wtorek, 29 października 2013

MOJE MARATOŃSKIE "TOP TEN"

Od maratonu minęły prawie 3 tygodnie, a mam wrażenie jakby to było wieki temu. Gdy jednak usłyszę utwór, który towarzyszył mi na trasie, to wspomnienia szybko wracają :)

Biegam z ajpodem, który ma pojemność 1 GB i staram się często zmieniać jego zawartość. Nie ma nic bardziej irytującego, niż usłyszeć setny raz z rzędu tę samą piosenkę w kiepskim momencie biegu.

Przed maratonem zrobiłam totalny remanent playlisty, żeby nic wkurzającego i oklepanego nie zabrzmiało w moich uszach. Oto co dodawało mi skrzydeł na trasie:

Pink Floyd "One Slip" - moja muzyczna miłość od lat, a ten kawałek jest wyjątkowo energetyczny.



Vangelis "Chariots od Fire" - ten utwór nigdy mi się nie znudzi...


Tina Turner "Simply The Best" - uwielbiam ten utwór, za pozytywną energię, choć to tak naprawdę utwór o miłości. Może myśl o kimś bliskim, podniesie nas na duchu podczas biegu? Z tym utworem w uszach zaczęłam biec maraton :)


David Guetta "Titanium" - usłyszeć na 30. km maratonu "You shoot me down but I won't fall I am titanium" - bezcenne :)



Two Steps From Hell "Heart Of Courage" - kocham wszystkie dźwięki Two Steps From Hell, ale ten utwór jest wyjątkowy.



Korn "Word Up" - nie jestem fanką Korn, ale ten kawałek wyjątkowo mi podchodzi.


M83 "Moonchild" - niech nie zwiedzie Was nudny początek i posłuchajcie do końca. Bajka! Na spokojniejsze treningi jak znalazł. (jak ktoś ma ochotę, to jest jeszcze extended version)


Alan Parsons Project "Turn It Up" - bardzo spokojny utwór, ale rytmiczny. Również w sam raz na wolniejsze treningi. 


The XX "Intro" - nie wiem, czy to nazwa utworu działa na mnie sugestywnie, ale lubię go słuchać na początku biegania. 


Na koniec niezapomniany Michael Jackson "Will You Be There" - ta piosenka mogłaby się dla mnie nie kończyć... 



To oczywiście tylko niektóre utwory spośród tych, które były na mojej maratońskiej playliście. 

Miłego słuchania! A może znajdziecie tutaj coś dla siebie :)

PS. Zaprezentowana playlista nie odzwierciedla w pełni moich muzycznych preferencji ;) 

piątek, 25 października 2013

KRAUL - PODEJŚCIE NR 1

Jak powiedziałam, tak uczyniłam - zapisałam się za zajęcia z instruktorem pływania - K., w celu nauczenia się kraula. Bujałam się z tym przedsięwzięciem tak naprawdę od ładnych paru lat - pomysł pojawił się jeszcze za czasów intensywnego pływania żabką (gdy jeszcze nie biegałam). Zbierałam się do tego kraula, zbierałam, w końcu się zebrałam, dopiero teraz :) (jaką wielką moc ma publiczna deklaracja na blogu!)

Krok 1 - popływamy sobie z deską

K. podał mi deskę i kazał przepłynąć basen z nogami do kraula. Phi, nogi do kraula, takie tam machanie "góra - dół", myśli sobie Marysia. Szybko spokorniałam, gdy trzymając się deski i machając rozpaczliwie tymi nogami, stałam w miejscu lub (!!!) cofałam się. Więc zaczęłam gwałtowniej odpychać się nogami, jak przy żabce.

Krok 2 - nogi...

K. bierze mnie na brzeg i pokazuje jak tymi nogami ruszać. Kraul to nie żabka, trzeba delikatnie, bez wielkiego odpychania jak przy żabce. Próbuję jeszcze raz, ale nie jest to takie łatwe, bo ja cały czas stoję w miejscu. (Oczywiście jestem tak zła, że pod wodą lecą przekleństwa). K. zwraca uwagę na kolejny błąd - mam złą postawę ciała. Niestety nie panuję nad nim.

Krok 3 - regres

K. stwierdza, że musi wejść ze mną do wody, bez tego się nie obejdzie. Schodzimy - uwaga - do brodzika... (bosze, brodzik, jaka porażka). Tam zaczyna się praca nade mną, niemalże od podstaw. Ćwiczymy strzałki, już trochę lepiej wychodzą mi nogi (przesuwam się). Mam podobno typowe nawyki żabkarki, co nie jest dziwne, skoro całe życie nie pływałam niczym innym jak żabką. Podobno łatwiej idzie uczyć dzieci, które nie pływały wcale, niż kobietę w pewnym wieku, która już zdążyła sobie wyrobić nawyki. (tak mi oczywiście wprost K. nie powiedział, drugą część zdania dopisałam sobie sama)

Krok 4 - zaskoczenie

K. postanawia włączyć ręce. Mam płynąć z deską z jedną ręką do kraula. Udaje się. K. zabiera deskę i mówi, żebym pokazała kraula, takiego jakiego potrafię. "Jesteś pewien, że tego chcesz?" "Mam nadzieję, że się nie utopię." Dopsz, no to odbijam się od brzegu i - ku własnemu zaskoczeniu - płynę !!! Przepłynęłam kawałek i sama w to nie wierzyłam, że mi się udało. Nie jest ze mną tak źle, podobno ręce jako tako, oddech też. 

Krok 5 - praca, praca...

Pracujemy dalej nad nogami, czasami dokładam ręce. Jest żmudnie, efektów powalających póki co nie ma, ale zaczyna mi się to podobać. Zajęcia się kończą, a ja nie mogę się doczekać następnych!

PS. Już ja Ci, Ty kraulu, pokażę !!!

wtorek, 22 października 2013

III SAMSUNG PÓŁMARATON. (TYM RAZEM) W ROLI KIBICA.

Cieszę się, że w moim rodzinnym mieście - Szamotułach, organizowany jest półmaraton. Nie tylko dlatego, że jestem biegaczem, ale również dlatego, że jest to jedna z nielicznych okazji, gdy do Szamotuł przyjeżdża sporo ludzi i nazwa miasta przewija się w mediach. Nie jestem szczególnie zakochana w moim mieście (tak, przyznaję to otwarcie), ale zależy mi na tym, aby się rozwijało, a takie imprezy temu służą, zwłaszcza pod kątem promocji. Sam poziom imprezy musi być dobry, jeżeli biegacze chcą tu przyjeżdżać, a patrząc na rosnącą z roku na rok liczbę uczestników - chcą.
Gdy 2 lata temu odbywała się pierwsza edycja biegu, obserwowałam wydarzenie w roli kibica, który sobie rekreacyjnie od kilku miesięcy truchtał, i przetruchtał niedawno swoje pierwsze 10 km. Oczywiście, patrzyłam wówczas na startujących ludzi z podziwem, na widok niektórych dostawałam gęsiej skórki, widząc ich w krótkich spodenkach. Było wtedy strasznie zimno, a ja jeszcze nie wiedziałam, że startowanie w zawodach tak "rozgrzewa". Wtedy narodziła się pierwsza myśl, żeby przebiec półmaraton. Obiecałam sobie, że za rok tu biegnę choćby nie wiem co. Nieważne na jaki czas, po prostu chciałam przebiec te 21.1 km i to na swoim podwórku.
Jak postanowiłam, tak uczyniłam i dokładnie rok później stanęłam na starcie II Samsung Półmaratonu, którego chyba wszyscy będą kojarzyć z wszechobecną na trasie mgłą. 

Kibicowali mi rodzice, mama strasznie się o mnie bała (o dziwo wtedy bardziej niż przed maratonem :)). Pobiegłam pierwszą część bardzo wolno, w drugiej przyspieszyłam i dotarłam na metę z czasem 2:12:27. Wtedy bardzo mnie ten wynik cieszył, teraz z perspektywy czasu uważam, że po prostu opierdalałam się na trasie. Mogłam spokojnie 5-7 minut z tego wyniku urwać, bo biegłam bardzo zachowawczo. Na mecie w ogóle nie czułam zmęczenia. Przemknęła mi wtedy pierwszy raz myśl, że jakiś taki łatwy ten półmaraton, mogłabym spokojnie jeszcze biec i biec... Takie myśli wiadomo czym grożą po roku :)
Potem myśli o maratonie wracały do mnie notorycznie - żeby tak spróbować, chociaż raz w życiu. Poznański półmaraton w kwietniu potraktowałam jako  próbę - czy dam radę ogarnąć się ze startem o wczesnej godzinie 9:00, biorąc pod uwagę czas na dojazd, czy nie wykończą mnie poznańskie podbiegi, przy których Szamotuły to patelnia. Udało się, choć nie spodziewałam się po sobie, że aż tak. Po złamaniu dwóch godzin w półmaratonie byłam pewna że cel jest jeden - maraton w październiku. Jaki był efekt - wiecie :) I na tym jednym razie na pewno się nie skończy.
A tydzień po maratonie w moim mieście rozegrał się III Samsung Półmaraton. Pogoda na bieg była idealna - jesień w najpiękniejszym wydaniu. Choć serce się wyrywało, nogi chciały biec, to postanowiłam podejść do sprawy z rozsądkiem i nie pobiegłam. Tak naprawdę stojąc i kibicując, miałam gulę w gardle, dlaczego mnie tam nie ma po drugiej strony taśmy. Przecież mnie nic nie boli, po maratonie ogarnęłam się wyjątkowo szybko. Jednak tłumaczyłam sobie, że po co kusić itbs i kolana, a jak znowu wszystko zacznie boleć? Znając siebie, to nie umiałabym już pobiec rekreacyjnie, tylko naparzałabym, ile fabryka daje. Lepiej jak się wszystko porządnie zregeneruje, bo mam pewne plany na przyszłość. Zdrowe i silne nogi się przydadzą (i nie tylko nogi). Więc mimo chwilowej zazdrości tym, co na trasie, tego, że są na trasie, to cieszę się, że byłam taka zdroworozsądkowa. No i przynajmniej raz w życiu oglądałam finisz zwycięzców! A oni tak ładnie biegli :) 
Szkoda jedynie, że okolica mety taka szpetna :)

A półmaraton w Szamotułach zawsze będzie dla mnie wyjątkowym, niezależnie czy biegnę w nim czy nie - bo to od niego się wszystko zaczęło.

niedziela, 20 października 2013

BARDZO ŁATWE (... I DOBRE) CIASTO DYNIOWE

Sezon dyniowy trwa w najlepsze, zupę z dyni zna chyba niemal każdy, a ja ostatnio postanowiłam wypróbować łatwy przepis na ciasto dyniowe. Zaczerpnęłam go ze strony zwegowani.pl, a dokładnie stąd. To był mój pierwszy w życiu wypiek z dynią.

Potrzebujemy:
2 szklanki drobno startej i odsączonej dyni
2 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru (dałam brązowego)
3 jaja
16 g cukru waniliowego (nie dałam)
5 łyżeczek cynamonu
łyżeczka sody oczyszczonej
3/4 szklanki oleju
opcjonalnie: garść pokrojowych orzechów włoskich

Jaja ubijamy z cukrem. Dodajemy mąkę, sodę oczyszczoną, cynamon i olej, po czym miksujemy na wolnych obrotach. Dodajemy dynię i ewentualne orzechy, miksujemy lub mieszamy łyżką, aż do połączenia dyni z ciastem. Ciasto przekładamy na blachę (najlepiej keksówkę) posmarowaną masłem i obsypaną bułką tartą. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 40-50 minut (do tzw. suchego patyczka). 

Uwaga: z komentarzy na oryginalnej stronie przepisu wynika, że wielu osobom wyszedł zakalec. Jeżeli obawiacie się zakalca, dodajcie płaską łyżeczkę proszku do pieczenia. Ja piekłam bez proszku, ciasto bardzo ładnie wyrosło i wyszło puszyste, bez śladu zakalca. A orłem jeżeli chodzi o pieczenie nie jestem ;)



Odkryłam ostatnio również przepis na bardzo dobre ciasto z marchewką, równie łatwe i podobne w smaku, ale o nim wkrótce :) Tymczasem idę kibicować biegnącym w III Samsung Półmaratonie w Szamotułach!

sobota, 19 października 2013

(ROZ)TRENOWANIE

Moje pomaratońskie zakwasy minęły ku mojemu zaskoczeniu szybko, o dziwo w środę już nie było po nich śladu. Nie sądziłam, że tak prędko się z tego wykaraskam, zwłaszcza, że mój organizm pierwszy raz dostał taki łomot, jakim jest maraton. Poza tym niewiele się u mnie działo od tego czasu, miałam totalny luz: wrzuciłam w siebie dobrych parędziesiąt tysięcy kalorii, w tym kilka czekolad i wypiłam dobry litr wina. Jeżeli chodzi o sport, to zrobiłam kilka desek, pompek i 2km... wpław. Nie biegałam. 

A co zamierzam dalej... Przede wszystkim nie jeść już tyle czekolady i nie pić tyle wina. Poza tym dać nogom odpocząć. Odpoczynek należy im się zdecydowanie, bo wykonały kawał ciężkiej roboty. Dopominały się o przerwę już wcześniej, teraz po maratonie w końcu muszę ich posłuchać.
Jeżeli chodzi o bieganie, to zaplanowałam lekki roztrucht na początek przyszłego tygodnia. Do końca listopada narzuciłam sobie "zakaz" biegania czegokolwiek powyżej 12km i do końca grudnia czegokolwiek powyżej 15km. Zdecydowanie chcę odpocząć od długich dystansów. Jednocześnie chciałabym popracować nad prędkością i na tym do końca tego roku kalendarzowego będę się skupiać. Chciałabym w końcu "pobawić się" w przebieżki, może tysiączki w tempie na dychę lub coś w tym rodzaju. Tak chociaż spróbować... Długie wybiegania włączę w grafik z początkiem przyszłego roku, z myślą o półmaratonie. Moim pierwszym celem na wiosnę przyszłego roku będzie nowa życiówka właśnie na tym dystansie. 

Poza bieganiem będzie pływanie. Dużo pływania. Tak postanowiłam już pewien czas temu, że przeproszę się z pływalnią i tak uczyniłam. Byłam już nawet popływać, z zamiarem delikatnego rozruszania mięśni po maratonie. (Ekhm...) Gdy weszłam do wody, to jakbym wpadła w swój żywioł. Poszło od razu 2 km. Szkoda tylko, że klasykiem. Nie takim złym, ale jednak klasykiem. Jest jednak ambitny plan, abym się nauczyła kraula. Namiary na potencjalnych instruktorów już zdobyłam, wystarczy "tylko" zadzwonić i się umówić. A potem "tylko" się uczyć. (trzymajcie kciuki, abym nie utonęła...)

Poza bieganiem i pływaniem będzie dużo ćwiczeń. Bardzo dużo ćwiczeń. Planuję ćwiczyć w domu, bo za "klimatem" siłowni i przerzucaniem żelastwa nie przepadam. Skupić się chcę przede wszystkim na stabilizacji - dojść do co najmniej 2 minut w pozycji deski. Wzmocnić brzuch i grzbiet, no i te nieszczęsne poślady. Poza tym będą ćwiczenia z beretem i przysiady z piłką. Może dojdę w końcu do krasusowego krzesełka :) No i będę robić pompki, bo górne partie ciała nie mogą zostać dłużne. Będzie więc co robić, mam nadzieję, że znajdę na wszystko czas. :)

Jeżeli chodzi o udział w zawodach, to do końca roku zamierzam wystartować tylko raz, w Lubońskim Biegu Niepodległości na 10km. Cel na ten bieg jest taki, żeby pobiec ładnie, a jeżeli przy okazji przydarzy się nowa życiówka, to nie pogardzę oczywiście. 

poniedziałek, 14 października 2013

14. POZNAŃ MARATON. O TYM, JAK ZOSTAŁAM MARATOŃCZYKIEM :)

13 października 2013. Och, jak ja się bałam tego dnia! A jednocześnie nie mogłam się doczekać... Czekałam na ten maraton wiele miesięcy, przygotowując się nań lepiej lub gorzej. Bywało też tak, że żegnałam się z nim w myślach, bo byłam pewna że nie uda mi się przygotować i pobiec... Tak, były takie momenty. Jednak nadzieja, że się uda, gdzieś we mnie głęboko się tliła i dopóki była szansa, nie odpuściłam sobie... Biegałam niejednokrotnie z bólem, zaciskając zęby, potem znosiłam bolesne masaże i rolowanie, wszystko po to, aby spełnić marzenie o maratonie. Udane 25 - kilometrowe wybiegane w tempie (jak się okazało) nieco wyższym niż maratońskie dało mi pewność, że wystartuję. I w końcu nadszedł Ten Dzień.
Na start dotarliśmy na około godzinę wcześniej. Paweł, który mi tego dnia towarzyszył, postanowił wziąć rower i towarzyszyć mi chociaż na części trasy. Umówiliśmy się, że poda mi żel (mój ulubiony o smaku bobofruta) na 18. i 28. km. Jeden żel do zjedzenia na 9. km miałam przy sobie schowany w takimjednymmiejscu
Na starcie początkowo stanęłam w tzw. strefie chillout. Potem, gdy wszyscy zaczęli się mieszać, zaczęłam się przesuwać do przodu, rozglądając za zającami na 4:15. Nagle zorientowałam się, że widzę koło siebie baloniki na 4:00. Powiedziałam sobie: "nie tym razem" i cofnęłam się. Ostatecznie ustawiłam się kawałek za balonikami na 4:15. W końcu usłyszałam huk i... Conquest Of Paradise. Też lubię, ale gdy biegam, wolę jednak Rydwany Ognia. 
Powoli ruszyłam z tłumem. W okołostartowym zamieszaniu straciłam niestety z oczu baloniki pacemakerów. Byłam więc zdana wyłącznie na siebie i garmina. Kilometry mijały dość szybko. Kilka razy złapałam się na tym, że biegnę szybciej niż zakładałam. Próbowałam zwolnić, ale nogi mnie niosły. Rytm biegu złapałam po 10. km i do połówki biegło mi się bardzo fajnie. 
Nie licząc fragmentów trasy wiodących przez las, cały czas towarzyszyli nam kibice. Dzieciaki wystawiały ręce po "piątki", gdzie mogłam, to przybijałam. Na 22. km rozpoznałam kibicującego kgb :) 
Kawałek dalej stała moja koleżanka Emilia, od której dostałam zjebkę, że miałam mieć czerwoną koszulkę :) Słuszna zjebka, bo mówiłam wcześniej, że koszulka będzie czerwona z długim rękawem. Jednak na krótko przed pójściem spać, przypięłam numer startowy na inną koszulkę z krótkim rękawem i nie żałowałam tej decyzji, bo było ciepło (mimo zachmurzenia i mżawki). Przybiłyśmy sobie piątaka z Emi i pobiegłam dalej. 
Koło 25km zaczął boleć mnie... tyłek. Tak, wspominałam już pewnie kiedyś, że mam słabe mięśnie pośladkowe. Kolejny raz się o tym boleśnie przekonałam. Później zaczęło pojawiać się zmęczenie. Odchciewało mi się biec jednym słowem, a tu jeszcze nie dobiłam do 30. km. Na 28. km poczułam, że bolą mnie mięśnie czworogłowe i było mi trudno utrzymać tempo... Gdy zobaczyłam Pawła z żelem, powiedziałam mu, że jest ciężko i żeby podjechał z jeszcze jednym zapasowym żelem na 34. km. 
Do 32. km walczyłam ze sobą, żeby biec zakładanym tempem. Bolało mnie i nie wiedziałam: czy zwolnić "bo ściana itp", czy biec dalej, z nadzieją, że kryzys minie. Stwierdziłam, że jak zwolnię, to wcale nie przestanie mnie boleć, a będę tylko dłużej biegła, więc z dwojga złego wybrałam trzymanie się tempa. Jak się potem okazało, dobrze wybrałam... 
Na 33. km na Śródce kibice utworzyli fantastyczny szpaler, a wśród nich stali i kibicowali rodzice Pawła. Potem zaczął się lekki zbieg i tam już zupełnie wróciły mi siły. Czułam, że dam radę dobiec do końca, choć wiedziałam, że czeka mnie jeszcze podbieg na Serbskiej. Na 35. km pojawił się Paweł z żelem. Wtedy mu powiedziałam, że boli, ale dam radę i żeby jechał już na metę (jak się później okazało, to nie było takie proste :) ). 
W końcu 36. km i początek... rzeźni. Podbieg był długi, nie miał końca, dawał w kość niesamowicie. Wiele osób przechodziło w marsz i w zasadzie od tamtego momentu trasy mijałam wielu idących ludzi. Zwolniłam znacznie na tym podbiegu (najwolniejszy kilometr trasy), ale nie przestałam biec, choć mocno bolało. Kibice dopingowali niesamowicie, krzyczeli "to już prawie koniec podbiegu!". Widziałam transparent z napisem: "ból to tylko złudzenie". I tak go próbowałam traktować. To nic, że boli. Choćby nie wiem co, wiedziałam, że dobiegnę do tej cholernej mety. Tylko, że te ostatnie kilometry były zdecydowanie najdłuższe... 
W okolicach 39. km usłyszałam kolejny fantastyczny doping - to były Magda i Zosia z kobiety biegają. Gdy zobaczyłam oznaczenie 40. km, z trudem opanowałam wzruszenie. Jeszcze "tylko 2km" i te cholerne 195m, na których wypadałoby wykonać chociaż trochę ładny finisz... 
Za oznaczeniem 41. km nie wiem, co było gorsze: kostka brukowa, czy podbieg. Chyba jednak kostka. To już był ten etap, że wkurzało mnie wszystko: nierówny asfalt, tory tramwajowe. Paskudny był ten bruk, mokry, nierówny i wyślizgany. Nie zwolniłam, bo chciałam mieć to jak najszybciej za sobą, poza tym meta była blisko. 
Po chwili ujrzałam w oddali Targi i zdałam sobie sprawę, że właśnie kończy się pierwszy maraton w moim życiu. Jako, że to była już końcówka, dopingujących i krzyczących ludzi było naprawdę sporo. Kilka razy usłyszałam swoje imię. Nie wiem, skąd miałam siły na finisz. Wpadłam na metę, gdy zegar pokazywał czas 4:21 z sekundami brutto. 
Wszystko mnie bolało i problemem nr 1 okazało się wyplątanie chipa ze sznurówek. Potem szukałam Pawła, ledwo chodząc. Wiedziałam, że miał być także mój Tata, jednak nikogo nie mogłam znaleźć. Już chciałam się poddać, gdzieś po prostu usiąść i w samotności oswajać się z bólem, nagle usłyszałam "Marysiaaa!!! Chodźcie, jeeest!!!". Tata wypatrzył mnie w tłumie. Jak go zobaczyłam, to się popłakałam jak dziecko. Fizjo - brat na szybko rozmasował mi czworogłowe. Okazało się, że Pawłowi powrót rowerem na metę zajął więcej czasu niż mi dokończenie maratonu :) i nie zdążył dotrzeć na mój finisz... 
Tak więc, zostałam maratończykiem. Przebiegłam maraton w czasie netto 4:17:52. Uważam ten wynik za dobry, zwłaszcza, że nie byłam przygotowana na 100%. Cieszę się, że postanowiłam pobiec na najszybszy zakładany czas, bo "prawie" się to udało. Nie dopadła mnie "ściana", nie miałam żadnych skurczów mięśni, bólu stawów, problemów żołądkowych. Po prostu "tylko" bolało :)
Teraz po wszystkim wiem, co to znaczy przebiec maraton, wiem, co to znaczy ból i wiem jeszcze bardziej, co to znaczy biegać głową. Bo biegłam głową praktycznie od 28. km. :) Wiem już także, co oznacza ból po maratonie. Wprawdzie mogę normalnie chodzić (nawet po schodach!), jednak nogi nie pozwalają mi zbyt szybko wstawać. Również jak siadam, muszę się najpierw podeprzeć rękoma. Wygląda to dość komicznie i sama się z siebie śmieję, zwłaszcza gdy siadam w "pewnym" miejscu :) 
Ale uwaga, teraz najważniejsze: chciałam bardzo, ale to baaardzo podziękować Wszystkim, za słowa wparcia i otuchy, za życzenia powodzenia i trzymanie kciuków. Świadomość, że tyle osób trzyma za mnie kciuki, bardzo mobilizowała mnie na trasie maratonu. Mobilizowała mnie również w trakcie treningów, bo jak pisałam - naprawdę przez moment byłam pewna, że się nie uda. Ale udało się... I jeszcze chyba nie do końca to do mnie dotarło :)

tu jeszcze w strefie chillout ;) foto: Paweł

gdzieś około 15km foto: Paweł

towarzysz biegu, Jakub - tu kawałek przed połówką, tak biegliśmy razem prawie od początku do ok. 37-38 km foto: Paweł

na 35 - tym km :) foto: Paweł



finisz :) foto: Tata


z fizjo - bratem :) foto: Tata




piątek, 11 października 2013

MARATON - TO JUŻ ZA CHWILĘ...

Przedmaratoński tydzień zleciał równie szybko, jak ostatnie miesiące. Poniedziałek i wtorek były zwariowane, środa już nieco spokojniejsza. W czwartek i piątek starałam się mieć przedstartowy chillout. Jestem objedzona węglowodanami na maksimum. Glikogen kipi ze mnie uszami i oczami. Piję hektolitry wody. Strój startowy jest już prawie gotowy (w tym sensie, że wiem co ubrać). W ramach "relaksu i odstresowania" robię przegląd ajpoda, wywalam osłuchane piosenki i dokładam nowe. Należę do osób, którym muzyka pomaga w biegu. 
Sobotę w zasadzie mam zaplanowaną od rana do wieczora, więc pewnie przeminie zanim się zorientuję :) I nadejdzie niedziela. Godzina "zero" czyli 9:00.
No dobra, denerwuję się. Strach mnie chwilami oblatuje. Po mojej głowie krąży dziesięć tysięcy pytań: czy dam radę tyle przebiec? Czy dam radę utrzymać tempo? Czy nie dopadnie mnie (tfu, tfu) ściana? Czy nie porzygam się żelem? Czy nie odezwie się kontuzja? Jest czego się bać... Ale jednocześnie nie mogę się też doczekać. Widoku rzeszy ludzi. Rydwanów ognia na starcie. Odliczania. Biegu. Atmosfery. Kibiców. Spotkania z ludźmi, których znam tylko z blogosfery i fejsbuka :)
Nie będę podsumowywać mojego okresu przygotowawczego, wolę sobie nie przypominać, ile treningów mi wypadło. Ile dni przerwy zaliczyłam. Ilu podbiegów nie zrobiłam. Ile treningów w drugim zakresie tętna "przeczłapałam". Nie będę oceniać mojej formy, bo tak naprawdę nie wiem jaka ona jest. Nie sprawdziłam jej na połówce w Pile. Mogę sobie jedynie powtarzać, że ładnie wykonałam (prawie) wszystkie długie wybiegania. Było i 28km i 30km, na końcu było moje najszybsze wybieganie w życiu - 25km. Było dużo gimnastyki, rozciągania. Wzmocniłam swoje mięśnie - widzę to chociażby po tym, że ćwiczenie - deskę, które kiedyś wytrzymywałam zaledwie 30 sekund, teraz wytrzymuję półtorej minuty :)
Niestety w trakcie przygotowań byłam też blisko kontuzji i gdyby nie szybka pomoc fizjo - brata oraz fizjo - znajomych, przerwa w bieganiu i rolowanie do upartego, mogłoby być źle. Lewe pasmo biodrowo - piszczelowe, które się zbuntowało, wydaje się być rozluźnione i już nie daje się we znaki. Od dłuższego czasu nie boli podczas rolowania, a na początku ból był nie do zniesienia. Na wszelki wypadek dam sobie jutro to pasmo profilaktycznie okleić. 
Podczas okresu przygotowań, podczas "walki" z przeciążonym pasmem otrzymałam wiele słów wsparcia i otuchy. To bardzo pomagało i w chwilach zwątpienia we własne możliwości, mobilizowało do działania. Dotrwałam do tego momentu, w którym jestem teraz i stanę w niedzielę na starcie. Wierzę, że uda mi się ten cholerny maraton przebiec. 
I chcę poczuć w końcu jak to jest - zostać maratończykiem. Magiczne 42 195. Takie wyzwanie sobie rzuciłam i teraz muszę temu podołać. Bo takie marzenie urodziło się niegdyś w mojej głowie, a w najbliższą niedzielę sobie je spełnię. Kiosku może nie rozpierdolę, jak zwykło się mawiać ;) ale dam z siebie wszystko.




piątek, 4 października 2013

TYDZIEŃ (!!!) PRZED .

Na początku tygodnia byłam zadziwiająco spokojna. Zero stresu (prawie). Jak na mnie to naprawdę nietypowe. Zakiełkował w mojej głowie nowy pomysł - wyzwanie na rok 2014. Nie wiem czy podejmę ten challenge, ale rozmyślanie o tym zajęło moją głowę skutecznie. Przynajmniej (prawie) nie myślałam o maratonie. A on coraz bliżej. Potwór wyłania się zza mgły i zaczyna nabierać realnych kształtów...
Tydzień biegowy zaczęłam we wtorek dość mocnym akcentem (aż za mocnym). Postanowiłam się "zabawić", sprawdzić moje wyczucie tempa i zrobić małe BNP bez patrzenia na Garmina. Udało się? I to jak! Tylko, że przedostatni kilometr szarży w szaleńczym jak na mnie tempie 5:17 odbił się niestety na przywodzicielu lewego uda, który się spiął i dokuczał trochę. Na szczęście, nie odzywa się już pasmo, które staram się tak czy inaczej regularnie rolować.
W czwartek zaliczyłam 12 km w dość zmiennym tempie - zaczęłam wolno, potem trochę szybciej i na koniec znów wolniej. Już starałam się w miarę oszczędzać. 
W niedzielę ostatni dłuższy, czyli dwucyfrowy trening - miało być 15km a wyszło 12,5km bo nie mogłam się wstrzelić w tempo. Chciałam biec wolno, a co chwilę rwałam do przodu, męczyłam się i zwalniałam, po czym znów przyspieszałam, żeby po chwili umierać ze zmęczenia. Technika biegu jakaś nie taka, nogi jakieś takie niezdyscyplinowane, ramiona spięte, ja zgarbiona, jakbym już nie miała siły po długim wybieganiu - tak jakby udzielało mi się już przedstartowe ZNP by Emilia ;) 
Bieganie w ostatnim tygodniu to już będą tylko lekkie podrygi (planuję 2x wolne 5km), więc trzeba będzie odpoczywać i czekać cierpliwie "na". Załapać świeżość w nogach. Ćwiczenia siłowe też planuję odstawić i pozostanę przy samym rozciąganiu.

Powoli zaczynam układać sobie w głowie ostatnie sprawy, takie jak: dieta w ostatnim tygodniu, zaklepanie wolnego w pracy, kiedy wybrać się po pakiet startowy, co ubrać na start (to już prawie wiem) i manicure (kosmetyczka umówiona :P). 

Postanowiłam powstrzymać się od węglowodanów przez poniedziałek, wtorek i środę. Pewnie nie wyeliminuję ich zupełnie, bo oszaleję, ale słodycze, owsianka, makarony, ryże i kasze w tym czasie dla mnie nie istnieją. Za to od czwartku będę bezkarna jeżeli chodzi o węgle :D

Już postanowiłam, że będę biec w tempie na 4:15 - 4:20. Marzy mi się wynik właśnie w tym przedziale czasowym, chociaż moim celem jest przede wszystkim przebiec (w końcu pierwszy raz...). Jedyne co mnie zmartwiło, to wiadomość organizatora o podziale na strefy czasowe. Dlaczego zmartwiło... Otóż wszyscy debiutanci zostali zaliczeni do strefy E, która będzie znajdowała się na samym końcu, za wszystkimi pozostałymi strefami czasowymi. Służby porządkowe mają podobno zwracać uwagę, kto gdzie staje. A ja zdążyłam sobie już poukładać wszystko w głowie - że stanę gdzieś za zającami na 4:15 żeby mieć w zasięgu wzroku baloniki i biec w miarę równym tempem od początku do końca. A teraz wychodzi na to że mam stanąć na samym końcu i potem "gonić" swojego zająca? Bez sensu. Zwłaszcza, że mój garmin nie pokazuje dobrze rzeczywistego czasu biegu i tempo na początku będę musiała wyczuć sama. Rozumiem, że może wielu debiutantów tarasuje drogę szybszym biegaczom, jest niezorientowana i ogólnie sieje zamęt. Jednak wrzucanie wszystkich do jednego worka uważam za kiepski pomysł. Powinna być chociaż możliwość zmiany strefy czasowej na podstawie życiówek z krótszych dystansów. Już bym była bliżej, bo wg czasu z połówki poznańskiej i dychy z Wrześni powinnam biec na 4:22 (wg liczydła). Już zawsze bliżej tego 4:15... 
Ale już nie marudzę. Coś wymyślę, tzn. ogarnę ten temat jakoś ;)