryzysów. W końcu przyszedł czas na ostatni zbieg do mety. Dźwięki grającej kapeli było słychać w oddali. A zbieg do Cisnej był chyba jednym z ostrzejszych na trasie. Tradycyjnie, jak przed wszystkimi zbiegami w ciągu ostatnich 50. km Łuki powiedział 'biegnij swoje, Mari, i czekaj na mnie na dole'. Tradycyjnie jak na wszystkich poprzednich zbiegach pomykałam po między ludźmi idącymi, opierającymi się na kijach. Prawie 80km w nogach, a ja na zbiegu nie czułam słabości w nogach, w pełni mogłam im zaufać, nawet na tym śliskim błocie. Co ok. 200m skakałam na bok trasy i czekałam na Łukiego, który na ostatnim zbiegu przyspieszył w stosunku do poprzednich. Szybko znaleźliśmy się w Cisnej. Znów trzeba było przejść ścieżką z linami, przed którymi 50km temu staliśmy w korku. A dalej już tylko mostek i kawałek do mety. Mnie nagle zaczęła rozpierać energia. Zniknęło całe to zmęczenie, nagle byłam gotowa lecieć do tej mety sprintem, cała w skowronkach. Jak to wszystko, kurde, siedzi w głowie... Przekroczyliśmy linię mety i wpadliśmy prosto na obiektyw Jacka Deneki. A co było później to już w pamięci mam jeden wielki kocioł, wiem, że było 10 pĄpek, że trochę się popłakałam, więcej śmiałam, ale i też powkurzałam na siebie. Chwilę później, jak szliśmy odebrać rzeczy z przepaków, to był mniej więcej taki dialog:
- Mari, zostałaś ultrasem!
- w chujowym stylu...

Teraz wycofuję się z tych słów, nie oceniam już tak surowo swojego stylu, odbieram ten start jako ultra przetarcie, doświadczenie do zapamiętania na całe życie, solidną lekcję samej siebie. Gdy kolejny raz zdecyduję się na ultra, inaczej podejdę do treningów oraz do samego biegu. Bez marudzenia i poczucia rozczarowania biorę wynik 15 godzin i 38 minut. Ten bieg był wypadkową naszych słabości i tyle wspólnie tego dnia byliśmy razem zdziałać. Można oczywiście siedzieć i gdybać, co bybyłogdyby nie odcięło mnie na podejściach, a Łukiego nie rozbolała noga. Albo gdybym miała kije. Może po prostu trzeba będzie za kilka w to miejsce wrócić i sprawdzić?

...i tu też nas nie ma...
Tymczasem jeszcze w Cisnej... Za metą bardzo szybko zwijaliśmy się do naszej miejscówki. Czułam, że zaczyna mi być niedobrze. W zasadzie nie byłam w stanie stać na nogach, organizm błagał mnie o pozycję horyzontalną. Czułam, że im dłużej stoję, tym bardziej mi słabo i tym bardziej chce mi się rzygać. Ekipa chciała iść coś wspólnie zjeść, ale ja po prostu czułam, że jeszcze chwilunia i padnę na glebę albo puszczę pawia. Pojechaliśmy do naszej miejscówki i jedyna czynność, którą mi się jeszcze tego dnia udało zrobić na stojąco, to wziąć prysznic. Potem już tylko z pozycji leżącej obsługiwałam fejsbunia i składałam deklaracje, że, hehe, nigdy więcej ultra ;) nie próbowałam nawet zejść na piwo do ekipy, bo mogłoby się to różnie skończyć. Nic już tego dnia nie zjadłam, a piwne zapasy wróciły do domu.

nas tu nie ma, ale jest kapusta ;)
Następnego dnia już było lepiej. Wróciłam do swojego dobrego apetytu, który opuszcza mnie jedynie w momentach, gdy jest naprawdę źle, ale nadal czułam się dziwnie rozbita i osłabiona. Za to bardzo pozytywne zaskoczenie sprawiły mi moje nogi, które następnego dnia zbiegały! po schodach, nawet po 10 godzinach jazdy w samochodzie nie zesztywniały, a zakwasy rozeszły się po 3 dniach. Niestety nie chciało mnie opuścić kiepskie samopoczucie, w końcu pojawiły się inne ciekawe przypadłości typu kaktus w gardle i wypluwanie własnych oskrzeli, co ostatecznie zmusiło mnie do pójścia do lekarza. Musiałam się poddać pierwszej od ładnych paru lat terapii antybiotykiem. Już jestem po, ale nadal dochodzę do siebie.

Noga Łukiego oczywiście po biegu spuchła, teraz jest już po konsultacji u fizjo. Wyszedł stan zapalny, uraz typowo przeciążeniowy. Noga dostała bezwzględny zakaz biegania na co najmniej 2 tygodnie. Czas ten się powoli kończy, a ona ponoć odbolała :) nic tylko patrzeć, jak zacznie znów biegać. Są ludzie, których się nie zatrzyma :)


a tu już my, jeszcze w formie ;) fot. IrmaS
A Rzeźnik... Zdecydowanie był to debiut ultra, który zapamiętam na całe życie. W magicznej aurze, bo większość dnia była mgła, która potem unosiła się nad nami. A mgła to jedno z moich ulubionych zjawisk atmosferycznych ;) W otoczeniu magicznej przyrody, bo takich gór jak Bieszczady nigdzie indziej nie ma. Takich lasów, łąk, paproci, wąskich ścieżek wijących się między liściastą rośliną sięgającą do kolan, którą najczęściej nazywałam jebaną kapustą. I co najważniejsze, swoje pierwsze ultra przeżyłam u boku Łukiego.

Wcześniej martwiłam się, czy moje nogi zregenerują się przez dwa tygodnie, żeby być potem w stanie przejść parę kroków do ołtarza w mega wysokich szpilkach, których na co dzień unikam. Nogi sprawiły mi niespodziankę, bo po trzech dniach zniknęły zakwasy, a po pięciu były jak nowo narodzone. Za to rozsypałam się ja cała. Na szczęście powoli dochodzę do siebie i czekam, czekamy! na kolejny start. Albo może przepak? Bo w zasadzie już od pewnego czasu biegniemy razem w ultra zwanym życiem. Dlatego mam wrażenie, że ten Rzeźnik trwa nadal.

wtorek, 20 czerwca 2017

Rzeźnik cz.2 Nie pytaj, czy boli...

Pierwsza część relacji tu: <klik>

Jakimś cudem noga Łukiego pozwoliła mu biec na Drodze Mirka. Ten fragment trasy, kilka kilometrów asfaltowo - szutrowej, płaskiej drogi w okolicach 50. km to ponoć niezły test dla głowy. My w zasadzie cały ten odcinek, nie licząc paru małych fragmentów pod górkę, przebiegliśmy. I dobiegliśmy do przepaku Smerek. Zapadł mi bardzo w pamięci moment, gdy liczba oznaczająca dystans na zegarku zaczęła się zbliżać do 50km. Patrz, Łuki, za chwilę zegarek po raz pierwszy w życiu pokaże mi 50km! mówiłam, myśląc, że zaraz się rozpłaczę z wrażenia. Chyba ostudziła mnie świadomość, że zostało nam jeszcze 'jedyne' 30km.
W Smerku dostaliśmy swój przepakowy worek, szybko uzupełniliśmy żele, batony i izo, których powoli zaczynałam mieć dość. Pożałowałam, że jednak nie uszykowałam sobie tej buły z serem i koncentratem pomidorowym. A ziemniaczków znów nie było... Była buła ze smalcem, której nawet za czasów gdy jadłam mięso bym nie ruszyła. Zadowoliliśmy się słonymi paluszkami. A wszystko to przy okazji szukania punktu medycznego. W końcu zapytaliśmy, gdzie taki jest. Nie ma. WTF? No nie ma. Jakiś ambulans ma tu dojechać na punkt, podobno ma być za jakiś czas, można poczekać. WTF!! Łukiemu nie pozostało nic innego jak zacisnąć zęby na 'ostatnie' niecałe 30km. W tym dwa długie mocne podejścia, jedno krótsze na koniec, i trzy ostre zbiegi po błocie. To one były największą zmorą Łukiego w tym biegu. Wtedy najbardziej napierdzielała go noga. Tymczasem moją zmorą okazały się właśnie podejścia. Tośmy się uzupełnili koncertowo :)


Zaczęło się pierwsze upierdliwe podejście pod Paprotną. Łuki zadowolony, że przynajmniej przez najbliższe kilometry nie będzie bolała go noga. Ja ochoczo zabrałam się za podejście, ale wraz ze wzrostem przewyższenia coś zaczęło być nie tak. Czułam, że powoli tracę siły. Wcale nie bolały mnie nogi, te jak na ten dystans, trzymały się całkiem nieźle. Czułam jakby ze mnie ktoś stopniowo spuszczał powietrze. No ale nic, pomyślałam, pewnie znów zbliża się jakiś kryzys, co na tym dystansie dziwić mnie nie powinno, po prostu trzeba będzie go przetrwać, robiąc swoje. Jednak nie było wszystko ok. Cieszyłam się, że utknęliśmy w powolnym pociągu, toczącym się przez wąską bieszczadzką ścieżkę pośród paproci i jagodowych krzaczków. Nie było jak wyprzedzić, więc głowa miała usprawiedliwienie dla tego bardzo turystycznego tempa. Idąc w pociągu nie sposób było nie zauważyć Piotra Dymusa buszującego wśród paproci.


Zdałam sobie już wówczas sprawę, że podejścia będą do końca biegu moją zmorą i muszę je jakoś przetrwać. Ale jak tylko zaczynało być płasko nie miałam problemu, aby poderwać się do biegu. A z górki zbiegałam zupełnie bezproblemowo, czułam się pewnie na własnych nogach, zbiegało mi się szybko i lekko, mimo błota, gdzie wielu ludzi się zatrzymywało i szło.  Do 58. km jakoś to szło, wg planu, cały czas byliśmy pewni, że 14 godzin jest spokojnie w naszym zasięgu. Jednak o jednym nie pomyśleliśmy. Że to ultra i może zdarzyć się wszystko. Łukiego noga już w zasadzie nie bolała, tylko nakurwiała. A mojej głowie chwilowo zażegnany kryzys postanowił powiedzieć 'halo, ja tu nadal jestem'. 

W okolicach 60. km poczułam, że słabnę i zaczęłam się zatrzymywać. Miałam problem z biegiem po płaskim, a spacer mnie irytował. Jak tak dalej pójdzie, to ja tego Rzeźnika przejdę, a nie przebiegnę! Ale jak tylko podrywałam się do biegu, po parunastu metrach się zatrzymywałam i ledwie szłam. Czułam jakby nogi same próbowały nieść ciało, a najcięższą część tego ciała stanowiła głowa. Miałam wrażenie, że odpłynęła z niej krew i wszystkie myśli, było mi już totalnie wszystko jedno. Czułam się jakbym była bezładną kukłą, ledwie poruszającą się, jakby głowa poszła najzwyczajniej w świecie spać, a ciało chciał się wyłączyć razem z nią. Obraz przed oczami był jeszcze mniej ostry niż zwykle, gdy nie mam okularów. Czułam, że spadło mi ciśnienie i powiedziałam Łukiemu, że jakbym się tu teraz położyła, to z automatu bym zasnęła. Może tak zareagowałam na pierwszy w życiu bieg, który zaczął się w nocy, na deficycie snu? Łuki trochę się przestraszył i zarządził chwilę odpoczynku. Położyłam się w jagodowych krzaczkach, a Łuki podniósł moje nogi do góry. Nie zasnęłam, a do mojej głowy dopłynęła krew. To było, jak się chwilę później okazało potrzebne, bo łatwiej przychodził mi bieg, choć po płaskim było go jak na lekarstwo. Do punktu w Roztokach doczłapałam się właśnie dzięki tej przerwie i dzięki temu, że było z górki. A na zbiegach o dziwo kryzys znikał. Wracałam do siebie. Obawiam się, że gdyby ten bieg do samego końca był z górki, nawet ostro i po błocie, leciałabym jak dzik. Jednak Rzeźnik to gra drużynowa... Tam, gdzie ja odzyskiwałam siły i mogłam napierać, tam Łukiemu dokuczała kontuzja. Nie był w stanie zbiegać na miarę swoich możliwości. Zbiegał dużo wolniej, w bólem, kalecząc technikę na wszystkie sposoby. Zbiegaliśmy w ten sposób, że ja leciałam do przodu swoim tempem, ale co chwilę zeskakiwałam na pobocze i czekałam na Łukiego.
I tak jakoś dotarliśmy do punktu na 68km. A na punkcie w Roztokach pierwsze czego szukaliśmy to punktu medycznego i lodu w sprayu. Oczywiście nie było... Do mety mieliśmy ok. 12km, w tym jedno długie i męczące podejście pod Hyrlatą, zbieg do Lisznej, jeszcze jedno podejście pod Małe Jasło i zbieg do Cisnej. Łuki musiał jeszcze bardziej zacisnąć zęby, a ja mieć nadzieję, że podejścia mnie nie zniszczą do końca...

cdn.

sobota, 17 czerwca 2017

Rzeźnik cz.1. Słońce (jeszcze) nie wschodzi...

Dzień przed, a w zasadzie wieczór przed. Zaczęło się najpierw błyskać. Potem zaczęło lać. I lało jak z cebra. Oczyma wyobraźni widzieliśmy wszyscy, jak góry, wcześniej suchutkie, zaczynają ściekać błotem. Mówiłam zresztą do ekipy, gdy przejeżdżaliśmy jadąc tu przez okolice Komańczy, zobaczycie, wrócimy tu jesienią na Łemko, to wszystko będzie ociekało błotem. Wykrakałam przedwcześnie.

Nie sądziłam, że potrafię się położyć spać o 20:30 i zasnąć. W zasadzie zasnęliśmy jak dzieciaki po wieczorynce i byłoby wszystko pięknie, gdyby za oknem nie zaczął drzeć paszczy jakiś bieszczadzki burek. No z całego serca miałam ochotę zabić, bo każda minuta snu była na wagę złota. Burek za oknem się darł, a ja próbowałam leżeć nieruchomo, broń borze oczu nie otwierać, żeby się tylko nie rozbudzić. Jakimś cudem znów zasnęłam, ale już nie tak głęboko jak przed szczekaniem burka, bo na dźwięk budzika o 00:30 wstałam niemal w minutę. I jakimś cudem nawet śniadanie o tej kosmicznej godzinie zjadłam. Ogarnęliśmy się na tyle sprawnie, że na odjazd autobusów dotarliśmy ciut za wcześnie.
Potem w samej Komańczy też mieliśmy dobrą chwilę do startu, więc wykorzystałam to na naukę robienia siku w krzakach, gdzie wokół wszyscy robili to samo, tylko że byli to sami faceci. Im jakoś łatwiej. Tylko czołówkę wyłącz! krzyknął mi w ostatniej chwili Łuki.

W końcu bębny i start. I słynne morze czołówek. Staraliśmy się biec, a w zasadzie żwawo iść, koło siebie, żeby się w tłumie nie pogubić. I żeby nie zacząć zbyt szybko, przed tym to chyba każdy doświadczony przestrzegał. W zasadzie pierwsze 8km to był marszobieg po asfaltowej, potem szutrowej drodze. Marszobieg we mgle... Mgła i siąpiący deszcz, i krople spadające z drzew będą nam tego dnia towarzyszyły bardzo długo. I tym samym nie spełniło się jedno z moich marzeń, żeby zobaczyć wschód słońca w górach. Kurde, będę musiała pobiec jeszcze jedno ultra.

Coś na kształt górskiego szlaku zaczęło się w okolicach 8 - 10km, wtedy to bardzo przydała się czołówka. Z racji nisko zawieszonych chmur w lesie było dość ciemno, a wystające korzenie śliskie. Wtedy delikatnie zaczęliśmy wyprzedzać tych, który się rozpędzili na asfalcie. Niestety na trasie było dużo ludzi. Za dużo. Zaczęły się tworzyć 'korki' w miejscach, gdzie był strumyk i ktoś nie chciał sobie pomoczyć papci. Strasznie nas to irytowało. Nie należę do szybkich biegaczy, ale takie bezsensowne stanie i czekanie doprowadzało mnie do szału. Przecież nie dowiozę tych butów do mety ani czystych ani suchych i to góry są! Często w takich sytuacjach wyprzedzaliśmy po prostu bokiem, nie raz wdeptując w wodę. 

Pierwszy punkt kontrolny na 16km i tam Łuki udał się pierwszy raz w stronę ambulansu. Wyznał mi, że kostka, a w zasadzie stopa 'lekko zaczyna boleć'. Na punkcie jeżeli chodzi o wsparcie odżywcze niestety sama woda, więc rozcieńczyłam izo w bidonach, choć godzina jeszcze na tyle wczesna, że lepiej wchodziłoby izo. Słodkowstręt przychodzi znacznie później.

Około 20km po raz pierwszy poczułam, że coś dziwnie ciężko mi się biegnie, i że mam pierwszy chwilowy kryzys. Pierwszy, bo zdawałam sobie w pełni sprawę, że tego dnia może przyjść ich wiele. Podkreślę od razu, że bardzo pilnowałam się z jedzeniem. Na szczęście kryzysik, kryzysiątko w zasadzie szybko się wyłączyło, bo już na przepak na 32. km w Cisnej wbiegliśmy w znakomitych humorach, w zaplanowanym czasie na dotarcie do mety w okolicach 13 godzin. Bo właśnie taki był plan - okolice 14 godzin, a jak się uda to zbliżyć się do 13. Plan niestety jakieś 20km później mogliśmy wsadzić między książki.  Ale póki co, jesteśmy jeszcze na przepaku. 

korek za przepakiem w Cisnej
Łuki pierwsze co zrobił, to udał się w stronę ambulansu znieczulić nogę sprejem. Jak się później okazało, to było ostatnie znieczulenie, na jakie mógł sobie pozwolić tego dnia. Ja rzuciłam się na poszukiwanie ziemniaczków, bo coraz bardziej chodziła za mną ochota, żeby pożreć coś słonego. Zalapałam się na ostatnią ćwiarteczkę... Chlip. Bida na tym punkcie. Szybko ogarnęliśmy przepaki, dopakowaliśmy żeli, batonów, zostawiliśmy czołówki i ruszyliśmy dalej. Niestety po chwili musieliśmy się zatrzymać. W korku. Bo w Cisnej zbudowano mostek. A za mostkiem była stroma i wyślizgana od błota ścieżka, przy której zamocowane były liny (trochę mniej ekstremalna wersja Szczawnicy). Kolejka stała na kilkanaście metrów. Stoimy, stoimy, to se zjem batona. Zjadłam. Nadal stoimy. Obok pan, który robił zdjęcia, rzucił żarcikiem 'przed wami jeszcze 50km, więc jest szansa, że jeszcze będzie biec he he'. Biegacz przede mną zrobił krok pod górę po śliskim błocie i zjechał w dół prawie na mnie. Na tyłku miał dziwne dwa ślady od błota, więc w kolejce za mną rozległy się heheszki, że niby próbowałam łapać, moje tłumaczenia,że czyste rączki mam, hihihaha, czas sobie leciał, aż w końcu udało nam się dostać do lin i przeprawić. W końcu zaczęła się pierwsza poważna górka tego dnia. Prawie 10km podejścia, które jak się skończy, na zegarku będę miała dystans maratonu. I w głowie pojawiała mi się myśl, że nieuchronnie zbliżam się do granicy najdłuższego pokonanego dystansu. I że jakoś dziwnie mnie nogi nie bolą. 


Wdrapywanie się na Małe Jasło, a potem Jasło, z perspektywy czasu oceniam jako całkiem przyjemny spacer pod górę. Mieliśmy wtedy oboje koszulki z napisem 'Klub Biegacza Szamotuły' na dole z tyłu, więc często byliśmy zagadywani, to o Szamotuły, to o Poznań, to o Sieraków, i że ooo, jak wy daleko mieliście. Ale przebojem podejścia były kolorowe skarpety kompresyjne pewnej męskiej pary, które tak nam się spodobały, że od razu musieliśmy się wywiedzieć, co i jak trzeba zrobić, żeby takie mieć. Już wiemy :) I miłym sposobem przebrnęliśmy przez Jasła, a potem zaczął się zbieg. Łukiego noga postanowiła dać o sobie nieco bardziej. Po prostu nie chciała zbiegać. Na tyle postanowiła suka boleć, że w zasadzie bardziej schodził, niż zbiegał. A jak próbował zbiegać, to słyszałam za sobą jęki i stękanie z bólu. A Łuki nie jest z tych, co się nad sobą i nad bólem rozczulają. Nie wiem w którym momencie biegu, ale padło z mojej strony 'jeżeli ma cię boleć nie do wytrzymania i masz sobie zrobić krzywdę i mieć rok biegania w plecy, to nie dyskutujemy i schodzimy z trasy!'. Odpowiedź brzmiała, że nie ma takiej opcji i że nie mam pytać, czy boli... 

cdn.

czwartek, 8 czerwca 2017

Moja droga do Rz.

Bo to było tak:

Jesień. Spacer z psem. Wieczór. Ciemno. Piździ.
I idzie sobie takich dwóch. Mari i Łuki. I Mari wyznaje, że boi się ultra, ale żeby chciała. Kiedyś. Tylko musi się przełamać. A Rzeźnik to w ogóle inna sprawa. Tu jeszcze trzeba biec z kimś. Wytrzymać z tym kimś. Nie zabić. Wspierać się nawzajem w momencie kryzysu. A Mari? Zawsze biegała sama. Trudno byłoby jej się odnaleźć w parze. Wyznała Mari wówczas: "jedyną osobą z którą wyobrażam sobie pobiec Rzeźnika to Ty." I tak się zaczęło...
Na odpowiedź Łukiego nie trzeba było długo czekać: "mam pomysł! Pobiegnijmy razem Rzeźnika! Zobaczysz, będzie pięknie!"
Reszta jakby potoczyła się sama...

Łuki oznajmił wnet, że zmienia swoje startowe plany na przyszły rok. Że on chce ze mną pobiec Rzeźnika, choć trochę wątpiłam w swoje możliwości i przede wszystkim, podżerał mnie strach. Zapisaliśmy się, choć nie pałała mną żądza wygranej w losowaniu. Raczej podchodziłam do tego na zasadzie, że jak mamy pobiec, to wygramy to losowanie. A jak nie to nie. Nie jestem przesądna, ale lubię doszukiwać się znaków w małych rzeczach. Losowanie wygraliśmy. W takim razie to już czas. Czas, aby w końcu ruszyć dupę i to zrobić. Przełamać się. Przesunąć kolejne granice. Sprawdzić, czy to ultra to dla mnie jest...

Się dziecko podjarało...

Wówczas w perspektywie miałam dobre pół roku czasu na przegotowanie. Ogromnie dużo czasu. W myślach planowałam treningi: po lesie, przynajmniej raz w tygodniu, długo. Często powyżej 30km. Górki: mała, ostra, obok naszego bloku. I te ciut dalej, gdzie można non stop biegać góra - dół. Wyjazdy na Dziewiczą. Wyjazdy w góry... Start w Prehybie i Toporku. Regularny crossfit. Ależ będzie się działo! Najarana byłam na trenowanie jak dzik.

Błędem było wymyślenie sobie maratonu w Dębnie i planu poprawienia życiówki. Bo do przesady zaczęłam piłować asfalt. Do tego doszło zmęczenie po poprzednim sezonie, nieodleżane. To musiało się zemścić, i to dotyczyło i Łukiego, i mnie.

Kontuzje, kontuzje...

Najpierw mnie dopadło. Dupoplecy i półtora miesiąca bez biegania. Potem Łukiego dopadł ITBS. U niego na szczęście skończyło się na dwóch tygodniach. Niestety niedawno po Toporze odezwała się kontuzja, która wykluczyła Łukiego ze startu w Sierakowie. Spuchnięta kostka i ból przy zginaniu stopy. Szybko zadziałaliśmy, najpierw lekarz, potem fizjo. Powód - wiadomo, przeciążenie... Ach, ten sport. Na Rzeźnika ma pozwolenie od fizjo... Twierdzi, że nie boli i da radę... Zobaczymy.

Co mnie dręczy...

To, że przez cały luty przebiegłam zaledwie 23km i potem już nie udało mi się wskoczyć na takie obroty jakie miałam w grudniu. W grudniu przebiegłam 280km! Po powrocie po kontuzji maksymalny przebieg zaliczyłam w maju - dokładnie 270 km. Tak miało się kurzyć na górkach. Planowane nocne treningi i wyjazdy na Dziewiczą... Skończyło się na jednym wyjeździe. A nocą się nie udało ani razu.


Poczułam znowu jak to jest biegać w tempie 7:00, i co najgorsze, w tym tempie umierać. Serio nie sądziłam, że jeszcze umiem. Posadził mnie ten Rz. na dupie, a jeszcze się nie zaczął. I w takich momentach najbardziej wątpiłam, czy ja się na tego Rz. w ogóle nadaję. Tłumaczyłam sobie oczywiście, nożeprzecieżkobietotrenujesz, masz zmęczone nogi, dlatego ci ciężko. A trening na zmęczeniu na wagę złota jest! Rycz sobie jak musisz, ale rób go. Najlepiej zaraz na drugi dzień po crossficie! Lub wieczorem, po mocnych porannych setkach na basenie, o!

Zaskoczenia!

Organizm to jedna sprytna bestia jest. Mimo przerwy w trenowaniu sporo pamięta.  W kwietniu średnio przygotowana, w dobrej formie ukończyłam Wielką Prehybę. Nie przyszłoby mi kiedyś do głowy, aby pobiec maraton w górach zaliczając wcześniej 1,5 m-ca bez biegania. Biegliśmy wprawdzie wolno, ale pierwszy raz w życiu udało mi się przebiec maraton w górach bez bólu, bez ściany. To mnie bardzo pokrzepiło przez Rzeźnikiem. I postanowiłam ratować z tego Rzeźnika tyle, ile się da.


Chodziłam na crossfit, który dawał popalić i niekiedy miałam po nim zakwasy jak za dawnych czasów po maratonie. Nie sądziłam, że przez podskoki, przysiady, pompki, podciągnięcia można się tak zajechać. Zaczęłam w końcu sięgać po suplementację, bo mój organizm nie nadążał z regeneracją. Kolejne treningi mi dokładały kolejne zakwasy.

Mętlik, mętlik...
Bo nie wiem na co mnie stać. Bo jednego dnia pruję Toporka i ląduję na 5 - tym miejscu, by tydzień później umierać w lesie człapiąc w tempie 7:00. Bo niby jakoś łatwiej wchodzą mi te górki, ale przecież Rzeźnik ma... no właśnie. 80? 85km? O przewyższeniu nie wspominając... Do tej pory na stronie organizatora nie doszukałam się rzetelnej informacji. W regulaminie jest takie info: 85km i 4990 w pionie przy limicie, uwaga! 16 godzin!!! Profil trasy na stronie organizatora mówi natomiast o 80km i przewyższeniu 3700. To teraz dołóżmy info z tej strony: 84km i 4200 w pionie. Jestem trochę zła, że nie wiem do końca na co się piszę. Jak na taką dużą imprezę, taki rozjazd w podstawowych informacjach, to trochę słabe jednak jest...

Strach.

Bo wiem jak potrafią popalić góry. Pamiętam to bardzo dobrze z Maratonu Karkonoskiego, który miał zaledwie 45km, a mnie wdeptał w ziemię. Byłam na niego średnio przygotowana. Nieobiegana z górami. Poczułam jak to jest zbiegać z napierdzielającym pęcherzem pod dużym paznokciem. Jak to wtedy, kurwa, bolało! Przebijanie na własną rękę bąbla pod paznokciem, potem chirurg... Po cichu sobie myślałam, że to może był mój taki górski chrzest? Że musiałam dostać ten solidny wpierdol, żebym sobie nie pomyślała, że te góry to takie lekkie, przyjemne, i, ach, jakże one piękne są? Oby mnie wpierdol nr 2 z nawiązką nie czekał teraz. Oby ten nowy paznokieć, co wciąż w miejscu tego starego odrasta i, niestety próbuje gnój wrastać, się nie odezwał... Błagam go i głaszczę, żeby tylko te kilka dni był spokojny, a po Rz. ładnie się razem (oby) do podologa udamy. Tylko nie wrastaj mi bardziej!

Koniec - sprawdzamy!

Będę starała podejść do tego rzeczowo.
O, tak:
Najpierw Mari uszykuje sobie rzeczy do ubrania, plecak i na przepaki.
Wieczorem, a w zasadzie późnym popołudniem grzecznie zje makaron. Dużo.
Potem dziewczynka weźmie prysznic i położy się spać. Spróbuje zasnąć. Choćby jasno było.
Gdy zadzwoni budzik o godzinie 00:30 bez marudzenia wstanie. Zje bułę albo innego banana. Reszta musi zostać przyswojona na trasie.
Uda się na start.
(pewnie się poryczy...)
Wystartuje.
A potem będzie już musiała jakoś dotrzeć do tej mety.
W końcu nie biegnie sama. Ma wsparcie. Najlepsze. Ever <3




poniedziałek, 5 czerwca 2017

Triathlon Sieraków. Czy tylko skok w bok?

Zapisując się na triathlon w Sierakowie nie wiedziałam jeszcze, że na pewno pobiegnę Rzeźnika. Było to całkiem sporo czasu przed losowaniem na Rz., kiedy wysokość wpisowego była jeszcze do przełknięcia, a już powoli kończyły się miejsca na listach startowych. W momencie zapisu plan był taki, aby poprawić swoje wcześniejsze wyniki, a zwłaszcza odkuć się za start sprzed ponad dwóch lat, który mnie sponiewierał i ogólnie niezbyt fajnie go wspominam. Start w Sierkowie to miał być jednak przede wszystkim tri debiut Łukiego... Miał być. Niestety, nie rozpisując się zanadto, bo lekarskich diagnoz powtórzyć nie potrafię, ratujemy nogę przed Rzeźnikiem. Prognozy są optymistyczne, ale noga miała nie robić nic przez tydzień. Tri debiut został zatem odłożony w czasie. Wypożyczona pianka została zwrócona bez użycia, a nowy trisuit leży niewypakowany. Przyjdzie nań czas, jestem pewna, bo Łuki przez samo kibicowanie zaraził się tri. Tak mówi :)


Tymczasem startować miałam ja, choć strasznie mi się nie chciało i, dziwnie, nie wiedzieć czemu, się bałam tego startu. Było gadane, że Sieraków - Sraków, i że na ój mi ten start. W międzyczasie udane losowanie na start w Rzeźniku poprzewracało mi wszystko, znaczy się sposób trenowania mi poprzewracało. Priorytetem było bieganie i gdy tylko mogłam, biegałam. Gdy się tylko dało, to w górach. Nogi od dwóch miesięcy włażą mi ze zmęczenia w dupę, na rower czasu było jak na lekarstwo. Pływanie trenowałam wielkimi zrywami, czyli jednego tygodnia 3 razy po 3km, a przed kolejne 2 tygodnie nic. No przyznam się, że kiedyś byłam bardziej systematyczna.

Zatem w nastroju 'gdzie miałam łeb, gdy się zapisywałam' podeszłam do startu na dystansie 1/4 IM Sieraków - Sraków.


Zaczęło się pływanie i tu teoretycznie powinno pójść dobrze. Powinno. Zwłaszcza, że rolling start (świetna sprawa!) pozwolił uniknąć pralki i mogłam płynąć swoje od początku. Bo mimo wszystko coś tam na tym basenie trenowałam. Wynik 18:08 raczej średnio mnie zadowolił, choć pocieszam się tym, że dystans na zegarku (i nie tylko mi) wyszedł 1080m. Z nawigowaniem problemów nie odnotowałam, swim track wyszedł mi w miarę prosty ;) No ale trudno, w wodzie dystans pewnie najtrudniej wymierzyć, zresztą z tymi dystansami... Wolę mimo wszystko jak dodadzą w pływaniu, a na przykład odejmą na rowerze. A w Sierakowie jak co roku, tradycyjnie odjęli (hip! hip! hurrra!) i zamiast 45km było niecałe 43. Tym sposobem n i e m a l udało mi się zmieścić z etapem rowerowym w półtorej godziny. Niemal, bo zabrakło czterech sekund. Tak czy inaczej wynik rowerowy z Sierakowa poprawiłam w stosunku do zeszłych lat o ładnych parę minut. I nie włożyłam wszystkich sił w ten rower, bo spodziewałam się (słusznie) ciężkiego biegu. Umierałam w zasadzie na podjazdach, a na pozostałych odcinkach starałam się nie piłować za bardzo.
Nie jest to z pewnością zasługa treningu (bo tego w zasadzie nie było), a raczej nowego sprzętu. Przesiadłam się z aluminium i osprzętu sora na karbonową ramę na ultegrze i to zdecydowanie zadziałało. W końcu umiem rower rozpędzić do (nie śmiać się) 40km/h na zjeździe :) :) I w końcu mam rower, w którym mi działają przerzutki na podjazdach. I w końcu najprawdziwsze kolarskie fachowe ręce mi przygotowały rower na zawody (dzięki Seba!). Więc siłą rzeczy to musiało się udać.


Po zejściu z roweru wiedziałam, że połamanie '3' godzin będzie formalnością i że mogę teraz urywać z tego, co się da. Tym sposobem zaczęła dziewczynka bieganie za szybko i po ostrym początku w tempie 4:45 musiała dobrą chwilę dochodzić do siebie. Było sucho, ciepło, a ten sierakowski las lubi utrzymywać stałą, wysoką temperaturę i nie dopuszczać wiatru. Lałam na siebie wody, ile wlezie. Odżyłam na drugiej pętli, żeby w końcówce mieć satysfakcję z wyprzedzania na słynnych serpentynach. I wpaść na metę ledwie, ale łamiąc 2:50, bo z czasem 02:49:54. Niezłą frajdę sobie sprawiłam tym wynikiem! I strach pomyśleć co by było, gdybym naprawdę przygotowała się pod tri!


Tym startem pokonałam swoje sierakowskie upiory, które narodziły się po nieudanym starcie 2 lata temu. Oprócz czasów na poszczególnych dystansach (z wyjątkiem pływania) poprawiłam też strefy zmian. Miałam więcej siły na bieg z rowerem, dobiegnięcie do stanowiska, a co chyba w Sierakowie jest dość kluczowe - nie zabiła mnie na dzieńdobry górka na dobiegu do T1 z etapu pływackiego. 2 lata temu ledwie tam zipałam i szłam. W tym roku biegłam lewą stroną... Przydał się trening do Rzeźnika :)


Triathlon w Sierakowie miał być w tym zorientowanym na góry sezonie trajlonowym skokiem w bok. Efekt startu jest taki, że szukam na ten rok kolejnego tri. Szukamy razem, bo Łuki broni nie składa i swój tri debiut chce zaliczyć koniecznie w tym roku. Rozważamy obecnie start w Wolsztynie lub Przechlewie.

Triathlonowy akcent będzie miał miejsce również w sierpniu, gdzie pod szyldem Klubu Biegacza Szamotuły wystawiamy w Chodzieży skromną sztafetę na dystansie 1/4 IM. Będzie Łuki, będę ja, będzie i wyżej wspomniany Seba. Więcej napiszę o tym pewnie w swoim czasie, póki co, możecie obstawiać kto w jakiej dyscyplinie wystartuje, choć w moim przypadku to chyba oczywiste, że rower ;) 

Triathlon Sieraków 1/4 IM:

SWIM: 00:18:08
T1:00:06:15
BIKE: 01:30:04
T2: 00:02:24
RUN: 00:53: 15

Na mecie: 02:49:54.  


sobota, 6 maja 2017

Wielka Prehyba. Moja przepustka do Rzeźnika.

Przez pewien moment naprawdę nie sądziłam, że dotrwam do tego biegu i że będę pisać relację z Prehyby. Jakieś dwa miesiące temu żegnałam się w myślach z pięknymi planami na pierwszą połówkę roku 2017. Już w zanadrzu gotowy był post koniec z Rzeźnikiem. Jestem albo królową czarnych myśli, albo zasada głupi ma szczęście się sprawdza, bo najwyraźniej ze wszystkiego się wykaraskałam, a mimo zbyt mocnego powrotu do biegania, obyło się bez kontuzji.

fot. Marcin Mondorowicz - Biegający Foto
Jakże piękny obrót przybrały sprawy. Udało mi się przebiec Prehybę, bez bólu, bez większych kryzysów. I w końcu uwierzyłam w to, że ja tego Rzeźnika naprawdę przebiegnę, choć to już będzie bardzo, bardzo bolało i jeszcze sporo pracy przede mną.

Do Szczawnicy jechałam z zakwasami w nogach, które czułam po bieganiu w Karko tydzień wcześniej. Myślałam sobie, maraton górski na zmęczonych nogach, to idealny trening pod ultra. Zapomnij o cyferkach, zapomnij o wyniku, im dłużej będziesz w górach tym lepiej. Im dłużej będziesz w górach tym lepiej powtarzałam sobie intensywnie, co by ukoić skołatane nerwy na wieść o warunkach, które czekają nas w górach. A czekały nas śnieg i błoto. Połączenie ZUKa (którego nie biegłam) i Łemko (tam, ach! już biegłam). Zmęczone nogi zmęczą się zatem jeszcze bardziej, a trening pod ultra zostanie odbyty z nawiązką. Tego zatem się trzymałam. Zmęczone nogi. W końcu muszę nauczyć się z nimi żyć.


rurzowy kartel <3 fot. Marcin Mondorowicz - Biegający Foto.
Ruszyliśmy. Pierwszy odcinek przez Szczawnicę, pod górę, po asfalcie. Na dzień dobry odezwały się zakwasy w nogach i zrozumiałam, co mnie dalej czeka. Trening pod ultra. Sama tego chciałaś. Nogi bolą, ty zasuwasz dalej, nie ma zmiłuj. Jęczałam w duchu, ale mozolnie wdrapywałam się pod górkę, a Łuki cierpliwie ze mną. Nie przyzna się do tego, ale dla niego to był spacer. Sam poradziłby sobie z trasą i warunkach o wiele, wiele szybciej. Musiał się czymś zająć po drodze, więc napstrykał mi całkiem sporo zdjęć.

Pierwsze 12km trasy najchętniej bym wycięła z życiorysu. Biegu jak na lekarstwo, tylko mozolne podłażenie pod górkę. Dość szybko przywitał nas śnieg, wygładzony przez orgów i wydeptany przez szybszych. Miejscami niestety było ślisko, co skutecznie przyblokowało mnie na zbiegu, tzn. moją głowę. Znów strach brał górę. Na jednym zbiegu wykonałam koncertową wywrotkę w śnieg, przez co połowa mnie już była mokra. Przed innym po prostu zatrzymałam się, przykucnęłam i musiałam chwilę powalczyć z myślami typu "nie ma opcji, za ch... tu nie zbiegnę". Przełamałam się i powoli zeszłam. Kolejne szły już trochę lepiej, ale tego dnia na zbiegach nie poszalałam.




13km i punkt odżywczy. A tam czekała na nas przepyszna drożdżowa buła z serem, coś jakby drożdżówka, tylko bez kruszonki. Pochłonęłam co do okruszka i popiłam ciepłą herbą. Mniam. I coś jakby zachciało mi się biec, poczułam że wcześniejsze zakwasy zaczęły puszczać. Rozeszły się, rozbiegały. Od tego momentu coraz częściej na pytanie Łukiego 'idziemy, czy biegniemy' odpowiadałam, że nie wiem, po czym zaczynałam truchtać.



Choć śnieg bardzo mi nie podchodził, zwłaszcza zbiegi po nim, to w okolicach 20. km zaczęło się przejaśniać, ale tylko w mojej głowie, bo jeżeli chodzi o pogodę, siąpił deszcz. Pod butami śnieg coraz częściej mieszał się z błotem. A w moim wykonaniu było coraz więcej biegu niż marszu. I totalny luz w nogach, poczucie zmęczenia zniknęło, poczułam wreszcie, że dopiero teraz to ja jestem gotowa do biegu. Nnno, mogę zaczynać!




W okolicach 25. km śnieg ustąpił na rzecz błota. Chcecie Mari zmusić do biegu, wywalcie wywrotkę błota, najlepiej łemkowskiego ;) Gdybym miała opisać to, co, się we mnie wtedy stało: jak mi się takie 'coś' przydarza w trakcie treningu, mówię sobie, że obudziłam w sobie swojego wewnętrznego dzika. Właśnie takie uczucie mnie dopadło. Proporcje zmieniły się zdecydowanie na korzyść biegu w stosunku do marszu. Taktyka z Łemko - przez każde większe błoto trzeba było jak najszybciej przebiec, żeby w nim nie utknąć po kostki. Więc zapierdzielałam ;)

Minął kilometr 30, 35... Czekałam na ból, który zawsze na tym etapie przychodził a tu nic! Pierwszy długi bieg w moim życiu, pierwszy maraton, na którym po 30. km czułam świeże nogi, chciało mi się biec i przyspieszyłam. Biegliśmy na totalnym luzaku, gadaliśmy, śmialiśmy się, błoto jakby nie robiło na nas wrażenia, miałam za to wrażenie, że niektórzy za tę radość z biegu byli gotowi nas pozabijać wzrokiem ;) Hihi, no nic nie poradzę, że tak jest fajnie. I te kłody powalone na wąskiej ścieżce, te górki ostre, które z dziwną lekkością mi się połykało i te zbiegi, na których zbiegać nie sposób, ale od czego są drzewa. Tym razem obyło się bez zjazdów na dupie ;)



Dobrnęliśmy do 40. km, a tam zaczęła się najciekawsza część zabawy. Do tej pory wyrobiłam sobie zdanie na temat tej szczawnickiej trasy, że zbiegi i podejścia należą do zdecydowanie ostrych i dość trudnych technicznie. Teraz, po 40. km miałam dopiero poznać, co to są ostre i technicznie trudne podejścia i zbiegi :) Podejście, na 42. km maratonu, niemalże pionowe, niby krótkie, a jakoś się nie chciało, kurwa skończyć. Przed zbiegami/zejściami zbierały się grupki ludzi i zastanawiały jak 'z tego zejść'. No i hit odcinka, a w zasadzie całej Prehyby: zbieg 'po linach'. Było pionowo, a nawierzchnia to wymuskane na połysk błoto, poziom przyczepności zerowy. Orgowie zamocowali liny, po których trzeba było zejść w dół jak po górskich łańcuchach, bez nich przeprawa przez to miejsce to chyba tylko na dupsku.



Krótki odcinek ostatnich trzech kilometrów zajął nam dość sporo czasu, a wcześniejsze kalkulacje, że uda nam się połamać 7 godzin, schowaliśmy do kieszeni. Na ostatnim zbiegu do Szczawnicy w końcu poczułam, że moje nogi mają dość. Dobiegliśmy z czasem 7:16:16. 43km, a zgodnie z zegarkiem to 44km. I pomyśleć, że na Rzeźniku będzie to dopiero półmetek...



Obiecałam siebie, że bez Prehyby nie będzie Rzeźnika. Że choćbym była kompletnie nieprzygotowana, muszę Prehybę przebiec, bo to najważniejszy trening przez tym, co czeka mnie w czerwcu. Dla nas, Łukiego i mnie, pierwsze wspólne przetarcie w warunkach startowych, w górach, w warunkach zbliżonych do Rzeźnika (choć mam nadzieję, że jednak nie ;)).
Prehybę przebiegłam, mimo 'takiego se' przygotowania, mimo zmęczonych nóg, bez kryzysów, bez bólu. Nie odezwało się dupsko, ani plecy, ani kolano. Kolejne dni obyły się bez zakwasów, w zasadzie na trzeci dzień po maratonie walczyłam na crossficie. I myślę sobie, mimo strachu, który mnie paraliżuje przed dystansem 85km i przewyższeniem 5000m, mimo styczniowo - lutowej luki w przygotowaniach, to ja chyba nabieram gotowości do Rzeźnika. Nieśmiało, ale nabieram.