środa, 7 grudnia 2016

Bieg Niepodległości Oborniki. Dyszka nieidealna.

Od czasu połówki idealnej sporo się wydarzyło. Najpierw było świętowanie połówki idealnej. Potem był wyjazd na drugi koniec Polski i Łemko Maraton. Potem było świętowanie Łemko Maratonu i takie już ogólne posezonowe świętowanie na przemian z ogarnianiem przeprowadzki. W tym sportowym życiu puściły mi nieco hamulce, w poczuciu, że swoje to ja już zrobiłam, a przecież muszę się zregenerować, nabrać świeżości, zanim się zabiorę za konkretny plan treningowy, konkretny odpoczynek dla ciała i głowy się przyda. Grzeszyłam winem i czekoladą, oj bardzo. Jednak odpocząć się finalnie nie dało. W życiu pozasportowym musiałam ogarnąć przeprowadzkę siebie i miejsca pracy, a kulminacja tego miała miejsce w ten weekend, kiedy przypadała dyszka. W zasadzie gdyby nie to, że jechałam z zacną ekipą KB Szamotuły, pewnie wyjazd bym odpuściła w imię pracy, której miałam całkiem sporo do wykonania. Tak się jednak stało, że do Obornik pojechałam i na starcie Biegu Niepodległości, niekoniecznie zawarta i gotowa, a już na pewno niezbyt wypoczęta, stanęłam.


KB Szamotuły i jeden (póki co...) człon rodziny Smashing Pąpkins przed startem 
W zasadzie już pierwsze kilometry mi pokazały jak bardzo ze mną źle tego dnia było. Oj, oj. Co za oddech ciężki, co za krok powłóczysty. A któż to mi ten balast mi podrzucił, co tak ciąży strasznie, aaa, to przecież moje nogi są, matko, jakimi one zawalidrogami będą dla mnie dziś, myślałam, no i dupsko, jezu, jakie ono ciężkie, znów się roztyło, strasznie mnie spowalnia... Tak mniej więcej w skrócie wyglądał mój przekrój myśli z pierwszych trzech kilometrów. I nie wiedzieć czemu, 'gnałam' wtedy jeszcze poniżej 4:40. Potem już powoli oswajałam się z myślą o odpuszczeniu. Choć próbowałam się krzepić myślami - co powiesz na mecie, że nie chciało Ci się? Że się poddałaś? Że walki nawet nie podjęłaś? Przecież to dycha, nie może być przyjemnie. I dwie życiówki tego dnia mieliśmy świętować, łącznie z moją... No nie możesz tego spierdolić! Tak więc w otoczeniu takich myśli sobie biegłam, podupadając na duchu stopniowo, aż na trasie skrzyżowały nam się, hihi, drogi z Jackiem z KB Szamotuły. Jeżeli komuś miałabym zawdzięczać życiówkę tego dnia, to właśnie jemu. Nigdy nie zdecydowałam się na bycie prowadzoną przez kogokolwiek na czas, bo jestem ciężkim typem do współpracy. Łatwiej mnie wkurzyć niż zmotywować. Lubię robić wszystko na opak. A z Jackiem wyszła współpraca idealna. Zdałam się totalnie na jego prowadzenie i tym sposobem kilometr za kilometrem, w bólach, ale mijał. I choć raczej rozmowna nie byłam to słychać mnie było na pewno :) wykres decybeli piął się w górę wraz z moim wykresem tętna, przy okazji w końcu dowiedziałam się jakie jest moje hr max - zapikało w okolicach 8. kilometra 199! Nigdy jeszcze tyle w moim przypadku nie odnotowano ;) (dla wyjaśnienia, mam z natury bardzo niskie tętno). Gdy dobiegałam do Rynku w Obornikach i zobaczyłam Łukiego z Zibim naprawdę miałam gdzieś głęboko ochotę chłopaków wyściskać, wysyłać uśmiechy, zamiast tego odruchowo zasłoniłam twarz, bo czułam się jak zombie.
Jacek radosny, a Mari leci w trÓpa
I nie skłamię teraz pisząc, że była to najcięższa dycha w moim życiu. Nigdy jeszcze tak bardzo nie wyszłam poza strefę komfortu i nigdy tak nie musiałam łapać oddechu jak tego dnia na mecie w Obornikach. Życiówki nie poprawiłam tak bardzo, jakbym sobie to wcześniej wymarzyła, po cichu myślałam o okolicach 45 minut, a wyszło 46:10. Jednak znając swoje samopoczucie tego dnia, oraz w obliczu zdarzeń, które się działy akurat w ten weekend, to nie mam żadnego niedosytu. Żadnego. I gdyby nie pomoc Jacka, myślę, że bym odpuściła. Tak więc Jacek - dzięki! Dzięki Tobie mogliśmy jednak świętować dwie życiówki!