poniedziałek, 22 grudnia 2014

GIENEK, DELFIN I RÓŻOWE BUTY ;)

Wracam. Do biegania wracam, rzecz jasna. W końcu, bo już się zaczęłam martwić o to, że nie będę umiała biegać i będę musiała uczyć się tego od początku, kilometr po kilometrze. I w końcu, bo zaczęłam przybierać na wadze, mój nieposkromiony apetyt niestety znalazł swoje dosłowne odzwierciedlenie w okolicach tyłka i nie tylko, odkąd przestałam bieganie trenować. I z lekkim strachem wracam, bo jak to przeważnie po kontuzji, towarzyszą mi myśli typu będzie bolało, czy nie, albo czy to boli, czy się tylko zdaje. I wracam, bo nowe butki czekają, różowe, ale tym razem marki Adidas, postanowiłam zerwać z marką Asics, bo miałam wrażenie, że z każdą kolejną parą biegało mi (nam) się coraz gorzej. A stan moich paznokci u stóp zasługuję na odrębnego posta, ale może lepiej nie ;) W każdym razie pod moimi skarpetkami kryje się masakra. Więc wracam, do biegania, pisałam już. Powoli na razie, nie rzucam się jeszcze na żadne interwały czy podbiegi, wszystko w swoim czasie, a póki co, uskuteczniam moją ulubioną jednostkę treningową, czyli rozbieganie 'tup-tup'.

I kręcę. I w domu i w tak zwanym outdoorze. W domu szosa, czyli Grześ, został wmontowany w uprząż, czyli trenażer, i na nim sobie kręcę, utrzymując jedyną i słuszną wysoką kadencję. I czasami sobie na jedną nogę pokręcę, dziwne to, i trudniejsze, niż myślałam. A skoro trudne, to warto uskuteczniać. Może będą efekty. A jeżeli chodzi o tak zwany outdoor, to w lesie sporo kręcę, przeprosiłam się z moim starym góralem, Gienkiem. Wyprowadzam go na spacer przeważnie w weekendy. Traktuje to jako nowy bodziec treningowy, a ja takich bodźców, jeżeli chodzi o kolarstwo, potrzebuję. Na Gienku kręcę zazwyczaj powyżej półtorej godziny, więc odpada mi długie siedzenie na trenażerze. Poza tym na Gienku jeżdżę w terenie tzw. trudnym, bo po lesie, gdzie zwykle występują nierówności, piach, korzenie, zjazdy, podjazdy. Nie ma mozolnego kręcenia i ujeżdżania asfaltu w towarzystwie aut, gdzie kilometry nie odróżniają się od siebie, za to jest natura, świeże powietrze i żadnych złorzeczących kierowców za plecami. Dopiero teraz odkryłam jaka to zupełnie inna specyfika jazdy jest. Że im grubsze opony tym lepiej, i w odróżnieniu do szosy, nie pompujemy ich ma maksa. I że dobre amortyzatory to ważna rzecz, zwłaszcza jak się jeździ po dziurach i korzeniach. I że czujnym trzeba być cały czas, bo tu dziura, tam gałąź, a zaraz zacznie się piach i trzeba porządnie kręcić i przerzutkami regulować, żeby w tym piachu nie zaryć. I siłę przede wszystkim potrenuję, a to mi się przyda. I co najważniejsze, sprawia mi to ogromną frajdę, ale przy okazji wierzę, że jak wyjadę wiosną na asfalt, to mi się to zwróci. Może to po prostu krok ku szybszemu jeżdżeniu? 

UAHA, rowery dwa ;)
Jedno jest tylko 'ale', taki problem, który w przypadku szosy praktycznie nie występuje. Wiecznie ugnojony rower. Oblepiona błotem rama, opiaszczony napęd i koła. Tak jak koła i rama już mnie teoretycznie nie ruszają (poza histerią, jak ja tego brudasa do domu wpuszczę, aaaaa!), to ten napęd muszę w końcu obczaić, jak się czyści. Może jako tri nie powinnam się do tego przyznawać, ale ja o czyszczeniu napędu i łańcucha bladego pojęcia nie mam, bo nigdy tego nie robiłam ;) Łańcuch sobie jedynie umiałam nasmarować, ale mówią, że źle...

I nowa miłość jest. Delfin.
Jezzzu, jak jak lubię być w czymś dobra! A w delfinie zanosi się, że jestem. Mój instruktor, Karol, mówi, że to będzie jeden z lepszych delfinów w jego instruktorskiej karierze. Że zrobił ze mną na pierwszych dwóch lekcjach tyle, co z innymi w pół roku. I że zdolna jestem ponoć. Tylko mnie to zachęca do dalszej pracy i składam mniej lub bardziej poradnie te moje delfinowe ruchy, oprócz pływania kraulem, rzecz jasna. Tak bardzo polubiłam to falowanie pod wodą, że uskuteczniam je ostatnio po prawie każdym odbiciu od ściany, niezależnie jakim stylem płynę. I po cichu wierzę, że ten delfin sporo korzyści przyniesie. Wzmocnię brzuch i górne partie ciała, będę jeszcze bardziej rozpływana i poprawi mi się wydolność. I przede wszystkim, będę znała już chyba wszystkie style, czyli żabę, kraula zwykłego i grzbietowego, delfina, pieska, i... chyba wszystkie wymieniłam, nie? Tymczasem, ostatnio próbowałam znów ogarnąć nawroty w kraulu. Bo wszechstronna pływaczka powinna umieć wszystko. No i tu nie jest już tak pięknie, bo mój błędnik pod wodą nadal szaleje. Ale poddać tak łatwo się tym razem nie zamierzam...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

PODSUMOWANIE SEZONU 2014!

Lubię podsumowywać. Przypominam sobie wtedy krok po kroku, co się działo, zwłaszcza jak ma się wrażenie, że od niektórych startów minęły wieki. A tyle się przecież wydarzyło...

Wchodząc w sezon ledwo co pływałam kraulem, nie umiałam jeździć w butach spd i dopiero zaczynałam się oswajać z bieganiem w tempie 5:00, które przyprawiało mnie o zawał. Zabrałam się mocno do pracy, całą sobą zaangażowałam się w projekt swim-bike-run. Odkryłam, że uprawianie trzech dyscyplin mi służy, czułam, że jestem w swoim żywiole a moja forma mocno na tym zyskała.

Niewinnie zaczęło się w marcu. W dość osobliwych warunkach, niekoniecznie sprzyjających, nabiegałam nową życiówkę na moim niekoniecznie ulubionym dystansie 10km, 46:55. Nie poprawiłam tego rezultatu do dziś.


W kwietniu, idąc za ciosem nabiegałam nową życiówkę w półmaratonie. I choć miałam zakusy na łamanie 1:45, to z wyniku 1:45:04 byłam zadowolona, bo poprawiłam swoją poprzednią życiówkę o 12 minut (ale te PIĘĆ sekund...).


Po wiosennych poznańskich startach nadszedł dla mnie moment przełomowy - zaczęłam jeździć na moim bajku, Grzesiu. Zostałam szosonem. Może takim jeszcze niepełnym, bo poza kaskiem i spodniami z pieluchą to pedałowałam w biegowych ciuchach. I trochę zbyt wolno.

A jak już się rozkręciłam na bajku, przyszedł czas na pierwszy trening zakładkowy rower/bieg. Odkryłam, że moje ciało świetnie znosi bieganie po zejściu z roweru. To utwierdziło mnie w tym, że mój krok w stronę tri był słuszny.

W maju zaliczyłam nieudany start na dychę w Swarzędzu. To były pierwsze zawody, na których nie zrobiłam życiówki. Dało mi to w kość, ale nie podłamało, raczej wkurzyło.

Z kolei moją pewność siebie, jeżeli chodzi o pływanie, podważyła pierwsza próba pływania w otwartym akwenie na tydzień przed tri debiutem. Co ja wtedy wyczyniałam! Mało co nie wpłynęłam w pomost, błądziłam w tej wodzie jak dziecko we mgle.


mój pierwszy raz w strefie zmian ;)

W końcu w Dzień Dziecka, bo 01.06. stanęłam po raz pierwszy na starcie triathlonu. Spodziewałam się wszystkiego, łącznie z podtapianiem (było), problemami z nawigacją (były), złapaniem gumy (nie było), wywrotką na bajku (nie było), rzyganiem (nie było) i zataczaniem się (nie było). Poszło mi całkiem nieźle, udało mi się złamać 3 godziny, a na ostatnim etapie biegłam z niemalże wypisanym na twarzy 'I love tri!'. Ups, bo zaraz wyjdzie, że się opierdzielałam ;)


wyluzowani z Michałem PO ;)

Między jednym tri startem a drugiem wzięłam udział w Ekidenie, czyli sztafecie maratońskiej na poznańskiej Malcie. Reprezentowałam barwy Blogaczy, a część z nich miałam okazję poznać osobiście ;)

fot. Gosia Monczyńska - chyba? ;)

Zdecydowanie mniej się opierdzielałam pod koniec czerwca w Pniewach, startując w tri na dystansie olimpijskim, gdzie udało mi się stanąć na podium w kategorii wiekowej. Dałam z siebie prawie wszystko w wodzie, więcej niż wszystko w biegu, natomiast, już chyba tradycyjnie, słabo pojechałam na bajku.


wyjście orki ;)

W końcu został miesiąc do najważniejszego startu w moim życiu ever. Zaczęły się wyjazdy rowerowe na dystansach przyprawiających o ból dupy. Na zakończenie jednego z takich wyjazdów zagapiłam się, wjechałam w krawężnik a resztę znacie. Rany leczyłam długo, a blizny mam do dzisiaj i chyba zostaną ze mną na zawsze. Nie mogłam chodzić na basen, więc pływałam od czasu do czasu w jeziorze. Opłaciło się, bo w Poznaniu nie miałam żadnych problemów z nawigacją.

Nadszedł w końcu ten dzień. Zawody mojego życia, Poznań Triathlon na dystansie 1/2 Ironman. 1,9 km pływania, 90 km kręcenia na bajku i 21,1 km biegu. Tego dnia miało wyjść na jaw, czy faktycznie jestem tak dobrze przygotowana, jak mi się wydawało. A żeby było trudniej, miałam to wszystko zrobić w pełnym słońcu i ponad 30. stopniowym upale. I zrobiłam to. Poniżej 6 godzin, z czasem 5:50:53 :)


Pełnia szczęścia została osiągnięta. Plan na ten rok wykonany, zdawałoby się. Ale mi było mało. Czułam, że chcę więcej, że potrzebuję tej kropki nad i. Miałam dość roweru i pływania, za to dopadł mnie głód biegania. Cel nakreślił się sam, postanowiłam dołączyć do K. w przygotowaniach do maratonu, a tydzień po maratonie pobiec połówkę w Szamo. Plan był szalony, ale nie licząc późniejszej kontuzji, to się udał ;)


Zwłaszcza udał mi się maraton. Do tej pory nie ogarniam tego, jak udało mi się wykręcić życiówkę 3:46:42. Średnie tempo 5:18 przez ponad 42 kilometry, oczywiście były szybsze i (sporo) wolniejsze, ale rok wcześniej w tempie kilka sekund szybszym to ja biegłam na dychę ;) 

A tydzień później wystartowałam w półmaratonie, u siebie, na swoim podwórku, w Szamotułach. Aktem rozsądku to nie było, ale nie mogłam przesiedzieć tej imprezy, od której się wszystko zaczęło, to całe moje bieganie. Mocy przez maraton mi sporo ubyło, ale emocje mnie poniosły do mety i pobiegłam tylko 46 sekund wolniej od życiówki. A po tym wszystkim poczułam się naprawdę zmęczona...


Organizm miał dość, do tego dopadło mnie przeziębienie i zaczęła się dawać we znaki kontuzja. Do Biegu Niepodległości w Luboniu zgłosiłam się już dużo wcześniej, a właściwie to zostałam zgłoszona. Zapisy trwały godzinę i dzięki czujności K. się załapałam. Wiedziałam jednak, że czasu dobrego ku chwale ojczyzny nie wykręcę. Czułam, że uleciały ze mnie już ostatnie opary formy, do tego pasmo bolało coraz bardziej. Ostatecznie nie złamałam nawet 50. minut. Zabrakło mi 5. sekund. Znów te PIĘĆ sekund...



Skończyłam ten sezon maksymalnie wymęczona i kontuzjowana. To może oznaczać jedno: nie opierdzielałam się. Nie czuję niedosytu, wręcz przeciwnie, musiałam po tym wszystkim odreagować, dać sobie sporo luzu. Potrzebowałam tego i potrzebowało tego moje pasmo. 

Teraz, gdy czuję się już wypoczęta, gdy noga przestała boleć, natrętne myśli o tri wracają. I te marzenia, których się boję, ale których już nie skreślam i nie mówię im NIE. Nauczyłam się jednego, aby nie zarzekać się, że czegoś nigdy nie zrobię. Bo kiedyś mówiłam, że nigdy w życiu przebiegnę maratonu. Że połówka ironmana to już w ogóle jakieś totalne ekstremum i szaleństwo, a żeby tyle trenować, co ja w tym roku, to trzeba mieć świra. 

Zaczynam bać się swoich marzeń. Niemniej, jestem pewna, jak nigdy, że triathlon to jest to. Że nie potrafię i nie chcę bez niego żyć, że chcę znów się włączyć w tryb swim-bike-run. Bo teraz czuję, że brakuje mi tego. 

Pełna pozytywnych myśli, kreślę sobie powoli plan na przyszły rok :)

czwartek, 13 listopada 2014

4. LUBOŃSKI BIEG NIEPODLEGŁOŚCI. HMM...

Od czego by tu zacząć. Niefajnie pisze się relacje z biegów, w których nie pobiegło się na miarę swoich możliwości, lub te możliwości okazały się nie na miarę swoich chęci... Ale co tu dużo mówić. Że nie jestem w formie - wiedziałam. Że jestem zmęczona i że czuję się słabo - wiedziałam. Że boli mnie lewe pasmo, choć o tym wcześniej nie wspominałam - wiedziałam. Że swoje w tym roku zrobiłam, i to jak na moje możliwości całkiem sporo - też wiedziałam. Jednak pewien niedosyt pozostał, bo przydałoby się jakoś ładniej zamknąć ten zajebisty sezon. Ale no nie dało się.


Do Lubonia jechałam pogodzona ze swoim brakiem sił i z myślą o pobiegnięciu na czas 49:XX, w porywach 48:XX. Pogoda tego dnia dopisała aż nadto. Wyjątkowo nam zresztą tej jesieni dopisuje, na maratonie ciepło, na połówce w Szamo ciepło, tym razem nie inaczej. Choć rano piździło, że człowiek się nad długimi legginsami i rękawiczkami zastanawiał, to gdy wyszło słońce, bez zastanowienia rozebrałam się do krótkiego rękawka, czyli do koszulki Smashing Pąpkins. Po rozgrzewce ustawiona na starcie, włączyłam garmina... A lubońskiej tradycji tradycji i tak stało się zadość... 

Na starcie staliśmy dość długo. Odśpiewaliśmy hymn, wszystkie cztery zwrotki, choć przypadku tej ostatniej słowo 'odśpiewaliśmy' jest dużym nadużyciem. W końcu zaczęło się odliczanie do startu, a mnie olśniło: garmin! Przecież odkąd go włączyłam, minęły wieki! Szukał sygnału na nowo i oczywiście nie mógł znaleźć. Znalazł gdzieś po 250m. Dokładnie tak samo jak rok temu. Co za oferma ze mnie...

Biegłam od początku z zamiarem utrzymania tempa w przedziale 4:50 - 5:00, i jak wystarczy sił, przyśpieszenia w końcówce. Plan z pozoru łatwy i wykonalny. Ból nad kolanem, który od pewnego czasu mi towarzyszy pojawił się już na samym początku. Potem pasmo się rozbiegało i do końca biegu nie dokuczało (teraz za to daje mi się we znaki z nawiązką). 

Trzymałam się swoich założeń tempowych do 7. kilometra, choć brak mocy zaczęłam odczuwać już w okolicach 2 - 3. kilometra. Jednak uznałam, że tempo niewiele poniżej 5:00 powinnam jakoś utrzymać. Przecież połówkę w tym tempie przebiegłam, drugi zakres robiłam, no przecież powinnam dać radę. 

uśmiech przez łzy - foto: Wybiegany

Na 8. kilometrze bezwiednie zwolniłam na podbiegach, które też są lubońską tradycją. Rok temu dały w kość, w tym roku mimo zmiany trasy dużo lepiej nie było. Zwolniłam i nie próbowałam nawet walczyć. I tak do końca biegłam, nie idąc w żadnego trupa, ale czułam się, jakby ktoś powietrze ze mnie spuścił, a moje nogi przebierały jak w smole. Mało tego, nie widziałam swojego czasu biegu przez ekscesy z garminem na początku. Gdybym wiedziała, że jestem kilka sekund powyżej 50. minut, zmobilizowałabym się na ostatnim kilometrze. Choć byłam słaba, tyle sił bym znalazła... A tak wyszło 50 minut i haratające w gały 4 sekundy.

9. km, nie wiem skąd u mnie ta radość :) foto: Emi

O tym, że poszło mi słabo nie musiałam sobie nawet pomyśleć. Nie zdążyłam. Usłyszałam to zaraz za metą, od tych, którzy nabiegali życiówkę. Nie ruszyło mnie to jednak specjalnie, liczył się rogal i przeogromna chęć zdjęcia z siebie przepoconej koszulki Smashing Pąpkins. Krew, pot, łzy, ładnie to wymyśliliście! :) A pot lał ze mnie strumieniami jeszcze przez dobry kwadrans... Jednak sporo mnie kosztował ten bieg.

I co teraz... Koniec z bieganiem, do czasu oczywiście. Choć nie mam wstrętu do biegania, to mój organizm powiedział dość. Wyraził to poprzez spadek formy, zmęczenie, a ostatnio też niestety kontuzję, bo odezwało się długo milczące lewe pasmo biodrowo - piszczelowe. Boli, chwilami nawet całkiem przyjemnie. Najbardziej przy zginaniu i na schodach. Mogę być mu wdzięczna temu pasmu, że dopiero teraz, że postanowiło przemilczeć moje poprzednie tegoroczne harce przed maratonem, przed Poz Tri, te wszystkie dzikie zakładki, tempówki, długie wybiegania... Dopiero jak poluzowałam i postanowiłam sobie nieco pobiegać, odezwało się ono. 

Nie mam zatem wielkiego wyboru, odpoczynek jest zarówno wskazany jak i wymuszony. Nawet trochę mnie to cieszy. Jeszcze jedna poważna robótka na szydełku i audiobooki czekają. Fizjobrat zacierający ręce nad kozetką też (auuu!). I jeszcze inne, dużo poważniejsze przedsięwzięcie... I jest okazja żeby przeprosić się w końcu z pływaniem.


niedziela, 9 listopada 2014

SCHYŁEK SEZONU

To taki trochę smutny moment dla mnie, bo fajny czas ma się ku końcowi - czas startów i życiówek. Wszystkie cele zrealizowane, zatem trenować nie trzeba. Ba! Nawet już nie można. Mój organizm chyba jednak miał dość wszystkiego jak mu zafundowałam półmaraton tydzień po maratonie, i w momencie wyczerpania był gotowy łapać każde choróbsko. Przerwa ponadtygodniowa była, ale chyba jednak za krótka, stwierdzam na podstawie ostatnich treningów, bo mocy brakuje mi bardzo. Jakby ze mnie powietrze uszło, jak z opon w moim bajku ostatnio. Choroba minęła, ale osłabienie pozostało, bo nawet przeczłapanie 9km w tempie 5:57 to dla mnie ostatnio nie lada wyczyn.


Czuję się, jakby maraton wycisnął ze mnie ostatnie soki, a połówka tydzień po nim ostatecznie dobiła. Utwierdził mnie w tym wtorkowy trening, kiedy próbowałam biegać kilometrówki w tempie na dychę, ale każda próba zejścia poniżej 4:40 mnie zabijała. A przed maratonem biegałam w tym tempie dwukilometrówki i tak źle nie wyglądałam jak tym razem. Na jednym podejściu z trzech udało mi się zejść do 4:37 i to jakim kosztem! No ale czego ja się właściwie spodziewałam, przecież nie zrobiłam żadnej dłuższej przerwy w bieganiu, cały rok na takich wysokich obrotach, to się musiało w końcu zemścić. Mój organizm musiał mieć w końcu dość. Daj mi kobieto odpocząć, krzyczał za każdym razem, gdy bezowocnie zmuszałam go do wejścia w tempo poniżej 4:40. Chyba czas go posłuchać na poważnie...

Przede mną jeszcze ostatni podryg tego sezonu - Bieg Niepodległości w Luboniu. I choć po maratonie, nabuzowana pozytywną energią i chęcią rozpierdalania kiosków, mówiłam sobie, że musi być życiówka i chciałam w tym celu żyłować kilometrówki, tak teraz wiem, że nie ma na to szans. Jestem zbyt zmęczona, nie czuję się kompletnie na siłach, aby pobiec 10 km w tempie poniżej 4:40. No nie dam rady :( I chyba mi się nawet nie chce.


Koniec sezonu to też czas na myślenie o kolejnym. Pewne pomysły chodzą mi już po głowie, i wiem, że jeżeli chcę się za ich realizację zabrać, musiałabym od grudnia brać się do pracy. Plany mają więc miesiąc, aby się wykrystalizować, a ja na to żeby solidnie wypocząć. 

Muszę przyznać, że udało mi się w tym roku jedno: nie złapać żadnej kontuzji. Uważam to za cud, bo obciążenia treningowe wzięłam na siebie nieporównywalne z sezonem poprzednim. Nie chciałabym tego schrzanić, więc ten odpoczynek jest dla mojego organizmu niezbędny, to jedno, a drugie, to muszę przeprosić się z ćwiczeniami wzmacniającymi. Rok temu zasuwałam ostro z pĄpami, deskami, beretem, taśmami fitness, brzuchami, a przez ostatnie miesiące kompletnie NIC w tym kierunku nie robiłam. 

Jeszcze wracając do tego kreślenia planów na przyszły sezon, to wiem jedno, że będzie TRI i że będzie RUN ;) I FUN oczywiście też, bo bez tego nie ma to wszystko sensu.

Tri na pewno będzie w Poznaniu, bo już jestem zapisana i opłacona na dystansie olimpijskim non - drafting. W ogóle to ten dystans jest niemalże skrojony dla mnie: dużo pływania, mało roweru i na szczęście non drafting, bo będę raczej jechać z lemondką, a w drafcie nie umiem ;)
 
Poza Challenge Poznań, bo tak się teraz ta impreza nazywa, będzie 1/4 IM w Sierakowie, zakochałam się w tej imprezie i wiem, że sobie jej nie odpuszczę. Poza tym co chodzi mi po głowie? Żeby znów wziąć udział w połówce ajrona, ale jeszcze nie wiem gdzie. Myślę o Borównie lub Przechlewie. Ze wskazaniem na Przechlewo. Chciałabym również zawitać w Bieszczady, popływać w lodowatych wodach Jeziora Myczkowskiego i na bajku śmignąć po zaporze, czyli wziąć udział w Zaporowym Triathlonie u Matki Derektorki. Nie wiem jeszcze na jakim dystansie, ale raczej 1/4IM.
 
I chciałabym również pobiec coś dłuższego, może maraton, a może coś w terenie, a może w górach, tu właśnie mam najwięcej do przemyślenia. Bo wszystkiego się nie da i nie chcę przypadkiem za dużo na siebie wziąć. W ogóle to taką sobie próbuję wdrożyć zasadę, aby nie nie rozdrobnić na zbyt dużą ilość startów. Niech zostanie coś na kolejne lata, bo przecież nie planuję pożegnania ze sportem w wieku... ekhem, z końcem 2015 ;) A poza tym chcę mieć trochę normalnego życia poza nim.
 
Bo jakoś tak dobrze mi się teraz zrobiło, gdy nie musiałam się z niczym śpieszyć. Wiem, że jeszcze trochę i znów w ten reżim treningowy wskoczę, ale jeszcze chwilkę muszę sobie poleżeć, z książką, z szydełkiem, z audiobookiem w uchu, obejrzeć kilka filmów, zjeść kilka misek popcornu, poeksperymentować w kuchni... Jeszcze moment chcę zostać na wyspie zwanej 'nicniemuszę' bo, o dziwo, tutaj też jest całkiem fajnie :)

wtorek, 4 listopada 2014

MOJE SPOSOBY NA DYNIĘ - CZ. 3

W części pierwszej napisałam jak zrobić puree z dyni, następnie przedstawiłam przepisy na mus z dyni i prażonych jabłek oraz pesto z dyni. W części drugiej przytoczyłam przepis na pyszny razowy chlebek dyniowo - bananowy. A dzisiaj przyszła kolej na... 

DYNIOWO - KORZENNE SMOOTHIE


W zasadzie trudno powiedzieć, który smak w nim dominuje, bo fajnie przeplatają się wszystkie: od mleka kokosowego, przez banana po cytrusową nutę pomarańczy i cytryny. Smak podkreślają cynamon i imbir, jednak warto uważać, żeby z nimi nie przesadzić, zwłaszcza z cynamonem, bo może zdominować smak. Na wierzch możemy wrzucić łyżkę ubitej na sztywno kremówki i posypać cynamonem, jeżeli np. chcemy to podać jako deser lub gdy mamy znaczny ubytek kalorii i chcemy je uzupełnić ;) 




Składniki:

  • 1 szklanka puree z dyni
  • 250 ml mleka kokosowego
  • pół szklanki soku z pomarańczy (może być też z jabłek lub winogron, ja dałam świeżo wyciśnięty z pomarańczy)
  • pół dojrzałego banana
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki imbiru w proszku
  • 1 i 1/2 łyżki syropu klonowego lub brązowego cukru

Składniki wrzucamy do blendera, miksujemy, rozlewamy do szklanek i gotowe :) Smoothie można pić od razu lub wstawić na kilka godzin do lodówki, wtedy zgęstnieje i zrobi nam się 'pudding' (ja właśnie wolę tę drugą opcję). 





Smacznego!

Link do oryginalnej strony z przepisem:

http://www.kwestiasmaku.com/zielony_srodek/dynia/pumpkin_spice_smoothie/przepis.html


Gdybyście szukali innych przepisów z dynią w roli głównej, polecam bardzo stronę kwestia smaku. Sama często z niej korzystam w poszukiwaniu nowych inspiracji.

poniedziałek, 3 listopada 2014

MOJE SPOSOBY NA DYNIĘ CZ. 2

W części pierwszej pisałam o tym, jak można zrobić puree z dyni, następnie podałam przepis na pesto z dyni i mus dyniowo - jabłkowy, które przyrządza się na bazie tego puree. Gdyby ktoś nie widział, zapraszam tu <klik>.

A tym razem chciałam Wam przedstawić kolejny przepis, w którym wykorzystuje się puree z dyni, tym razem będzie to:


RAZOWY CHLEB DYNIOWO - BANANOWY


Uwielbiam tego typu wypieki, słodkie, ale bez przesady, jednocześnie zdrowe i pożywne. Chlebek jest sycący, idealny na drugie śniadanie lub do kawy. Łatwy do zrobienia i zawsze wyrasta. Ciasto jest dość wilgotne, z dużą dawką płatków owsianych, delikatnie wyczuwalny jest w nim miód. Nie wymaga użycia miksera, co uważam za duży plus.

Składniki:

  • 150 g puree z pieczonej dyni (wychodzi około 2/3 szklanki, o tym, jak zrobić puree, pisałam tu)
  • 2 szklanki mąki (rodzaj dowolny, można dać 1 szklankę zwykłej i 1. razowej, lub pomieszać różne rodzaje razowej, ja ostatnio dałam pszenną razową)
  • 1 i 1/2 szklanki płatków owsianych + ewentualnie do posypania formy
  • 1/2 szklanki cukru (najlepiej brązowego)
  • 2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
  • pół łyżeczki cynamonu
  • 50 g masła roztopionego 
  • 1/4 szklanki dobrej oliwy 
  • 1/3 szklanki płynnego miodu
  • 2 czubate łyżki dżemu (lub innej konfitury, ja raz użyłam powideł śliwkowych, a kolejnym razem musu, o którym pisałam w poprzednim poście)
  • 2 jajka
  • 1 duży i dojrzały banan
  • 3 łyżki pestek dyni do posypania


Blachę keksówkę o wymiarach wg oryginalnego przepisu 8,5cmx27cm (ja użyłam kilka cm dłuższej, bo ciasto wyrasta i bałam się wylania poza blachę) smarujemy masłem i posypujemy mąką razową pomieszaną z płatkami owsianymi, lub wykładamy papierem.

W jednej misce mieszamy płatki owsiane, cukier i mąkę przesianą z sodą i cynamonem. 
W drugiej misce mieszamy roztopione i przestudzone masło, oliwę, jajka, miód, dżem lub konfiturę, puree z dyni oraz poduszonego widelcem banana. 
Łączymy zawartości obu misek i mieszamy łyżką do połączenia składników. 
Ciasto wykładamy na blachę, posypujemy pestkami z dyni. 

Pieczemy 45 minut w temperaturze 170 stopni. Po tym czasie wyciągamy chlebek z piekarnika, wykładamy z blachy i jeszcze raz wkładamy do wyłączonego już piekarnika, kładąc na tzw. kratce. Trzymamy go tam około 15 minut (koniecznie przy wyłączonym piekarniku). Będzie dzięki temu bardziej wypieczony z wierzchu, a w środku pozostanie wilgotny.


Smacznego! 

Dodam tylko, że chlebek przypadł do gustu osobom, które niekoniecznie gustują w tzw. zdrowych wypiekach ;)


Linki do oryginalnej strony z przepisem:
http://www.kwestiasmaku.com/zielony_srodek/dynia/chleb_dyniowo_bananowy/przepis.html 

piątek, 31 października 2014

MOJE SPOSOBY NA DYNIĘ - CZ. 1

Dawno nie napisałam tzw. posta kulinarnego. Trwa sezon na dynię, to warzywo zdecydowanie króluje w mojej kuchni od kilku tygodni. U mnie dyni jest pod dostatkiem. Rośnie w ogrodzie rodziców, babci. Zazwyczaj mam jej od razu dużo i muszę ją przerobić w krótkim czasie.


to był jeden z mniejszych egzemplarzy ;)

Pierwszą czynnością, za jaką się zabieram, gdy tylko dynia wpadnie w moje ręce, to przerabiam ją puree, które będzie stanowiło bazę do przygotowywania dyniowych specjałów.


PUREE Z DYNI


Jak je zrobić? Surową dynię wydrążamy z pestek i kroimy na mniejsze części, razem ze skórą. Następnie wykładamy dużą blachę papierem lub folią aluminiową (żeby się nie pobrudziła jak dynia puści sok), kawałki dyni układamy na niej skórą do dołu i wkładamy do piekarnika na mniej więcej godzinę. Pieczemy w temperaturze około 200 stopni aż zmięknie. Można wcześniej sprawdzać widelcem, czy jest miękka.


kawałki dyni przed włożeniem do piekarnika

Po wyciągnięciu dyni z piekarnika wydrążamy miąższ łyżką, po czym miksujemy blenderem i mamy gotowe puree. Można je przechowywać kilka dni w lodówce, zapasteryzować w słoikach lub zamrozić i wykorzystać w późniejszym czasie. 

Osobiście uważam, że przerabianie dyni na puree jest dużo łatwiejsze niż krojenie bądź tarcie surowej. Poza tym większość przepisów z dynią w roli głównej bazuje właśnie na puree. Mimo to zwykle zostawiam sobie kawałek dyni surowej na zupę albo żeby wkroić do leczo. Surową dynię można również wykorzystać do ciasta, na które przepis podawałam rok temu tu <klik>.

Skoro mamy już puree z dyni, możemy zabrać się do dalszych działań. Do moich tegorocznych pumpkins hits (nie mylić z pĄpkins) należą mus z dyni i prażonych jabłek, który u mnie w domu jest hitem tej jesieni oraz pesto z dyni, moje najnowsze odkrycie.


MUS Z DYNI I PRAŻONYCH JABŁEK


Przepis znalazłam na stronie:
http://www.kwestiasmaku.com/zielony_srodek/dynia/mus_dyniowo_jablkowy/przepis.html


Mus pojawił się w mojej kuchni pierwszy raz w tym roku, a jego smak i zapach podczas gotowania sprawiły, że oszalałam na jego punkcie. Słodycz dyni miesza się z lekko kwaskowatym smakiem jabłek i nutą pomarańczy. Smak podkreślają dodane przyprawy. Nie trzeba dosypywać takiej ilości cukru, jaka jest podana w przepisie, ja daję go zdecydowanie mniej, albo dosładzam miodem. Mus jest idealnym dodatkiem do naleśników, placuszków, ciast, pieczywa, owsianki. 

Składniki:
1 szklanka puree z dyni
4 twarde i kwaśne jabłka
skórka otarta z 1. pomarańczy
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/3 łyżeczki cynamonu
3 łyżki cukru (niekoniecznie)

Jabłka obieramy, kroimy na mniejsze kawałki i wrzucamy do garnka z grubym dnem. Pomarańczę myjemy, parzymy i ścieramy skórkę, którą dodajemy do jabłek wraz z przyprawami i cukrem. Prażymy, do momentu aż jabłka zmiękną i zaczną się rozpadać. Uwaga na zapach, bo jest taki, że może przyciągnąć sąsiadów :) Dodajemy puree z dyni i miksujemy blenderem. Gotujemy jeszcze jakiś czas delikatnie, żeby nabrał smaku i konsystencji. Po dobrym kwadransie mus jest gotowy. Można go przechowywać do około tygodnia w lodówce, lub zamknąć w słoiczkach i zapasteryzować.

u mnie mus w wydaniu 'owsiankowym'

PESTO Z DYNI


Gdy pierwszy raz podchodziłam do zrobienia tego pesto, byłam pełna obaw: czy to w ogóle będzie dobre, czy nie będzie zbyt mdłe. Obawy były bezpodstawne. Pesto wyszło tak dobre, że wyjadałam je palcem z miski, mimo że przesadziłam z ilością gałki muszkatołowej. Pasuje idealnie do makaronu, również sprawdzi się do pieczywa, zwłaszcza ciemnego chleba z dużą ilością ziaren.

Składniki:

1 szklanka puree z dyni
1 szklanka tartego parmezanu
pół szklanki orzeszków pinii, lub pestek dyni, słonecznika, innych orzechów, podprażonych na suchej patelni (ja dałam pestki dyni, pasują idealnie)
2 łyżki dobrej oliwy
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
pieprz, sól (z solą lepiej uważać, bo parmezan jest już dość słony)

Wrzucamy wszystkie składniki do blendera i miksujemy. GOTOWE. Prawda, że łatwe? ;)

jako dodatek do makaronu pesto jest IDEALNE



W kolejnej części przedstawię przepis na razowy chlebek dyniowo - bananowy oraz dyniowe smoothie. Mam nadzieję, że zgłodnieliście ;)

czwartek, 23 października 2014

IV SAMSUNG PÓŁMARATON. POWRÓT DO KORZENI :)

Gdy dwa lata temu stałam na Rynku w Szamotułach przed pierwszym startem w moim życiu, i to w połówce, przepełniały mnie emocje i strach. Żeby tylko mądrze pobiec, żeby mi prądu nie odcięło, żeby nie zacząć za szybko. 21.1 km całkiem mnie przerażało. Aura była wtedy wyjątkowo tajemnicza - mgła spowijała wszystko, zakręty, ludzie, punkty odżywcze 'wyłaniały się' w ostatniej chwili, nie było widać długich prostych, z których trasa się składa. Nie wiedziałam zupełnie, co mnie czeka na trasie. 

Jak wygląda trasa tego półmaratonu, zobaczyłam dopiero podczas tej edycji, podczas której pogoda dopisała aż za bardzo - było (za) ciepło, świeciło słońce, na niebie ani jednej chmurki. Było widać długie proste, wioski, ludzi, gnój na polach i pasące się nieopodal trasy krowy ;)

W tym roku na start przybiegłam w ostatnim momencie. Naprawdę mam fajnie z tą połówką pod domem. Mogę sobie odebrać sobie pakiet dzień wcześniej, w dzień startu do oporu spać, nie muszę wsiadać w auto i jechać do innego miasta, martwić o to, gdzie zaparkuję, czy znajdę depozyt, mogę ostatnią toaletę zaliczyć w domu, wyjść w ciuchach startowych na moment przed i slalomem w targowo - kościelnym tłumie (zawsze o tym marzyłam!) pobiec na start. 

Choć, muszę się przyznać, ta bliskość imprezy tak mnie rozleniwiła, że wyszłam z domu ciut za późno i leciałam na start w tempie prawie WB2, bo musiałam jeszcze przekazać pakiet startowy Emi, która, cud, że mnie nie zjadła ;) Sprawę nieco wydłużyło też moje przebieranie się na moment przed wyjściem, bo się zrobiło gorąco i zdecydowałam, że inny outfit jak letnio - upalny absolutnie nie wchodzi w grę. Niestety koszulkę pĄmocy z wielkim żalem musiałam zostawić w domu, a nie chciałam jej ciąć... (za to łeb mi ucięli ;) )

Wystrzał do startu dała Pani Irena Szewińska. Nic, tylko biec! Zaczęło się jak dwa lata temu, kostka brukowa ulicy Wronieckiej w końcu zamieniła się na asfalt i przez pierwsze 3 km kluczyliśmy po ulicach Szamo. Mieszkańcy wyszli pokibicować i to było bardzo miłe. W końcu na wylocie z miasta, gdy mijałam dom rodziców, dałam Mamie bluzkę, którą wzięłam w razie gdyby mi było chłodno na starcie i której, rzecz jasna, w ogóle na siebie nie założyłam. Krzyknęłam jeszcze, że jest bardzo ciepło. Bo było. Słońce przygrzewało dość mocno jak na drugą połowę października. 


Do 8. km nogi podawały bardzo ładnie. Szłam na życiówkę, bo wydawało mi się, że będę w stanie ją zrobić (tiaa, tydzień po maratonie, głupia!). W jednej z wiosek stała grupka kibicującej młodzieży, na oko w wieku gimnazjum. Od jednej z dziewczyn usłyszałam, że 'fajną masz bluzkę', chciałam odkrzyknąć, że z Lidla, ale szkoda mi było tracić siły. Chwilę dalej jeden z chłopaków do mnie powiedział 'ale pani jest ładna'. No teraz to raczej nie, ale całkiem miłe to było ;)

Około 10. km poczułam, że lekko jednak nie będzie, nogi coraz bardziej ciążyły i przypomniały mi delikatnie, co ja tydzień wcześniej biegłam. Postanowiłam więc 'zwolnić' do tempa 5:00, i to tempo utrzymać do 15. km po czym przyśpieszyć do 4:50. 
Naiwnaś!, pomyślałam, gdy po 14. km wybiegliśmy na drogę Szamotuły - Obrzycko, która była dłuuugą prostą, ciągnącą się do samych Szamotuł, przez około 4km. Z prawej pole, z lewej pole, zero zabudowy, żadnych drzew. Przecież nigdy tędy na bajku nie wracałaś do domu, bo tu zawsze STRASZNIE WIAŁO! Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? 

Więc się zaczęło... Zjazd do tempa w okolicach 5:16, 5:23 i dramatyczne próby powrotu do 5:00 (no nie dało się). Chowanie się za Dużym Panem i dialog wewnętrzny, w którym doszłam do wniosku, że głupia byłam, myśląc, że dam radę zrobić życiówkę tydzień po maratonie, zwłaszcza, że poprzednia jak na moje możliwości, była dość wyśrubowana. Trzymałam się kurczowo za Dużym Panem, niestety nie dałam rady utrzymać jego tempa, Pan uciekł, a ja dalej walczyłam samotnie. Myślałam już jedynie o tym, żeby bardziej nie zwolnić i BYLE dobiec do miasta, bo będzie zabudowa i nie będzie już tak wiało.

W końcu moim oczom ukazały się Szamo. Gdy zobaczyłam pierwsze budynki, przypomniało mi się jak dwa lata temu leciałam tu na skrzydłach, zmierzając na metę swojego pierwszego półmaratonu. No nie mogę biec w takim fatalnym stylu jak teraz, muszę się zebrać i jakoś ładnie skończyć ten bieg, choćby moje nogi zagroziły pozrywaniem ścięgien.

Powolutku przyśpieszając wróciłam do tempa 4:50. Biegłam ulicą Długą, która straszy z nazwy, ale ja tu często biegam i wiem, że przebiec ją to chwila moment. W celu utrzymania tempa, obrałam metodę "na Bo": wyszukiwać dziewczyny i je wyprzedzać ;) No więc najpierw ta w różowym. Uczepiłam się jej i w końcu minęłam. Potem taka jedna w czarnym i jeszcze inna, też w czarnym. 

W końcu dotarłam do zbiegu na końcu ulicy Długiej i wyleciałam na ostatnią prostą do mety. Na garminie pojawiło się tempo 4:35. Sił już nie miałam, ale obudziło się we mnie znajome zwierzę, trochę szkoda, że dopiero teraz. 

Nagle dogonił mnie Duży Pan, za którym próbowałam się chować przed wiatrem. Eeej, chwila, jak to dogonił, skoro mi uciekł? Nie próbowałam tego jednak rozkminiać, biegliśmy kawałek razem, wspólnie stwierdzając, że to już 'prawie meta', choć jeszcze około 600m do tego magicznego punktu nam brakowało. Ale ja tamtędy czasami biegam, i wiem, że pokonanie tego odcinka to pryszcz ;) 

ta ostatnia prosta ;) i te długie legginsy..
Nagle zostawiłam Dużego Pana i pognałam na oparach sił w kierunku mety. Po drodze wygłupiałam się do obiektywów, śmiałam się i rozglądałam po ludziach, czy licho jakieś znajomych tu nie przyprowadziło. Nie dostrzegłam niestety nikogo, a ponoć byli ;) Gdy wpadłam na metę, paręnaście sekund za Panem Stefanem Dobakiem, usłyszałam, jak wyczytywane jest moje nazwisko, TAKI FEJM ;) (potem w pracy usłyszałam, że jestem 'lokalną gwiazdą'). Dostałam wodę, folię i wpadłam na czekającego K., który bez większych problemów machnął życiówkę, no ale w jego przypadku to była niemalże formalność ;) Mi do życiówki zabrakło dokładnie 46 sekund. Gdybym nie zwolniła pod ten wiatr...

wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale tu pierwszy raz w życiu piłam piwo po zawodach :)
Ten start miał dla mnie szczególne znaczenie. To tu, w tym miejscu się wszystko zaczęło. Tu urodziło się marzenie, aby przebiec półmaraton, tu przebiegła mi przez głowę pierwsza myśl o maratonie, tu rok temu gryzłam palce ze złości, że nie zdecydowałam się pobiec tydzień po debiucie w maratonie. Tu biegam na co dzień i większość ulic znam na wylot. To MOJE ŚMIECI, często nienawidzone, ale jednak mimo wszystko kochane. Wiedziałam, że w tym roku, choćbym miała tę trasę przeczłapać, tego startu sobie nie odpuszczę. 

Próba atakowania życiówki tydzień po maratonie była dość niemądra z mojej strony. Moim nogom odcięło prąd w okolicach połowy dystansu i przez to nie miałam siły walczyć z przeciwnościami, jakie zaserwowała pogoda. Ale zdobyłam się na mocny finisz, a ten element dotychczas u mnie zawodził. Dużą rolę odegrały w tym wszystkim emocje związane ze startem właśnie tu, ale chciałabym tak kończyć już zawsze, a już na pewno za 3 tygodnie w Luboniu. A poniżej dowód na to, że naprawdę każdy może szybko biegać, potrzeba tylko trochę pracy i uporu ;)



Jeszcze na koniec dodam, że byłam 3. kobietą w powiecie szamotulskim. PĄdium nie było, bo nagradzana była tylko pierwsza biegaczka (swoją drogą - Aga, 1:39:35, jeszcze raz GRATY!). Byłam też 10. w kategorii wiekowej. Nigdy specjalnie na te miejsca nie patrzyłam, ale te liczby bardzo się pomniejszyły w stosunku do tego, co było kiedyś, gdy tu zaczynałam :) I nie ma bata, za rok na trasę Samsung Półmaratonu wracam, po życiówkę moich marzeń, która już mi się śni po nocach ;)

Jestem jeszcze winna informację o Stefanie Dobaku, o którym wcześniej wspomniałam - pochodzący z Szamotuł biegacz, maratończyk, Mistrz Polski Weteranów w maratonie (kat. 65-69), biega od ponad 50 lat. Imponuje wysoką formą mimo wieku. Półmaratony biegał regularnie poniżej 1:40, tym razem w osiągnięciu takiego wyniku przeszkodziła mu kontuzja i pobiegł 'jedynie' W 1:45:35, a ja miałam szczęście wpaść ma metę chwilę po nim.

wtorek, 14 października 2014

"CELUJ W KSIĘŻYC, BO NAWET JEŚLI NIE TRAFISZ, WYLĄDUJESZ MIĘDZY GWIAZDAMI" 15. POZNAŃ MARATON.

Może zacznę od tego, co było PRZED :) A było tego dość sporo. Od ponad tygodnia bolało mnie lewe biodro. Obawiałam się, że powrócił syndrom pasma, z którym borykałam się rok temu. Nie pisałam nic o tym na blogu, bo stwierdziłam, że uznacie to za profilaktyczne tłumaczenie się z mojej ewentualnej porażki. 

Na trzy dni przed mój żołądek zaczął strajkować i wszelkie węgle, jakie mu serwowałam trawił dość zawile i powoli, był ciężki jak kamień i non stop bolał, więc przed maratonem zamiast wodą opijałam się herbatą miętową. Na dwa dni przed miałam wrażenie, że dobiera się do mnie jakieś przeziębienie, a dzień przed od rana bolała mnie głowa. Oczywiście to wszystko był stres. A ból biodra to na pewno nie pasmo, powiedział fizjo, mam się nie przejmować, tylko biec swoje

No to znalazłam sobie sposób na odstresowanie i przez ostatnie dni - nie śmiać się! - dziergałam jak głupia na szydełku ;) Bo ręce miały co robić, mogłam się dzięki temu wyciszyć, a czytanie książek nie wchodziło w grę, bo kompletnie nie mogłam się na nich skupić. Zaglądałam jedynie do Chrissie ("Bez ograniczeń") w poszukiwaniu motywacji, zaczytując się w opisach jej startów w Ironmanie. Moją szczególną uwagę przykuł jej ostatni start w Kona, gdy dwa tygodnie wcześniej zaliczyła poważny wypadek na rowerze. Choć nie ustanowiła żadnego swojego rekordu ani rekordu trasy, wygrała, tocząc niesamowitą wręcz walkę ze sobą. Jak potem napisała, mimo że uzyskała wynik daleki od wcześniejszych oczekiwań, to te zawody uznała za swój 'absolutnie najlepszy życiowy występ', bo nigdy na metę nie dotarła tak wyczerpana fizycznie i emocjonalnie. "Nie byłabym w stanie dać z siebie ani krzty więcej. I tylko to się tak naprawdę liczy", napisała. Przypomniały mi się ostatnie dyskusje na temat tego, kto powinien czuć się zwycięzcą, a kto nie. I myślę, że nie cyferki składające się na wynik, a to, ile z siebie daliśmy na trasie, powinno być głównym wyznacznikiem tego, czy się tym zwycięzcą czujemy.

a tu przyszli zwycięzcy 'wyluzowani' przed ;)

Zaplanowałam, że maraton pobiegnę tempem 5:18-5:19, i że w najgorszym przypadku nie będę zwalniać poniżej 5:25 (ekhem...). Wszystkie treningi mi mówiły, że nie powinnam mieć problemów z utrzymaniem takiego tempa, choć ciężko mi było w to uwierzyć. Niby miałam 'tylko' łamać 3:50. Ale przede wszystkim zamarzyło mi się pobiec w czasie o pół godziny lepszym niż rok temu w debiucie, czyli poniżej 3:47:52. "Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz wylądujesz między gwiazdami", to było moje motto na ten bieg. No to wycelowałam 'w ten księżyc' i ustawiłam się za balonami na 3:45, mówiąc do siebie w myślach 'kobieto, ty jesteś szalona'.

Po wystrzale i Rydwanach Ognia wystartowałam z tłumem, nadal w myślach gadając do siebie 'kobieto, jesteś szalona, szalona, nienormalna i nieobliczalna!'. Pierwszy kilometr przebiegłam spokojnie, poniżej zakładanego tempa, nie dałam się ponieść okołostartowym emocjom i zapanowałam nad nogami, bardzo rozważnie się zachowałam, muszę się przyznać, mimo tego mojego szaleństwa. Potem już sukcesywnie przyśpieszałam podążając za grupą na 3:45. Na jednym balonie oprócz 3:45 napisane było "balon mocy", pomyślałam sobie, 'balon mocy i moja koszulka mocy, ten maraton musi się, kurde, udać'. Gdzieś z boku doszedł do mnie męski głos 'ooo, drużyna Smashing Pąpkins, witamy', odpowiedziałam, że również witam, jednak w dłuższe w pogaduchy się nie wdałam, wolałam nie tracić energii. 

Przez pierwszą dychę próbowałam mniej lub bardziej poradnie wkręcić się w tempo i załapać rytm biegu, co mi się w końcu udało gdzieś w okolicach 11. km i tak zostało do mniej więcej 19. km. Biegłam mając pacemakerów w zasięgu wzroku i dziwiło mnie jedynie, dlaczego biegną tak szybko. Przecież na 3:45 wystarczy biec właśnie 5:18-19, a na moim garminie wyświetlało się tempo w okolicach 5:00, czasami nawet poniżej. Tego, że biegliśmy tunelem i garmin mógł oszaleć, nie wzięłam wówczas pod uwagę ;)

I tu muszę w tym miejscu powiedzieć jedno: jeżeli nie musicie, nie biegnijcie z grupą. Ja biegłam zbyt blisko grupy i niestety przy bufetach, które na pierwszych punktach były nieco krótsze, trafiałam na kocioł. O dojście do misek z wodą walczyli wszyscy, którzy mieli czapki albo gąbki, bo było po prostu duszno. Przy stołach z wodą i izo nie było lepiej. Wolontariusze ledwo nadążali z nalewaniem, o podawaniu kubków nie było mowy. O złapaniu pomarańczy mogłam pomarzyć. Chciałam nieco oddalić się od grupy, ale wtedy musiałabym zwolnić i tracić sekundy, których wiedziałam, że po 30. km nie odrobię, więc poniekąd stając na starcie zbyt blisko pacemakerów sama skazałam się na bieg w tłumie. Grupa przerzedziła się w okolicach 15. km.

Mały kryzys mnie dopadł w okolicach 20. km. To był typowy kryzys mentalny, bo specjalnie zmęczona nie byłam, poza biodrem, które czułam od początku biegu,  nic specjalnie mi nie dokuczało, po prostu najzwyczajniej odechciało mi się biec. Więc zaczęłam pracować nad głową, a to wyglądało mniej więcej tak: jesteś mocno zmęczona? Nie. Masz zadyszkę? Nie. Czy to tempo jest za szybkie? Nie. Boli cię bardzo? Nie. Więc się, urrwa, skup i biegnij. Nie myśl o tym, że to dopiero połowa i o tym co będzie za godzinę. Jest tu i teraz, rób to, co masz do zrobienia w tej chwili, czyli biegnij równym tempem i pilnuj balona mocy. Do tego wszystkiego Eminem ryknął mi do ucha 'Till I colAAApsss' i moje myśli wróciły na właściwe tory.

Gdy przekraczałam maty na półmetku, pierwsza rzecz, o której pomyślałam, to że na pewno zostanie to odnotowane na forum Blogaczy (jeszcze raz dzięki za wirtualny doping!), następnie obliczyłam na szybko, że mam około 40 sekund zapasu na 3:45 (!!!). To mi się chyba śni, taki czas! Po 30. km już nie będzie mi tak lekko, wiedziałam o tym doskonale, ale jest tu i teraz, muszę biec swoje, nie mogę się na 20. km stresować tym, co będzie po 30. km. Ból jest wpisany w maraton, ale nie mogę pozwolić, by zaczął mnie ograniczać w momencie, w którym go jeszcze nie ma. I w tym momencie zaczęły się najprzyjemniejsze kilometry tego maratonu, czysty biegowy flow. Na dobre uwierzyłam w siebie, czułam, że mój wynik będzie dzisiaj zajebisty, nawet jak zwolnię. Mojej pewności siebie i przyjemności biegu nie odebrały podbiegi na trasie, których było sporo.

W końcu mijam oznaczenie 30. km. Powiedziałam sobie 'no dobra mała, to teraz zaczynasz robotę' i jakbym wywołała tego wilka z lasu. Zaczęło mnie nagle ni stąd ni zowąd napierdzielać prawe kolano, co mnie kompletnie zaskoczyło, bo przez ostatni rok się nie odzywało. A bolało mnie przy każdym zgięciu i ruchu. Przypomniały mi się słowa z filmu "Morderczy bieg", który oglądałam na krótko przed startem, wypowiedziane przez jednego biegacza, który musiał zejść z trasy z powodu kontuzji, mniej więcej chodziło w nich o to: może cię dopaść kryzys mentalny, on będzie trwał pół godziny i minie, natomiast gdy dopadnie cię uraz fizyczny, to nawet jak jesteś świetnie przygotowany i gotowy na wysiłek, to nie masz wyjścia, musisz zejść z trasy. Przeraził mnie ten ból kolana, no ale zacisnęłam zęby i biegłam dalej, mając nadzieję, że może to tylko stres, może minie. I rzeczywiście, po przebiegnięciu kolejnego kilometra ból znikł tak niespodziewanie, jak się pojawił. Natomiast czułam, że powoli zaczyna mnie boleć wszystko inne, z biodrem i tyłkiem (tradycja...) na czele. Jakimś cudem wciąż utrzymywałam tempo. 

Maraton zaczął się dla mnie na poważnie gdy wybiegliśmy na ulicę Warszawską. Obrzydliwie długa prosta i strasznie monotonny krajobraz, niekoniecznie urzekający. Rok temu ten kawałek też mi dał popalić. Próbowałam przywoływać przyjemniejsze wspomnienia, na przykład jak w lipcu ładnie tu grzałam na bajku na Poz Tri. Niestety to nie pomagało, coraz większą walkę musiałam ze sobą toczyć o utrzymanie tempa. Miałam jeszcze balony 3:45 w zasięgu wzroku, niestety sznurowadło w lewym bucie jak na złość się rozwiązało. Padło znamienne 'urrrwwwwa' pod nosem (tak, wiem, damie nie wypada), obejrzałam się, czy nikt za mną nie biegnie i czmychnęłam na pobocze. Schylenie się i zawiązanie buta na 34. km maratonu to nie jest prosta sprawa, podobnie jak powrót do biegu w tempie, w którym się biegło wcześniej. Wtedy na dobre straciłam z oczu balon mocy, a w mojej głowie ostatecznie coś tąpnęło. Pożegnałam się z wynikiem poniżej 3:45 i postanowiłam, że będę walczyć o utrzymanie tempa poniżej 5:25 i zrealizowanie celu 'pół godziny szybciej niż rok temu'.

Na 34. km dostrzegam blond grzywkę Emi, drę się do niej, a ona do mnie. Krzyczy, że K. daleko z przodu. Ufff. Od tej chwili miałam jakąś taką wewnętrzną pewność i spokój, że u K. na pewno będzie życiówka. Spotkanie z Emi postawiło na chwilę moją głowę na nogi, jakkolwiek to brzmi, bo skoro mam na tyle trzeźwy umysł, że wyłapię koleżankę wśród kibiców i jeszcze mam siły, by się do niej drzeć, to nie jest ze mną aż tak źle.

W mojej świeżo postawionej na nogi głowie pojawiła się myśl 'byle do 35. km, potem już zostanie tak niewiele'. Jakże naiwna była ta myśl, zwłaszcza u osoby, która maratonu nie biegnie po raz pierwszy. Meta sama mnie nie przyciągnie, muszę się do niej jakimiś resztkami sił dostać. Po 35. km zaczęły się dla mnie najtrudniejsze kilometry tego maratonu. Po 37. km pamiętam jedynie jakieś strzępy zdarzeń. Mignął mi przed oczyma transparent "Boli cię? Trzeba było wybrać szachy". No tak, trzeba było. Wielu biegaczy ledwie truchtało, sporo z nich szło, wyprzedzanie takich osób nie działało na mnie specjalnie mobilizująco, wolałam zawieszać wzrok na tych, co biegli jeszcze całkiem żwawo. Ledwo przebierałam już swoimi nogami oscylując w granicach tempa 5:25 - 5:30.

Na 40. km wzięłam ostatni łyk izo. Miałam wrażenie, że to nie ja biegnę, tylko jakieś dzikie zwierzę, które we mnie żyje i wyrywa się do przodu, wbrew mojej woli, bo moje ciało zastrajkowało do reszty, moja głowa siadła po całości, a ja miałam ochotę zatrzymać się i wyć jak bóbr. Łkając, biegłam do końca. To są najwolniejsze kilometry tego maratonu w moim wykonaniu, a ostatni podbieg na Roosevelta (42. km) niemal mnie zniszczył. Poderwałam się dopiero, gdy zobaczyłam w zasięgu wzroku wieżę targów, gdzie zlokalizowana była meta, a w moich uszach zaśpiewał Frank Sinatra 'I faced it all and I stood tall, and did it my way'.


całe szczęście słabo mnie widać, bo wyglądam jak na 40. km maratonu ;)

Zaczęłam biec jak szalona jak na nieswoich nogach do mety, która już była na wyciągnięcie ręki i widziałam na garminie, że będzie poniżej 3:47:52, że będzie nawet poniżej 3:47:00! Choć garmin pokazał mi już wcześniej, że ja ten maraton zrobiłam w okolicach 3:43 ;)

Podobno na metę wbiegałam tak szybko, że Tata, który stał z uszykowanym aparatem, żeby zrobić film, nie zdążył go włączyć. Jednak szybko się biegnie na nieswoich nogach. A gdy wpadłam na metę, doświadczyłam największej w moim życiu euforii biegacza, otóż nie musiałam dłużej biec

Mój czas netto wyniósł 3:46:42. Rozwaliłam w pył 3:50. Rozmiotłam 3:47:55. Otarłam się o 3:45. Kobieto, jesteś szalona, ale właśnie wylądowałaś między gwiazdami!!!

na nieswoich nogach

Na oparach sił wyplątałam chipa. Owinęłam się folią i coraz bardziej rozpłakana, mając w dupie rozwiązanego buta, poszłam po medal. Inny maratończyk, który mnie minął, powiedział do mnie 'oj, chyba było ciężko'. Tylko kiwnęłam mu głową. Po chwili dopadli mnie rodzice i dobrych kilka minut wyłam jak bóbr w objęciach mamy. Jak dziecko, tylko takie duże już trochę, i dorosłe, wydawać by się mogło.

Później spotkałam się z K., który zrobił życiówkę, i z Wybieganym, który również zrobił życiówkę, i z którym, jak na Pąpkinsów przystało, zrobiliśmy kilka pĄpek ;)

prawdziwie zwycięskie pĄpki ;)

Drugi maraton bolał mnie zdecydowanie bardziej niż ten pierwszy i zdecydowanie bardziej poorał mnie psychicznie. Zniszczyć mnie nie zdołał, bo jednak dobiegłam do mety tak jak chciałam, ale obrywając po drodze srogo. Debiut kontra niedzielny mój drugi maraton - to były dwa zupełnie różne biegi - rok temu biegłam 'w nieznane', emocje zajęły moją głowę, ale zaczęło wcześniej boleć, bo byłam gorzej przygotowana. W tym roku zaczęło boleć później i mniej się z tym bólem certoliłam. Dopiero w końcówce rozsypałam się psychicznie, więc można powiedzieć, że rok temu skończyłam w lepszym stylu ;) Ale w tym roku, mimo że tempa nie utrzymałam do samego końca, to czułam, że przeszłam samą siebie, zrealizowałam swoje założenia i nie mam prawa czuć niedosytu.

Jeszcze muszę się przyznać, że gdy wpadłam na rodziców i płakałam, zdążyłam wypowiedzieć TE słowa: "to był ostatni maraton w moim życiu", na co mój Tata rzekł do Mamy "zapamiętaj to, co ona teraz powiedziała". Teraz mam problem jak to odkręcić, bo faza "nigdy więcej maratonu" powoli mi przechodzi :)

Chciałabym kiedyś zrobić taki maraton idealny, od początku do końca w równym tempie, z delikatnym dociśnięciem w końcówce, choć po tym maratonie mam, póki co, jeszcze wrażenie, że to niewykonalne. Jednak po lekturze relacji niektórych blogerów, wiem, że da się tak zrobić. Myślę, że jak prawie każdy, płacę swoje frycowe, żeby dojść do takiej wprawy w bieganiu maratonów. I wiem już teraz na pewno, że będzie stać mnie na lepsze wyniki w przyszłości. Że złamanie '3:30' w moim przypadku wchodzi jak najbardziej w grę, choć nieprędko, bo na myśl o biegnięciu kolejnego maratonu moje czwórki, zaczynają jeszcze bardziej palić, a gluteusy same wyrywają mi się z tyłka ;) 

piątek, 10 października 2014

PRZEDMARATOŃSKIE STRACHY

Są dwa słowa, na których dźwięk przechodzi mnie lekki dreszcz. Są to oczywiście maraton i triathlon, a kolejność jest tutaj przypadkowa.

Coraz większy dreszcz wywołuje u mnie ostatnio świadomość, że już raptem za dwie noce i jeden dzień mam przebiec maraton z prędkością przelotową poniżej 5:23. I wciąż się zastanawiam, czy ja nie postradałam zmysłów ;) Przecież to prędkość, o której ja rok temu nawet nie śniłam! 

aaaaaaa!!!

Boję się tego maratonu i marudzę strasznie, towarzyszy mi stres większy, niż przed połówką ajrona! To był przecież dłuższy wysiłek, z wieloma czynnikami niezależnymi ode mnie, w paskudnym upale, a ja byłam wtedy spokojniejsza, niż teraz! Taka niby już doświadczona, wytrenowana już na jakimś tam poziomie, a niemalże robię ze strachu pod siebie przed tym maratonem, drugim w moim życiu. Wiem, co mnie czeka. Ta słodka niewiedza jest dużym plusem debiutu. Teraz już nie będzie takich emocji na starcie jak rok temu, za to trzeba będzie wystartować z pełną świadomością tego, w co się pakuję. Wypiąć się tyłkiem na strach i zrobić swoje.

Te ostatnie chwile poświęcam na "trening głowy", czyli Mari wbija sobie do łba, że jest silna, mocna i w formie. Ale muszę, naprawdę muszę przyznać, że jednak jestem dobrze przygotowana. Trenowałam najlepiej jak umiałam. Odrobiłam wszystkie zaplanowane treningi. Choć gdy biegłam ostatnie długie wybieganie - 26km w średnim tempie 5:25 to miałam dość wszystkiego, z bieganiem i maratonem na czele ;) Chwilowo ;)

Oczywiście nastawiam się, że będzie ciężko. Bo będzie. Maraton to (je)bitwa, powtarzam to sobie bez przerwy, a ja tam idę walczyć ze sobą, z trasą, z pogodą, która po mojej myśli niestety nie będzie. Nie będzie przyjemnie, nie pójdzie lekko jak z płatka, nawet jeżeli jestem dobrze przygotowana. 

Z jednej strony tak się boję tego maratonu, że chwilami odsuwam w głowie ten start na 'kiedyś-tam' - zacznę się nim martwić jak przyjdzie co do czego, a chwilami emocje mnie tak roznoszą, że chcę już stać na starcie, chcę już usłyszeć ten huk i poddać się temu szaleństwu.

Ostatnio, gdy czytałam "Urodzonych Biegaczy" zapadła mi w pamięć wypowiedź jednej z ultramaratonek, Jenn:

"Powiem Ci, że zaczęłam biegać w ultramaratonach by stać się lepszym człowiekiem (...) Wydawało mi się, że jeżeli pokonasz sto sześćdziesiąt kilometrów, doznasz oświecenia. Będziesz jak pieprzony Budda, który przynosi światu uśmiech i pokój. W moim przypadku nie zdało to egzaminu, bo wciąż jestem takim samym odpadem atomowym jak przedtem. Ale myślę, że nigdy nie wiadomo - istnieje szansa, że bieganie zmieni cię w takiego człowieka, jakim zawsze chciałeś być: lepszego, bardziej pokojowo nastawionego do życia. Gdy biorę udział w długim wyścigu, wtedy liczy się dla mnie tylko to by go ukończyć. Wtedy przynajmniej mój mózg nie bełkocze non stop, wszystko się wycisza i pozostaje jedynie czyste uczucie płynięcia z prądem. Jestem tylko ja i ruch."

Trzeba być trochę nienormalnym, odrobinę szalonym, żeby to wszystko robić. I powoli zaczynam to przyjmować do wiadomości, że ja właśnie taka odrobinę nienormalna jestem, choć ultramaratonów nie biegam (i raczej nie będę). Siedzi we mnie coś, co trudno zdefiniować, ale właśnie to 'coś' każe mi gnać do przodu, rzucać się na coraz trudniejsze wyzwania, wyznaczać nowe granice niemożliwego. Tej części siebie czasami się boję, ale ulegam jej. Intuicja podpowiada mi, że warto. Że to mi dobrze robi, pomaga w życiu, że dzięki temu staję się inna, lepsza, silniejsza. I właśnie po to, by znów przesunąć granice, by udowodnić sobie, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, że mój wysiłek nie idzie na marne, w niedzielę stanę na starcie i... dalej będę wiedziała, co mam robić. A Was skromnie proszę o trzymanie kciuków :)

środa, 8 października 2014

KSIĄŻKA KUCHARSKA DLA AKTYWNYCH WAGA STARTOWA - RECENZJA

Od Wydawnictwa Inne Spacery otrzymałam propozycję zrecenzowania tej oto książki: 


"Książka kucharska dla aktywnych. Waga Startowa" autorstwa Matta Fitzgeralda i Georgie Fear będzie miała swoją premierę 14 października 2014 r. Zawiera ponad 100 przepisów kulinarnych, stworzonych z myślą o sportowcach i osobach aktywnych.

Przyznam się, że nie czytałam poprzedniej książki Matta Fitzgeralda, słynnej "Wagi startowej". Podejrzewam, że informacje zawarte w krótkiej części teoretycznej na początku "Książki kucharskiej..." to tylko mały wycinek tego, co opisane zostało w "Wadze...". Dla mnie te informacje są w zupełności wystarczające, to co najważniejsze zostało przedstawione bez zbędnego lania wody.

Przepisy na pierwszy rzut oka wydają się nieskomplikowane. Przeważają w nich takie produkty jak: komosa ryżowa, kasze, warzywa. Można znaleźć przepisy na dania "na ciepło", takie jak: danie jednogarnkowe z komosy ryżowej, kurczaka i jarzyn, grecka pizza na tortilli, zupa z pieczonej czerwonej papryki i soczewicy, kasza jaglana z pieczonymi pomidorami i ziołami.

kurczak w panierce z siemienia lnianego

Znajdziemy również przepisy na sałatki, niektóre zestawy są naprawdę bardzo ciekawe i sama bym na nie wpadła, np. sałatka z pęczaku pszennego z fetą i oliwkami, sałatka z komosą ryżową i ciecierzycą, sałatka z kurczaka curry z pistacjami, sałatka z jabłkiem, borówkami amerykańskimi i kurczakiem.
W końcu znajdujemy też przepisy na energetyczne przekąski: orkiszowy keks z jagodami, bułeczki z malinami, cytrynowo - makowe batoniki energetyczne. 

koktajl z buraka, gruszki, soku pomarańczowego i mrożonych malin

Ciekawy jest podział przepisów wg następujących kategorii: dla sportowców początkujących w kuchni, dla sportowca z pewnym doświadczeniem w kuchni i dla sportowca, który uwielbia gotować. (No to ja jestem gdzieś pomiędzy tym drugim a trzecim...)

W tej pierwszej znajdziemy przepisy tak proste, że osoba która jest na bakier z gotowaniem, powinna sobie poradzić. Szczerze powiedziawszy, większość przepisów z tej książki nie jest specjalnie wymagająca, choć przy kurczaku nadziewanym kozim serem, morelami i bazylią zapewne potrzeba już większej wprawy ;)

wytrawne placki z cukinii posypane tartym serem

Składniki nie są trudno dostępne, a o to się początkowo obawiałam. Większość produktów powinniśmy spokojnie znaleźć w dobrze zaopatrzonych sklepach. Za to zaskoczyło mnie, że według niektórych przepisów zamiast całych jajek należy zastosować tylko białka. A druga rzecz, która mnie zaskoczyła to, że niektóre przepisy na liście składników miały odżywkę białkową np. o smaku waniliowym lub czekoladowym. Odnośnie samych białek, tajemnicę w końcu zgłębiłam, przeszukując internet i odpowiedź znalazłam tu, przy okazji przyznam się, że ja zamierzam używać całych jajek (poznańska natura, szkoda mi wyrzucać żółtka). Natomiast co do tych odżywek białkowych, nigdy ich nie stosowałam w swojej diecie i nie zamierzam. Więc jeżeli się ten składnik w przepisie pojawił (np. w koktajlu z buraków, malin gruszki i soku pomarańczowego), to go pomijałam. 

W ogóle te przepisy są moim zdaniem modyfikowalne. Uważam, że niektóre z nich można traktować jako "bazę wyjściową" do dalszych urozmaiceń. Przykładowo, granolę z płatków owsianych, miodu i masła orzechowego następnych razem urozmaicę orzechami, otrębami, słonecznikiem i może nawet owocami.




granola z masłem orzechowym, pyszna, niestety lekko zjarana :)

Obok każdego przepisu mamy podane informacje, ile z danych składników wyjdzie porcji (ha! coś dla żarłoka, czyli dla mnie), ile dana porcja ma kalorii, a także czy danie jest wysokobiałkowe/wysokowęglowodanowe, czy może też wege, gdyby ktoś nie wiedział ;)

Podsumowując, uważam, że tę książkę warto mieć w swojej kuchni. Jeżeli zależy nam na szybkim prostym przepisie na smaczne i wartościowe danie, na pewno coś znajdziemy. Jeżeli będziemy chcieli popracować nad jakością naszej diety, a nie mamy pomysłu na dania - książka będzie w tym momencie jak znalazł.