niedziela, 15 lipca 2018

Triathlon Pniewy. Ucieczka, pogoń, ucieczka.

Mimo zajechanych nóg po Karko i niedociągnięć przygotowawczych bardzo mi się chciało tego trajlonu. Tej napinki, koncentracji, dla takiego roztrzepańca jak ja pamiętanie o wszystkim w strefach zmian to wyzwanie! I ta logistyka z odpowiednim rozłożeniem sił, i ta niewiadoma na co mnie stać. Która dyscyplina okaże się moją najlepszą stroną. Czy nie popierdzielę czegoś znów w nawigowaniu i nie odpłynę gdzieś na środek jeziora. Czy uda mi się złapać w końcu jakieś koło na rowerze i pojechać z przyzwoitą prędkością (w Pniewach dozwolony jest drafting). Czy uda mi się pobiec w trópa i nie umrzeć ;) Takie oto rozkminki przestartowe. Dodatkowo przyprawione odrobiną złości na siebie, bo trzeba było sobie te nogi zajeżdżać tydzień wcześniej w Karko? Odpowiedź jednak brzmiała jednoznacznie, trzeba było. Nie sposób być w górach i po nich nie biegać. No nie da się. Kolejnym razem po prostu nie zaplanujemy weekendu w górach na tydzień przed startem, jednak w tym roku nasza 1. rocznica ślubu jakoś nie chciała wypaść inaczej ;)
Więc z obolałą dupą i czworogłowymi znalazłam się w Pniewach, a razem ze mną był Łuki, który tydzień wcześniej przebiegł ponad 50km po górach, ale jego jak wiadomo takie rzeczy nie ruszają. Był też Witek, który tydzień wcześniej przepłynął 14km w oceanie! Więc rozgrzewkę pływacką miał jakby zaliczoną ;)

Witek, Łuki, ja. Fot. Robert Poczekaj
Skłamałabym pisząc, że nie sprawdziłam listy startowej dystansu olimpijskiego, a dokładnie jego kobiecej części, która zbyt liczebna nie była - 9 zapisanych kobiet. Gdzieś tam w głowie ustawiłam sobie cel, żeby się znaleźć w kobiecej pierwszej trójce. Taka szansa może się prędko nie powtórzyć. Poza tym tyle lat mniej lub bardziej się kręcę wokół trajlonu... Wypadałoby. Więc choćby nogi płakały z bólu, ciśnij, ile wlezie, łap się jakiegoś koła, nie grzeb się w strefach zmian, biegnij po prostu swoje, a będzie dobrze. I było! Choć chwilami bolało.


SWIM
O tym jaką pływanie było dla mnie niewiadomą, pisałam w ostatnim poście. Serio nie miałam pojęcia jak popłynę. Jako tako zaczęły mi wychodzić ostatnie treningi w basenie, za to pływanie w jeziorze szło na treningach po prostu wolno i źle. Marzyło mi się napływać cokolwiek poniżej 30 minut. W Pniewach dodatkową atrakcją pływania jest to, że na dystansie olimpijskim po 750m wychodzi się z wody i startuje jeszcze raz na drugą pętlę. Trochę to wybija człowieka z rytmu. 
Pełna zwątpienia w moje pływackie umiejętności ustawiłam się do startu z całą rzeszą zielonych (olimpijka) i fioletowych (sprint) czepków. Sygnał - zegarek odpalony - no to jedziesz Mari! Płyń, jedź, biegnij po swoje! Mimo wszelkich bolączek i niedociągnięć bardzo pozytywnie byłam nastawiona na ten start. Początek pierwszej pętli zaczął się nieco burzliwie, solidna pralka na samym początku i zachłyśnięcie, z którym udało mi się w miarę szybko uporać. Potem złapałam rytm i trzymałam do końca pętli. Wyjście i ponowne wejście do wody ogarnęłam dość sprawnie, a druga pętla to już w ogóle bajka, bo sprinterzy skończyli swoje pływanie, a stawka olimpijczyków zdecydowanie się rozciągnęła. W wodzie był luz, pogoda ułatwiała widoczność, także nawigowanie nie sprawiało problemu, ale co najważniejsze, pierwszy raz w tym sezonie dobrze płynęło mi się w jeziorze! Czułam, że jest dobrze i potwierdziło się to, gdy przy wyjściu z wody na zegarku dopatrzyłam się '2' na początku. Już kierowałam się w stronę strefy, gdy nagle zatrzymał mnie  sędzia i zapytał, czy ja już płynęłam drugą pętlę (?!). Lekko zbita z rytmu odpowiedziałam, że tak, na co sędzia powiedział 'proszę' i pokazał gestem, że mogę biec do T1. Z niemałym zdziwieniem na twarzy i narastającym wkurzeniem wbiegłam do strefy.

T1
Ściągałam piankę, a że moją piankę ściąga się po prostu ciężko (nie chcą nogawki skubanej przejść przez moje kostki), to zajęło mi to czasu sporo i miałam okazję się rozejrzeć po strefie. Rozglądałam się z rosnącym zdziwieniem na twarzy, bo nie widziałam żadnej dziewczyny. Wtedy pojawiła się ta myśl, że mogę być tu, kurde, pierwsza, i trochę się przeraziłam. Bo czułam, że czeka mnie teraz ucieczka. Na rowerze...

BIKE

Zaczęło się i od początku bolało. Jechaliśmy po agrafce i w pierwszą stronę wiało obrzydliwie. W ryj. Na początek jazdy miałam ustawiony mały blat z przodu i najchętniej bym przy nim została. Byle podjazd potęgował ból nóg. Czułam, że bolą czwórki, w okolicach 8. km dołączył tyłek i dwugłowe. Nic nie byłam w stanie zrobić. Totalna niemoc. Po chwili dogoniła mnie ta druga. Chwilę jechałyśmy razem, jednak odjechała. Zdecydowanie radziła sobie lepiej niż ja. A ja odetchnęłam z ulgą. Już nie muszę uciekać. Mogę co najwyżej, hehe, gonić, gdyby tylko było z czego! Masz za te góry, biegać Ci się po nich zachciało! Na tydzień przed tri! Gópia, gópia, gópia! Ależ zła byłam na siebie. I może ta złość spowodowała, że chociaż kadencję wysoką trzymałam. Będę mielić jak w kołowrotku, może uda się ten ból jakoś rozjechać. Żeby na bieg nogi gotowe były. Bo na rowerze już wiedziałam, że muszę po prostu przetrwać. Nie kopać się z koniem, bo dziś nie mam z nim szans. Rozegraj to mądrze, co z tego że cię dziewczyny doganiają. Nie denerwuj się, że już bardzo blisko na agrafkach widzisz tę trzecią i zaraz czwartą. Pamiętaj, że masz jeszcze bieganie. O tym bieganiu powtarzałam sobie bardzo, bardzo mocno w głowie, gdy wyprzedziła mnie po chwili ta czwarta. Próbowała też ta trzecia, ale jakoś się pozbierałam do kupy, uczepiłam się na kole dwójce zawodników. Trzecie miejsce udało się dowieźć do T2.

T2
Gdy wbiegałam z rowerem do strefy słyszałam w locie głos spikera, swoje nazwisko, że trzecia kobieta na dystansie olimpijskim, że zaraz za nią jest czwarta, i że może być ciekawa walka o podium na etapie biegowym. Ależ się spięłam! Zanim pomyślałam, rower sprawnie jak nigdy odwiesiłam na wieszak, kask zdjęty, buty zmienione, czapki na łeb nie szukałam, nie było czasu, trzeba było uciekać, trudno, będę straszyć swoim mokrym i stłamszonym przez kask mopem. Albo walczysz, albo wyglądasz. Jakoś tak z automatu wybrałam to pierwsze :)

RUN
Ponoć triathlon wygrywa się bieganiem... Ten bieg zaczął się dla mnie ciężko. Złapałam mocną zadyszkę, nie mogłam się zalogować, patrzyłam na zegarek i sobie myślałam, że jak tak ma wyglądać bieganie po 4:40 to ja się poddaję. Zaczęłam ten etap od zgonu. Odrzucało mnie na myśl o wypiciu izo, ale jak zobaczyłam punkt odżyczy na samym początku to bez zastanowienia wlałam w siebie kubek, a drugi z wodą wylałam na siebie. Tak robiłam potem za każdym razem, gdy mijałam ten punkt, a mijałam 4 razy. 
Po pierwszym kilometrze zegarek zapiszczał, że 4:37. I jakoś tak zrobiło się znośniej na ciele. Chyba się zalogowałam. No to próbujemy to ciągnąć. Biec równo, nie szarpać, byle poniżej 4:45, tak sobie wymyśliłam. I tak też robiłam. Aż w okolicach końca pierwszej pętli dogoniłam tę drugą (czyli czwartą). Zyskiwałam też przewagę nad czwartą, czyli trzecią, która też wyprzedziła tę drugą, czyli czwartą :) Jakaż zawiła ta pniewska telenowela :) akcja jednak miała się w tym momencie uspokoić, ustabilizować, stać się wręcz nudną, bo skoro miałam bezpieczną przewagę nad trzecią i czwartą, to mogłam sobie spokojnie i po cichu biec do mety jako druga. Spokój trwał do momentu, gdy zobaczyłam tę pierwszą. Była daleko, więc nawet nie przemknęła myśl, żeby próbować dogonić. Biegłam swoje. Na końcu trzeciej, przedostaniej pętli czułam spore zmęczenie i myśl o jakiejkolwiek walce w trópa mnie odrzucała. Jednak mimo sporego zmęczenia umiałam ocenić w miarę trzeźwo, że do pierwszej dziewczyny nieuchronnie się zbliżam. Łukiego zobaczyłam w oddali, był już na mecie, pokazaliśmy sobie po dwa paluchy, bynajmniej nie oznaczało to, że zbliża się metaboliczny kataklizm u żadnej ze stron ;) 

FiniszujĄcy Łuki, fot. Robert Poczekaj
Na 9. km byłam już bardzo blisko tej pierwszej i wtedy pojawił się strach. A jak ona przyspieszy? A jak trzeba będzie nawiązać walkę? Na samą myśl o tym robiło mi się słabo. Ale biegłam dalej swoje, aż w końcu do niej dobiegłam. Nie było z jej strony próby walki. Usłyszałam 'gratulacje!'. Ja chyba odkrzyknęłam, że jeszcze nie jest powiedziane, że ja też jestem zmęczona, że ciśnij. Ale na metę dobiegłam sama. Na kilkaset metrów przed metą. Wtedy zeszło ze mnie całe napięcie, odważyłam się na pierwszą większą podczas tego biegu radość i dysząc jak lokomotywa wpadłam na metę.
Fot. Robert Poczekaj
Zaraz później usłyszeliśmy nazwisko Łukiego wyczytane przez głośnik, że jest proszony o stawienie się w punkcie pomiaru czasu. Udaliśmy się zatem, a tam... padło pytanie czy przebiegł wszystkie cztery pętle! Trzeba było to dodatkowo udowonić zapisem z zegarka... Okazało się - jak już sędziowie wynik 'uznali' - że Łuki był najszybszym biegaczem tego triathlonu i jako jedyny przebiegł dyszkę poniżej 40 minut :)

Wynik 2:46 to moja życiówka na dystansie olimpijskim, choć nie będę ukrywać, że w czas celowałam trochę lepszy. Sama sobie nieco ten wynik pospułam, choć prawda jest od lat wciąż ta sama: chcesz osiągać dobre wyniki w trajlonach, zacznij poważnie trenować rower. Może w końcu wcielę to w życie.



Swim: 00:28:48
T1: 00:02:15
Bike: 01:27:10
T2: 00:01:10
Run: 00:47:11

Całość: 02:46:36

wtorek, 10 lipca 2018

Kwiecień, maj, czerwiec.

Działo się i się nie działo. Działo się, bo nie zawiesiłam butów na kołek, tylko starałam się zapierniczać dalej. Nie działo się, bo nie kręciło się, jakbym chciała. Po Gdańsku, mimo że nie przebiegniętym, wyszło ze mnie zmęczenie i zrozumiałam, że ten sport to nie przelewki i te wiecznie słyszane w kółko banały o słuchaniu własnego ciała banałami jednak nie są. 

Po Gdańsku, choć go ledwie co w połowie przebiegłam, zaliczyłam zjazd jakiego jeszcze nigdy... Nie będę opisywać, bo aż głupio mi, że się do tego doprowadziłam. Po tym wszystkim próbowałam się zalogować do biegania na nowo, ale do formy z okolic półmaratonu warszawskiego już nie wróciłam. Treningi biegowe, które wcześniej uskuteczniałam, stały się niewykonalne. Ciało wzbraniało się przed szybkim bieganiem. Moja szybkość poleciała na łeb, na szyję. Często nie byłam w stanie zrealizować założeń treningowych. Wychodziły mi jedynie wolne rozbiegania. Niestety nawet tempo tych ostatnich spadło. Zwalałam to na przemęczenie, ocieplenie, że doszły nowe rzeczy w planie treningowym. Doszedł do tego wszystkiego rower i pływanie. Nie tyle ile bym chciała. Wszak za główną dyscyplinę ustawiłam sobie bieganie. 

Ten triathlon miał być tak 'po drodze'. Choć na początku roku zakładałam inaczej. Miał być powrót na 1/2IM. Nie będzie jednak. Dystans 1/2IM, który miałam robić na początku sierpnia w Chodzieży zamieniłam na 1/4IM w Brodnicy w lipcu. Na połówkę ajrona z pewnością kiedyś wrócę i mam nadzieję, że nastąpi prędzej niż później. Chciałabym jednak wrócić na ten dystans przygotowana i z niego uczynić start docelowy, a nie jakiś tam 'po drodze'.

Nadal jak dziecko we mgle...
A póki co, to cały czas miałam wrażenie, że już nie umiem pływać. Bo pływałam jak na mnie strasznie mało. Przez zimę prawie wcale (raptem kilka razy), potem po Gdańsku średnio 1-2 razy w tygodniu. Posypał mi się styl, straciłam prędkość i czucie wody. Czułam się w wodzie jak drewno, że zamiast z nią współpracować, to tylko ją młócę. Tak mnie irytowało to moje bycie drewnem, że zaczęłam zwiększać częstotliwość pływania, dokładałam sobie sporo ćwiczeń. Może mi ta samowolka pomogła, że na pływaniu w Pniewach osiągnęłam dobry wynik?

Rower... Tu bez zmian. A! Przepraszam! Jedna chyba najbardziej znacząca zmiana! Zaczęłam lubić :) Nigdy mi jazda na rowerze nie dawała tyle przyjemności co w tym roku. Serio! Pierwszy raz zabrałam rower w góry. Choć kompletnie nie umiem podjeżdżać, to podjechałam za jednym szarpnięciem 400m w górę ze Szczyrku pod skocznię :) Bolało, upodliło człowieka, ale jakaż to była satysfakcja! Skosztowałam prawdziwych podjazdów, ale i też zjazdów. Dotarło do mnie, co to znaczy zjeżdżać w górach. Dotarło też do mnie, zwłaszcza po wspólnych treningach z Łukim, jak ja źle kręcę. Że ja kompletnie nie trzymam wysokiej kadencji. Jadę podczas wspólnych treningów na kole Ł., próbując trzymać taką kadencję jak On i nichu! Jeżdżę na zbyt niskiej, za to na zbyt twardym przełożeniu. Tym samym jeżdżę wolno i zakwaszam nogi. Mam naprawdę dużo do zrobienia jeżeli chodzi o moje 'kolarstwo'. Ale nie ma się co szczypać, przepadłam z rowerem na maksa. Tak jak jeszcze kilka miesięcy temu rozważałam jego sprzedaż, tak teraz wiem, że nie nastąpi to nigdy. Nie i koniec. I nie ma kompletnego znaczenia, jak wolno jeżdżę. Po prostu polubiłam. Wpięłam się na dobre.


A bieganie... Po Gdańsku nie wyglądało to najlepiej. Kilometrów raczej mało. Czasy zdecydowanie nie zgadzały się z tabelką. Pogodziłam się z tym, że do jesieni to już raczej szybko nie pobiegam. Trochę zaczęło się kręcić w czerwcu. Odbiłam się nieco z formą biegową i udało mi się nabiegać życiówkę na 5km (21:45) i przybiec na metę I Szamotulskiej Nocnej Piątki jako piąta kobieta. Tydzień później wprawdzie nie otarłam się o życiówkę na 10km na Wronieckiej Dyszce, ale udało się przybiec na metę jako druga kobieta w swojej kategorii. 


W końcu zbliżał się pierwszy w tym roku triathlonowy start i nie wiedziałam kompletnie jak go ugryzę. Czułam się raczej średnio gotowa. A na tydzień przed byliśmy w Szklarskiej Porębie. Miałam w planie zrobienie zakładki oraz rozjazdu rowerowego. A co zrobiła Mari, gdy zobaczyła góry? Oczywiście poszła biegać w góry. Jedyne 19km z prawie 1000m wzniosu, myślała, że jej nie zaszkodzi. Bo przecież się nie takie rzeczy... Tylko na zbiegach postanowiła przezornie zwolnić. Bo pod koniec coś te nóżki obolałe. No nic, jutro 'się rozjadą' na rowerze. Się rozjechały. Na podjeździe z centrum Szklarskiej pod Zakręt Śmierci ;) Potem się jeszcze (a jakże!) rozbiegały, bo przecież plan mówił, że zakładka. No to wio, poszła, a raczej pobiegła zaraz po rowerze na ścieżkę pod Reglami. 

Parę godzin później się zorientowałam co ja tym moim biednym nogom uczyniłam. (Kurde, ja z auta wysiąść nie mogę!!!) Kolejny rowerowy rozjazd (który akurat w planie był) postanowiłam odpuścić i ratować nogi. Te dwie bestie postanowiły mi jednak moje górskie wyczyny pamiętać. Pamiętały skubane i przypominały boleśnie aż do czwartku. Potem niby ucichły. Aż przyszedł ich czas na Triathlonie w Pniewach. I wtedy dały (mi) popalić :)