środa, 30 lipca 2014

1/2 IM POZNAŃ TRIATHLON. ŻAR Z NIEBA I NAJPRAWDZIWSZY OGIEŃ Z PĄ-DUPY.

Kawał drogi pokonałam, aby stanąć na starcie 1/2 IM Poznań Triathlon. Ta droga składała się z wielu wyrzeczeń, czasu poświęconego na treningi, spalonych kalorii, a nawet ran. Mimo, że czułam się dobrze przygotowana, strach momentami mnie paraliżował i nie wyobrażałam sobie momentu startu. Bo jak ja mam, tak z własnej woli, wejść do tej wody, przepłynąć 1,9km, potem przekręcić 90km na bajku i jeszcze pobiec półmaraton? Ogrom tego zadania tak mnie przytłaczał, że odziana w piankę, na krótko przed wejściem do wody, poryczałam się, i z rykiem do tej wody wchodziłam. Ironwoman, co ryczy, dobre sobie...

A warunki tego dnia nie sprzyjały. Podczas ubierania pianki spotkałam Krasusa z NKŚ, który powiedział mi, że mam brać koniecznie picie na punktach odżywczych na rowerze, bo bez tego będzie ciężko. Cenną radę Krasusa wzięłam sobie mocno do serca. Ostre słońce i temperatura ponad 30 stopni, z takimi warunkami się nie igra. 

SWIM
Jestę mistrzę!
Gdy znalazłam się już w wodzie, nadal chlipiąc, napuściłam wody pod piankę, ubrałam oksy, które oczywiście mi zaparowały i żabką rekreacyjną, pomieszaną z kraulem, udałam się na linię startu. Było tam dość tłoczno, bo wchodziłam do wody praktycznie w ostatnim momencie, więc musiałam trochę lawirować między ludzikami w żółtych czepkach, żeby nie płynąć w ogonie. Nagle huk, bez żadnego odliczania. To już?! Szybko poprawiłam oksy i do dzieła. 

pooo-szli!

Tradycyjnie pierwsze metry popłynęłam kraulem tzw. odkrytym, po co się prosić o kopniaki w oksy. Gdy zrobiło się nieco 'luźniej', przeszłam do normalnego kraula. Oczywiście, aż do pierwszej boi, nie dało się zapomnieć, że płynę w pralce. Kopniaki i łapanki towarzyszyły mi praktycznie cały czas, i chyba jednak za daleko się ustawiłam, bo musiałam wyprzedzać. Najgorzej było trafić na ławicę wolniejszych pływaków, po których, gdybym była ciut większa, to pewnie bym przepłynęła, a tak musiałam kombinować z wyprzedzaniem, tracąc czas i energię. Z kolei gdy czułam, że ktoś mnie próbuje od tyłu łapać, mocniej kopałam nogami. Nie wyprzedzaj mnie lepiej, bo ja dobrze pływam. A jak już musisz, to ładnie omiń. Do intensywnej pracy zabrałam się za drugą boją, gdzie zrobiło się już dość luźno. Całe szczęście, nie dokuczało mi ramię, które ostatnio dawało się we znaki, mogłam dzięki temu mocniej płynąć. Więc płynęłam, licząc w głowie do trzech, rytmicznie 'kopiąc' prawa - lewa - prawa - lewa, co ciekawe, nie musiałam się zbyt często wynurzać, bo nie zbaczałam z trasy. Jednak opłacało się ostatnimi czasy ćwiczyć pływanie open water, bo moje zdolności nawigacyjne są o niebo lepsze, niż na tri w Sierakowie. Czułam, że płynę dość szybko i ani śniło mi się zwalniać. Postanowiłam sprawdzić gdzie jestem, wynurzyłam głowę i zobaczyłam wolontariusza, który po chwili wyciągnął mnie z wody. Już koniec? Ciekawe, jaki zrobiłam wynik! Bo czułam, że dobry.



I jak się potem okazało, bo nie pływam z garminem, 35:58!!! Liczyłam na wynik w okolicach 38 minut, a tu taką niespodziankę sobie zrobiłam, zwłaszcza że na bakier byłam ostatnio z pływalnią :) Hell yeah!

T1
Na podbiegu do strefy zmian minęłam Krasusa z NKŚ. Na temat stref zmian w moim wykonaniu mogłabym pisać sporo, może lepiej ograniczę się do słów: wyjątkowo się grzebałam, za pierwszym i za drugim razem. Byłam mniej skoncentrowana niż w Pniewach i w Sierakowie. Cud, że o niczym nie zapomniałam. W T1 spędziłam 00:03:31.

BIKE
Jak-ja-to-zro-bi-łam!
Rower. W moim przypadku największa niewiadoma, bo przecież jeżdżę jak oferma. Choć trasa ponoć łatwa, tak mówią, i szybka. Musisz pojechać dobrze, nie masz wyjścia, bo w biegu nic dzisiaj nie odrobisz. No więc zebrałam się i docisnęłam w pedał. Ze zdziwieniem odkryłam, że jadę około 29 km/h. W stronę Kostrzyna było lekko pod wiatr, ale prędkość na poziomie 28-29 km/h utrzymywałam. Po nawrocie zlokalizowany był punkt odżywczy, na którym, zgodnie z radą Krasusa, zdecydowałam się wziąć butelkę z wodą, co mi się udało za trzecim podejściem (robiłam to pierwszy raz w życiu). Dlaczego woda a nie izo? Izo miałam w bidonach i od niego lepiło mi się w paszczy ;) A poza tym wodą mogłam się polać, co też uczyniłam. Pół butelki w siebie, drugie pół na siebie i rura.
Jezzu, jak dobrze mieć opaski kompresyjne! Gdy nasiąkły wodą, fantastycznie chłodziły łydki na bajku, naprawdę, to jedno z milszych doznań tego dnia! 
A powrót z Kostrzyna do Poznania to była bajka, bajka na bajku po prostu, jak mi się zajebiście jechało! Takiego odlotu na rowerze nie miałam jeszcze nigdy. Oczywiście było z wiatrem ;) Prułam więc cały czas powyżej 30 km/h, szybko, jak nigdy w życiu. A w Poznaniu, gdy mijałam miejsce, w którym był zjazd do strefy, to normalnie miałam ciary, bo stała tam masa kibiców, była niesamowita wrzawa, łzy aż same się do oczu cisnęły. Zwłaszcza, że czułam, że jadę na ładny wynik. 
Po nawrocie był podjazd, który mnie lekko wyhamował, a gdy się z nim zmagałam, zobaczyłam Krasusa i NKŚ i ich słynny już plakat "OGIEŃ Z PĄDUPY", który mnie rozbroił do reszty, a 'ogień z pĄdupy' towarzyszył mi do samego końca. 

ów podjazd, a właściwie to pĄdjazd

Drugi raz do Kostrzyna nie był już taki łatwy i przyjemny, bo zaczęło mocniej wiać. Cały odcinek wymęczyłam w tempie niewiele ponad 25 km/h, wyczekując, kiedy będzie wreszcie ten cholerny nawrót. W końcu do niego dojechałam, powtórzyłam procedurę 'pół butelki w siebie, drugie pół na siebie', chwytając butelkę tym razem za pierwszym podejściem, i oczywiście, rura, żeby nadrabiać stratę. No i była rura, do samego Poznania, aż sama siebie nie poznawałam, Alberto wybałuszył oczy ze zdziwienia, jak zobaczył, że tym razem to ja wyprzedzam! No dobra, wyprzedzana też byłam, czasami nawet przez grupki tzw. zaprzyjaźnionych, generalnie sporo było takich i sędziowie mieli zapewne co robić. W końcu ostatni nawrót i zjazd do mety.
Czas z bajku to 03:03:45. Dodam tylko, że na treningach dystans 90km jeździłam w około 3:20 i mówiłam, że jak zejdę poniżej 3:10 to będzie mega. No kurde, jest mega. Nawet bardzo. Może ja jednak umiem jeździć na bajku? :)

T2
Za to mam problem z biegiem po bajku, a dokładnie zaraz po zejściu z bajku w butach spd na dobiegu do strefy zmian, bo zatoczyłam się 2 razy. Pijanaś? No, ze szczęścia, że mi ten bajk tak ładnie wyszedł, choć nie powinnam się cieszyć, bo najgorsze wciąż przede mną. Jak na złość, musiałam z tym bajkiem okrążyć całą strefę zmian, żeby dotrzeć do swojego stanowiska. Rower na rurę, kask zdjąć, buty spd zdjąć, różowe skarpetki założyć, buty, czapka na łeb, napić się izo, bo tego dziś nie za wiele, żel w nogawkę, reset garmina i rura. Jak już wspomniałam, tego dnia wyjątkowo się grzebałam, choć tym razem może przez to okrążanie strefy z bajkiem tyle wyszło, ale 04:13. Słabo.

RUN
Najcięższa przeprawa mojego życia
Ej, ej, ej, jaka rura? Zwolnijże... Nie pobiegniesz dzisiaj w tempie 5:20, choć pierwotnie tak zakładałaś, ale nie dziś, nie w tych warunkach. Pierwszy kilometr niestety zdążył już wejść w 5:18, potem było tylko gorzej. 

słońce, słońce, słońce... tak wyglądała znaczna część trasy

Pierwsze okrążenie Malty było dla mnie zdecydowanie najtrudniejsze, bo raz, że nie mogłam złapać rytmu, a dwa, za każdym razem, gdy mijałam jakieś miejsce, towarzyszyła mi myśl 'będę tu dziś jeszcze 3 razy'. A oczywiście nie muszę o tym wspominać, że z nieba lał się żar, a wokół Malty cienia zbyt wiele nie ma. Rytm biegu złapałam na drugim okrążeniu i zaczęło być lepiej, o ile w ogóle może być lepiej w takich warunkach. Nawet mój żołądek się odblokował i na 8. km przyjął żel. 

przy jednej z kurtyn wodnych

Zbawienny okazał się worek z lodem, który udało mi się dostać na trasie od innej triathlonistki. Wylądował pod trisuitem na karku, i muszę przyznać, że bardzo mi to pomogło, bardziej niż kurtyny wodne, których na trasie też było sporo. Kolejne przyjemne doznanie tego dnia, gdy lód powoli przesuwał się od karku, między łopatkami w dół, powoli chłodząc moje plecy, potem jak dotarł do nerek, to włożyłam sobie go jeszcze na chwilę w spodenki, co by tyłek mój biedny, umęczony, też trochę przyjemności zaznał, potem znów na kark... Szkoda tylko, że lód przetrwał jedno okrążenie, a kolejne dwa musiałam dać radę bez niego, bo już nie udało mi się na kolejny taki worek załapać. 

krótka wymiana zdań z supportem Agnieszką

Pisząc o biegu, nie mogę nie wspomnieć o kibicach, których tego dnia było nad Maltą prawdziwe zatrzęsienie, o Agnieszce i Marcinie, którzy mnie dopingowali na prawie każdym okrążeniu, robiąc fotki, których nie powstydziłby się żaden profesjonalny serwis fotograficzny, o Wybieganym, którego minęłam na (chyba) trzecim okrążeniu, Emi, która dzień wcześniej walczyła na tej samej trasie, robiąc ćwiartkę a tego dnia supportowała brata, Krasusie z NKŚ i ich niesamowitym plakacie 'Ogień z Pądupy', no i K., który wspierał mnie tego dnia od samego początku. 


Czwarte okrążenie leciałam na oparach sił, trzymała mnie na nogach świadomość, że już na kolejne nie wybiegnę. Gdy zbliżałam się w kierunku mety, ogłuszył mnie Garnek Mocy i uderzający weń Krasus, który krzyczał 'Marysia Adamska dajesz!'. Meta, czy ja dobrze widzę?! Boże, ja już tam biegnę, nie wierzę! Czerwony dywan, pan mówiący coś o kolejnej osobie na mecie, która kończy z taaakim uśmiechem. Noo, bo chyba cały czas się śmiałam na tych ostatnich metrach. A potem gratulacje na mecie, medal, uściski dłoni, jedna pani mnie polała wodą i wcisnęła butelkę do ręki. Kurwa, zrobiłam to :)

Chwila, której nigdy nie zapomnę :)

Połówkę przebiegłam w czasie 02:03:16 i jak potem prześledziłam wyniki, specjalnie od reszty zawodników nie odstawałam. W tych warunkach szybciej nie dałabym rady. 

A ostateczny czas to 05:50:43. Czy mogło być jeszcze lepiej? Pewnie tak, gdyby nie było upału, no i gdybym pośpieszyła się w strefach zmian. Ale naprawdę, to nie sądziłam, że tak mi to wszystko pójdzie, że tak dobrze popłynę i tak szybko pojadę na bajku. Marzyłam, żeby zejść poniżej '6', ale nie śniło mi się nawet, że zejdę o prawie 10 minut! No dobra, śniło mi się, bo jednej z ostatnich nocy miałam sen, jak wpadam na metę z czasem 5:40 z sekundami. Ale taki wynik to może za rok :)

I jak tu nie dać z siebie wszystkiego? :)

Chlip, chlip...

Bo to już ostatni triathlon w tym roku. Chętnie wystartowałabym w jakiejś ćwiartce, ale już żadna w pobliżu się nie odbywa, a dalsze wojaże nie bardzo wchodzą w grę. Poza tym zasłużyłam na odpoczynek i z czystego rozsądku powinnam zafundować sobie kilka dni nic-nie-robienia. Zwłaszcza, że sezon się jeszcze nie kończy i pewne pomysły mi po głowie chodzą. Jakie? O tym, psze państwa, w następnym odcinku :)

sobota, 26 lipca 2014

MOJA DROGA DO 1/2 IRONMAN

Triathlon. Gdyby mnie ktoś zapytał, dlaczego triathlon, nie umiałabym jednoznacznie odpowiedzieć. Ta dyscyplina sportu zawsze miała w sobie coś magicznego, przyciągającego. Po prostu weszłam w to, kierując się przede wszystkim intuicją, że będzie dobrze, cichą wiarą w to, że drzemią we mnie możliwości, o których jeszcze nie wiem, i sercem, bo po prostu bardzo tego chciałam. Rozsądku w tym jak widać było mało, na szczęście nie zabrakło go podczas planowania treningów, bo przez 8 miesięcy dość ciężkiej, nie oszukujmy się, pracy, nie podłapałam żadnej kontuzji.

Pierwsza myśl, 'kiedyś to zrobię' pojawiła się w mojej głowie po zeszłorocznym wielkowyścigowym pikniku na Malcie. Wówczas bohaterowie pikniku i Wielkiego Wyścigu, Bo i Krasus wydawali mi się ludźmi z innej planety (i nadal się takimi wydają, bo ich raczej trudno dogonić), bo przecież normalny człowiek nie jest w stanie przepłynąć 1,9km, przejechać 90km i przebiec 21,1km. Tak sobie wtedy dziecko myślało...

Uporczywa myśl o triathlonie towarzyszyła mi podczas przygotowań do maratonu, coraz częściej wchodziłam na strony zawodów, podczytywałam relacje z tri-zawodów, oglądałam filmy na YT. Coraz bardziej chciałam tego spróbować.

Gdy podczas przygotowań do maratonu dopadła mnie kontuzja, obiecałam sobie, że jak wyjdę z niej i uda mi się przebiec maraton, to w przyszłym roku startuję w triathlonie. Gdy się w końcu udało spełnić moje biegowe marzenie, czyli przebiec 14. Poznań Maraton, po krótkim czasie odpoczynku zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty.

Październik 2013

Na pierwszy rzut poszło pływanie. Wszak pływałam dobrze, ale żabką. Zaczęła się mozolna praca u podstaw we współpracy z instruktorem Karolem (mrrryg!). O moich początkach z kraulem pisałam tu, w każdym razie nic wtedy nie wskazywało na to, że kiedykolwiek tego kraula pojmę. Zaczyna się zastanawianie nad dystansem: ćwiartka, a może połówka? To, co na początku wydawało mi się ekstremalne i niemożliwe, zaczyna mnie coraz bardziej korcić. 1/2 IM, to by było coś! Tymczasem opłaciłam start 1/4 IM Sieraków, tak czy siak, tri będzie.

Listopad - grudzień 2013

W mieszkaniu pojawił się trenażer. Na początku kręciłam na góralu, w końcu po poszukiwaniach, znalazłam 'swojego rumaka', z odzysku, a jakże, nazwałam go początkowo Dżordż, a ostatnio mówię do niego bardziej pieszczotliwie 'Grzesiu'.




Mniej więcej od połowy listopada na endo oprócz biegania, pojawiło się też kręcenie i pływanie. A to ostatnie zaczęło jakby lepiej wychodzić. I głównie od tego, jak mi dalej pójdzie nauka kraula, uzależniłam decyzję, czy w Poz Tri wystartuję na dystansie 1/4 czy 1/2.

Styczeń 2014

Z pływaniem zaczęło być naprawdę dobrze, zaskoczyłam też, jeżeli chodzi o bieganie. Coraz więcej żółtych pucharków na endo. Poczułam, że frajdę sprawia mi trenowanie trzech dyscyplin i już wiedziałam, że 1/4 to będzie za mało. W końcu podjęłam 'męską' decyzję i opłaciłam w start w Poz Tri 1/2. Już nie ma odwrotu, pozostaje jedynie nap... trenować :)

Luty - marzec 2014

Kraulem pływałam dużo i coraz szybciej, na trenażerze spędzałam coraz dłuższe godziny, nadrabiając zaległości filmowe. W sumie poza tym nadrabianiem to nie wiem, czy coś dzięki temu kręceniu w miejscu zyskałam, bo i tak jeżdżę jak oferma ;) (w przyszłym roku muszę koniecznie coś w tej kwestii zmienić, ale nie wiem jeszcze co)
Pojawiły się buty spd, których mechanizm mnie z początku przerażał. Proces w(y)pinania na początku zajmował mi, uwaga, średnio około 3 minut.
Nastąpiła zdecydowana poprawa jeżeli chodzi o bieganie, efektem tego jest poprawiona o ponad 4,5 minuty życiówka na 10km.

Kwiecień - maj 2014

Wiosnę zaczynam poprawą życiówki na dystansie półmaratonu o ponad 12 minut. Kolejny krok w stronę triathlonu to wyjazd rowerem w teren. Bałam się tego panicznie, a poszło bezproblemowo, i, co najważniejsze, spodobało mi się. Koniec kwietnia uczciłam pierwszym treningiem zakładkowym, w którym okazało się, że bieganie po kręceniu jest całkiem fajne i nie przyprawia mnie o śmierć.
Pod koniec maja pierwszy raz, nie licząc testów, założyłam piankę i spróbowałam pływania w otwartym akwenie


Okazało się, że to trudniejsze niż myślałam, a najgorzej wychodzi mi nawigacja. Od tamtej pory zdaję sobie, że to, że pływam dobrze w basenie, nie musi wcale oznaczać, że będę dobrą pływaczką open water.

Czerwiec 2014

Przyszedł czas na pierwszy tri-start w Sierakowie. W końcu po miesiącach trenowania trzech dyscyplin mogę o sobie powiedzieć, że jestem triathlonistką.



Poza tym, zweryfikowana została jako tako moja tri-forma, okazało się że pływanie idzie mi najlepiej, bieganie też jako tako, natomiast odstaję bardzo, jeżeli chodzi o bajk. To potwierdziło się pod koniec miesiąca w Pniewach, gdzie wystartowałam w triathlonie na dystansie olimpijskim.

Lipiec 2014

Ostatni miesiąc na robienie formy przed połówką. Zaczęły się długie wyjazdy na bajku (100km), wróciłam do długich wybiegań. Zakładki zaczęły coraz bardziej boleć: 60/15, 70/8, 90/5. Już czułam, że łapię dobrą formę, gdy pewnego razu zdarzyło mi się, niekoniecznie z klasą, wypierdzielić na bajku. Sznyty, które sobie wówczas zafundowałam, pozbawiły mnie możliwości pływania w basenie na ponad tydzień, poza tym od tego czasu dziwnie mnie boli prawy bark.

Z ośmiu miesięcy zrobił się jeden dzień, czuję się gotowa, wiadomo, że zawsze jest coś, co mogłam zrobić lepiej/więcej/inaczej, ale teraz to już nie ma znaczenia. Zrobiłam tyle, na ile mnie było stać pod różnymi względami. Muszę stanąć na starcie i zrobić swoje, mimo wszystkich okoliczności, które ode mnie nie zależą (czytaj: pogoda).

Czy się boję? Tak! Nawet, mówiąc szczerze, jestem przerażona (aaa!). Te dystanse, każdy z nich długi, co najmniej 6 godzin wysiłku, nie wiem jak mój organizm to zniesie, to okaże się jutro. Ale wiem jedno: gdybym zdecydowała się na ćwiartkę, czułabym niedosyt. Potrzebowałam tego startu, aby zelektryzował mój tegoroczny sezon startowy, zmobilizował, pobudził do działania. Jutro - to najważniejszy dzień tego sezonu. I wiem, że ja to zrobię. Nie ma innej opcji. Amen.

poniedziałek, 21 lipca 2014

PRZEDSTARTOWY ZAWRÓT GŁOWY

'Odpuść basen'

Dotarło to do mnie w zeszły weekend. Chwila, chwila. Niecałe 2. tygodnie zostały do 1/2 IM a ja mam ODPUŚCIĆ basen? 'Bo ci się rany nie zagoją'. No tak. Bo w tempie ekspresowym to one goić się niestety nie chcą, a ja im też tego raczej nie ułatwiam. Goiło mi się to i babrało na zmianę. I tak dwa razy zaryzykowałam pływanie open water (że niby pianka ochroni moje sznyty...). Czuję się, mimo to, nieswojo. Od ponad pół roku nie było tygodnia żebym 3 - 4 razy nie pływała! Głód pływania się we mnie nasila, więc może na dobre mi to wyjdzie?

Sznyty 'na pamiątkę'

Postanowiłam uwiecznić moje sznyty na zdjęciu, tak, aby mi przypominały, że na bajku muszę być skoncentrowana. Nie ma miejsca nawet na sekundę nieuwagi. Tym razem miałam szczęście, że na samych sznytach i kasku do wymiany się skończyło, bo mogło być zdecydowanie gorzej. Zawsze byłam roztrzepana, rozkojarzona, te strefy zmian i okołotriathlonową logistykę to chyba jakimś cudem ogarniam, a właściwie to nie wiem, czy bym ogarnęła, gdyby nie K. (mrrryg!). Ale bajk mi już więcej trzepactwa nie wybaczy.

I popsuło mi się bieganie...

Na kilku ostatnich treningach stwierdziłam, że uleciała gdzieś ta dobra forma, którą miałam na wiosnę. Nie dałabym w tej chwili rady pobiec dychy na czas 46:55 ani połówki na 1:45:04. Ostatnio próbowałam przebiec 8 km w tempie około 5:00 i myślałam, że ómrę. Dawno nie byłam tak zmasakrowana, jak po tym biegu. I nie wiem od czego to zależy: upał? Brak długich wybiegań przez dłuższy czas? Brak jakiegokolwiek porządku w treningach biegowych? Chyba wszystko po trochu... Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że w zakładkach bieganie wychodzi mi nieco lepiej.

Ale nie ma tego złego... 

Nie chodziłam na basen, to miałam więcej czasu rano na spanie. Wyspałam się w końcu i łyknęłam nieco siły. Powoli zaczynam czuć głód wysiłku i walki. I taka wygłodzona stanę na starcie 27.07. nad Maltą w Poznaniu. Przecież trenowałam całe 8 miesięcy, poświęcając mnóstwo czasu, energii, pieniędzy, rezygnując z wielu przyjemnych rzeczy. Wykonałam największy postęp pod względem formy w moim życiu. Nauczyłam się całkiem dobrze pływać kraulem, jeżdżę na bajku w butach spd, które wzbudzały u mnie kiedyś atak paniki, pokonując dystanse, o jakich mi się wcześniej nie śniło. A w bieganiu tempo, które rok temu było moim drugim zakresem, stało się konwersacyjnym. Z wolno biegającej, marzącej o maratonie dziewczynki stałam się zadziorną triathlonistką, która wyprzedza wszystkich facetów na pływalni w Szamoni, nie boi się open water, śmiga na zjazdach (póki co, tylko;) ) i którą roznosi energia podczas zakładek.

Choć boję się jak cholera, to...

Nie ma innej opcji jak ładnie zrobić połówkę ajronmena w Poznaniu, bo wiem, że to jest w moim zasięgu. Założeń czasowych nie robię, początkowo chciałam znaleźć się jak najbliżej tych magicznych 6. godzin, jednak z niepokojem obserwuję prognozy pogody i zdaję sobie sprawę, że będzie to dla mnie arcytrudne zadanie. (Zwłaszcza że ostatnio miałam okazję przebiec, tfu, przeczłapać 16km w temperaturze około 30 stopni) Wiem, że będzie ciężko, że będzie bolało, że uaktywni się diabełek podpowiadający 'zwolnij'. Ale ja zamierzam walczyć ze sobą, ze swoimi słabościami, chcę przesunąć granice niemożliwego jak najdalej się da i na pewno w tej walce się nie poddam, o nie!

Mała Mari kontra 1,9km swim, 90km bike, 21,1 run. Jak myślicie, da radę? :) 

poniedziałek, 14 lipca 2014

'MARIA AWARIA'

Tytuł wymyślił mi K., a tak naprawdę to nie on wymyślił, tylko już dawno temu Maria Peszek, ale co by nie powiedzieć, pasuje do obecnej sytuacji. 'Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach', powiedział za to kiedyś Woody Allen i te słowa wyjątkowo tłukły mi się po głowie przez cały ubiegły tydzień. 

Bo najpierw dała o sobie znać pogoda. Niestety to ona dyktowała warunki prawie każdego dnia: burze, jakieś nagłe dziwne oberwania chmury, strach było biegać, a co dopiero wyjechać gdzieś w dalszą trasę na rowerze. Jeden trening na bajku wypadł mi zupełnie, dwa, w tym zakładka, zrobiłam z duszą na ramieniu, między burzą a burzą. Żeby było ciekawiej, w środowe popołudnie przed wyjściem na trening rowerowy, okazało się, że jest laczek w tylnym kole bajku, z którym jakoś musiałam się uporać. Za to w czwartek zastrajkował mój organizm, źle się czułam i nie dałam rady zrobić planowanego WB2, zastępując je zwykłym rozbieganiem.

W końcu nadszedł piątek... Długo wyczekiwany dzień urlopu. Chciałam wykorzystać go oczywiście na co? Na mega długi trening na rowerze. Wyjechałam w trasę z zamiarem zrobienia ponad 100 km. Po przejechaniu przez Sieraków dostałam taki wiatr w twarz, że pedałując już na coraz większym wkurwie, postanowiłam trasę skrócić do 90 km. Kręcenie szło mi strasznie mozolnie i nie czerpałam żadnej przyjemności z jazdy. 

Na mniej więcej 5km przed Szamotułami się - uwaga - zagapiłam. Tak, jak ostatnia oferma się zagapiłam i nie wyrobiłam na zakręcie. Wysoki krawężnik przed kołem zauważyłam, gdy było już za późno, po czym wyrzuciło mnie z rowerem na chodnik. Wyrżnęłam w betonową kostkę swoją prawą stroną, poczynając od kolana, przez biodro, ramię, nadgarstek i głowę. Pierwszą myślą, gdy leżałam na chodniku, było, czy jestem cała. Stwierdziłam, że nic mnie jakoś mocno nie boli, mam czucie w kończynach, to chyba jestem. Potem wypięłam się powoli, bo lewym butem byłam nadal wpięta, i wstałam. Spojrzałam na bajk, na szczęście też był cały. Spadł tylko łańcuch, który zaraz założyłam, brudząc się przy tym do reszty, bo po upadku miałam już całą prawą część ciała czarną. Wsiadłam na rower, stwierdziłam, że mogę jechać, więc wróciłam do domu, modląc się, żeby mnie nikt z sąsiadów nie zobaczył, bo wyglądałam tragicznie. 

Dopiero w domu z przerażeniem odkryłam, jak mnie poorało... Prawe ramię, bok nad miednicą, bok pod miednicą, kolano, nadgarstek i łokieć. Skóra zdarta do krwi. Kolarskie szlify... Później zauważyłam, że kask jest pęknięty, co w sumie mnie nie zdziwiło, bo głową naprawdę zdrowo przyrżnęłam w chodnik. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów ryczałam ze złości, szorując się i dezynfekując rany. I z bólu, bo bolało jak cholera. 

Na drugi dzień po upadku odezwały się bolący bark, ten, którym przydzwoniłam, i szyja, bo jak uderzyłam głową, najprawdopodobniej coś w niej nadwyrężyłam. Przez dwie noce po upadku szlify nadal mnie tak piekły, że aby móc spać, wzięłam tabsy przeciwbólowe. Ja, która nigdy z zasady po takie rzeczy nie sięga...

Bajk na razie idzie w odstawkę, muszę go oddać w fachowe ręce, bo po tym upadku nie jestem pewna, czy wszystko w nim jest na swoim miejscu. Nowy kask czym prędzej zamówiłam, bo stary, pogruchotany do niczego już się nie nadaje. O pływaniu w basenie przez najbliższe dni, dopóki rany mi się bardziej nie zagoją, muszę zapomnieć (kurde, a tak dobrze mi ostatnio szło, grrr). Pozwoliłam sobie jedynie na pływanie w jeziorze, bo tam chroni mnie pianka. Zostaje mi bieganie, smarowanie ran wazeliną, żeby nie miały kontaktu z potem, zakładanie rzeczy, które nie ocierają, spanie w jednej pozycji... Chodzę i stękam z bólu, bo przy każdym ruchu szlify mnie pieką jak cholera. 

I zła jestem na siebie, bo ten upadek to ewidentnie moja wina, i że za 2 tygodnie Poz Tri 1/2IM, a ja tak, jak nie umiałam jeździć na bajku, nadal nie umiem, ledwo chodzę, pływać za bardzo nie mogę, jedynie biegam jako tako. I mam takie szlify, że mogę nimi ludzi straszyć.

ała...

Ale, mimo, że boli jak cholera, że zamiast szlifowania formy przed startem mam szlify kolarskie na ciele, to jednak miałam cholernie dużo szczęścia. Przecież z takim impetem przypierdoliłam w ten chodnik, że to cud, że nic poważniejszego mi się nie stało, że rower jest cały, i przede wszystkim, że głowa cała. Bo ten kask, kurde, bez niego to nie wiem, co by było...

Żegnaj, kasku, chlip...

Na koniec chciałam dodać, że zaraz po powrocie do domu, planowałam wrzucić info o swojej kraksie na fejsbukowego walla, jednak po zalogowaniu, dopadła mnie informacja o tym, co zdarzyło się Run Bo i totalnie ścięła mnie z nóg, bo przy niej, mój wypadek to popierdółka.

Trzymaj się, BO!!!


 

poniedziałek, 7 lipca 2014

NA OSTATNIEJ PROSTEJ

Jeszcze nigdy nie miałam tak rozplanowanych tygodni, co do godziny niemalże, jak te dwa, co jeszcze przede mną. Po olimpijce w Pniewach dotarło do mnie, jak mało czasu zostało do Poz Tri, mojego pierwszego startu na dystansie 1/2 IM (dla niewtajemniczonych: 1900m swim, 90 km bike, 21,1 km run), a ile chciałabym jeszcze wykonać zakładek, długich wybiegań, 'wyjeżdżeń', 'wypływań', jakkolwiek nie po polsku to brzmi. Boję się coraz bardziej tego wyzwania, które ponad pół roku temu postanowiłam podjąć, wiem, że 1/2 IM to nie przelewki, że muszę być dobrze przygotowana, jeżeli chcę w przyzwoitej formie ukończyć i zostać człowiekiem, albo jeszcze lepiej, kobietą z półżelaza.

Mam wszystko dokładnie rozpisane, kiedy ile przejechać, przepłynąć, przebiec, kiedy zaklepać wolne w pracy. Powinnam sobie jeszcze rozpisać, kiedy i ile spać, ale to raczej i tak nie pomoże. Nie ma lekko, ale nie narzekam, w końcu sama sobie zgotowałam ten los.

Rower, rower... 

Z tym rowerem na triathlonie jest tak, że można na nim najwięcej zyskać lub stracić. Oklepany i powtarzany przez wszystkich banał, niestety u mnie już dwa razy się potwierdził, a dokładnie ta druga część powiedzenia 'lub stracić'. Bo w szanowną dupę mogę sobie wsadzić dobre pływanie i, ku mojemu zaskoczeniu, dobre bieganie, jak wszystko trwonię na rowerze. Naprawdę, gdybym jeździła tak, jak pływam, albo chociaż, jak biegam, tych pudeł mogłoby być więcej. Więc przez ostatnie dwa tygodnie ciężkiego trenowania nacisk kładę na wszystkie dyscypliny, ale najbardziej na rower. Swoje muszę wyjeździć, nie ma to tamto. Mój tyłek, mam nadzieję, jakoś to zniesie, choć muszę przyznać, że i tak całkiem daje radę, częściej bolą mnie dłonie od trzymania kiery, lub kark. Dziwne to. Zwłaszcza te dłonie.

Nowa aerodynamiczna fryzura - w niej zrobiłam swoje pierwsze 100km! :)

Rozległ się już ostatni dzwonek na dopilnowanie spraw technicznych. Bajk prosi o mały przegląd i nowe laczki. I przerzutki trzeba znów w nim wyregulować, bo po Tri w Pniewach coś w nich nie styka, a nie lubimy jak nam na podjazdach nie chcą się zmieniać, oj nie lubimy. Niestety, zakup wymarzonej lemondki odłożyłam na przyszły rok. Jakkolwiek to zabrzmi, muszę się najpierw nauczyć jeździć bez.

A w ogóle to ostatnio przełamałam się i zaczęłam jeździć ze słuchawką w jednym uchu. Początkowo bałam się słuchania muzyki na trasie, że nie będę kumała, co się wokół mnie dzieje. Jednak nuda na bajku niemalże mnie chwilami zabijała, więc pewnego razu, w ramach eksperymentu, wzięłam ze sobą muzykę. Od tej pory się bez niej nie ruszam. 

Moc w łapkach

Ostatni moment też jest na to, aby wzmocnić górne partie ciała. Fizjo - brat wypomniał mi słabe mięśnie kręgosłupa podczas 'oględzin'. Mam ćwiczyć deski. Dawno ich nie robiłam, podobnie jak pompek, te ostatnio próbowałam robić i niestety, przez brak regularnych pą-treningów, kompletnie wypadłam z formy. Zatem deski i pąpki, do dzieła! Zwłaszcza, że nie tylko kręgosłup słaby, ramiona też, pływanie dłuższy czas z ósemką przyprawia mnie o ból. Zaopatrzyłam się w końcu (tak, wiem, że za późno) w łapki do pływania, do tej pory miałam z nimi styczność na treningach z Karolem, zawsze przeklinając to ustrojstwo. Teraz, kiedy moje osiągi pływackie zatrzymały się w miejscu, chwytam się wszystkiego, niczym tonący brzytwy. 


Jutro rano będą miały swój debiut ;)

Wake me up in July

Tak więc jest gorąco, i nie tylko jeżeli chodzi o pogodę, bo moje nogi i ramiona chwilami wręcz płoną. A ja cały czas chcę dorzucać do tego pieca. A wspomniana aura też nie pomaga, przynajmniej jeżeli chodzi o bieganie, jutrzejsze zaplanowane WB2 w temperaturze około 30 stopni mnie przeraża. Za to jazda na rowerze w upale, jak mam pełen  bidon, jest całkiem przyjemna. I opalić się można całkiem ładnie ;) 
Więc:
Pływam, jeżdżę, biegam.
Pływam, jeżdżę, biegam.  
Pływam, jeżdżę, biegam. 
I jeszcze pływam, jeżdżę, biegam. 

Byle do 27.07 ;)

środa, 2 lipca 2014

TRIATHLON PNIEWY - OLIMPIJKA Z PUDŁEM W TLE

To była pierwsza edycja imprezy. Czyli przetarcie dla organizatorów, a dla zawodników chwilami mały dreszczyk emocji, no bo w harmonogramie nie ma odprawy dzień przed, informacje w internecie i na facebookowym profilu były nieco lakoniczne, zwłaszcza o trasie rowerowej, która okazała się dość... Ale o tym za chwilę. 


Bo jedna dziara to za mało ;) fot. K.

Odziana w piankę, mój najseksowniejszy kostium ever, wchodzę do wody. Pod stópkami czuję sam muł i wodorosty, a fe! Jak tylko wodę mam nieco powyżej kolan, od razu się zanurzam, żeby moje kończyny nie czuły już tej całej flory (i niedajborze fauny). Moczenie pianki i rozgrzewkę wykonuję w tempie ekspresowym, bo za chwilę ma się odbyć, ekhem, odprawa, zaplanowana na kwadrans przed startem.

Chwilę później stoimy wszyscy na brzegu za matą i słuchamy. A pan ze sceny tłumaczy. A dokładnie to tłumaczy jak płynąć, bo to też nie jest takie do końca jasne, a mamy płynąć dwie pętle z wyjściem z wody. Niestety niektórym się zebrało na pogaduchy i podśmiechujki, tak więc, z tego co pan tłumaczy nie słychać nic a nic. Rwa mać. Ktoś się w końcu wkurzył. Słyszę kilka męskich ryknięć "cisza, panowie!" i w końcu po dłuższej chwili towarzystwo się uspokoiło. Niestety pan ponownie nie objaśnił jak płynąć. Na szczęście informacja, że boje należy mijać z lewej, którędy wyjść i znowu wejść do wody, doszła do mnie i zapewne do większości startujących pocztą pantoflową.

Dobrze, a jednak nie

No to płyniemy. O dziwo jest względnie spokojnie. Gdzieś tam się ktoś o kogoś obije, niekiedy otrze, od czasu do czasu czuję, jak czyjeś dłonie miziają moje stópki (wtedy mocniej kopię), a czasami to i ja się zapędzę, i wtedy nagle moje ręce znajdują się między czyimiś nogami (oczywiście, że niechcący), ale ogólnie to obyło się bez drastycznych podtopień. Znajduję swój kawałek przestrzeni i płynę. Nawet tym swoim ładnym kraulem udaje mi się płynąć. Czyli sięgam daleko i biorę ładnie oddech 'na czy'. I pewnie też ładnie zagarniam do samego biodra z prawidłowo zgiętym łokciem, choć tego już nie widzę, bo woda jakaś taka bardziej mętna niż w Sierakowie. I nawigowanie mi nawet w miarę dobrze idzie, nie zbaczam z trasy, co kilka ruchów wynurzam ładnie głowę i patrzę na wprost, kontrolując, czy nie tracę azymutu. 

Podpowiem, że ja to ta od lewej jakby druga :) fot. K.

Pierwsza pętla poszła mi w miarę sprawnie. Dobre złego początki, chciałoby się rzec. W końcu trzeba było wyjść z wody, żeby po przejściu 10. metrów znów do niej wejść. Wychodzę z wody, niekoniecznie powabnie, puszczam uśmiech nr 5 do K. i ponownie rzucam się w wodę. 


A ponownie rzucam się w wodę właśnie tak. Fot. K.

Płynę znów, ale coś jakby gorzej. Coś się popsuło się, hmm, to chyba ja się popsułam. Ciężko mi wyrównać oddech. Rozbiło mnie to wyjście z wody. Może na dwa jednak spróbuję choć przez chwilę? Aaa, nie chlapać mi w twarz, proszę! Do nawrotu oddech mi się uspokoił. Nieco wolniej, ale nadal płynę. Mijam drugą boję, została mi ostatnia prosta do wyjścia z wody. Nagle auć, psze pana, ale nie po głowie! Znowu auć! Tym razem dostaję w oksy, dokładnie w lewe oko. Zaczynam się zastanawiać, czy jest całe. Płynę dalej, modląc się, aby te oksy mi się zaraz od oczodołu nie odkleiły. Eee, chwila, tylko nie po cyckach! Znów ktoś się do mnie dobiera. Kontroluję azymut i płynę, choć mam już dość, serdecznie. Nagle wpływa ktoś w mój bok i popadam w chwilowe zwątpienie, czy nie popierdzieliłam kierunku. Znów się wynurzam, sprawdzam i tym razem to ja płynę dobrze. Dziwne, ale jednak. W końcu dopływam do brzegu w czasie 31:52. Nie jest to dobry czas jak na moje możliwości, celowałam poniżej 30 minut. Coś poszło jednak źle. Kurde.

Tylko się nie wywal

Po w miarę krótkiej wizycie w T1 (00:02:38) wybiegam z bajkiem i niezastąpionym supportem w postaci Alberto na trasę, wpinam buty w pedały, czuję się, jakbym w ogóle nie była zmęczona, nic, tylko kręcić. Podjazd na stojaka na dzień dobry, dwa zakręty 90 stopni i dalej można pruć. 30 km/h? Ładna prędkość, ciekawe jak długo tak ujadę. W drodze liczne pęknięcia i wybrzuszenia, trzeba być czujnym. Już widzę jednego nieszczęśnika zmieniającego dętkę. Nagle pojawia się oznaczenie o tym, że trzeba będzie nawrócić. Tak, o tych nawrotach niby wiedziałam już wcześniej, niby to sobie kilka razy przećwiczyłam, ale i tak się ich bałam jak cholera. Jezdnia miała od krawędzi do krawędzi jakieś 6m. Po środku stała niebieska beczka. Tam należało po prostu nawrócić. A najgorsze, że trzeba to jeszcze 4 razy powtórzyć, pętla ma 8 km i musimy ją przejechać w sumie 5 razy. Pięć szans, że się wypierdzielę. Zatem dojeżdżam do beczki i zwalniam niemalże do zera (nie ja jedyna), zawracam, ufff, żyję, no to dalej kręcę, przynajmniej kręcić próbuję, bo coś jakby opór się pojawił. Czyżby wiatr? No to już wiem, dlaczego mi tak ładnie poszło w pierwszą stronę. Prędkość spada poniżej 25km/h i nie daję rady jej podkręcić. To ja może zjem żel, skoro i tak wolno jadę.

Początek pętli i wjazd na górkę na dzień dobry. Fot. J. Malinowska

Na trzeciej pętli słyszę stukanie w kask. Pięknie, rwamać. Jak chcę zdążyć przed deszczem, muszę się pośpieszyć. Muszę się pośpieszyć, dobre sobie, przecież ja na bajku nie umiem się śpieszyć! Robię, co mogę, ale wiatr szkodnik na odcinku powrotnym daje popalić. W dodatku nigdy wcześniej nie jechałam w deszczu. Słyszałam tylko, że ślisko za zakrętach, że trza uważać. No to uważam, wystarczy, że jadę wolno, tak jak zawsze.
Pada, z minuty na minutę coraz mocniej. Wciągam drugi żel i wyjeżdżam na ostatnią pętlę. Dojeżdżam do nawrotki. Jak cztery razy się nie zabiłaś, to może za piątym też się uda. Ale zwolnij. Jeszcze zwolnij. O tak, prawie do zera. I nie wyjedź poza krawędź. Uff. Przeżyłam. Teraz tylko do strefy zmian, najszybciej jak się da.
Etap rowerowy zajął mi o zgrozo 1:26:57. Żal.pl po prostu. (komentujcie, używajcie sobie śmiało, przyjmę wszystko i z pokorą wysłucham)

Biegnę z bajkiem w kierunku strefy i nagle słyszę "Marysia! Biegnij!" Patrzę i oczom nie wierzę! Mama! Kawałek dalej stoi Tata! Pierwszy raz rodzice przyjechali mi kibicować na zawodach! To się nie dzieje :) 
Przed strefą widzę zegar pokazujący 2:00 z sekundami. Szybko analizuję i już wiem, że poniżej 2:50 nie mam szans zejść, ale poniżej 3 godzin spokojnie dam radę. Po minucie i 43. sekundach wybiegam na trasę. 

Nie myśl o tym, że...

Jeszcze tylko przebiec 10 km. 4 pętle po 2,5km. Tylko przebiec. Tylko. W 50 minut, tak bym chciała. Wprawdzie pierwotnie zakładałam 51-52 minuty, ale to gdyby przyszło mi biec w słońcu. A jest idealnie. Zimno. Pada. Muszę to wykorzystać. Pierwszy kilometr wchodzi lekko w 4:52, na drugim za to czuję, że coś zaczyna się dziać. O - oł. Jest mi niedobrze, czuję zjedzony żel, cholerny żel, może niepotrzebnie go jadłam? Oczyma wyobraźni widzę siebie rzygającą na poboczu i robi mi się jeszcze bardziej niedobrze. Zaczynam biec powyżej 5:00 i odganiać od siebie głupie myśli. Wcale nie chcesz rzygać, wcale. Nie jest ci niedobrze i kolka też cię nie chce wcale złapać. Nie chce ci się. Nie. 

ojojojjj fot. K.
Koniec pierwszej pętli, mówię do K. coś, czego lepiej nie cytować, ruszam na drugą pętlę, tempo nadal powyżej 5:00. Zerkam zaniepokojona na garmina, nie podoba mi się to tempo, ale nie przyśpieszę, dopóki mój żołądek się nie uspokoi. Gdy kończy się druga pętla, zaczyna być nieco lepiej. Mijam kibicujących rodziców. Próbuję zrobić minę 'wszystko jest ok', żeby się nie martwili. Zaczynam biec nieco szybciej i idzie mi dobrze, dopóki nie spojrzę na garmina. Nie wiem dlaczego, ale on na mnie źle działa. Biegnę w tempie 4:50 i jest dobrze. Spoglądam na garmina, widzę na wyświetlaczu '4:50' i momentalnie mi znów niedobrze. Postanawiam od tej pory nie patrzeć nań, tylko biec na wyczucie. A wyczucie to mam chyba jednak dobre. K. krzyczał 'teraz idziesz w trupa', myślę, że wolę tego trupa niż rzyganie, no to idę weń. Ostatnią pętlę przebiegłam najszybciej. A na metę wpadłam z czasem 02:52:44. O garminie zapomniałam dość skutecznie, bo wyłączyłam go ponad pół minuty później. A bieg zajął mi 49:33. Poniżej 50 minut! Nooo. Tego się po sobie nie spodziewałam :)

Impreza z potencjałem

Triathlon Pniewy był organizowany po raz pierwszy i chwilami było to widać, słychać i czuć. Doskwierał zwłaszcza brak informacji, przydałoby się więcej objaśnień, planów sytuacyjnych. W Sierakowie na godzinnej odprawie do znudzenia opisywali nam każdy zakręt i nierówność na trasie. Tu brakowało informacji, jak będzie wyglądała nawrotka, że będą 2 garby na trasie, a o jakości nawierzchni dowiedziałam się z google maps. Dużym plusem imprezy było zaangażowanie organizatorów oraz miejsce - nie wiedziałam, że Pniewy mają tak fajnie zagospodarowany teren nad jeziorem! No i cena wpisowego - 60 zł w pierwszym terminie. Udział w niektórych imprezach biegowych więcej kosztuje, nie wspominając o innych triathlonach. A jeszcze żeby było miło, to zajmując 3 - cie miejsce w kategorii K30 (co trudne nie było z uwagi na małą liczbę uczestniczek) zwróciło mi się owo wpisowe :) 

pierwszy raz w życiu na pudle ;) Fot. K.

Dalej już tylko strach

I to blady na mnie padł, bo już teraz czeka mnie tylko, a właściwie aż 1/2 IM za niecałe 4 tygodnie w Poznaniu, czyli: 1900m swim, 90km bike i 21,1km run. Boję się tego już całkiem na poważnie i dość szybko skończyłam świętować Pniewy, co by się prędzej do pracy wziąć. Bo mam w planach treningów dużo i to z rodzaju tych dłuższych. Więc cele są w tej chwili dwa: przeżyć lipiec i ukończyć 1/2 IM. Tak, ukończyć. O czasie, w jakim chcę to zrobić, póki co, nawet nie myślę.