niedziela, 29 listopada 2015

O tym, czego nie będzie (czyli antyplan na 2016)

Myśl o wiośnie i całym sezonie 2016 nie budzi już we mnie takiej, hmm, napinki, że ja muszę to, a jeszcze bym chciała tamto, a jeszcze przy okazji zrobić życiówkę i tu i tu... 2016 będzie sezonem innym niż wszystkie.

Co mi dała kontuzja, która notabene jeszcze trwa? Wiem, to zabrzmi jak banał, ale nabrałam ogromnego dystansu do tego całego sportu. Serio... Musiałam się uwolnić od własnych myśli, że ja muszę, bo jak nie teraz to kiedy, bo chcę to i to i do tego jeszcze jak najszybciej, i to koniecznie już, w tym roku. Takie myślenie mnie krępowało, pchało w rzeczy, na które niekoniecznie byłam gotowa. Obiektywnie, na tle innych nie startowałam specjalnie dużo. Wydawało mi się także, że sporo nie trenowałam. Bo inni jeżdżą/biegają więcej/mocniej/szybciej. Błąd. Trzeba takie rzeczy odnosić wyłącznie do możliwości własnego organizmu, a ja jednak ten swój organizm nieco zamęczyłam od strony fizycznej, ale także psychicznej. Przede wszystkim zabrakło w tym rozsądku, głowy na karku, sensownego planu, zdrowego podejścia. Za dużo kilometrów (na rowerze) (bo trzeba jeździć! trzeba!bo nie umiesz!) a za mało tej 'kwintesencji' treningu, czyli np. interwałów, jazdy na czas. Piszę o rowerze celowo, bo on był moim głównym źródłem złości, że mi nie wychodzi, poza tym na rowerze zaczęło mnie boleć. Zamiast z kontuzji, wyleczyłam się z tej własnej, wiecznie nie zrealizowanej ambicji, która w nieco bezsensowny sposób pchała mnie do przodu. Ja, próbując jej jakoś sprostać, trenowałam dużo, ale byle jak. Gdy organizm już od początku roku dawał znać, że jest słaby, to ja zamiast dać mu odpocząć i porządnie przebadać, forsowałam go coraz cięższymi treningami, trudniejszymi startami, denerwując się bez sensu potem, że mi nie wychodzi. Bo powiedzmy sobie szczerze, w tym roku poza Śnieżką i Wroniecką Dychą nie wyszło mi nic. Nie wyszedł mi półmaraton. Nie wyszedł mi tri Sieraków. Poznań Triathlon też tak se. Przechlewo... Resztę startów odpuściłam, bo się zaczęło to, co trwa do dzisiaj, madafaka kĄtuzja...

Teraz zdecydowałam odpuścić sobie sezon 2016... Oczywiście nie, że zupełnie. Zdecydowałam się chwilowo odpuścić pogoń za wynikiem, swoim sportowym alter ego. Będę dobierać starty bardzo starannie, przede wszystkim decydować się na takie, których naprawdę chce, no i przede wszystkim ograniczyć ich ilość do minimum. Nie zamierzam oczywiście tego przyszłego roku sportowo przespać. Nie umiem żyć bez sportu i chociażby dla własnej przyjemności się trochę od czasu do czasu zajadę. Ale tylko od czasu do czasu i z głową.

Przestać patrzeć ciągle na tego garmina, endomondo, treningi swoje i innych, a spojrzeć na swoje życie. Tak, bo poza sportem też istnieje życie. To jest dobry moment żeby zreorganizować swoje życie zawodowe, już dawno powinnam to zrobić. Tkwiąc dalej tu, gdzie jestem, nic nie zmienię. Będę dalej narzekać, na to co jest, a tego własnego narzekania mam powoli dość. Muszę ruszyć z miejsca. (pozdro dla czytających szpiegów)



Zajeżdżać się głównie zamierzam na basenie, bo pływanie mi zdecydowanie najmniej szkodzi i najlepiej wychodzi. Chcę opanować delfina do perfekcji, a w kraulu osiągnąć poziom astronomicznego przyśpieszenia ;) Wiem, że (sorry za nieskromność) mam talent do pływania i jestem w stanie jeszcze sporo zrobić w tej dyscyplinie. Powoli dojrzewam do tego, żeby opanować skok na główkę (zawsze panicznie się bałam) (sama nie wierzę, że to piszę) (Karol, czytasz to???) Ale przede wszystkim chciałabym w końcu spróbować startu w zawodach pływackich długodystansowych open water. Tu w okolicy jest rozgrywanych sporo takich, na dystansach od 1500m do 7000m, więc jest w czym wybierać. Spox, nie będzie 7000, zatrzymam się na razie na 3000 m :)

Jeżeli chodzi o triathlon, to odpuszczam sobie dystans 1/2IM, przynajmniej na najbliższy rok. Właśnie trening 1/2IM najbardziej zżerał mój czas, energię. Na razie zapisana jestem na triathlon w Lubaszu na dystansie 1/4IM i, choć mam na oku jeszcze Pniewy (olimpijka), możliwe, że Lubasz to będzie jedyny start triathlonowy w przyszłym roku. 

A bieganie? Marzy mi się powrót do biegania takiego na serio, ale to jeszcze musi poczekać. Nie bawi mnie truchtanie w tempie 6:30 przez maksymalnie 6-7km, a biodro/dupa/whatever na tyle mi póki co pozwala. W przyszłym tygodniu oddaję się w ręce osteopaty i może w końcu będzie wiadomo co mi jest.
Dlatego powrót do biegania na serio to wciąż niewiadoma. Może osteo trafi na newralgiczny punkt i sprawa się wreszcie zakończy, a może będę się bujać tak jeszcze przez rok. Jestem wprawdzie na liście startowej jednego z górskich biegów, ale czy pobiegnę to się zobaczy ;) Organizator na szczęście przewidział możliwość przepisania pakietów.



Wiem, że pewnego dnia przyjdą nowe siły. Że ten mały przestój jest po to, aby było lepiej. Żeby było zdrowiej, żebym przez długie lata mogła się sportem cieszyć, ale żebym pamiętała, że mam życie poza nim. Bo ja mam naprawdę mnóstwo czasu, wiele sezonów przed sobą. Nie odchodzę na sportową emeryturę ani na wieloletni macierzyński, zdążę zrealizować wszystkie swoje marzenia. Przy czym 'swoje' to słowo klucz, bo w tym tłumie biegów, startów tri i ultra można się pogubić, zatracić, pomylić swoje marzenia z cudzymi. Potrzebuję więcej czasu, aby dojść do pewnych rzeczy, ale też żeby wyłonić własne marzenia z tłumu. Zresztą... już ta lista marzeń do spełnienia powstaje. Muszę tylko je poukładać chronologicznie. Pole czasowe manewru jest spore. Chyba przydałby się post nie "mój plan na 2016", ale "mój plan czego chcę dokonać zanim stuknie mi 40 - stka" ;) Ja do tego wszystkiego dojdę. Ale najpierw wezmę głęboki oddech, podleczę to i owo, przewietrzę umysł, uporządkuję życie pozasportowe. Oj, tam mam co robić...

poniedziałek, 26 października 2015

UPA do góry!

Po pierwsze to chciałam napisać, że ta akcja na fejsie, to było dla mnie totalne zaskoczenie, bardzo mnie wzruszyła i podniosła na duchu. Pokazała, że przez bieganie poznałam wspaniałych ludzi, którzy są gotowi cię wesprzeć w chwilach trudu. 


Starałam się nie epatować swoją kontuzją i nie uprawiać ściany płaczu, żeby nikogo nie zniechęcić do swojego bloga, do siebie. Zrozumiałam dzięki Wam, że kontuzja to owszem, zło, ale ludzie, którzy ci dobrze życzą, kibicują, będą z tobą zawsze, nawet w tych trudnych chwilach. A niektóre zdjęcia mnie naprawdę rozłożyły na łopatki :) Ale no motyw przewodni był dwupośladowy, więc nie mogło być inaczej!

Po drugie to chciałam napisać, że upa ma się lepiej i wszystko inne też. Choć w tych najgorszych wizjach ustawiałam się w kolejce do osteopatów, ortopedów, badań usg i robienia rezonansów, długiej przerwy, jednak trzech fizjoterapeutów dało radę. Trzech fizjo, trzy koncepcje, każdy pracował nad czymś innym. Najpierw podejrzanym był przywodziciel uda, potem kręgosłup, potem biodrowo lędźwiowy. Najbardziej prawdopodobna wydała mi się opcja z kręgosłupem, choć spięte miałam ponoć wszystko od połowy pleców i brzucha, przez tyłek po przywodziciela. Jako przyczynę wszyscy wskazują, ekhem, przetrenowanie... (nooo, mam nad czym myśleć) 
Dodatkowo rozłożyło mnie przeziębienie i to nie byle jakie. Kaszlałam jak gruźlik przez dobre dwa tygodnie. Jak człowiek nie trenuje to łapie każde świństwo, siada cała wcześniej wypracowana odporność. Nawet poszłam do lekarza, bo przez moment bałam się, czy jakiegoś zapalenia płuc nie złapałam. Na szczęście nic groźnego, tradycyjnie lekarka chciała mnie poratować antybiotykiem. Receptę grzecznie przyjęłam, po czym zginęła ona w czeluściach torebki, nigdy nie zrealizowana. Jakoś się wykaraskałam, nie zabijając resztek swojej odporności. A ostatecznie kaszel przeszedł po pierwszym bieganiu ;) Niestety przez choróbsko musiałam na dłuższy czas odpuścić pływanie, przez co nie mogłam wspomóc chwilowo Drużyny Korsarzy, ale to się zmieni!

Musiałam z pokorą uznać ten sezon za stracony, odpuścić starty, których naprawdę wyczekiwałam: 
Maraton Puszczy Noteckiej, któremu w większości podporządkowałam letnie treningi, wyjazdy do lasu, bieganie po Puszczy, rozpoznanie trasy Maratonu, pagórki, piach, wszystko to na nic...
Szamotuły Samsung Półmaraton - impreza, która ma szczególne miejsce w moim sercu mimo brzydkiej trasy ;) bo od niej się wszystko zaczęło. Miałam tu w końcu połamać 1:45...
Bieg Niepodległości w Obornikach - spróbować poprawić życiówkę na 10 km. Po cichu liczę, że jeszcze tam wystartuję, ale to będzie raczej spokojny bieg (oby)...

Najtrudniej było z półmaratonem, bo start i meta zlokalizowane były pod moim domem. Gdzie się nie ruszyłam, widziałam banery, plakaty. To wyciskało ze mnie łzy. Na szczęście opanowałam własne emocje i przetrwałam tę imprezę, bo startował mój Tata. Przebiegł swój pierwszy półmaraton z czasem 02:10:02 i stwierdził, że 'jest co urywać'. Muszę w tym miejscu napisać, że ja w debiucie na tej samej trasie miałam gorszy czas - 2:12:27... 

świeżo upieczony półmaratończyk - Tata
Zatem nadrabiam powoli swoje zaległości, a jest co nadrabiać. Przede wszystkim zaniedbane mięśnie odpowiedzialne za stabilizację, brzucha i nóg. Nie mogłam robić nawet desek, bo one angażowały kontuzjowane mięśnie. Beret i piłka do ćwiczeń poszły zupełnie w odstawkę... Byłam uziemiona, tylko patrzyłam bezradnie jak wcześniej wyrobione mięśnie brzucha znów zanikają pod warstwą tłuszczyku, choć naprawdę starałam się mieć na wodzy swój apetyt. Naprawdę. Nie zawsze wyszło...

Delikatnie, acz zdecydowanie wracam do ćwiczeń, tym razem regularnie, z zegarkiem w ręku. Nie mam skrzyżowanych palców za plecami, na serio do tego podchodzę, bo za bardzo mi zależy na zdrowiu i realizacji marzeń, o których na szczęście nie zdążyłam zapomnieć.

Takie prawdziwe bieganie musi jeszcze poczekać, na razie truchtam w tempie oscylującym w okolicach 7 min/km, dystans zwiększam bardzo ostrożnie. Powtarzam sobie: delektuj się tym spokojnym bieganiem, bo jak zaczniesz biegać z planem, to będziesz gdzieś pomiędzy tempem maratońskim a progowym marzyła, żeby sobie spokojnie potuptać... Nooo, maratońskim :) 

niespodziewajka od wydawnictwa Inne Spacery
No właśnie, bo plan mam taki: 

...albo nie. Napiszę kiedy indziej :)

czwartek, 15 października 2015

Kuchnia dla biegaczy. Siła z roślin. Efekty recenzowania...

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Publicat otrzymałam do zrecenzowania książkę autorstwa Violetty Domaradzkiej, Roberta Zakrzewskiego oraz Damiana Parola "Kuchnia dla biegaczy. Siła z roślin". Jako osoba będąca od kilku miesięcy na diecie wegetariańskiej (na której zamierza na 99,99% pozostać) ochoczo przystałam na propozycję recenzji. Jestem jeszcze na tym etapie, że chętnie przyjmuje wszelkie informacje na temat diety roślinnej, mimo że w mojej diecie nadal obecne są nabiał i jajka. 


Pierwsze wrażenie książka robi pozytywne już samą jakością wydania. Usztywniana okładka, całość jest drukowana na dość grubym, sztywnym i śliskim papierze - pewnie pomyślano tu o kuchennych niezdarach, które czasem lubią coś rozlać - te kartki są zdecydowanie bardziej odporne wilgoć ;) Mamy sporo kolorowych zdjęć, koszt wydruku pewnie tani nie był, co zapewne rzutowało na cenę książki...

Co to właściwie ten weganizm?
No właśnie, bo jak mówi sam tytuł, mamy do czynienia z dietą stricte roślinną. Czyli jest to dieta, która odrzuca nie tylko mięso (w tym ryby, bo już zdążyłam się przekonać że nie dla wszystkich to jasne), ale wszelkie produkty pochodzenia zwierzęcego, czyli jajka, nabiał, miód.  Wszystkie propozycje dań oparte są wyłącznie na składnikach pochodzenia roślinnego, czyli kaszach, płatkach, ziarnach, makaronach, mlekach roślinnych, tofu, warzywach i owocach. Wbrew pozorom jest tego sporo ;)

Dla kogo jest ta książka?
Książka nie jest w moim odczuciu skierowana do wegan, bo oni w temacie swojej diety wiedzą zapewne sporo. Może być dobrym materiałem dla wegetarian, którzy myślą o stopniowym przejściu na weganizm lub po prostu dla każdego, kto chce wzbogacić swoją dietę w składniki roślinne. 


Trochę teorii...
Książka zwłaszcza na początku zawiera kilka stron wyjaśnienia, czym jest dieta roślinna, jakie są korzyści z jedzenia roślin, zwłaszcza w przypadku osób biegających. Autorzy jednocześnie delikatnie odcinają się od tego, co zwykle towarzyszy diecie wegańskiej, czyli działania na rzecz zmniejszenia cierpienia zwierząt. Tematem książki ma być nieprzetworzona dieta oparta na produktach roślinnych i tak w istocie jest. Zero jakiejkolwiek ideologii. Część teoretyczna jest dość krótka, aczkolwiek wystarczająca, żeby czytelnika nie zanudzić i nie zniechęcić do spróbowania diety roślinnej. Znajdziemy tu kilka praktycznych informacji i wskazówek, np. co powinno się znaleźć w dziennym menu, po kolei opisane są poszczególne grupy produktów: warzywa strączkowe, pełnoziarniste produkty zbożowe, nasiona/pestki/orzechy, owoce i warzywa. Kilka słów na temat makroskładników, czyli węglowodanów, białka i tłuszczów, czym one są, jak działają i w jakich produktach znajdziemy tego najwięcej. To samo na temat witamin i składników mineralnych. Niby to takie oczywiste, jednak czasami fajnie sobie wiedzę nieco usystematyzować. Kilka akapitów poświęconych jest wpływowi diety roślinnej na zdrowie, znajdziemy również informacje na temat suplementacji witaminy B12, która w przypadku wegan, a również wegetarian, jest konieczna. Poza informacjami teoretycznymi znajdziemy również porady autorów, np. czym zastąpić masło na kanapce, jajko w cieście, a także  relacje z biegów ultra.

Przepisy
Te, jak już wspomniałam, oparte są wyłącznie na składnikach pochodzenia roślinnego. Zamiast jajek znajdziemy siemię lniane lub banana. Jest dużo tofu, do którego osobiście jeszcze się nie przekonałam i raczej nie przekonam, choć never say never, jak to mówią ;) W moim odczuciu autorzy bardzo lubią tofu oraz mąkę i kaszę gryczaną, których też osobiście nie trawię (no wyrzyg na sam zapach, nic nie poradzę), niemniej zawsze można je zastąpić mąką orkiszową, pszenną razową, kaszą jaglaną, pęczakiem. W ogóle jak ktoś jest jako tako ogarnięty w kuchni, jest w stanie modyfikować te przepisy na miarę własnych potrzeb.

A przepisy do skomplikowanych nie należą, jak również nie wymagają długiego siedzenia w kuchni i babrania się po uszy w garach. Składniki w większości przypadków jestem w stanie kupić w moim mieście, więc w większych miastach nie powinno być z tym żadnego problemu. Poza tym od czego są sklepy internetowe ;) Podoba mi się to, że autorzy przepisów w prawie każdym dorzucają prażone pestki słonecznika. Nawet sugerują, żeby takie składniki jak ziarna, pestki czy natkę dorzucać po prostu do dań, dla wzbogacenia. Słonecznik prażony uwielbiam i teraz dorzucam do wielu dań, bo bardzo potrafi odmienić smak nawet zwykłej sałatki. To tak na marginesie...

Przepisy są pogrupowane wg kategorii: śniadania, drugie śniadanie, zupy, dania główne, sałatki, do chleba (pasty i pasztety), koktajle i napoje, desery, przed startem i na zawodach. Składniki podane są w gramach oraz w przeliczniku szklanki/łyżki, co mi się akurat podoba. Przy każdym przepisie podana jest sugerowana liczba porcji, ich kaloryczność oraz symbol informujący, w jaki pierwiastek  danie obfituje najbardziej, np. Fe :) Albo Mg :) Lub piorun w kółeczku, który oznacza, że danie jest wysokowęglowodanowe :)

Udało mi się, póki co, wypróbować dopiero kilka przepisów, część pomysłów na dania znałam już wcześniej, np. makaron z cukinią, czy warzywne leczo. Za to zainteresowała mnie bardzo tarta z buraków, którą wypróbuję wkrótce, oraz pesto z natki rzodkiewki, które obiecałam sobie przetestować na wiosnę, jak będzie dostęp do świeżych, sezonowych warzyw.

Należałoby zaznaczyć jedną rzecz, mianowicie książka nie promuje stricte przejścia na dietę wegańską, celem autorów jest zachęcenie nas do włączenia roślin w swój jadłospis, pokazania, że asortyment roślinnych składników spożywczych jest naprawdę bogaty, że można komponować dania, posiłki na bazie samych roślin bez większego problemu. Wbrew powszechnemu chyba jeszcze w naszym kraju przekonania, że weganie jedzą tylko liście i marchewki, okazuje się, że mając odpowiedni zasób wiedzy można, budując swój pełnowartościowy jadłospis, bazować wyłącznie na składnikach pochodzenia roślinnego.

A tu praktyczne efekty recenzowania książki:

Pęczak zapiekany z marchewką i jabłkiem, jeszcze załapał się na zdjęcie:


Dynia pieczona z rozmarynem - wykorzystałam ją później jako składnik wielowarzywnej sałatki z kaszą pęczak:


Ciasto jaglane z jabłkami - czasem w życiu nie wychodzi... Nie wyłożyłam blachy papierem i brzegi się spiekły. Poza tym całkiem dobry, lekki deser lub drugie śniadanie.


Makaron z cukinią i czosnkiem. Zwykle dodawałam do tego dania ser, tym razem się powstrzymałam resztką sił :) Ale czegoś mi tu brakowało...


Sałatka z buraków i rukoli - powinna być z oliwą truflową, ale to jeden z tych nielicznych produktów, którego u siebie w mieście za uja nie kupię ;) Zastąpiłam go więc sosem z oliwy, octu winnego, miodu i musztardy. Pasowało genialnie!


Czy kogoś jeszcze trzeba przekonywać, że kuchnia roślinna może być smaczna, różnorodna i, nie licząc tej nieszczęsnej spalenizny, całkiem ładna i kolorowa? :)

niedziela, 4 października 2015

CO W TYŁKU BOLI...

Dopadła mnie bezsilność i zrezygnowanie. Koniec takiego se w moim wykonaniu sezonu. Kiepski koniec, bo z kontuzją, i to taką raczej bez sensu, która nie ma swojej przyczyny w bieganiu, za to niestety skutecznie mi je uprzykrzyła. Pokrzyżowała plany i odebrała nadzieje na ciut lepszą końcówkę sezonu, bo o poprawieniu życiówek na dyszkę i połówce już dawno przestałam myśleć, a już jestem niemal pewna, że tej połówki, dla mnie wyjątkowej, w tym roku po prostu nie pobiegnę. 

przedwczesny...
Zaczęło się tak na poważnie po Tri w Przechlewie (bo wcześniej już były 'przebłyski'). W trakcie biegu zaczęłam odczuwać ból w pachwinie biodrowej, ból ten narastał wraz z kilometrażem, a w okolicach 6. - 7. km stawał się mało przyjemny do zniesienia. Poza samym bieganiem bólu nie czułam, chyba że zaraz po tym bieganiu z bólem, jak solidnie udało mi się rozdrażnić owo newralgiczne miejsce. Wtedy wystarczył lodowy okład i przechodziło. Za to zupełnie niezależnie od biegania pojawiały się bóle w prawym pośladku, głównie pod i nad, w okolicy lędźwiowej. Czułam, że coś niedobrego się święci, że samo się nie wyleczy, że nie mam wyjścia i muszę zacząć działać. 

Nie było na miejscu mojego fizjo brata (który się szkoli w trochę odrębnej dziedzinie fizjo), więc szukałam pomocy z zewnątrz. Trafiłam do fizjo nr 1. Jego diagnoza brzmiała "przywodziciel", prawdopodobnie przeciążony, stan zapalny w okolicach przyczepów, czy coś w tym stylu, wybaczcie, nie powtórzę ;) Dlaczego boli mnie przy okazji pośladek i okolica lędźwi, było dla niego zagadką. Niemniej dałam sobie tego przywodziciela rozmasować techniką chyba FDM, miałam go potem chłodzić i rozciągać, co też czyniłam. Po kilku dniach miałam zrobić kontrolny trucht celem sprawdzenia, czy boli nadal. Jeżeli ból się pojawi - odpuścić Maraton Puszczy Noteckiej, który akurat wówczas się święcił, na który się całe lato mniej lub bardziej przygotowywałam. 


No to odczekałam grzecznie tych kilka dni, poszłam truchtać i TRACH, po drugim kilometrze poczułam znajomy ból w pachwinie, który zaczął się z każdym kolejnym kilometrem nasilać. Zrezygnowana dokończyłam pętelkę po osiedlu i wróciłam do domu, wściekła i coraz bardziej pewna, że o MNP muszę zapomnieć. 

Fizjo nr 1 na wieść, że boli nadal, powiedział, że mam na pewien czas odpuścić bieganie i chłodzić. Odpuściłam zatem i chłodziłam, prawie do odmrożenia. W końcu po kilku dniach dopadł mnie kosmiczny głód jakiegokolwiek ruchu na świeżym powietrzu, postanowiłam zatem sprawdzić jak biodro, już nie w biegu, tylko chwyciłam za kije i pojechałam do lasu, pierwszy raz w życiu spróbować, jak to jest uprawiać nordic walking. Przygotowałam sobie nawet specjalnie w tym celu, spokojny zestaw muzyczny, aby mnie nie poniosło i czasem nie podkusiło, aby biec. No i nie kusiło, nie zdążyło nawet skusić, bo po 3 km zaczęło odzywać się biodro, a po 4km już nie miałam wątpliwości, czy to boli, czy to się tylko wydaje.
Zrezygnowana już zupełnie wróciłam do domu, wkurzona podwójnie, bo że boli i że brak jakiejkolwiek poprawy. Był ryk, żegnanie się z bieganiem na bliżej nieokreślony czas, plany, które po cichu i chyba zbyt odważnie zaczęłam budować sobie w głowie na przyszły rok, stanęły pod znakiem zapytania, no bo skoro nękają mnie pierdołowate kontuzje i nie mogę z nich wyjść, to jak to sobie w ogóle wyobrażam, przebiec dwa maratony, w tym jeden górski, a potem ultra? 

Jak już z pomocą Mamy i K. wygrzebałam się doła czarnych myśli, zapadła decyzja - udać się do innego specjalisty, co też kolejnego dnia uczyniłam. I oczywiście fizjo nr 2 postawił zupełnie inną diagnozę. Jego zdaniem, przywodziciel był jedynie pokłosiem innego problemu - z kręgosłupem. Nie jestem w stanie tego dokładnie powtórzyć, w każdym razie wysunięty dysk powodował ucisk na nerw, to powodowało ból, nieprawidłową pracę mięśni, a w końcu stan zapalny. Ta diagnoza zdecydowanie bardziej do mnie przemówiła, więc zamiast ugniataniu przywodziciela poddałam się ugniataniu kręgosłupa. Nie powiem, coś musiało w tym moim kręgosłupie siedzieć, bo z pierwszej wizyty u fizjo nr 2, gdzie praca odbywała się głównie na kręgosłupie, wyszłam mega rozluźniona i ustały bóle w okolicach lędźwi. Niestety nie chciał odpuścić ten ból w pachwinie. Co wychodziłam biegać "w ramach testu", ból pojawiał się w okolicach 2. km, co wymuszało 'nawrót' do chaty.

We wrześniu pobiłam rekord - najmniej przebiegniętych kilometrów w ciągu miesiąca. Raptem 49,6km, z czego 21,1 km w Przechlewie... Jedyne co ostatnio robiłam, to delikatnie kręcenie na bajku i pływanie z ósemką. Nie mogę też robić wszystkich ćwiczeń, np. desek z podnoszeniem nóg, krzesełek, bo niestety angażują te bolące mięśnie. A teraz w ogóle dostałam chwilowego bana na cokolwiek. Fizjo powiedział mi ostatnio tak: Maria, czy ty jesteś w stanie nic nie robić w weekend? Wiem, że to może być dla ciebie niewykonalne, ale dobrze by było, gdyby ta noga odpoczęła. Zajmiemy się nią w poniedziałek". Ech... 

Pracuję cały czas z fizjo nr 2, kompleksowo, bo jedziemy z góry na dół - plecy, tyłek a na końcu przywodziciel. Rozluźniamy, rozciągamy, mobilizujemy. Czuję poprawę i tylko dlatego, nie protestując, biorę głęboki wdech - wydech, liczę do dziesięciu, po czym obiecuję, że tak, nie będę nic robić, choć jest to dla mnie niewykonalne. I że naprawdę nie będzie mi łatwo nic nie robić, bo ja już dawno pierdolę wyniki, ja po prostu nie potrafię żyć bez sportu. Dzień bez jakiejkolwiek aktywności to dla mnie dzień stracony. Ale w imię moich przyszłorocznych marzeń poświęcę się, odpocznę, odpuszczę Szamotuły, przyjdę kibicować i jakieś dwie godziny denerwować się o Tatę. 

Po czym nie bacząc na to, czy boli, czy nie, zarejestruję się na przyszłoroczne zawody - już jakie wiem. Choćby mi się miało wszystko w życiu zaraz rypnąć, ostatnia rzecz, jaką zrobię, to rezygnacja z własnych marzeń... 




czwartek, 10 września 2015

1/2 IM TRIATHLON PRZECHLEWO. NIEOGAREM BYĆ...

Naczelna pĄgapa to ja. Od tego powinnam zacząć, bo zawody w Przechlewie to był szczyt nieogarnięcia w moim wykonaniu. Lista rzeczy i czynności, których zapomniałam jest imponująca, choć chwilami naprawdę do śmiechu mi nie było. W trakcie jazdy do Przechlewa, przed Człuchowem, czyli zdecydowanie za późno było, żeby się wracać, 

pągapa#1


zdała sobie sprawę, że zapomniała pąkoszulki! Ależ byłam na siebie zła! Takie zawody, taka ekipa, a ja obie Koszulki Mocy zostawiłam w domu. Dlaczego ja sobie jej w widocznym miejscu nie uszykowałam? Grrr… 

Zawody w Przechlewie były przede wszystkim testem mojej wytrzymałości psychicznej, ale przede też okazją do bliższego poznania fantastycznych ludzi, do stanięcia na starcie z takimi ajronami jak Krasus, Błażej, Jędrek, Kris. Do walki przy dźwięku dzwoneczka Bo, przy fantastycznym dopingu całej ekipy Smashing Pąpkins... Jeden weekend, 6 godzin walki i tyle niezapomnianych emocji! 


A ja byłam średnio przygotowana na tę walkę, to też wielkich nadziei na dobry wynik sobie nie robiłam. Mało tego, wiedziałam co nieco na temat przechlewskiej trasy, że trudna, że pagórkowata. Potem doszły prognozy pogody, mówiące o zimnie i silnym wietrze. Wiedziałam, że życiówki nie zrobię, choć w głowie tliła się nadzieja, że może chociaż poniżej 6 godzin jakimś cudem zejdę, zwłaszcza że ostatnie treningi zakładkowe wychodziły mi zadziwiająco dobrze.


gotowi na szaleństwo!

pągapa#2


Udaliśmy się na start, a tam nagle sobie przypomniałam, że nie mam telefonu. No żesz kurde. Nie żeby on był jakiś bardzo ważny na trasie zawodów, ale już oczami wyobraźni widziałam, jak mama będzie próbowała się do mnie do dzwonić, telefon będzie samotnie brzęczał zostawiony koło łóżka, a mama będzie umierać ze stresu, bo się nie odzywam. Mało tego, nie wrzucę już żadnej fotki na facebooka ani na insta. Dlatego ten mój profil był taki dziwnie cichy przez czas tych zawodów... 

SWIM 

Nuda, nuda, nuda. Jedno, co umiem i czego jeszcze na tri nie spartoliłam, to pływanie. Popłynęłam w 36:08, co jest wynikiem o kilka sekund gorszym niż rok temu w Poznaniu. Ale płynęło mi się fantastycznie. Dlatego, że jezioro ładne, że woda czysta, że w wodzie cieplej niż w powietrzu, że nie było pralki i że nie dałam ponieść się prądowi rzeki Brdy. W zasadzie płynęło mi się dobrze do pewnego momentu. Do momentu, w którym objawiła się: 

pągapa#3

Zapomniałam zrobić siku do pianki! Wiem, że może co niektórzy w tej chwili się zgorszyli, no ale taki jest triathlon. 90% triathlonistów robi siku do pianki, a przed taki dystansem jak 1/2IM to już jest w ogóle absolutny must piss. No i ja oczywiście o tym zapomniałam. Przypomniało mi się w momencie, gdy od wyjścia z wody dzieliło mnie jakieś 200m. Z wrażenia nieomal wpłynęłam w trzciny, jednak w trakcie płynięcia wykonanie tej czynności należy do niemożliwych. Tak więc wkurzając się na siebie, mając nadzieję, że siku przerobi mi się na izo, wchłonie się i nawodni mnie od wewnątrz, wyszłam z wody, mijając po drodze dzwoniącą dzwoneczkami Bo, następnie K., który krzyknął, że ‘jest 36 minut, dajeeesz!’, następnie koło Wybieganego, który chyba mnie nie rozpoznał. Bo przecież my, triathloniści, tacy rozpoznawalni jesteśmy w czepkach i piankach ;)

T1

Powinnam mieć już wprawę w podbieganiu do T1 pod górę, bo gdziekolwiek w tym roku startowałam w tri, był mega podbieg do strefy zmian po wyjściu z wody. Tutaj też. No więc pierwsze lekkie umieranie tego dnia zaliczone, chociaż do sierakowskiej górki sporo brakowało. W T1 pozbywszy się pianki (no złaź z tych nóg) (kurwa, kamyczki mi się do stopy przyczepiły) założywszy buty, oksy, kask, garmina, wziąwszy rower wyruszyłam w trasę. Czyżby czegoś brakowało? :)

BAJK SRAJK

Pierwszy raz przed triathlonem musiałam się zastanawiać, co ubrać na etap rowerowy. Było tego dnia po prostu zimno. Miałam pod pianką rękawki, a w strefie zmian zostawiłam sobie jeszcze bluzę z długim rękawem, gdybym bardzo zmarznięta wyszła z wody. Jednak na tyle zimno mi nie było, żeby tę bluzę ubierać. Za to nastawiona psychicznie, że będzie ciężko. Wiatr niszczył mnie psychicznie na treningach, tu nie będzie inaczej, wiedziałam to dobrze. W dodatku górki, których na trasie miało być sporo, na podjazdach też mocna nie jestem. Jednak o dodatkowy dreszczyk emocji zadbałam sama. Jadę sobie jadę, zaczęło się oglądanie tyłków mijających mnie zawodników, no bo taki los tych co wcześnie wychodzą z wody, a wolno jadą na rowerze: są sromotnie wyprzedzani przez wszystkich i co chwilę oglądają zady. No to czytam sobie te imiona, które mi przemykają pod nosem, ach, czemu ja nie umiem tak kręcić, wtem czuję dziwną nagość na plecach. Numer startowy! Kurwaaa! Został w koszyku, w strefie zmian, przykryty bluzą, której ostatecznie nie ubrałam…

pągapa#4

Gdy zdałam sobie sprawę, że tego numeru nie mam, zrobiło mi się słabo. Zwłaszcza, że chwilę później wyprzedzająca mnie zawodniczka krzyknęła do mnie ‘numeru nie widać!’. Nie mam go, to nie widać. Nie wiedziałam, co grozi za jego brak, słyszałam tylko na odprawie, że jest obowiązkowy na całej trasie kolarskiej i biegowej. Wiedziałam, że regulamin łamię i to tak trochę po bandzie. Teraz po czasie już wiem, że za brak numeru dostałabym 6 minut kary, ale wtedy byłam niemalże pewna, że grozi to dyskwalifikacją zawodnika. Jechałam więc pierwszą pętlę, a w zasadzie jej pierwszą część pod wiatr, z natłokiem myśli pod czachą typu: ‘zaraz mnie jakiś sędzia zgarnie’, ‘tyle godzin na treningach na nic’ ‘chcę te zawody ukończyć, obojętnie z jakim czasem, tylko niech mi nie każą schodzić z trasy’. Koniec pierwszej agrafki i pierwszy nawrót, koło beczek stało chyba trzech sędziów, nasłuchiwałam, czy krzyczą za mną, że mam się zatrzymać. Nic nie słyszałam, to jechałam dalej. Uff, teraz z wiatrem. Na każdej kolejnej nawrotce miałam te same myśli, czy tym razem mnie przyuważą i zwiną z trasy, czy nie. Dodatkowo masakrował mnie wiatr, kompletnie nie miałam siły, aby z nim walczyć. Górki nie ułatwiały sprawy, choć zjazdy były całkiem fajne ;) Podczas drugiej pętli zaczęło padać. Zmarzłam strasznie, czułam jak cała drętwiałam, jak dłonie mi skostniały i ledwo mogłam zmieniać przerzutki. W dodatku poczułam, jak nie zrobione do pianki siku wcale nie przerobiło się na izo. Kurde, muszę coś z tym zrobić, bo na biegu oszaleję. Cisnęło niestety coraz mocniej. Postanowiłam po trzecim nawrocie zatrzymać się w tojku na trasie. Pod warunkiem że i tym razem się uda zaświecić sędziom gołym tyłkiem przed oczami bez zwrócenia uwagi na brak magicznej kartki na plecach. No i znów się udało. No to jazda w kierunku tojtoja. Chciałam to naprawdę szybko załatwić, ale skostniałe ręce nie dawały rady, poza tym nazbierało się tego więcej niż sądziłam, więc dobrych kilku minut straciłam. Ale chyba też dzięki temu zyskałam, bo przez tą dłuższą chwilę w budce się ogrzałam, oddrętwiały mi ręce, mogłam zmieniać przerzutki no i lepiej mi się potem jechało, gdy już nic mnie nie przyciskało. Zaraz jak wsiadłam na rower i ruszyłam, usłyszałam znajome trąbienie Pimpusia i wyprzedził mnie Krasus jadący ostatnie okrążenie. To sobie potrąbiliśmy, bo ja też miałam zamocowanego Alberto na kierownicy. Gdy jechałam ostatnie okrążenie, było cholernie pusto na trasie i chwilami miałam wrażenie, że jestem jedyna na trasie, że jadę ostatnia. Jak się potem okazało, nie mi przypadł ten zaszczyt, choć niewiele brakowało ;) W dodatku nie przewidziałam, że tyle czasu spędzę na trasie i jedzenia miałam ciut za mało. Zmuszona byłam wypróbować żele, które rozdawali na trasie, na szczęście mój żołądek się nie zbuntował i przyjął. Musiał przyjąć, inaczej bym umarła z głodu… Gdy już zmierzałam w stronę T2 minęłam jadącego jeszcze w odwrotnym kierunku Jędrka. Wiedziałam, że Kras, Błażej i Kris już biegną. Wiedziałam, że wbiegając do strefy zmian będę musiała znów zaświecić gołym tyłkiem przed sędziami. Kurde, no jak mnie teraz złapią, po tej 90 -kilometrowej, trzy i pół godzinnej masakrze w wietrze, deszczu, zimnie i głodzie to się pochlastam. Zsiadłam, cała zdrtętwiała, ledwo mogłam człapać z nogi na nogę, nie było zatem opcji żeby tak szybko przemknąć, żeby nie zauważyli. Ale, kurde, nie zauważyli. Podobnie jak nie zauważyli, gdy wychodziłam z T1. 

T2

Tym razem pamiętałam żeby ubrać numer startowy. Ale żeby tradycja została podtrzymana, musiała się objawić…

pągapa#5

Gapa na maksa, bo okazało się że nie wiem, gdzie wybiec na trasę biegową. Zapytałam dziewczyny obok, ona też nie wiedziała. No więc nie miałam wyboru, musiałam podbiec do sędziów, tym razem ładnie z numerkiem na przedzie, i zapytać, panie! Jak biec! Odpowiedź na szczęście uzyskałam szybko, niebieska brama po przeciwległej stronie, więc szybko dupa w troki i pobiegłam.

RUN

Trasa z początku pod górkę, potem płaska, po tym mocny zbieg, a za nim ostry podbieg. Wielu szło, mi też raz się zdarzyło. Zaczęłam biec w planowanym tempie 5:20, jednak nie udało mi się go utrzymać. Gdzieś koło 5 - tego kilometra dopadł mnie kryzys, który trzymał praktycznie do 15 - go. Potem już chyba świadomość, że zmierzam w stronę mety mnie otrzeźwiła. Górki dały w kość, ale jeszcze bardziej wiatr po nawrotce. Tak naprawdę spędziwszy trzy i pół godziny kręcąc nie byłam w stanie wiele nabiegać. Byłam prawdziwym zdechlakiem walczącym o życie. I znów dopadł mnie głód i musiałam się poratować żelem z punktu. Przypłaciłam to tym razem małą kolką, z którą sobie poradziłam bez przechodzenia do marszu.


Gdy dobiegałam do mety, byłam pewna, że nikt na mnie nie czeka, że już na bank się wszyscy rozeszli. Nie robiłam pĄpek na mecie… Byłam dobita przez trasę, przez wiatr, przez dystans. Daleko mi było do zeszłorocznej euforii w Poznaniu. I do wyniku też…


Tri Przechlewo w liczbach:

SWIM 00:36:09
T1 00:05:37
BAJK 03:34:05
T2 00:02:31
RUN 01:58:53


Ostateczny wynik: 06:17:17 

pągapa#6

Nie przypuszczałabym, że z takim wynikiem zajmę jakiekolwiek miejsce na podium. A jednak ;) Przez to, że sporo miejsc było nagradzanych w OPEN, że mało było kobiałek i nagrody nie dublowały się, wskoczyłam na III miejsce w kategorii K30-39. Oczywiście nie spodziewając się tego, zaraz po zawodach pojechaliśmy z K. ogarnąć się do pokoju. Całe szczęście na miejscu była Bo, która pobiegła za mnie odebrać statuetkę i nagrodę. A nagroda dla mnie jak znalazł - oksy do pływania ;) Potem, gdy znów wszyscy zjechaliśmy się na miejsce zawodów, Krasus i Bo wręczyli mi statuetkę :) 


nagroda dla Gapy Adamskiej ;)


Gdybym miała ująć te zawody w jednym zdaniu, to określiłabym je ‘sześciogodzinna walka z głową’. Poza pływaniem każdy etap był dla mnie walką z nerwami, zimnem, bólem, który też gdzieś tam po drodze się pojawił.

Trudnym i wyczerpującym akcentem zakończyłam sezon triathlonowy 2015, o wiele mniej udany niż zeszłoroczny, kiedy debiutowałam w tri. Pewne przemyślenia mam, co dalej… Podzielę się nimi zapewne przy okazji, gdy będę pisała o swoich planach na rok 2016. A teraz tylko pozostaje mi leczyć prawe biodro i poślad, bo za tydzień z hakiem czeka mnie kolejny łomot - start - Maraton Puszczy Noteckiej, choć to nie jest już do końca takie pewne :( 

najlepsza ekipa EVER! fot. Franek B.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

II CROSS SIERAKOWSKI - TRENING W PIEKIEŁKU.

Pomyślała sobie Mari, że przydałoby jej się przed Maratonem Puszczy Noteckiej pobiegać mocniejsze krosy aktywne po lesie. Pomyślała, zobaczyła, że jest coś takiego jak Cross Sierakowski, że zapisy się jeszcze nie skończyły, więc się zapisała. Całe szczęście, uczyniła to w pełnej nieświadomości, że temperatura powietrza w dniu startu będzie wynosiła ponad 30 stopni (dokładnie 33-35).

Gdy na ponad tydzień przed startem zapanowały upały z gatunku tych afrykańskich, dopadły mnie coraz większe wątpliwości, czy w ogóle jest sens do Sierakowa jechać i się katować. W tych piekielnych temperaturach wszystkie treningi przychodziły mi bardzo ciężko, sporo kosztowały mnie fizycznie. Po każdej zakładce byłam jak wymięta, w biegu nie mogłam się rozkręcić, rower - wiadomo... Jeszcze na dzień przed startem do późnego wieczora byłam niezdecydowana. W końcu jakoś się zebrałam, powiedziałam sobie, że dość tego rozczulania się nad sobą, przyda ci się ten trening, sama się nie zmusisz, no mój Boże, no jest gorąco, najwyżej pobiegniesz ciut wolniej. Nie chodzi o tempo, chodzi o wysiłek, jedź tam, zmęcz się, zapracuj sobie na te lody, popcorn, może nawet piwo. Tym sposobem się przekonałam i w sobotni poranek wybrałam się do Sierakowa. Odebrałam pakiet i pierwsze zdziwienie tego dnia to informacja, że numery startowe są... zwrotne ;) W pierwszej chwili myślałam, że to żart, serio. Potem patrzę, hmm, laminowane, przygotowane do wielokrotnego użytku, nie żartują z tym. No dobra, niech będzie, oddam ;)


Ostatecznie przypięłam sobie ten zwrotny numer do topu, bo postanowiłam pobiec bez koszulki. Było już około 33 stopni, więc nie wyobrażałam sobie pobiec oblepiona koszulką. Pozbywałam się z siebie, czego tylko się dało ;)

Startowaliśmy z Polany (po drugiej stronie Jeziora Jaroszewskiego, nad którym odbywał się triathlon), następnie wbiegaliśmy w las i krążyliśmy sobie tak w tym lesie miziając się o brzeg położonego kawałek dalej Jeziora Lutomskiego. Trasa była dość urozmaicona, ścieżki nie były idealnie równe i wydeptane, trzeba było uważać na korzenie, które (ukłon w stronę orgów!) były dokładnie oznaczone jaskrawymi spray'ami. Trzeba było mieć ogromne mroczki przed oczami żeby ich nie zauważyć. Za to jedno, czego było stosunkowo mało, w porównaniu do innych tras leśnych, po których dotychczas biegałam, to piach. Nie żeby nie trzeba było mielić kopytami, ale to były jedynie fragmenty, a nawet jak człek pomyślał w porę, to zbiegł mocno na bok i po ściółce sobie przemknął. Górki, owszem, były też. Niektóre dawały w kość. Chociaż spodziewałam się, że będzie pod tym względem ciężej. W moim odczuciu największą trudność tego dnia sprawiała temperatura.


Trasa miała mieć 15 km - 2 pętle po 7,5 km. Ostatecznie mój garmin policzył 14,6 km. A jak się biegło? Różnie :) Pierwsza pętla z początku była dość ciężka, męczyłam się niemiłosiernie, musiałam się zmuszać do utrzymywania sensownego tempa, jednocześnie hamując złość, że i tak nie jest ono takie, jakie wyciągałam w swoim lesie. Zwaliłam to oczywiście na warunki. Gdzieś w połowie pierwszej pętli wdrożyłam się jako tako w ten bieg, a dokładnie to coś się przełączyło w mojej głowie i umilkły wszelkie diabelskie podszepty typu 'zwolnij', 'olej ten bieg', 'po kiego grzyba będziesz się męczyć w ten upał'. Tak dotrwałam prawie do końca drugiej pętli. Tam dopadł mnie kryzys i do końca toczyłam walkę ze sobą o dotrwanie do końca. Na całej trasie doskwierał upał, duchota, wylałam na siebie i wypiłam ogromne ilości wody, łapczywie porywałam gąbki i butelki. Wolontariusze, czyli dzieciaki odwaliły kawał dobrej roboty. Naprawdę. Jak zobaczyłam w pewnym momencie małego chłopczyka w koszulce sięgającej do kolan to aż miałam ochotę go wyściskać.

Na metę wbiegłam z czasem 01:21:52. Średnie tempo biegu to około 5:30, nieco szybciej biegałam swoje crossy po lesie, ale nie narzekam. W końcu upał :) Zawody dały mi w kość, bo zmęczona byłam nieziemsko. Były szybkie lody na plaży, było jedno zanurzenie w wodzie i szybko zmyłam się do domu, bo słońca miałam dość do porzygu. A zmęczenie trzymało mnie jeszcze długo.

Ostatecznie stwierdzam, że warto było pojechać do Sierakowa, dać sobie ten wycisk, może zaprocentuje we wrześniu na Maratonie Puszczy Noteckiej. Tymczasem mam plan w najbliższy weekend znów pojechać do Sierakowa i przebiec trasę maratonu, oczywiście jedną pętlę. I oczywiście dam znać o swoich wrażeniach, policzę podbiegi, zmierzę przewyższenia i miąższość piachu ;)

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

WRZEŚNIU! BIEGNĘ DO CIEBIE!

Rozpędzam się wręcz ;) Ostatnimi czasy w bieganiu rzadko wchodzę powyżej tempa 6:00 ;) Na rowerze również trzymam formę, inaczej nie chce być. Ale do rzeczy... Szykuje mi się dość trudny miesiąc startowy. Mam na horyzoncie starty większego kalibru i to mnie stawia na baczność. Zbieram się już bez marudzenia na treningi, ale jednocześnie staję oko w oko z moją formą i już mniej więcej wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Mam też świadomość, że czasami w tych sprecyzowanych co do minuty planach może wywalić korki. No cóż, życie. Zatem, hop:

05.09. Tri Przechlewo!

Tu, razem z innymi pĄpkinsami, będziemy startować w triathlonie na dystansie 1/2 Ironman, czyli dla niewtajemniczonych: 1900m pływania, 90 km kręcenia i 21,1 km biegu. W ekipie pĄpkinsów będę obstawiała raczej wynikowe tyły ;) Nie sądzę, żeby udało mi się poprawić mój zeszłoroczny wynik z Poznania, choć liczę, że uda mi się poprawić czasy cząstkowe: z pływania (miałam 35:58, będzie ciężko, ale spróbujemy) oraz z biegania (2:03, bo rok temu biegłam w upale). Co to roweru, to jaka jest moja forma, nie będę się powtarzać, natomiast trasa w Przechlewie na pewno będzie bardziej wymagająca niż płaska długa prosta w Poznaniu, dlatego tu nie liczę na żadną poprawę zeszłorocznego wyniku z Poz Tri (3:03).
A jeżeli już jesteśmy w temacie Przechlewa, to jeżeli nie słyszeliście o akcji #dobropowraca, to już mam mówię. Jest zorganizowana zbiórka rzeczy sportowych dla dzieci z Domu Dziecka w Człuchowie, rzeczy nowych, bez oznak użytkowania, przykładowo: koszulki z pakietów startowych, inne ciuchy sportowe, które zdążyliście kupić, a jednak z jakiegoś powodu leżą w szafie nieużywane, czepki, torby, plecaki, buffy. Jeżeli chcecie się włączyć w akcję, szczegóły znajdziecie u Bo <klik> i na portalu Tri - Fun. Akcja trwa do 15.08. Zachęcam! Naprawdę warto.


20.09. Maraton Puszczy Noteckiej!

Dwa tygodnie po Przechlewie pobiegnę sobie maraton. Dwa tygodnie po Przechlewie. Pobiegnę sobie. Maraton! Teraz do mnie dopiero dociera na co ja się zdecydowałam! Nie dość, że maraton, to jeszcze o wyższym stopniu trudności, bo po Puszczy Noteckiej. Ponieważ Puszczę znam od dzieciaka, mam do niej ogromny sentyment, nie zastanawiałam się długo nad tym startem. Teraz tylko muszę się nagimnastykować, jak tu połączyć trening do triathlonu z treningiem do maratonu w terenie. Mam wrażenie, że przez nałożenie się w czasie dwóch ciężkich startów będę do jednego i drugiego przygotowana po łepkach. Z drugiej strony, może czas sobie mocniej wziąć do serca, że lepiej być niedotrenowanym? Jeden punkt styczny, który muszę spełnić tu i tu, to wytrzymałość i nad tym muszę w sierpniu popracować. No i siła. Powrót do tego, co robiłam przed Śnieżką, czyli podbiegi, wybiegania po lesie, piach, górki. To wszystko będzie w Puszczy, więc warunki na treningach mam jak najbardziej startowe :)


Tym razem oprócz długiego jeżdżenia po szosie, długiego biegania po Puszczy, zakładek, podbiegów i czasami może jakiegoś WB2 ;) postanowiłam dorzucić trening w górach, bo plan pojechania tam jesienią zmodyfikowaliśmy i Śnieżkę przywitamy jeszcze w sierpniu. I jest tu pewnego rodzaju ironia: przed startem 3x Śnieżka = 1x Mont Blanc trenowałam w lesie. Przed startem w lesie jadę trenować w góry. Cała ja.


A jak sobie odpocznę po tym wszystkim, to późną jesienią, na koniec sezonu zaplanowałam 2 starty, w których chcę poprawić życiówki. W końcu do tego dojrzałam :) W listopadzie spróbuję targnąć się na życiówkę na dychę w Obornikach, a miesiąc wcześniej w Szamotułach rozliczyć się z 1:45 w półmaratonie. Liczę, że w końcu, na własnych śmieciach, to zrobię...

wtorek, 28 lipca 2015

POZNAŃ CHALLENGE 2015. OPOWIEŚĆ O TRIATHLONIE.

Nie będzie to historia o tym, jak epicko rozpierdoliłam kiosk. Jak trzykrotnie na trasie umarłam, po czym już jako trup pędziłam do mety po nową życiówkę. Jak ustanowiłam kolejny, indywidualny rekord w przełamywaniu barier własnego ciała, przekraczania granic bólu. Jak zapierdalałam ponad ziemią i wskoczyłam na podium. Nie będzie w moim przypadku tego typu historii. Nie będzie, bo ja tak zwyczajnie ten triathlon pokonałam. Bez zacięcia na twarzy. Bez wkurwów na siebie za błądzenie w wodzie, za wiatr na rowerze i wolny bieg ;) Tak po prostu. 

Fot. K.

Będąc w miejscu imprezy dzień przed startem cały czas przed oczami miałam zeszły rok. Czerwony dywan na mecie. Chwila, której nigdy nie zapomnę - finisz morderczego 1/2 IM w ponad 30 stopniowym upale. Nie wiem, jak tego dokonałam, ale gdy człowiek o czymś bardzo marzy, to góry przeniesie. A w tym roku nieco nostalgiczniej, bo kurz zakochania opadł i przyszedł czas na weryfikację uczucia. Tak, nawet pojawiły się w mojej głowie pytania, czy na pewno dobrze wybrałam z tym triathlonem. Czy to nie była chwilowa mrzonka. Czy powinnam dalej w to brnąć mimo braku motyli w żołądku. Te zawody miały mi pomóc odpowiedzieć sobie na to pytanie. I zdecydowanie pomogły. 

Przed zawodami wiedziałam, że pływanie pójdzie mi obiektywnie dobrze. Rower obiektywnie słabo. Największą niewiadomą będzie bieg. Z tym moim bieganiem to trochę jest tak, że po lesie to ja mogę, długo i chętnie. Po asfalcie, w słońcu, niekoniecznie. Choć muszę się przyznać, że powoli dojrzewam do tego, aby zabrać się za jakieś treningi tempa. Powoli :) Niemniej, nie trenuję tyle, co z zeszłym roku i na pewno nie z takim zacięciem. Trochę dlatego, że nie mam do tego głowy, a może trochę też dlatego, że chcę mieć czasami trochę normalnego życia poza triathlonem. Trenuję raczej na zasadzie wyboru, co mi danego dnia pasuje, na co mam ochotę. Często bez spiny. I chyba bardziej dla podtrzymania formy niż śrubowania wyników. 

Fot. K.

Lubię Ray'a Wilsona. A najbardziej go lubię, gdy śpiewa ten utwór i ten. Ale słyszeć podczas zostawiania sprzętu w strefie zmian 'I must have dreamed a thousand dreams Been haunted by a million screams', po chwili 'You're no son, you're no son of mine', wychodząc ze strefy solowy utwór Ray'a 'American Beauty', a już na pożegnanie, niestety, 'I can feel it coming in the air tonight' - bezcenne. Na Malcie zaczęło się ściemniać, a ja nie mogłam się ruszyć do chaty, Ray trzymał mnie jak magnes. W końcu górę wziął rozsądek, wypadałoby się jednak wyspać przed zawodami. A postanowiłam się wyspać dobrze i nie jechać rano do strefy zmian, która była otwarta jedynie do godziny 7:30, co dla mnie oznaczało pobudkę o 5:00. Wiem, wiem, ryzykowałam, ale ponad godzinę snu zyskałam, i to, że normalne śniadanie przed startem zjadłam, i jeszcze to, że nie musiałam potem prawie 3 godziny czekać na start. 

Kobiałki płyną na start. Fot. K.

W okolicach startu pojawiłam się po godzinie 9, a start ostatniej fali zaplanowano na 10:10. Ostatnia fala, czyli kobiałki i najstarsze kategorie wiekowe mężczyzn, czyli organizacyjna powtórka z Sierakowa. To mnie nazbyt uspokoiło i nastawiłam się na brak pralki. Pamiętajcie teraz, w tri nie wolno się nastawiać na brak pralki! To są sytuacje absolutnie wyjątkowe! W Poznaniu się taka nie zdarzyła. Pralka była, praktycznie przez cały czas. Mało tego, nasza babska pralka, gdzieś w połowie dystansu, dopadła osobniki męskie z poprzedniej fali w niebieskich czepkach. Nie wiem, co musiał czuć taki nieszczęśnik, płynący sobie spokojnie żabką, gdy nagle od tyłu dopadła go ławica agresywnych bab. A kilku takich nieszczęśników mijałam, pewnie (niechcący) też skopałam nieco (choć żabkarze sami się o to proszą). A samo moje pływanie można by opisać słowem 'chaos', bo gdy nie walczyłam z pralką, to traciłam kierunek. Dawno nie uskuteczniałam pływania w jeziorze i to się zemściło. Najwięcej nadrobiłam na ostatniej prostej, bo byłam pewna, że boję trzeba będzie minąć z lewej. Dziwiłam się, dlaczego wszyscy (bo tam już byłyśmy 'wymieszane' z niebieskimi czepkami) płyną jakby skosem, nie w kierunku boi, tylko na wprost żółtej bramki. W pewnym momencie zobaczyłam jak pan w łódce mi macha ręką, ze mam płynąć w drugą stronę... Kurde, no prawie jak Leszek kiedyś w Sierakowie ;) Obrałam więc azymut na żółtą bramkę. Niestety pod bramką zrobił się lekki tłok, więc ostatnie metry płynęłam z odkrytą głową. Przy wyjściu, jeszcze w wodzie, zaliczyłam małą glebę, więc wolontariusz wyciągnął mnie za przysłowiowe szmaty (za piankę się nie dało). Mimo przygód, wydawało mi się, że popłynęłam szybko. Na dobiegu do strefy zmian minęłam K., który krzyknął, że JEST poniżej 30 minut. Okazało się potem, że wyszło 28:43. Po cichu liczyłam na 26:xx, ale no dobra, niech będzie, w końcu pływanie było z atrakcjami i zapewne przepłynęłam więcej niż 1500 m :)

Fot. K.

Strefa zmian, w odróżnieniu do lat poprzednich, została zlokalizowana w innym miejscu. Została przeniesiona na Polanę Harcerza, tym samym, w innym miejscu było wyjście z wody (bliżej stoku), a także wyjazd na trasę rowerową i bieg. Ale przede wszystkim strefy zmian się wydłużyły. Dobieg z wody strasznie się ciągnął, ale przede wszystkim, był pod górkę. Opinie i odczucia co do podbiegu były różne, wiele osób twierdziło, że sierakowska górka to było nic w porównaniu z tą, dla mnie z kolei ta była 'przyjemniejsza'. Może dlatego, że była dłuższa i nie taka stroma. A może dlatego, że w międzyczasie zaliczyłam dwa podbiegi na Śnieżkę? Tak czy inaczej, strefy zmian kosztowały sporo minut, bo poza górką długi był dobieg do trasy kolarskiej. Nabiegałam się z Grzesiem po dywanach, zanim nań wsiadłam. W T1 spędziłam 6 minut i 2 sekundy.

Fot. Robin Spec
Etap rowerowy w moim wykonaniu dzieli się na dwa dość wyraźnie zarysowane na wykresie prędkości podetapy. Już wiecie dlaczego? No właśnie :) W pierwszą stronę jechało się ba - je -cznie. Ponad 30 km/h. Oczywiście z wiatrem. Wiedziałam, co będzie się działo po nawrocie, bo widziałam miny jadących z naprzeciwka. Nie wyglądali świeżo, przyklejeni do rowerów, jakoś tak kurczowo trzymali się lemondek. Więc już zdążyłam się nastawić na trudny powrót, i, ojojoooj, był bardzo trudny. Początkowo jeszcze jakoś udawało mi się utrzymywać prędkość 28-29 km/h, ale pod koniec osłabłam i jeden kilometr to nawet pojechałam poniżej 25 km/h. Tri Mari w swojej formie ;) Podsumowując, na bajku nie spodziewałam się szału, a średnia prędkość 28,1 km/h jak na mnie to i tak nieźle. Oficjalny czas z tego etapu to 01:27:59.

W strefie zmian poszło mi wyjątkowo sprawnie. (W ogóle strefy zmian lepiej tym razem ogarniałam). Odłożyłam czynności jak reset garmina, czy ubranie czapki na dobieg, a przy stanowisku tylko odwieszenie roweru, zdjęcie kasku i szybka zmiana obuwia. w T2 spędziłam 3 minuty i 4 sekundy.

Fot. Robin Spec
Bieg zaczęłam ciut za szybko, choć usprawiedliwia mnie to, że było z górki. Pierwszy kilometr wszedł poniżej 5:00. Potem już takiego ładnego tempa nie utrzymałam. Gdy zbiegłam z Baraniaka na trasę wzdłuż Malty, doszedł do mnie z drugiej strony jeziora znajomy dźwięk - Highway To Hell w wykonaniu kapeli mnichów, znanej biorącym udział w poznańskich biegach. Mocno doskwierało mi zmęczenie materiału, pierwsze kółko wokół Malty biegłam dość zachowawczo. Liczyłam po cichu, że uda mi się przyśpieszyć na drugim, niestety przyśpieszyłam zaledwie o kilka sekund na kilometrze. Z nadzieją patrzyłam na chmury, liczyłam na orzeźwiający deszcz, niestety ten przyszedł jak już byłam za metą... Rzucałam się na kurtyny, polewałam wodą, łapałam gąbki. Było duszno i w biegu to doskwierało niestety. 

Fot. K. Hernik
Ostatecznie rozpędziłam się mijając po raz drugi kapelę mnichów i ostatni zakręt. Tam łatwiej było przyśpieszyć z uwagi na większą ilość kibiców, aktywnie wspierających triathlonistów. Przypomniał mi się Krasus, który dokładnie w tym miejscu rok temu walił w Garnek Mocy. Po chwili minęłam Kaśkę, która zaczynała swoje drugie okrążenie. Czas wkroczyć na czerwony dywan i zakończyć dzieło, zwane olimpijką w Poznaniu, co też z lekkim impetem zrobiłam. Etap biegowy (10,4km) ukończyłam z czasem 53:57. A za metą to musiałam wyglądać na mocno zmęczoną, bo jeden wolontariusz to chciał mi nawet chipa zdjąć :) To bardzo miłe było, ale podziękowałam, byłam w stanie się schylić. Za to ochoczo przyjęłam worek z lodem i włożyłam sobie za kark. O, tak, bosko. Tego mi trzeba było :)


coś mi wyrosło ;) fot. K.

Czas całościowy, który uzyskałam, to 02:59:45. Ledwo, ale udało mi się zejść poniżej 3 godzin. Choć za początku sezonu miałam zakusy na lepszy wynik, wiem, że w tej chwili to było maksimum na jakie mnie teraz stać. O tym, że zawody mnie sporo kosztowały, przekonałam się kilka chwil później, gdy niemal zasypiałam na siedząco podczas obiadu i z oczami na zapałki jechałam do domu. A wynik to tylko wynik, to się kiedyś poprawi, bo opowieść o triathlonie trwa nadal. I to jest dla mnie najważniejsze, ten start pokazał mi, że triathlon to moja bajka (choć ten rower mogliby wywalić ;) ). I że w przyszłym roku będę miała poważny konflikt góry kontra tri. Ale to za rok, a teraz zaczynam oficjalne trzęsienie tyłka przed tym, co mnie czeka we wrześniu - 1/2 IM w Przechlewie, czyli kolejny punkt zwrotny w mojej triathlonowej opowieści, a dwa tygodnie później Maraton Puszczy Noteckiej. Gdzie ja rozum podziałam, gdy ten starty planowałam, to ja naprawdę nie ogarniam! Ładny zapierdol, nie przebierając w słowach, czeka mnie przez najbliższy miesiąc! Aaaa! :)