czwartek, 19 kwietnia 2018

Długie wybieganie w Gdańsku.

Kiedy zaczynałam się bawić w to całe bieganie, samo ukończenie, najpierw półmaratonu, potem maratonu było dla mnie marzeniem, a zejście z trasy było czymś nie do pomyślenia. Nie dopuszczałam myśli, że kiedykolwiek takie coś zrobię. W zasadzie do 15. km maratonu zeszłej niedzieli takiej myśli we mnie nie było... Jednak teraz jestem kilka lat do przodu z bieganiem i jednak biegam trochę inaczej. Mam inne cele, inne ambicje. Ukończenie dla samego ukończenia nie jest dla mnie celem, a już na pewno nie kończenie za wszelką cenę. A tylko taką perspektywę miałam przed sobą w niedzielę, gdy coś we mnie powiedziało stop. Wiedziałam, że to nie będzie walka o 3:30, nie będzie to nawet walka o 3:40. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Tia... Odpuściłam walkę, zeszłam z trasy, czułam się z tym paskudnie, ale ja tę walkę przegrałam w głowie na pierwszych kilometrach biegu, o ile nie już przed startem. Pseudowalka, czyli kończenie tego maratonu na granicy 4 godzin nie było tym, co by sprawiło, że czułabym się teraz lepiej. Wręcz przeciwnie. 
Nie wiem, czy zejście z trasy to była dobra decyzja. Czułam się z nią na początku bardzo źle. Najpierw była faza kompletnego niedowierzania w to, co zrobiłam. Przerażenie, że ja, kurde, jestem taka słaba.
Potem była burza mózgu, co mogłam zrobić źle. Przecież tyle poświęciłam czasu, siły, zdrowia...
Szukanie przyczyn, choć i tak ta jedna, zasadnicza leżała w mojej głowie.
Zeszłam z trasy z powodu kontuzji. Kontuzji głowy. Choć może dzięki temu oszczędziłam sobie kontuzji ciała.


2. km. Fot. Fotomaraton.
Nie chciałabym analizować jakoś szczegółowo przyczyn tej porażki, one w zdecydowanej większości są w mojej głowie. Dawno nie biegałam tak długo, jednostajnie po alfalcie i chyba trochę zapomniałam jak to jest. Kilka dni przed maratonem nie najlepiej się czułam. No i oczywiście za mocno nadmuchałam sobie ten balon, nie wytrzymałam presji, którą sobie sama stworzyłam. Podeszłam zbyt zerojedynkowo do tematu. Nie zakładałam, że coś pójdzie nie po mojej myśli. Nie było w głowie scenariusza B. Gdy się zaczęło to całe zło, moje ciało zaczęło się gotować, tętno wystrzeliło w kosmos, utrzymanie tempa kosztowało mnie zbyt wiele, to nie umiałam w odpowiednim momencie zwolnić, żeby jakąkolwiek życiówkę dowieźć do mety, tylko brnęłam, aż zupełnie przestało żreć. Grupa pacemakerów biegnąca na 3:30, która wystartowała 2 minuty po mnie, wyprzedziła mnie dokładnie na półmetku. Oni mieli ponad minutę zapasu, ja straty. Dotarło do mnie, że dziś się nie zrobię tego, co chcę i w głowie nastąpił krach. Wtedy wszystko we mnie powiedziało dość. Człapałam, taplając się we własnej beznadziei i wypatrywałam Łukiego, który miał być gdzieś na 25km. Wypatrzyłam. Próbował mnie jeszcze zachęcić do biegu. Bez szans. 


8. km, fot. Fotomaraton.
Jedyne czego mogę żałować, to że zamiast słuchać siebie, za bardzo słuchałam kalkulatorów i tabelek. Teoretycznie z wyniku 1:38 z połówki wychodzi 3:30 w maratonie. Poza tym - przygotowywałam się na ten czas od pół roku! I treningi wskazywały na to, że się uda. Jednak wyszło co innego. W praktyce, utrzymanie tempa poniżej 5:00 na tak długim, póki co, jest poza moimi możliwościami. Nie umiałam ocenić zarówno swoich sił, jak i dyspozycji dnia realnie (kilka dni przed maratonem czułam się po prostu słabo). Mądra jestem po szkodzie, teraz wiem, że można było zacząć bieg w tempie na czas poniżej 3:40, który był do zrealizowania i miałabym przynajmniej życiówkę. Tak nadal muszę się zadowolić 3:47, której na jesieni stukną aż 4 lata... (choć oby jednak nie :))

Co do samego maratonu. Nie mogę złego słowa powiedzieć na temat imprezy w Gdańsku. Obsługa w biurze i wolontariusze na piątkę. Na trasie nie zdążyłam doświadczyć żadnych głupich podbiegów, kostka brukowa aż tak strasznie nie przeszkadzała. W moim odczuciu świetny pomysł z poprowadzeniem trasy przez Gdańsk Energa Stadion, Europejskie Centrum Solidarności, potem Stare Miasto. Ponoć był jeden dość bolesny podbieg na 37. km. Nie dotarłam. Świetna oprawa imprezy podczas startu. Brak tłumów, 2000 osób to idealna liczba uczestników na imprezę biegową. W dodatku byliśmy puszczani falami, więc w ogóle pociąg się rozłożył. Żadnych tłumów przy punktach odżywczych, uśmiechnięci i chętni do pomocy wolontariusze. Nic, tylko robić życiówki. Ech.


A tu już ostatnie podrygi. Fot. Fotomaraton.
Miałam celować w księżyc, w najgorszym przypadku wylądować między gwiazdami. Wylądowałam dupskiem na twardej ziemi. Przyrżnęłam z całej siły. Bolało. Czytałam komentarze pod swoim postem na fb, dodawały mi otuchy i bardzo za nie dziękuję. Bałam się wrzucenia posta na temat swojej porażki, bo kto lubi czytać o porażkach, a jednak odzew był niesamowity. Aż człowiek sam jakoś mimowolnie podnosi łeb do góry, szybciej zbiera się do kupy, coraz mniej rozkminia, co nie wyszło, tylko myśli o tym, co dalej w tym 2018 robić. Bo choć plan był sprecyzowany, to przecież plany od tego są żeby zmieniać. I wszystko na to wskazuje, że mój się jednak zmieni.

piątek, 13 kwietnia 2018

Gdańsk Maraton - to już!

Listopad.

Zaczęło się trenowanie pod okiem Owoca. Czasu do maratonu było sporo, w zasadzie dopiero podejmowała się decyzja, który wariant półmaratońsko - maratoński wybrać: Gdynia i Dębno. A może Kraków i Dębno. A może Warszawa i Warszawa. Albo Warszawa i Kraków. Albo... Warszawa i Gdańsk ? Na ten ostatni wariant ostatecznie wypadło, bo najbardziej odpowiadały nam terminy. Miały być nie dwie życiówki, lecz cztery. A plan który przedstawiłam trenerowi, czyli to, co chciałam na tamten moment osiągnąć to było poniżej 1:40 w półmaratonie i maksymalne zbliżenie się do 3:30 w maratonie, może  połamanie.


tak jakoś to wszystko sobie wydumałam ;)
Grudzień, styczeń, luty.
Ten czas zapamiętam pod znakiem mocnych i krótkich interwałów, zabaw biegowych i sporej ilości skipów i innych ćwiczeń na technikę. Czułam jak treningi z tygodnia na tydzień oddają. Coraz lepsze tempo mam na rozbieganiach, coraz lepsze tempo na interwałach. Zjechałam nieco z wagą, dzięki temu złapałam niesamowitą lekkość biegu. Dodatkowe poczucie lekkości dawało mi ciągłe bieganie rytmów - miałam wrażenie, że setkami kończę każdy trening ;) i śmiałam się, że dzięki nim tracę na wadze, bo żołądek mam tak wytrzepany po rytmach, że jestem w stanie nic jeść. Na szczęście Drugi Grubas w domu lepiej niż ja pamięta o suplementacji i zawsze po treningach mam przypominane o bcaa, białku, na śniadanie serwowane końskie porcje owsianek.

Treningi 'oddają' na Dziewiczej Górze, gdzie z wyjątkiem jednej, bardzo zimowej edycji, ze startu na start poprawiałam swój czas. A treningi nie zawsze wychodziły. Zaliczałam momenty spadków formy, przemęczeń, gdzie próbowały mnie łapać różne przeziębienia. Za swój 'mały sukces' uważam to, że udało mi się nie zachorować. Zawsze jakoś te wirusy odpędziłam. A miałam obok siebie rodziców, którzy przechodzili wyjątkowo ciężkie grypska. U mnie co najwyżej kończyło się katarem. 

Nie zaliczyłam żadnej dłuższej niż 3 dni przerwy w treningach, w zasadzie wykonałam 95% planu, czasami tylko cyferki mi się nie zgadzały. Czasami brakowało sił ze zmęczenia i było za wolno, a czasami zdarzały mi się wyskoki formy i było za szybko. Trochę tylko kręciłam nosem na brak wybiegań dłuższych niż 22km, ale trener uspokoił, że wszystko w swoim czasie.

Marzec.
Zbliżał się czas półmaratonu, treningowo się sporo zmieniło. Było coraz mniej zabaw biegowych, za to szybkie bieganie na treningach zaczęło się wydłużać. Robiłam coraz więcej treningów tempowych typu 4x3km, 2x5km, pojawiły się biegi z narastającym przyspieszeniem, długie wybiegania z wplatanym tempem maratońskim plus, czyli ciut szybszym od docelowego na maraton. Zniknęły z planu skipy, za to cały czas uskuteczniałam podbiegi na coraz dłuższych odcinkach. Nie było zmiłuj i odpoczynku przed półmaratonem miałam... 3 dni :) Sama bym luzowała obciążenia pewnie z tydzień przed startem, ale trener zarządził nieco inaczej. Życiówkę udało się zrobić :)


Początek kwietnia...

Zaliczam ostatnie ciężkie treningi. Jeden dłuższy - o parę sekund za wolno, jeden krótszy - o parę sekund za szybko. Plan uważa się za wykonany, treningi za odbyte i nie pozostaje nic jak tylko odpoczywać i łapać świeżość w nóżkach. Już do samego końca tylko lekkie rozbiegania, na które jaram się jak dzieciak, tak bardzo mi ich brakowało. Na pierwsze udałam się do lasu, gdzie męczyłam się niemiłosiernie w tempie 6:25. Jakby zaczęło wychodzić ze mnie to całe półroczne potreningowe zmęczenie. Ale nie to w tym wszystkim było najgorsze. Pod koniec treningu odezwał się... paluch. Psia jego mać. Po treningu czułam, że ledwo idę. Pobolewał mnie już od jakiegoś czasu, jednak to wspaniałomyślnie ignorowałam. Gópia. W domu po zdjęciu buta okazuje się, że mały paluch, ten najmniej potrzebny, jest cały spuchnięty, czerwono - siny i w połowie pokryty bąblem wypełnionym krwią. No zajebiście. Igła poszła w ruch (się ma wprawę...), na drugi dzień lekarz, bo martwiła mnie opuchlizna całego palucha. Na szczęście lekarz nie potwierdził moich najgorszych obaw, czyli złamania, natomiast paluch był odduszony od noszenia za ciasnych butów... Tu Wam coś powiem: jeżeli buty Was delikatnie uwierają, są nieco przyciasnawe, nie bądźcie jak Maria i nie chodźcie w nich za wszelką cenę. Ja przechodziłam prawie całą zimę w przyciasnawych butach i teraz paluch mi się za to odpłacił, tydzień przed maratonem. Zaczęło się moczenie, smarowanie i okładanie kompresami palucha, którego stan z dnia na dzień się poprawia, ale o spokojnych rozbieganiach na 6 dni musiałam zapomnieć. W końcu na 4 dni przed maratonem odważyłam się pobiegać, a trener zarządził na pobudzenie 8km w tempie maratońskim. To nie była dla mnie lekka pobudka, zbyt długa przerwa zdecydowanie uśpiła mój organizm :( Paluch na szczęście przeżył ten wstrząs, jednak noszenie pełnych butów nadal ograniczam do minimum. Mam nadzieję, że ten paluch nie odezwie się w trakcie maratonu - bo że go pobiegnę - to chyba rzecz oczywista. Choćby boso.


Ale nie ma tego złego i tym razem. W piątek, na 9 dni przed maratonem, gdy paluch nie rokował zbyt dobrze, miałam w głowie maraton myśli. Bo przez moment serio liczyłam się z tym, że w Gdańsku nie pobiegnę. I że gdyby tak się stało, to cała moja praca na treningach wcale nie pójdzie na marne! Bo liczy się droga, nie cel. Cel jest wisienką na torcie, ale to droga którą przebyłam przez ostatnie miesiące nauczyła mnie najwięcej. Pokazała mi nowe oblicze biegania. Udowodniłam sobie, jaka potrafię być uparta gdy czegoś bardzo chcę, jak bardzo potrafię się skoncentrować na celu, gdy jest on dla mnie ważny. Że nie jest ze mnie aż taki straszny leń i leser. Że walka ze słabościami nie jest taka straszna i wiem, że jestem w stanie pójść jeszcze dalej z eliminacją złych nawyków. Wiem, że jakiekolwiek podejmę wyzwanie, to jestem w stanie mu sprostać, bo mam w sobie na tyle wewnętrznej siły, że po prostu dam radę. I wiem, że nikomu nic, absolutnie nic nie muszę udowadniać, bo to wszystko robię wyłącznie dla samej siebie, a największą nagrodą, poza moją własną satysfakcją, jest błysk w Jego oku i Jego uśmiech na mecie, w których jest wszystko. I wierzę, że dam radę w niedzielę, choćby paluch się w bucie odezwał i choćby wiało od morza w ryj. Wzrusz mnie chwilami ogarnia jak przed pierwszym maratonem, choć ze wszystkich maratonów do tej pory (a biegłam AŻ dwa), przed tym najmniej panikuję. Mam jakiś taki dziwny, aż niepodobny do mnie spokój. 

Nic tylko szykować czerwoną kiecę na start. A Was proszę o trzymanie kciuków...

PS a co co cho z czterema życiówkami. No miały być cztery, ale Łuki postanowił przerzucić się na rower. Został szosonem. A ja niedługo do niego dołączę!