niedziela, 22 grudnia 2013

GRUDNIOWY MESS

Trochę ostatnio przysnęłam, jeżeli chodzi o pisanie, ale kto mnie ma na endo, ten wie, że jestem aktywna. Grudzień był moim najbardziej obfitującym w treningi miesiącem w życiu. A to dlatego, że potraktowałam go jako czas próbny łączenia trzech dyscyplin. Chciałam sprawdzić, jak mi to wyjdzie organizacyjnie, czasowo i co najważniejsze, jak zniesie to mój organizm. A że miesiąc jeszcze trwa, to parę kilometrów wpław czy biegiem dojdzie. A tyle do tej pory o sobie wiem, że:
- grzebię się strasznie rano i zamiast pływać 45 min pływam tylko 30-35. Muszę nad tym popracować. Nad sobą znaczy się.
- Łączenie dwóch dyscyplin obciążających nogi, czyli roweru i biegania wymaga bardzo sumiennego rozciągania (rym...). Nie ma miejsca na zaniedbania (i znowu rym...), bo to się zemści. Nawet bym powiedziała, że bardziej zemści się po rowerze. (Tak, tak, przypomniało sobie dziewczę o rolowaniu...)
- Przekonałam się, że mogę więcej niż myślę / jak się chce, to czas znajdzie się zawsze / drzemią we mnie nieznane pokłady sił, czyli same utarte slogany, które zna dobrze każdy. A jednak prawdziwe.
Więcej wniosków będzie w kolejnych postach :)

Jednak nie tylko sportowo byłam aktywna. Musiałam się ostatnio z wieloma rzeczami ogarnąć. Wiadomo, jak to w grudniu: święta, nawał w pracy, bo rok się kończy, wszystko musi być zrobione, oddane, wypuszczone w świat. W dodatku inne rewolucje w życiu na własne życzenie. Ciężko się pozbierać czasami. Ale zbieram się kawałek po kawałku do kupy, wbijam w biegowe ciuchy tudzież inne i wpadam w trans. I wtedy nie ma mnie. Tak na przykład, nie było mnie dzisiaj przez dobrą chwilę, gdy zaliczałam fantastyczne półdługie wybieganie (po treningu do maratonu 17 km nie jest już w moim odczuciu długim wybieganiem). Uprasza się szybkobiegaczy o powstrzymanie śmiechu, ale dla mnie biec dłuższy czas w tempie około 5:30 i nie czuć zmęczenia to naprawdę już COŚ. A tak właśnie dziś miałam. Czyżby moja forma rosła?

Ogólnie to zabałaganiona jestem strasznie. Kończy się rok, a ja wiele rzeczy mam kompletnie rozgrzebanych, niepokończonych i usilnie próbuję ze wszystkim dojść do ładu. Atmosfera świąt jakoś specjalnie mi się nie udziela. Święta? A, no święta. Nic w domu nie chce mi się robić. Demobilizacja taka, że hej! Pierogów pierwszy raz od kilku lat nie robię. W zasadzie nic nie robię. Ewentualnie coś upiekę. A! Okna pomyłam. To jest mój mały sukces, bo nienawidzę tego robić. Ale umyłam je, wprawdzie lepiej, żeby słońce zbyt mocno nie świeciło, bo moja radość z tytułu ich umycia szybko się ulotni, jednak umyłam je i w domu jakby jaśniej. 

Teoretycznie trwa już zima, jednak w okolice Szamoni zawitała ona nieco wcześniej, żeby sobie potem odejść.
A gdy jeszcze była, to zaatakowała mnie w środku polnej drogi pomiędzy jedną wsią a drugą. Dawała śniegiem prosto w twarz. O, tak było:






A tydzień później już było niestety tak:




A tak już zupełnie na koniec, z dużym przymrużeniem oka oczywiście: masz na trasie takich kibiców na jakich zasłużyłeś/aś. Oto moi :)



poniedziałek, 9 grudnia 2013

BROWNIE Z KASZY JAGLANEJ Z ORZECHAMI

Kocham brownie. Za to, że jest mokre, gliniaste i do tego mocno czekoladowe. Z kolei kaszę jaglaną odkryłam całkiem niedawno i nie rozumiem, dlaczego tak późno. Gdy zobaczyłam na stronie www.mojewypieki.com przepis na brownie z kaszy jaglanej, nie było opcji, żebym tego w mojej kuchni nie wypróbowała.

W oryginalnej wersji ciasta zostały wykorzystane orzechy pekan. Ja zastosowałam włoskie i stwierdzam, że też pasują. 

Brownie z tego przepisu wychodzi dobre, mokre w środku, czyli takie, jakie powinno być, ale przy okazji nie jest takie ciężkie i zaklejające, jak brownie tradycyjne. Do tego przepis jest tak banalnie prosty, że naprawdę ciężko coś spartaczyć :)

Składniki:
pół szklanki kaszy jaglanej
1 szklanka wrzącej wody
szczypta soli
50ml oleju
3 jajka
1/2 szklanki śmietanki kremówki 30%
3/4 - 1 szklanki cukru
1/2 szklanki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
orzechy pekan lub włoskie

Kaszę ugotować w wrzącej wodzie z dodatkiem soli (najlepiej wg instrukcji danej kaszy na opakowaniu). Ugotowaną i przestudzoną kaszę wrzucić do miski, dodać wszystkie pozostałe składniki i zmiksować blenderem.

Blachę o wymiarach 16cm x 26cm wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać ciasto i wyłożyć na nie orzechy. Piec w temperaturze 180 stopni około 40 - 45 minut.

Smacznego!







piątek, 29 listopada 2013

PODSUMUJMY ZATEM SEZON...

Jeszcze nie skończył się ten rok kalendarzowy, jednak uznałam, że jest to dobry moment na podsumowanie. Już w żadnym znaczącym biegu nie wezmę udziału, a wszelkie trudy treningowe, jakie podejmuję, są już z myślą o roku przyszłym.

A to było tak:

W styczniu powróciłam na tory regularnego biegania z myślą o półmaratonie poznańskim. Zapisałam się na tenże półmaraton, przy okazji poczyniłam zapis na Maniacką Dziesiątkę, ponieważ wówczas marzyłam o złamaniu godziny na 10km. Również w styczniu pojawił się pomysł założenia bloga, który natychmiast zrealizowałam. Czułam już, że moje bieganie to nie przelewki. Ono stało się tak absorbujące, że chciałam się swoimi przeżyciami i przemyśleniami dzielić z ludźmi, którzy mają podobną pasję. Poza tym, ile można zamęczać gadaniem o bieganiu najbliższych, którzy już tylko wyrozumiale kiwali głowami... Tak więc od początku roku sobie piszę tutaj, na tym blogu, dzięki któremu poznałam wielu fajnych ludzi, zakręconych na punkcie biegania i czasami też triathlonu! :)

W lutym legło w gruzach moje regularne bieganie. Działo się dość sporo, niekoniecznie związanego z bieganiem. Dodatkowo zdziesiątkowała mnie choroba, powodując poważne plamy na moim treningowym planie... 

W marcu, pozbierana po chorobie, pobiegłam Maniacką Dziesiątkę w czasie 54:28 netto. Ku własnemu zdziwieniu - byłam bliżej 50 minut niż godziny ;) Dobrze mi ten wynik zrobił, bo wcześniej byłam przekonana, że biegam wolno jak żółw i nigdy dobrych wyników osiągać nie będę. Pojawiają się już coraz bardziej natarczywe myśli o maratonie. Marzec się kończy, irytująco długa zima niestety nie.

I tak, w kwietniu, w zimowych temperaturach przyszło mi pobiec półmaraton poznański. Bieg ten zapamiętam na całe życie, bo nie mając nawet takiego zamiaru, kompletnie nie wierząc, że to się może udać, złamałam 2 godziny. Mój wynik netto to: 1:57:10. Wtedy do mnie dotarło, że mnie stać na więcej niż myślę, że ja po prostu z czasem będę lepiej biegać. Wtedy już wiedziałam na 100%, że chcę pobiec maraton w październiku.

Kwiecień mijał błogo, biegałam sobie kiedy chciałam, czyli dość często, ale żeby było jeszcze lepiej w końcówce miesiąca poprawiłam we Wrześni moją Maniacką życiówkę na 10 km - 52:24. Wysoko postawiłam sobie poprzeczkę przed kolejną dychą... 

Maj minął zupełnie beztrosko, ale myślami byłam już przy przygotowaniach do maratonu. W czerwcu niestety zaczęły pobolewać mnie kolana i pojawiły się pierwsze czarne myśli - bo jak tu przygotowywać się do maratonu, skoro kolana szwankują. Koniec miesiąca spędziłam na wakacjach, a po powrocie diagnoza fizjo: rzepki przeciążone

Lipiec minął pod znakiem pobolewających kolan, które na szczęście odpuściły. Jednak plamy na planie pojawiły się przez te kolana dość znaczne i nie dawały mi spokoju. 

Sierpień dla odmiany był najbardziej wybieganym miesiącem w moim życiu. Przebiegłam grubo ponad 200km i dało mi to w kość... Pewna startu w maratonie, w końcu miesiąca zapisałam się nań i opłaciłam swój udział. Niestety chwilę po tym, wybiegany sierpień się zemścił. Zemsta padła na lewe pasmo biodrowo - piszczelowe, które się na szczęście "tylko" przeciążyło. 

Początek września zamiast wcześniej zaplanowanego startu w pilskim półmaratonie, przyniósł mi ponad tydzień niebiegania z powodu awarii pasma, a przy okazji też nerwów i łez. Bo chwilami byłam wręcz pewna, że nie wypali ten maraton. Jednak wróciłam do biegania, choć na każdy trening wychodziłam z duszą na ramieniu. Czasami bolało po bieganiu, więc rolowałam jak głupia to pasmo dzień w dzień. I to chyba poskutkowało najbardziej, bo ból przestał wracać. W końcu wróciło już dawno zapomniane uczucie "świeżości w nogach", mimo tego, że w międzyczasie zrobiłam pierwszą i jedyną "trzydziestkę" na treningu.

Październik. Pojawił się stres, jakby dopiero do mnie dotarło, że maraton to 42195m. Jak z Szamotuł do Poznania i jeszcze trochę. Stres objawiał się różnymi stanami emocjonalnymi, dziwnymi chorobami, ogólnie trudno było ze mną wytrzymać. Każda z osób, które miały ze mną styczność na co dzień, modliła się o to, żeby było już po maratonie.

Dzień przed maratonem wzięłam udział w Pasta Party w blogaczowym gronie, na którym miałam okazję poznać innych blogerów - biegaczy w rzeczywistości. Pozytywna energia na dzień przed maratonem była bardzo potrzebna :)

13.10.2013 r. Doczekałam się w końcu tego dnia. I przebiegłam maraton, w "tym lepszym" wariancie czasowym, który zakładałam: 4:17:52 netto. Za rady, aby pobiec na "ten lepszy czas" jestem winna podziękowania: Emilii i Bartkowi. Sama gotowa byłam chwilami biec na 4:30. Za metą maratonu poczułam: spokój, szczęście i spełnienie. A potem oczywiście przyszła chęć na więcej. W końcu ten triathlon chodził za mną od jakiegoś czasu. Może by tak przestać myśleć, a zacząć działać? Przecież przebiegłam maraton, to ja mogę wszystko.

Do końca października byłam w okresie roztrenowania, więc biegałam bardzo mało. Zaprzyjaźniłam się za to z pływalnią i pod okiem instruktora (^^) zaczęłam się uczyć kraula. Na początku szło tragicznie. Potem już trochę lepiej.

W listopadzie wróciłam do nieco bardziej regularnego biegania, chwilowo odstawiłam długie dystanse, katowałam krótsze, za to z większym impetem. Bawiłam się w przyspieszenia, kilometrówki. Spodobało mi się szybsze bieganie. Na zachętę, w Biegu Niepodległości w Luboniu poprawiłam moją wrzesińską życiówkę na 10km - 51:20. Choć lekko nie było ;)

I tak powoli kończy się listopad tego pięknego roku 2013. Kraul w końcu zaczął jakoś wychodzić, a w pokoju stoi trenażer, weń wpięty rower z barankiem na przedzie i znacząco patrzą w moją stronę. Koniec roku będzie pod znakiem pływania i kręcenia na tym trenażerze. I oczywiście biegania. Co przyniesie rok następny? Strach się bać :D


niedziela, 24 listopada 2013

RAZ GORZEJ, RAZ KRAULEM

Bardzo lubię wodę, mogłabym pływać godzinami, niekoniecznie jeszcze kraulem. Jednak muszę przyznać, że coraz lepiej mi ten styl wychodzi. Przynajmniej w porównaniu do tego, co było na początku. Przede wszystkim wyszłam już z etapu brodzika (normalnie oklaski). Przepłynę kilka długości pełnym stylem, czyli pracując rękoma i nogami mniej więcej prawidłowo. Pisząc 'prawidłowo' mam na myśli to, że nie młócę już rękoma wody jak wiatrak a nogami nie pracuję jak przy żabce (taki był mój pierwotny "kraul"). Oczywiście technika jest dopiero w miarę poprawna, dużo trzeba jeszcze szkolić. Dlatego moje obecne treningi na basenie wyglądają tak, że czystego kraula nie ma prawie wcale, za to cały czas tłukę pod okiem instruktora K. technikę za pomocą deski, ósemki czy płetw. Moim mankamentem są jeszcze nogi, które czasami wciąż bardziej przeszkadzają niż pomagają. 

Jednak mimo tego, że kraul jest dość wymagającym stylem i nie daje się łatwo poznać, to czuję że mnie wciąga. Korci mnie, żeby pływać nim coraz więcej, żeby go ujarzmić a potem się nim bawić. Widzę siebie oczyma wyobraźni, jak bezszelestnie, rozciągnięta niczym struna, wykonując te kilka magicznych odepchnięć, przecinam tor. Jedynie na wyobrażenia mogę sobie pozwolić, bo póki co, jeszcze mi bliżej do etapu młócenia. Ostatnio dobitnie odczułam, jaki wczesnoszkolny jest mój poziom kraula, gdy obok na torze trenował pan - triathlonista. W czasie, gdy ja męczyłam jedną długość, on robił trzy. I te jego nawroty, omatkoboska, ja też tak chcę umieć! Wiem, że nawrót na triathlon nietenteges, no bo od czego się w tych otwartych wodach odbijać (może od pośladków łydek innych triathlonistów), ale to takie fajne jest! Tak się odbijasz i tniesz tę wodę niczym strzała, wynurzając się gdzieś w połowie basenu. Też tak kiedyś będę.

Na zajęciach staram się być cierpliwa, słucham instruktora i wykonuję lepiej lub gorzej jego polecenia, choć nie raz pod wodą zaklnę. Oczywiście tak, żeby K. nie widział, jaka to ja nerwowa jestem. A nie raz dostaję szału, jak mnie wyprzedza dziewczę, na torze obok płynące żabką. Nobojak! To ja zawsze wyprzedzałam. Ty uważaj kogo wyprzedzasz! Jeszcze Ci pokażę! I młócę, młócę, tę deskę trzymając, i jakbym w miejscu stała. Zło. W płetwach się odegram. A kiedyś również bez.

Ale nie, nie jest przecież tak źle. Żebym nie wyszła zaraz na kompletną kraulową niedorajdę. Coś tam już umiem i po cichu się przymierzam do tego, aby samej próbować ćwiczyć. Oprócz tego, że z instruktorem, rzecz jasna. Po prostu słyszę, jak mój wewnętrzny głos mi podpowiada, żeby więcej czasu temu kraulowi poświęcać, to on wtedy łatwiej da się okiełznać. A.

Jedna rzecz mnie doprowadza do szału. Żeby nie było. Po każdej wizycie na basenie mam zmasowany atak kataru siennego. Pół nocy nie śpię, bo mam dynię zamiast głowy i nos zakorkowany jak butelka z winem. Więc przez te pół nocy aplikuję sobie jakieś magiczne krople i produkuję obok łóżka everest zużytych chustek do nosa. Natomiast na drugi dzień rano mam potężny atak kichania. To mija po paru godzinach, ale od rana zdążę z parędziesiąt razy kichnąć i to tak, że mną rzuca. Już w pracy nawet "na zdrowie" nie mówią, no bo ile razy można. Z początku myślałam, że to kwestia przyzwyczajenia się do basenu, w końcu dawno nie chodziłam. Jednak, gdy po miesiącu regularnych wizyt w królestwie chloru te stany nie mijają, to coś jest na rzeczy. Podejrzewam, że to z mojej strony jakaś reakcja uczuleniowa na chemię w wodzie. Próbowałam już różnych kropel, płukania nosa wodą morską i na nic wszystko, bo to pomaga tylko bardzo doraźnie, a problem cały czas jest. Szukam więc dalej jakiegoś sensownego rozwiązania problemu, zanim moje drogi oddechowe się wykończą i zastrajkują jakimś dłuższym nieżytem. A przecież nie mogę przestać chodzić na basen. No bo jak.

piątek, 15 listopada 2013

ON CHODZI ZA MNĄ...

On chodzi wciąż za mną i mówi "spróbuj mnie, spróbuj". Jest strasznie natrętny, ciągle siedzi w mojej głowie i nie daje od siebie odpocząć. Najchętniej wziąłby dla siebie większość mojego czasu. Problem w tym, że jest też całkiem atrakcyjny i ciężko mu się oprzeć. Jednym słowem, kusi drań.


ON: W końcu pływanie, rower i bieganie to trzy dyscypliny, które przewijały się przez Twoje życie. Dlaczego nie połączyć ich w jedno? 

JA: Zgadza się, kocham biegać, kocham pływać, z rowerem przyjaźniłam się, gdy byłam młodsza... Jednak gdy przyjrzę się dokładnie każdej dyscyplinie z osobna, tak optymistycznie to nie wygląda. Na przykład jeżeli chodzi o pływanie: mogę płynąć bez końca, ale żabką. A żabka nie jest dobrym stylem do pływania triathlonów. Uczę się kraula, ale do mojej żabki dużo mu brakuje. Niby już jakoś płynę, ale robię dużo błędów. Mam wciąż spięte nogi, a ręce też jakoś nie tak. Gdybym mogła płynąć w płetwach, albo z ósemką...

ON: Oj tam, marudzisz. Nie pękaj, tylko zepnij się i ćwicz tego kraula, nogi i ręce do bólu. Teraz jest na to czas, dopóki masz luz, jeżeli chodzi o bieganie i na bajku jeszcze aż tyle nie kręcisz. Jeżeli w niecały miesiąc opanowałaś podstawy i jako tako już płyniesz tym kraulem, to pomyśl, co będzie za kilka miesięcy! Zresztą - podobno szybko łapiesz (^^). Tylko masz się nie zrażać na początku i mimo niepowodzeń próbować, aż się uda.

JA: No właśnie, a propos bajku... Rower owszem kiedyś lubiłam, ale ostatnio jestem z nim w separacji, poza tym całe życie jeździłam tylko rekreacyjnie na góralu. Owszem, kilometraże były czasem niemałe (dawno temu w trawie), jednak ze ściganiem się to nie miało nic wspólnego. Poza tym nigdy jechałam na rowerze, na którym bym siedziała mając dupę wyżej niż głowę! Mam wrażenie, że byle podmuch wiatru, byle nierówność, zakręt na drodze, a ja się na tej cienkiej szosówce wyłożę. Ba, ja mam nawet problem, żeby na takiej usiąść i ruszyć! Przy normalnych pedałach, a co będzie jak dojdą buty spd!

ON: Spokojnie, nauczysz się. Postaraj sobie tę szosówkę skombinować wcześniej, żeby pierwsze próby kręcenia były na trenażerze. Jak w miarę oswoisz się z pozycją, wyjedziesz w teren. I choć nigdy nie marzyłaś o tym, aby zostać "szosonem", to na pewno szybka jazda Ci się spodoba. A wpinanie się w pedały, no cóż... Nie raz się wyłożysz, to ci gwarantuję. Ale nie jeden triathlonista przez to przechodził, nie martw się. Nie będziesz w tym odosobniona.

JA: No dobrze, ale jeszcze bieganie... Wiem, że biegam dużo, kilometrów w nogach mam sporo, jednak o bieganiu po zejściu z roweru nie wiem nic. Poza tym biegam wolno. Po zejściu z roweru to chyba będę ledwo wlec za sobą nogi.

ON: Nie no, co za marudna baba! Przebiegłaś maraton, ogólnie dużo biegasz, może nie jesteś gazelą, ale nad tym można popracować. Wiesz już, że jesteś wytrzymała, że masz mocną głowę, że podchodzi Ci długotrwały wysiłek. Skup się zatem teraz na prędkości. Pobiegaj interwały albo kilometrówki. Wpleć podbiegi. Zapomnij na jakiś czas o długim i żmudnym klepaniu kilometrów, pójdź w jakość. Na wiosnę zrób porządne życiówki na dystansie półmaratonu i dychy. Potem wprowadzisz tak zwane treningi zakładkowe - one mają za zadanie przyzwyczaić nogi do biegania po zejściu z roweru. Będzie ciężko, zwłaszcza na początku, ale z treningu na trening będzie Ci szło lepiej. Poza tym - przecież nie lubisz jak jest łatwo :P Jesteś dobrą organizatorką swojego czasu, więc na pewno pogodzisz życie i pracę z trenowaniem. Zawsze przecież tak było, że im więcej miałaś na głowie, tym lepiej Ci wszystko wychodziło. Poza tym pamiętaj! Wszelkie granice istnieją tylko w naszych głowach. One zaczną znikać, gdy się do nich zbliżysz. Musisz tylko wyjść poza strefę swojego komfortu, zmęczyć się, zgnoić, ale Ty to kochasz. Do tej pory wprawdzie w wymiarze biegowym, ale w wydaniu moim, czyli triathlonowym, też pokochasz. Więc?

JA: Więc przekonałeś mnie. Przekonałeś mnie ostatecznie, zapisałam się i opłaciłam start w Sierakowie na dystansie 1/4 Ironman. Myślę, że na tym jednym triathlonie nie poprzestanę. Bardzo poważnie rozważam jeszcze Poznań. Bardzo poważnie. Więc będzie się działo! :)

wtorek, 12 listopada 2013

3 BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W LUBONIU. ŻYCIÓWKA Z PRZYGODAMI.

Hmm, jak ja to mówiłam: "nie cierpię startów na dychę". Po lubońskim biegu nic się w temacie nie zmieniło, nadal nie cierpię ;) Bieg do przyjemnych nie należał, zwłaszcza po 6. km, gdzie w głowie odliczałam minuty i (kilo)metry do końca. Do tego jeszcze sama zapewniłam sobie atrakcje na początku biegu... Ale po kolei:

Do Lubonia dotarliśmy dość wcześnie, miałam sporo czasu na odebranie pakietu, decyzję co założyć, rozgrzewkę. Było dość zimno, bo około 3 stopnie na plusie.


mina podczas przypinania nr - u zdradza całą moją "sympatię" do dyszki

Ustawiłam się do startu kilka minut wcześniej. Zanim ruszyliśmy, został odśpiewany hymn z chórem. Gdy zaczęło się odliczanie i wystrzał startera nagle mnie olśniło: "garmin!!!". Włączam, ale wiem, że nie ma szans na złapanie sygnału przez pół minuty - bo tyle minęło zanim przekroczyłam linię startu. Zła na siebie byłam i kompletnie mnie to zdekoncentrowało. Biegłam "na czuja" i zdecydowanie za wolno, ale trudno było wyprzedzić kogokolwiek, bo było po prostu ciasno (przydałby się podział na strefy czasowe przy starcie).

Garmin załapał sygnał gdzieś po około 600m i jak pokazał mi tempo 6:25 to zabrałam się do roboty: zaczęłam wyprzedzać, nie miałam wyboru, trzeba było nadrobić stratę. Kolejne kilometry upływały mi zadziwiająco dobrze, chociaż biegłam nieco za szybko. Tempo poniżej 5:00min/km teoretycznie nie jest mi jeszcze pisane, ale utrzymałam je przez kilka kilometrów przy wcale nie szalejącym tętnie. Wtedy myślałam, że jak tak dalej pójdzie, to ładną życiówkę wykręcę (tyle już biega, a taka naiwna...). 

Niestety po 6. km zaczęły się schody... a raczej podbiegi. Ja zapamiętałam dwa podbiegi, były długie i uciążliwe. Tam już moje tętno skoczyło powyżej 170 i o utrzymaniu ładnego tempa nie było mowy. Za to był "głęboki" dialog wewnętrzny: "już mniej niż połowa", "jeszcze tylko 2km", "jeszcze tylko 10 minut męczarni", "jeszcze tylko 5...". (To ta cenzuralna część dialogu).

Na 9. km nie miałam siły woli, żeby podkręcić tempo. Kibicujący Night Runners krzyczeli do nas, że mamy przyspieszać, bo to już końcówka. Ja nawet nie chciałam słyszeć o przyspieszaniu. Wymusiłam finisz dopiero jakieś 200m przed metą, gdy zobaczyłam zegar z czasem 51:XX, bo wówczas dotarła do mojego mózgu informacja, że mimo wpadki z garminem, straty na pierwszym kilometrze, dzikiej szarży na kolejnych i kryzysu na podbiegach, właśnie poprawiam swój personal best

to ten finisz mój właśnie (^^)

Mój wynik to 51:20 netto (52:11 brutto). Celem było zejście poniżej 52 minut (udało się), a dodatkowym marzeniem zbliżenie się do 51 minut (prawie się udało).




Na mecie czekał piękny medal (najładniejszy jaki mam!) i pyszny rogal (chyba najlepszy, jaki jadłam w całej WLKP!).



Po biegu nasuwają mi się następujące wnioski
nr 1: Z garminem mam nauczkę, dzięki której będę - już mam nadzieję - zawsze pamiętać, aby włączać go na kilka minut przed startem. Pamiętać o tym. Pamiętać. Pamiętać. I jeszcze raz pamiętać.
nr 2: Za szybkie kilometry od 2 do 5: nie wiem, czy w przypadku tego biegu to mi nie pomogło w uzyskaniu dobrego czasu, bo na podbiegach i tak bym zwolniła. Jednak w przyszłości na bardziej płaskich trasach (np. Maniacka Dziesiątka w Poznaniu) muszę zdecydowanie bardziej pilnować tempa, a najlepiej ułożyć je sobie wcześniej w głowie co do kilometra i tego się trzymać.
nr 3: Popracować nad głową, abym umiała wykrzesać z siebie więcej sił na finisz. Powinnam przyspieszyć na całym ostatnim kilometrze a nie ostatnich 200m. Uważam że miałam jeszcze zapas, tylko najzwyczajniej zabrakło mi siły woli, aby się zebrać w sobie.
nr 4: Buty. Na szybsze starty warto ubierać lekkie buty. Ubrałam niedawno kupione Pumy Faas 350 i nie żałowałam, bo biegło mi się bardzo lekko a amortyzacja (której te buty za bardzo nie mają) nie zżerała dodatkowej energii.
nr 5: Muzyka, a raczej jej brak. Miałam ze sobą sprzęt grający, ale ani razu na trasie go nie włączyłam. Starałam się być maksymalnie skoncentrowana na biegu i oddechu i myślę, że to pomogło mi w osiągnięciu wyniku. Więc myślę, że przyszłości, przynajmniej na krótszych dystansach, będę rezygnować z dopingu muzycznego.




I to chyba tyle. Tym lubońskim startem, moim ostatnim w kategorii K20 (chlip...), kończę biegowy sezon 2013 i wszystko, co teraz będę robić, będzie z myślą o roku przyszłym :)

środa, 6 listopada 2013

BĘDĘ MOCNA, BĘDĘ SZYBKA!

Dawno nie biegałam "szybko". "Szybko" to jest w moim przypadku nadal tempo poniżej 5:40 min/km. Od wiosny tego roku moje "szybko" się zbytnio nie zmieniło. Nie robiłam treningów szybkościowych, skupiałam się cały czas na maratonie a co za tym idzie - treningach długich i wolnych. Brakowało mi "akcentów", tych szybkościowych zwłaszcza. Teraz, gdy czuję się zregenerowana i wypoczęta, uznałam, że czas to w końcu zmienić. 

Symbolicznym krokiem ku zmianom ma być Bieg Niepodległości w Luboniu 11.11.2013 r. Będzie to bieg na 10km. I już zaczynam gadać jak Gargamel. Jego tekst: "jak ja nie cierpię smerfów" powtarzam, tylko w nieco innym wydaniu, a dokładnie takim: "jak ja nie cierpię biegania na dychę". No bo nie lubię. Nie lubię i już. Wiem, że przez (niecałą) godzinę będę się męczyć i dyszeć jak lokomotywa. Będę czerwona jak burak, z miną, jakby mnie katowali. Już tak mam, że zdecydowanie bardziej leżą mi długie dystanse. Wolę długi wysiłek na nieco niższym tętnie, niż krótszy, a bardziej intensywny. Dlaczego w takim razie startuję na dychę, skoro tak tego nie cierpię? Po pierwsze: żeby się sprawdzić i mieć życiówkę na tym dystansie. Po drugie: traktuję to jako dobry trening szybkościowy - bo na normalnym treningu nie zmobilizuję się do tak mocnego biegu przez dłuższy czas. I po trzecie: żeby mieć przez kolejne dni zaciesz z życiówki (jeżeli takowa się przydarzy).

Na mój najbliższy start w Luboniu zapatruję się z umiarkowanym optymizmem. W kwietniu we Wrześni udało mi się nabiegać 52:24 i czuję w nogach, że ciężko będzie mi ten wynik poprawić. Co oczywiście nie znaczy, że nie spróbuję. Będę próbowała zejść poniżej 52 minut (kurde, wypadałoby...), moim marzeniem byłoby przybliżyć się maksymalnie do 51. Złamanie "50" jest w tej chwili poza moim zasięgiem.

Jak zaznaczyłam, ten start będzie dopiero wstępem do dalszych działań mających na celu poprawienie mojej szybkości. Mam zamiar wejść w przyszły sezon z dobrymi wynikami na dystansach dychy i półmaratonu. Od tego tygodnia zaczęłam wplatać w trening bieganie po 1000m w tempie dychy lub trochę szybszym. To tempo mam zamiar sobie delikatnie, acz systematycznie podkręcać. Wrócę też do podbiegów. Już nawet znalazłam idealną górkę, w miejscu, w którym biegałam wielokrotnie, ale dopiero ostatnio mnie olśniło (gdy biegłam tam), że nachylenie terenu jest idealne do ćwiczenia siły biegowej. 

Jeżeli chodzi o ćwiczenia siłowe, to praca wre, że tak powiem ;) Katuję deskę, której podobnie, jak biegów na dychę, nie lubię. Już tak chyba mam, że jak czegoś nie lubię, to ze złością się na to uwezmę i poprawię. I tym sposobem deskę wytrzymuję ostatnio nawet 2 minuty (oczywiście cedząc brzydkie słowa pod nosem). Do tego wzmacniam poślady, uda, łydki nawet (!). A na berecie robię przysiady na jednej nodze i już tylko czasem się spektakularnie glebnę. Zdarzało mi się robić pompki, bo to fantastyczne ćwiczenie wzmacniające całą górną część ciała. To przydaje się zarówno w bieganiu (trzymanie prawidłowej postawy) jak i w ostatnio ćwiczonym przeze mnie kraulu. Ostatnio dołączyłam do wyzwania pompkowego, jakie na fejsbuku rzucił Krasus. Pompki będę zatem robić regularnie i raczej już "te męskie". I nie będzie zmiłuj ;)

wtorek, 29 października 2013

MOJE MARATOŃSKIE "TOP TEN"

Od maratonu minęły prawie 3 tygodnie, a mam wrażenie jakby to było wieki temu. Gdy jednak usłyszę utwór, który towarzyszył mi na trasie, to wspomnienia szybko wracają :)

Biegam z ajpodem, który ma pojemność 1 GB i staram się często zmieniać jego zawartość. Nie ma nic bardziej irytującego, niż usłyszeć setny raz z rzędu tę samą piosenkę w kiepskim momencie biegu.

Przed maratonem zrobiłam totalny remanent playlisty, żeby nic wkurzającego i oklepanego nie zabrzmiało w moich uszach. Oto co dodawało mi skrzydeł na trasie:

Pink Floyd "One Slip" - moja muzyczna miłość od lat, a ten kawałek jest wyjątkowo energetyczny.



Vangelis "Chariots od Fire" - ten utwór nigdy mi się nie znudzi...


Tina Turner "Simply The Best" - uwielbiam ten utwór, za pozytywną energię, choć to tak naprawdę utwór o miłości. Może myśl o kimś bliskim, podniesie nas na duchu podczas biegu? Z tym utworem w uszach zaczęłam biec maraton :)


David Guetta "Titanium" - usłyszeć na 30. km maratonu "You shoot me down but I won't fall I am titanium" - bezcenne :)



Two Steps From Hell "Heart Of Courage" - kocham wszystkie dźwięki Two Steps From Hell, ale ten utwór jest wyjątkowy.



Korn "Word Up" - nie jestem fanką Korn, ale ten kawałek wyjątkowo mi podchodzi.


M83 "Moonchild" - niech nie zwiedzie Was nudny początek i posłuchajcie do końca. Bajka! Na spokojniejsze treningi jak znalazł. (jak ktoś ma ochotę, to jest jeszcze extended version)


Alan Parsons Project "Turn It Up" - bardzo spokojny utwór, ale rytmiczny. Również w sam raz na wolniejsze treningi. 


The XX "Intro" - nie wiem, czy to nazwa utworu działa na mnie sugestywnie, ale lubię go słuchać na początku biegania. 


Na koniec niezapomniany Michael Jackson "Will You Be There" - ta piosenka mogłaby się dla mnie nie kończyć... 



To oczywiście tylko niektóre utwory spośród tych, które były na mojej maratońskiej playliście. 

Miłego słuchania! A może znajdziecie tutaj coś dla siebie :)

PS. Zaprezentowana playlista nie odzwierciedla w pełni moich muzycznych preferencji ;) 

piątek, 25 października 2013

KRAUL - PODEJŚCIE NR 1

Jak powiedziałam, tak uczyniłam - zapisałam się za zajęcia z instruktorem pływania - K., w celu nauczenia się kraula. Bujałam się z tym przedsięwzięciem tak naprawdę od ładnych paru lat - pomysł pojawił się jeszcze za czasów intensywnego pływania żabką (gdy jeszcze nie biegałam). Zbierałam się do tego kraula, zbierałam, w końcu się zebrałam, dopiero teraz :) (jaką wielką moc ma publiczna deklaracja na blogu!)

Krok 1 - popływamy sobie z deską

K. podał mi deskę i kazał przepłynąć basen z nogami do kraula. Phi, nogi do kraula, takie tam machanie "góra - dół", myśli sobie Marysia. Szybko spokorniałam, gdy trzymając się deski i machając rozpaczliwie tymi nogami, stałam w miejscu lub (!!!) cofałam się. Więc zaczęłam gwałtowniej odpychać się nogami, jak przy żabce.

Krok 2 - nogi...

K. bierze mnie na brzeg i pokazuje jak tymi nogami ruszać. Kraul to nie żabka, trzeba delikatnie, bez wielkiego odpychania jak przy żabce. Próbuję jeszcze raz, ale nie jest to takie łatwe, bo ja cały czas stoję w miejscu. (Oczywiście jestem tak zła, że pod wodą lecą przekleństwa). K. zwraca uwagę na kolejny błąd - mam złą postawę ciała. Niestety nie panuję nad nim.

Krok 3 - regres

K. stwierdza, że musi wejść ze mną do wody, bez tego się nie obejdzie. Schodzimy - uwaga - do brodzika... (bosze, brodzik, jaka porażka). Tam zaczyna się praca nade mną, niemalże od podstaw. Ćwiczymy strzałki, już trochę lepiej wychodzą mi nogi (przesuwam się). Mam podobno typowe nawyki żabkarki, co nie jest dziwne, skoro całe życie nie pływałam niczym innym jak żabką. Podobno łatwiej idzie uczyć dzieci, które nie pływały wcale, niż kobietę w pewnym wieku, która już zdążyła sobie wyrobić nawyki. (tak mi oczywiście wprost K. nie powiedział, drugą część zdania dopisałam sobie sama)

Krok 4 - zaskoczenie

K. postanawia włączyć ręce. Mam płynąć z deską z jedną ręką do kraula. Udaje się. K. zabiera deskę i mówi, żebym pokazała kraula, takiego jakiego potrafię. "Jesteś pewien, że tego chcesz?" "Mam nadzieję, że się nie utopię." Dopsz, no to odbijam się od brzegu i - ku własnemu zaskoczeniu - płynę !!! Przepłynęłam kawałek i sama w to nie wierzyłam, że mi się udało. Nie jest ze mną tak źle, podobno ręce jako tako, oddech też. 

Krok 5 - praca, praca...

Pracujemy dalej nad nogami, czasami dokładam ręce. Jest żmudnie, efektów powalających póki co nie ma, ale zaczyna mi się to podobać. Zajęcia się kończą, a ja nie mogę się doczekać następnych!

PS. Już ja Ci, Ty kraulu, pokażę !!!

wtorek, 22 października 2013

III SAMSUNG PÓŁMARATON. (TYM RAZEM) W ROLI KIBICA.

Cieszę się, że w moim rodzinnym mieście - Szamotułach, organizowany jest półmaraton. Nie tylko dlatego, że jestem biegaczem, ale również dlatego, że jest to jedna z nielicznych okazji, gdy do Szamotuł przyjeżdża sporo ludzi i nazwa miasta przewija się w mediach. Nie jestem szczególnie zakochana w moim mieście (tak, przyznaję to otwarcie), ale zależy mi na tym, aby się rozwijało, a takie imprezy temu służą, zwłaszcza pod kątem promocji. Sam poziom imprezy musi być dobry, jeżeli biegacze chcą tu przyjeżdżać, a patrząc na rosnącą z roku na rok liczbę uczestników - chcą.
Gdy 2 lata temu odbywała się pierwsza edycja biegu, obserwowałam wydarzenie w roli kibica, który sobie rekreacyjnie od kilku miesięcy truchtał, i przetruchtał niedawno swoje pierwsze 10 km. Oczywiście, patrzyłam wówczas na startujących ludzi z podziwem, na widok niektórych dostawałam gęsiej skórki, widząc ich w krótkich spodenkach. Było wtedy strasznie zimno, a ja jeszcze nie wiedziałam, że startowanie w zawodach tak "rozgrzewa". Wtedy narodziła się pierwsza myśl, żeby przebiec półmaraton. Obiecałam sobie, że za rok tu biegnę choćby nie wiem co. Nieważne na jaki czas, po prostu chciałam przebiec te 21.1 km i to na swoim podwórku.
Jak postanowiłam, tak uczyniłam i dokładnie rok później stanęłam na starcie II Samsung Półmaratonu, którego chyba wszyscy będą kojarzyć z wszechobecną na trasie mgłą. 

Kibicowali mi rodzice, mama strasznie się o mnie bała (o dziwo wtedy bardziej niż przed maratonem :)). Pobiegłam pierwszą część bardzo wolno, w drugiej przyspieszyłam i dotarłam na metę z czasem 2:12:27. Wtedy bardzo mnie ten wynik cieszył, teraz z perspektywy czasu uważam, że po prostu opierdalałam się na trasie. Mogłam spokojnie 5-7 minut z tego wyniku urwać, bo biegłam bardzo zachowawczo. Na mecie w ogóle nie czułam zmęczenia. Przemknęła mi wtedy pierwszy raz myśl, że jakiś taki łatwy ten półmaraton, mogłabym spokojnie jeszcze biec i biec... Takie myśli wiadomo czym grożą po roku :)
Potem myśli o maratonie wracały do mnie notorycznie - żeby tak spróbować, chociaż raz w życiu. Poznański półmaraton w kwietniu potraktowałam jako  próbę - czy dam radę ogarnąć się ze startem o wczesnej godzinie 9:00, biorąc pod uwagę czas na dojazd, czy nie wykończą mnie poznańskie podbiegi, przy których Szamotuły to patelnia. Udało się, choć nie spodziewałam się po sobie, że aż tak. Po złamaniu dwóch godzin w półmaratonie byłam pewna że cel jest jeden - maraton w październiku. Jaki był efekt - wiecie :) I na tym jednym razie na pewno się nie skończy.
A tydzień po maratonie w moim mieście rozegrał się III Samsung Półmaraton. Pogoda na bieg była idealna - jesień w najpiękniejszym wydaniu. Choć serce się wyrywało, nogi chciały biec, to postanowiłam podejść do sprawy z rozsądkiem i nie pobiegłam. Tak naprawdę stojąc i kibicując, miałam gulę w gardle, dlaczego mnie tam nie ma po drugiej strony taśmy. Przecież mnie nic nie boli, po maratonie ogarnęłam się wyjątkowo szybko. Jednak tłumaczyłam sobie, że po co kusić itbs i kolana, a jak znowu wszystko zacznie boleć? Znając siebie, to nie umiałabym już pobiec rekreacyjnie, tylko naparzałabym, ile fabryka daje. Lepiej jak się wszystko porządnie zregeneruje, bo mam pewne plany na przyszłość. Zdrowe i silne nogi się przydadzą (i nie tylko nogi). Więc mimo chwilowej zazdrości tym, co na trasie, tego, że są na trasie, to cieszę się, że byłam taka zdroworozsądkowa. No i przynajmniej raz w życiu oglądałam finisz zwycięzców! A oni tak ładnie biegli :) 
Szkoda jedynie, że okolica mety taka szpetna :)

A półmaraton w Szamotułach zawsze będzie dla mnie wyjątkowym, niezależnie czy biegnę w nim czy nie - bo to od niego się wszystko zaczęło.

niedziela, 20 października 2013

BARDZO ŁATWE (... I DOBRE) CIASTO DYNIOWE

Sezon dyniowy trwa w najlepsze, zupę z dyni zna chyba niemal każdy, a ja ostatnio postanowiłam wypróbować łatwy przepis na ciasto dyniowe. Zaczerpnęłam go ze strony zwegowani.pl, a dokładnie stąd. To był mój pierwszy w życiu wypiek z dynią.

Potrzebujemy:
2 szklanki drobno startej i odsączonej dyni
2 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru (dałam brązowego)
3 jaja
16 g cukru waniliowego (nie dałam)
5 łyżeczek cynamonu
łyżeczka sody oczyszczonej
3/4 szklanki oleju
opcjonalnie: garść pokrojowych orzechów włoskich

Jaja ubijamy z cukrem. Dodajemy mąkę, sodę oczyszczoną, cynamon i olej, po czym miksujemy na wolnych obrotach. Dodajemy dynię i ewentualne orzechy, miksujemy lub mieszamy łyżką, aż do połączenia dyni z ciastem. Ciasto przekładamy na blachę (najlepiej keksówkę) posmarowaną masłem i obsypaną bułką tartą. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 40-50 minut (do tzw. suchego patyczka). 

Uwaga: z komentarzy na oryginalnej stronie przepisu wynika, że wielu osobom wyszedł zakalec. Jeżeli obawiacie się zakalca, dodajcie płaską łyżeczkę proszku do pieczenia. Ja piekłam bez proszku, ciasto bardzo ładnie wyrosło i wyszło puszyste, bez śladu zakalca. A orłem jeżeli chodzi o pieczenie nie jestem ;)



Odkryłam ostatnio również przepis na bardzo dobre ciasto z marchewką, równie łatwe i podobne w smaku, ale o nim wkrótce :) Tymczasem idę kibicować biegnącym w III Samsung Półmaratonie w Szamotułach!

sobota, 19 października 2013

(ROZ)TRENOWANIE

Moje pomaratońskie zakwasy minęły ku mojemu zaskoczeniu szybko, o dziwo w środę już nie było po nich śladu. Nie sądziłam, że tak prędko się z tego wykaraskam, zwłaszcza, że mój organizm pierwszy raz dostał taki łomot, jakim jest maraton. Poza tym niewiele się u mnie działo od tego czasu, miałam totalny luz: wrzuciłam w siebie dobrych parędziesiąt tysięcy kalorii, w tym kilka czekolad i wypiłam dobry litr wina. Jeżeli chodzi o sport, to zrobiłam kilka desek, pompek i 2km... wpław. Nie biegałam. 

A co zamierzam dalej... Przede wszystkim nie jeść już tyle czekolady i nie pić tyle wina. Poza tym dać nogom odpocząć. Odpoczynek należy im się zdecydowanie, bo wykonały kawał ciężkiej roboty. Dopominały się o przerwę już wcześniej, teraz po maratonie w końcu muszę ich posłuchać.
Jeżeli chodzi o bieganie, to zaplanowałam lekki roztrucht na początek przyszłego tygodnia. Do końca listopada narzuciłam sobie "zakaz" biegania czegokolwiek powyżej 12km i do końca grudnia czegokolwiek powyżej 15km. Zdecydowanie chcę odpocząć od długich dystansów. Jednocześnie chciałabym popracować nad prędkością i na tym do końca tego roku kalendarzowego będę się skupiać. Chciałabym w końcu "pobawić się" w przebieżki, może tysiączki w tempie na dychę lub coś w tym rodzaju. Tak chociaż spróbować... Długie wybiegania włączę w grafik z początkiem przyszłego roku, z myślą o półmaratonie. Moim pierwszym celem na wiosnę przyszłego roku będzie nowa życiówka właśnie na tym dystansie. 

Poza bieganiem będzie pływanie. Dużo pływania. Tak postanowiłam już pewien czas temu, że przeproszę się z pływalnią i tak uczyniłam. Byłam już nawet popływać, z zamiarem delikatnego rozruszania mięśni po maratonie. (Ekhm...) Gdy weszłam do wody, to jakbym wpadła w swój żywioł. Poszło od razu 2 km. Szkoda tylko, że klasykiem. Nie takim złym, ale jednak klasykiem. Jest jednak ambitny plan, abym się nauczyła kraula. Namiary na potencjalnych instruktorów już zdobyłam, wystarczy "tylko" zadzwonić i się umówić. A potem "tylko" się uczyć. (trzymajcie kciuki, abym nie utonęła...)

Poza bieganiem i pływaniem będzie dużo ćwiczeń. Bardzo dużo ćwiczeń. Planuję ćwiczyć w domu, bo za "klimatem" siłowni i przerzucaniem żelastwa nie przepadam. Skupić się chcę przede wszystkim na stabilizacji - dojść do co najmniej 2 minut w pozycji deski. Wzmocnić brzuch i grzbiet, no i te nieszczęsne poślady. Poza tym będą ćwiczenia z beretem i przysiady z piłką. Może dojdę w końcu do krasusowego krzesełka :) No i będę robić pompki, bo górne partie ciała nie mogą zostać dłużne. Będzie więc co robić, mam nadzieję, że znajdę na wszystko czas. :)

Jeżeli chodzi o udział w zawodach, to do końca roku zamierzam wystartować tylko raz, w Lubońskim Biegu Niepodległości na 10km. Cel na ten bieg jest taki, żeby pobiec ładnie, a jeżeli przy okazji przydarzy się nowa życiówka, to nie pogardzę oczywiście. 

poniedziałek, 14 października 2013

14. POZNAŃ MARATON. O TYM, JAK ZOSTAŁAM MARATOŃCZYKIEM :)

13 października 2013. Och, jak ja się bałam tego dnia! A jednocześnie nie mogłam się doczekać... Czekałam na ten maraton wiele miesięcy, przygotowując się nań lepiej lub gorzej. Bywało też tak, że żegnałam się z nim w myślach, bo byłam pewna że nie uda mi się przygotować i pobiec... Tak, były takie momenty. Jednak nadzieja, że się uda, gdzieś we mnie głęboko się tliła i dopóki była szansa, nie odpuściłam sobie... Biegałam niejednokrotnie z bólem, zaciskając zęby, potem znosiłam bolesne masaże i rolowanie, wszystko po to, aby spełnić marzenie o maratonie. Udane 25 - kilometrowe wybiegane w tempie (jak się okazało) nieco wyższym niż maratońskie dało mi pewność, że wystartuję. I w końcu nadszedł Ten Dzień.
Na start dotarliśmy na około godzinę wcześniej. Paweł, który mi tego dnia towarzyszył, postanowił wziąć rower i towarzyszyć mi chociaż na części trasy. Umówiliśmy się, że poda mi żel (mój ulubiony o smaku bobofruta) na 18. i 28. km. Jeden żel do zjedzenia na 9. km miałam przy sobie schowany w takimjednymmiejscu
Na starcie początkowo stanęłam w tzw. strefie chillout. Potem, gdy wszyscy zaczęli się mieszać, zaczęłam się przesuwać do przodu, rozglądając za zającami na 4:15. Nagle zorientowałam się, że widzę koło siebie baloniki na 4:00. Powiedziałam sobie: "nie tym razem" i cofnęłam się. Ostatecznie ustawiłam się kawałek za balonikami na 4:15. W końcu usłyszałam huk i... Conquest Of Paradise. Też lubię, ale gdy biegam, wolę jednak Rydwany Ognia. 
Powoli ruszyłam z tłumem. W okołostartowym zamieszaniu straciłam niestety z oczu baloniki pacemakerów. Byłam więc zdana wyłącznie na siebie i garmina. Kilometry mijały dość szybko. Kilka razy złapałam się na tym, że biegnę szybciej niż zakładałam. Próbowałam zwolnić, ale nogi mnie niosły. Rytm biegu złapałam po 10. km i do połówki biegło mi się bardzo fajnie. 
Nie licząc fragmentów trasy wiodących przez las, cały czas towarzyszyli nam kibice. Dzieciaki wystawiały ręce po "piątki", gdzie mogłam, to przybijałam. Na 22. km rozpoznałam kibicującego kgb :) 
Kawałek dalej stała moja koleżanka Emilia, od której dostałam zjebkę, że miałam mieć czerwoną koszulkę :) Słuszna zjebka, bo mówiłam wcześniej, że koszulka będzie czerwona z długim rękawem. Jednak na krótko przed pójściem spać, przypięłam numer startowy na inną koszulkę z krótkim rękawem i nie żałowałam tej decyzji, bo było ciepło (mimo zachmurzenia i mżawki). Przybiłyśmy sobie piątaka z Emi i pobiegłam dalej. 
Koło 25km zaczął boleć mnie... tyłek. Tak, wspominałam już pewnie kiedyś, że mam słabe mięśnie pośladkowe. Kolejny raz się o tym boleśnie przekonałam. Później zaczęło pojawiać się zmęczenie. Odchciewało mi się biec jednym słowem, a tu jeszcze nie dobiłam do 30. km. Na 28. km poczułam, że bolą mnie mięśnie czworogłowe i było mi trudno utrzymać tempo... Gdy zobaczyłam Pawła z żelem, powiedziałam mu, że jest ciężko i żeby podjechał z jeszcze jednym zapasowym żelem na 34. km. 
Do 32. km walczyłam ze sobą, żeby biec zakładanym tempem. Bolało mnie i nie wiedziałam: czy zwolnić "bo ściana itp", czy biec dalej, z nadzieją, że kryzys minie. Stwierdziłam, że jak zwolnię, to wcale nie przestanie mnie boleć, a będę tylko dłużej biegła, więc z dwojga złego wybrałam trzymanie się tempa. Jak się potem okazało, dobrze wybrałam... 
Na 33. km na Śródce kibice utworzyli fantastyczny szpaler, a wśród nich stali i kibicowali rodzice Pawła. Potem zaczął się lekki zbieg i tam już zupełnie wróciły mi siły. Czułam, że dam radę dobiec do końca, choć wiedziałam, że czeka mnie jeszcze podbieg na Serbskiej. Na 35. km pojawił się Paweł z żelem. Wtedy mu powiedziałam, że boli, ale dam radę i żeby jechał już na metę (jak się później okazało, to nie było takie proste :) ). 
W końcu 36. km i początek... rzeźni. Podbieg był długi, nie miał końca, dawał w kość niesamowicie. Wiele osób przechodziło w marsz i w zasadzie od tamtego momentu trasy mijałam wielu idących ludzi. Zwolniłam znacznie na tym podbiegu (najwolniejszy kilometr trasy), ale nie przestałam biec, choć mocno bolało. Kibice dopingowali niesamowicie, krzyczeli "to już prawie koniec podbiegu!". Widziałam transparent z napisem: "ból to tylko złudzenie". I tak go próbowałam traktować. To nic, że boli. Choćby nie wiem co, wiedziałam, że dobiegnę do tej cholernej mety. Tylko, że te ostatnie kilometry były zdecydowanie najdłuższe... 
W okolicach 39. km usłyszałam kolejny fantastyczny doping - to były Magda i Zosia z kobiety biegają. Gdy zobaczyłam oznaczenie 40. km, z trudem opanowałam wzruszenie. Jeszcze "tylko 2km" i te cholerne 195m, na których wypadałoby wykonać chociaż trochę ładny finisz... 
Za oznaczeniem 41. km nie wiem, co było gorsze: kostka brukowa, czy podbieg. Chyba jednak kostka. To już był ten etap, że wkurzało mnie wszystko: nierówny asfalt, tory tramwajowe. Paskudny był ten bruk, mokry, nierówny i wyślizgany. Nie zwolniłam, bo chciałam mieć to jak najszybciej za sobą, poza tym meta była blisko. 
Po chwili ujrzałam w oddali Targi i zdałam sobie sprawę, że właśnie kończy się pierwszy maraton w moim życiu. Jako, że to była już końcówka, dopingujących i krzyczących ludzi było naprawdę sporo. Kilka razy usłyszałam swoje imię. Nie wiem, skąd miałam siły na finisz. Wpadłam na metę, gdy zegar pokazywał czas 4:21 z sekundami brutto. 
Wszystko mnie bolało i problemem nr 1 okazało się wyplątanie chipa ze sznurówek. Potem szukałam Pawła, ledwo chodząc. Wiedziałam, że miał być także mój Tata, jednak nikogo nie mogłam znaleźć. Już chciałam się poddać, gdzieś po prostu usiąść i w samotności oswajać się z bólem, nagle usłyszałam "Marysiaaa!!! Chodźcie, jeeest!!!". Tata wypatrzył mnie w tłumie. Jak go zobaczyłam, to się popłakałam jak dziecko. Fizjo - brat na szybko rozmasował mi czworogłowe. Okazało się, że Pawłowi powrót rowerem na metę zajął więcej czasu niż mi dokończenie maratonu :) i nie zdążył dotrzeć na mój finisz... 
Tak więc, zostałam maratończykiem. Przebiegłam maraton w czasie netto 4:17:52. Uważam ten wynik za dobry, zwłaszcza, że nie byłam przygotowana na 100%. Cieszę się, że postanowiłam pobiec na najszybszy zakładany czas, bo "prawie" się to udało. Nie dopadła mnie "ściana", nie miałam żadnych skurczów mięśni, bólu stawów, problemów żołądkowych. Po prostu "tylko" bolało :)
Teraz po wszystkim wiem, co to znaczy przebiec maraton, wiem, co to znaczy ból i wiem jeszcze bardziej, co to znaczy biegać głową. Bo biegłam głową praktycznie od 28. km. :) Wiem już także, co oznacza ból po maratonie. Wprawdzie mogę normalnie chodzić (nawet po schodach!), jednak nogi nie pozwalają mi zbyt szybko wstawać. Również jak siadam, muszę się najpierw podeprzeć rękoma. Wygląda to dość komicznie i sama się z siebie śmieję, zwłaszcza gdy siadam w "pewnym" miejscu :) 
Ale uwaga, teraz najważniejsze: chciałam bardzo, ale to baaardzo podziękować Wszystkim, za słowa wparcia i otuchy, za życzenia powodzenia i trzymanie kciuków. Świadomość, że tyle osób trzyma za mnie kciuki, bardzo mobilizowała mnie na trasie maratonu. Mobilizowała mnie również w trakcie treningów, bo jak pisałam - naprawdę przez moment byłam pewna, że się nie uda. Ale udało się... I jeszcze chyba nie do końca to do mnie dotarło :)

tu jeszcze w strefie chillout ;) foto: Paweł

gdzieś około 15km foto: Paweł

towarzysz biegu, Jakub - tu kawałek przed połówką, tak biegliśmy razem prawie od początku do ok. 37-38 km foto: Paweł

na 35 - tym km :) foto: Paweł



finisz :) foto: Tata


z fizjo - bratem :) foto: Tata




piątek, 11 października 2013

MARATON - TO JUŻ ZA CHWILĘ...

Przedmaratoński tydzień zleciał równie szybko, jak ostatnie miesiące. Poniedziałek i wtorek były zwariowane, środa już nieco spokojniejsza. W czwartek i piątek starałam się mieć przedstartowy chillout. Jestem objedzona węglowodanami na maksimum. Glikogen kipi ze mnie uszami i oczami. Piję hektolitry wody. Strój startowy jest już prawie gotowy (w tym sensie, że wiem co ubrać). W ramach "relaksu i odstresowania" robię przegląd ajpoda, wywalam osłuchane piosenki i dokładam nowe. Należę do osób, którym muzyka pomaga w biegu. 
Sobotę w zasadzie mam zaplanowaną od rana do wieczora, więc pewnie przeminie zanim się zorientuję :) I nadejdzie niedziela. Godzina "zero" czyli 9:00.
No dobra, denerwuję się. Strach mnie chwilami oblatuje. Po mojej głowie krąży dziesięć tysięcy pytań: czy dam radę tyle przebiec? Czy dam radę utrzymać tempo? Czy nie dopadnie mnie (tfu, tfu) ściana? Czy nie porzygam się żelem? Czy nie odezwie się kontuzja? Jest czego się bać... Ale jednocześnie nie mogę się też doczekać. Widoku rzeszy ludzi. Rydwanów ognia na starcie. Odliczania. Biegu. Atmosfery. Kibiców. Spotkania z ludźmi, których znam tylko z blogosfery i fejsbuka :)
Nie będę podsumowywać mojego okresu przygotowawczego, wolę sobie nie przypominać, ile treningów mi wypadło. Ile dni przerwy zaliczyłam. Ilu podbiegów nie zrobiłam. Ile treningów w drugim zakresie tętna "przeczłapałam". Nie będę oceniać mojej formy, bo tak naprawdę nie wiem jaka ona jest. Nie sprawdziłam jej na połówce w Pile. Mogę sobie jedynie powtarzać, że ładnie wykonałam (prawie) wszystkie długie wybiegania. Było i 28km i 30km, na końcu było moje najszybsze wybieganie w życiu - 25km. Było dużo gimnastyki, rozciągania. Wzmocniłam swoje mięśnie - widzę to chociażby po tym, że ćwiczenie - deskę, które kiedyś wytrzymywałam zaledwie 30 sekund, teraz wytrzymuję półtorej minuty :)
Niestety w trakcie przygotowań byłam też blisko kontuzji i gdyby nie szybka pomoc fizjo - brata oraz fizjo - znajomych, przerwa w bieganiu i rolowanie do upartego, mogłoby być źle. Lewe pasmo biodrowo - piszczelowe, które się zbuntowało, wydaje się być rozluźnione i już nie daje się we znaki. Od dłuższego czasu nie boli podczas rolowania, a na początku ból był nie do zniesienia. Na wszelki wypadek dam sobie jutro to pasmo profilaktycznie okleić. 
Podczas okresu przygotowań, podczas "walki" z przeciążonym pasmem otrzymałam wiele słów wsparcia i otuchy. To bardzo pomagało i w chwilach zwątpienia we własne możliwości, mobilizowało do działania. Dotrwałam do tego momentu, w którym jestem teraz i stanę w niedzielę na starcie. Wierzę, że uda mi się ten cholerny maraton przebiec. 
I chcę poczuć w końcu jak to jest - zostać maratończykiem. Magiczne 42 195. Takie wyzwanie sobie rzuciłam i teraz muszę temu podołać. Bo takie marzenie urodziło się niegdyś w mojej głowie, a w najbliższą niedzielę sobie je spełnię. Kiosku może nie rozpierdolę, jak zwykło się mawiać ;) ale dam z siebie wszystko.




piątek, 4 października 2013

TYDZIEŃ (!!!) PRZED .

Na początku tygodnia byłam zadziwiająco spokojna. Zero stresu (prawie). Jak na mnie to naprawdę nietypowe. Zakiełkował w mojej głowie nowy pomysł - wyzwanie na rok 2014. Nie wiem czy podejmę ten challenge, ale rozmyślanie o tym zajęło moją głowę skutecznie. Przynajmniej (prawie) nie myślałam o maratonie. A on coraz bliżej. Potwór wyłania się zza mgły i zaczyna nabierać realnych kształtów...
Tydzień biegowy zaczęłam we wtorek dość mocnym akcentem (aż za mocnym). Postanowiłam się "zabawić", sprawdzić moje wyczucie tempa i zrobić małe BNP bez patrzenia na Garmina. Udało się? I to jak! Tylko, że przedostatni kilometr szarży w szaleńczym jak na mnie tempie 5:17 odbił się niestety na przywodzicielu lewego uda, który się spiął i dokuczał trochę. Na szczęście, nie odzywa się już pasmo, które staram się tak czy inaczej regularnie rolować.
W czwartek zaliczyłam 12 km w dość zmiennym tempie - zaczęłam wolno, potem trochę szybciej i na koniec znów wolniej. Już starałam się w miarę oszczędzać. 
W niedzielę ostatni dłuższy, czyli dwucyfrowy trening - miało być 15km a wyszło 12,5km bo nie mogłam się wstrzelić w tempo. Chciałam biec wolno, a co chwilę rwałam do przodu, męczyłam się i zwalniałam, po czym znów przyspieszałam, żeby po chwili umierać ze zmęczenia. Technika biegu jakaś nie taka, nogi jakieś takie niezdyscyplinowane, ramiona spięte, ja zgarbiona, jakbym już nie miała siły po długim wybieganiu - tak jakby udzielało mi się już przedstartowe ZNP by Emilia ;) 
Bieganie w ostatnim tygodniu to już będą tylko lekkie podrygi (planuję 2x wolne 5km), więc trzeba będzie odpoczywać i czekać cierpliwie "na". Załapać świeżość w nogach. Ćwiczenia siłowe też planuję odstawić i pozostanę przy samym rozciąganiu.

Powoli zaczynam układać sobie w głowie ostatnie sprawy, takie jak: dieta w ostatnim tygodniu, zaklepanie wolnego w pracy, kiedy wybrać się po pakiet startowy, co ubrać na start (to już prawie wiem) i manicure (kosmetyczka umówiona :P). 

Postanowiłam powstrzymać się od węglowodanów przez poniedziałek, wtorek i środę. Pewnie nie wyeliminuję ich zupełnie, bo oszaleję, ale słodycze, owsianka, makarony, ryże i kasze w tym czasie dla mnie nie istnieją. Za to od czwartku będę bezkarna jeżeli chodzi o węgle :D

Już postanowiłam, że będę biec w tempie na 4:15 - 4:20. Marzy mi się wynik właśnie w tym przedziale czasowym, chociaż moim celem jest przede wszystkim przebiec (w końcu pierwszy raz...). Jedyne co mnie zmartwiło, to wiadomość organizatora o podziale na strefy czasowe. Dlaczego zmartwiło... Otóż wszyscy debiutanci zostali zaliczeni do strefy E, która będzie znajdowała się na samym końcu, za wszystkimi pozostałymi strefami czasowymi. Służby porządkowe mają podobno zwracać uwagę, kto gdzie staje. A ja zdążyłam sobie już poukładać wszystko w głowie - że stanę gdzieś za zającami na 4:15 żeby mieć w zasięgu wzroku baloniki i biec w miarę równym tempem od początku do końca. A teraz wychodzi na to że mam stanąć na samym końcu i potem "gonić" swojego zająca? Bez sensu. Zwłaszcza, że mój garmin nie pokazuje dobrze rzeczywistego czasu biegu i tempo na początku będę musiała wyczuć sama. Rozumiem, że może wielu debiutantów tarasuje drogę szybszym biegaczom, jest niezorientowana i ogólnie sieje zamęt. Jednak wrzucanie wszystkich do jednego worka uważam za kiepski pomysł. Powinna być chociaż możliwość zmiany strefy czasowej na podstawie życiówek z krótszych dystansów. Już bym była bliżej, bo wg czasu z połówki poznańskiej i dychy z Wrześni powinnam biec na 4:22 (wg liczydła). Już zawsze bliżej tego 4:15... 
Ale już nie marudzę. Coś wymyślę, tzn. ogarnę ten temat jakoś ;)